środa, 8 sierpnia 2018

Kategoryzacja lepszości czytelniczej.

Jako, że usłyszałam wczoraj w internecie o lepszości czytelniczej, to znaczy lepszości czytelnika nad nie czytelnikiem, oraz o lepszości lepszego czytelnika nad tym gorszym, co oczywiście logiczne, ale jednak zagmatwane - zastanowiłam się nad pewnym, związanym z tym, zagadnieniem. Otóż, lepszość jest czymś cennym i pożądanym. 

Każdy do niej dąży, choć przecież, jak wynika z filmiku, nie każdy na nią zasługuje, toteż już widzę jak ktoś występuje do Urzędu Miar i Wag z propozycją uściślenia kryteriów lepszości czytelniczej z uwzględnieniem wszystkich aspektów tej lepszości. 

I co nam to daje? Otóż porządną kategoryzację.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Seryjnym mordercom i psychopatom nie polecam.


BILL BASS JON JEFFERSON
TRUPIA FARMA
nowe śledztwa


ZNAK litera nova


Kiedy chwaliłam się na FB co czytam, jedna z koleżanek stwierdziła, że przy czytaniu tej książki nie przełknęłaby ani kęsa. Wcale jej się nie dziwie, wiele osób tak reaguje, ja jestem jednak zupełnie inna. Dla mnie żołądkowy „zwrot akcji”, który trzeba posprzątać to pestka, nie mam z tym żadnych problemów, ale „drugie danie” rozmazane po posadzce to pryszcz, biorę, myje, czyszczę i tyle, nie umiem natomiast patrzeć na cierpienie ludzkie, zwierzęce, nawet to konieczne, które powiedzmy łączy się z leczeniem. Tak więc nie mogłabym być lekarzem ani pielęgniarką, ale bez kłopotu mogłabym być salową… wiem, to nie taka znowu wielka kariera, ale… 

Antropolog sądowy to coś co by mnie kusiło, te kości, kosteczki badanie czaszek, DNA, przeróżne metody badawcze… To fakt, i babranie się w niebyt pachnących szczątkach, ale już mówiłam, raczej mnie to nie rusza – fakt nie mówię tu tego całkiem na 100% bo jeszcze nigdy tego nie robiłam, ale czytanie o tym to dla mnie wielka frajda i ogromna przyjemność, jak tylko dorwę takie cuda to czytam, a właściwie pochłaniam do ostatniej kropki i przecinka. 

„Trupia Farma – nowe śledztwa” to ciekawie opowiedziana historia antropologii, przeróżnych śledztw, badań, historia odkryć związanych z DNA, wiele ciekawych problemów badawczych i praktycznych, odrobinę żartobliwych odniesień do serialu CSI – który oglądam mimo, iż jest serialem, na szczęście dobrym. 

Poza tym test to ciekawa książka i szczerze żałuję, że trafiłam dopiero na drugą jej część, ale w sumie zawsze można to jakoś nadrobić. 

Komu polecam? Osobom zainteresowanym technikami śledczymi – naprawdę warto, osobom zainteresowany kryminologią jako taką, lubiącym takie trochę makabryczne, ale dobre tematy. 

Poleciłabym pisarzom piszącym kryminały, wiedzy nigdy dość, a każdy potrafi wstawić „bambola” w stylu przesady w szybkości wykonywania jakichś badań, czy nierealności warunków. 

Seryjnym mordercom nie, niech pozostaną nieświadomi tego w jaki sposób mogą zostać wykryci. 

Zresztą nie tylko o morderstwa tu chodzi, ale o tak ważne sprawy jak identyfikacja nieznanych osób, zmarłych, zamordowanych, spalonych w pożarach i takich, którzy zginęli w wypadkach, ludzi, na których ktoś gdzieś czeka. 

Jest też ciekawa część dotycząca rasy szkieletu, co jak wydaje się dziwne, ale jednak istnieje, wiele o mieszaniu się ras, o migracjach, o odontologii sądowej. 

Wierzcie mi – jest może nie dla każdego, ale świetna!

niedziela, 5 sierpnia 2018

Bajki z serca, od serca, do serca....

 


Pani Barbara Delimat bolesławianka, która zwiedziła pół świata.
( zdjęcie ze strony telewizji bolesławieckiej)








O pani Barbarze Delimat pisałam już wcześniej w związku z jej bajką o Bolesławcu, teraz jednak chciałabym wam przybliżyć jej działania nieco bardziej bo nie jest ona zwykłą „bajkopisarką” choć pisanie bajek to bardzo trudne zadanie. Pani Barbara to osoba niesamowicie uzdolniona w wielu dziedzinach. 



Poczytajcie więcej O Bazylim Bolesławcu i pięknych ilustracjach.

Jej bajki to przepięknie ilustrowane opowieści dydaktyczne opowiadające świat maluchom, ale i przynoszące mnóstwo zabawy i radości. 

Przygody Bazylego we Wrocławiu w książce „Bazyli w podróży” to opowieść o pięknym mieście, „Babcia Mania” to opowieść o zwierzętach i pewnej przesympatycznej babci o piesku Maciusiu i kotce Psotce, które umieją odwdzięczyć się babci Mani za opiekę, kiedy ona potrzebuje pomocy. 

„Przygody Krasnala Kichusia” to zgodnie z tytułem opowieść o maleńkim krasnalu, który… no tak. Poczytajcie sami. 

To piękne, pogodne, pozytywne, cudnie napisane bajki dla dzieci, raczej młodszych. Takie bajeczki do czytania przed snem… Jeżeli jedziecie do Bolesławca - przeczytajcie o Bazylim, który przyjmuje gości, przejeżdżacie przez Wrocław przeczytajcie o Bazylim w podroży… 

Piękne i pożyteczne! 

Pani Barbara jest też genialnie utalentowana w dziedzinie makramy artystycznej. Tu macie przepiękne widokówki ze zdjęciami jej dzieł, które wkrótce być może będzie można zdobyć w konkursie. Widokówki, nie makramy, oczywiście. 

Uwielbiam osoby, które w każdym wieku i stanie ducha, bo różne się w żuciu dzieje mają swoje pasje i zamiast marudzić, robią coś co sprawia im przyjemność. 

Pasja jest najważniejsza. 

Pasja daje chęć do życia, pozwala szerzej patrzeć na świat, pozwala być z ludźmi w bardziej intensywny sposób, robić coś co daje satysfakcje, a nie przykuwa na godziny do telewizora. 

Powiem szczerze, że podziwiam i zazdroszczę. 

Bajki pięknie ilustrowane przez profesjonalną ilustratorkę Agnieszkę Strzelecką-Ślęzak można kupić u autorki z autografem pod adresem barbara.d@onet.eu.

sobota, 4 sierpnia 2018

Legenda orląt

Ryszard Jan Czarnowski
Legenda Orląt


Ryszard Jan Czarnowski jest znanym grafikiem, teoretykiem sztuki, a był też bardzo aktywnym działaczem podziemnego ruchu wydawniczego z czasów PRL-u, jest też wielokrotnie nagradzanym założycielem Konfraterni Sztuki związanej z Kazimierzem Dolnym i miłośnikiem Kresów, który o Kresach wiele już napisał i z pewnością jeszcze napisze. 

Ma w swoim dorobku kilka publikacji dotyczących właśnie Lwowa, jak: ” Lwów – sacrum et profanum”, „Lwów. Legenda zawsze wierna”, czy „Lwów. Okupacja niemiecka”. Jego zainteresowanie tym miastem jest tak wielkie, że nie mogło w jego dorobku zabraknąć opracowania o Orlętach Lwowskich, a właściwie o ich legendzie. 


Książki historyczne lub mające pewne historyczne inklinacje muszą spełniać pewne wymogi, które jednak często bywają pomijane, bo nie ważne z jakiej opcji politycznej jest autor to książka musi, nie ma innego wyjścia, musi być napisana obiektywnie, albo choćby obiektywnym językiem. Opowieść o Lwowskich Orlętach poprzedzona jest obszernym materiałem historycznym dotyczącym historii konfliktu Polaków z Ukraińcami na terenach dawanej Rzeczpospolitej, konfliktu podsycanego przez dawnych zaborców, w czasach kiedy na oczach świata rozpadały się Austro-Węgry, a władze austriackie wspierały Ukraińców zachęcając ich do przejęcia władzy we Lwowie. 


W dużej mierze z tego powodu właśnie doszło do konfliktu, który w końcu przerodził się w bitwę w obronie Lwowa, bitwę, która trwała od listopada 1918 do połowy roku 1919, a potem w obronę Lwowa w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920. Opowieść o Orlętach dotyczy wielu polskich rodzin bardzo osobiście, tak jak dotyczy i mnie i mojej rodziny, bo mój dziadek brał udział w obronie Lwowa jako nieletni jeszcze chłopak - żołnierz Legionów i został odznaczony honorową odznaką „Orlęta. 

W swojej książce Ryszard Jan Czarnowski opowiada o tym co działo się w czasie obrony miasta i opisuje to pod każdym względem ciekawie. Opisuje atmosferę, walki, rannych, zabitych. Piosenki które wtedy śpiewano, warunki życia, strach, wiersze, które recytowano. 
Książka jest ilustrowana wieloma zdjęciami, posiada mapy i wiele innych graficznych odniesień jednak koszmarny ( nie zawaham się tego powtórzyć KOSZMARNY) gatunek papieru, na jakim ją wydano wprost woła o pomstę do nieba! 

Graficzne dodatki to jakieś ledwie czytelne, rozmazane plamy, a mogły to być piękne, choć czarno białe fotografie oddające tamte czasy, ale i pomagające o wiele lepiej zrozumieć fenomen tego patriotycznego zrywu, przede wszystkim młodych Polaków, którzy niedozbrojeni stanęli przeciwko przeważającym siłom wroga.

W żadnym wypadku nie odważę się oceniać tej publikacji jako źródła historycznego nie będąc historykiem i nie mając do tego niezbędnej wiedzy. Uważam jednak, że dla zakochanych w Kresach miłośników legend polskiego oręża i jego wielkości będzie to tekst wartościowy i ciekawy.


Mnie przeszkadzała pewna tendencyjność w wyrażaniu opinii. W tekście wyraźnie było widać sympatie autora. Jakiekolwiek by nie były te sympatie, to jednak nie powinny być aż tak jednoznaczne i widoczne.
To nie jest kwestia podzielania lub nie podzielania jego opinii, to tylko zarzut formalny. Autor tekstu historycznego lub quasi historycznego powinien przedstawiać fakty i pozwolić czytelnikowi na samodzielną ich ocenę.


Komu polecę tę publikację? Każdemu, kto interesuje się tymi sprawami, a ma za mało wiedzy i czasu by grzebać się w opracowaniach stricte historycznych, każdemu, kto gdzieś tam sto lat temu miał w rodzinie kogoś kto walczył o to miasto!

środa, 1 sierpnia 2018

Hejt, mobbing, dręczenie.... Wszystko czego pragnęliśmy?


"Wszystko czego pragnęliśmy"



Czy hejt co coś, co wymyślili współcześni? Może nazwę tak, ale to zjawisko pod różnymi innymi nazwami istniało od dawna, świat zawsze dzielił się na ludzi dobrych i złych, na dręczycieli i dręczonych, teraz tylko zmienili nazwę i „środki” wyrazu…
Teraz po prostu jest łatwiej.

I zabawniej. 

Bo przecież wyśmiewanie się z innych to najlepsza zabawa współczesności. Skórka od banana? Nie, no co wy? To starocie, teraz robi się lepsze rzeczy, tabletki gwałtu, alkohol i aparaty cyfrowe to o wiele zabawniejsze połączenie. Nie bawi cię to?

To po prostu się nie znasz, nie jesteś cool, a może jeszcze weźmiesz stronę ofiary? Nie no, żenua!

Kto doznaje hejtu? Osoby wrażliwe, delikatne, inteligentne, trochę wycofane, ale przede wszystkim takie, w których naturze nie leży zemsta. 

One NIE lubią sprawiać przykrości nawet wrogom. Prawda, że to dziwne?

A hejter? To zazwyczaj tylko zwykły, bardzo często tchórzliwy psychopata, uważający się za kogoś lepszego i za kogoś, komu wszystko ujdzie na sucho…

Nawet chamskie zagrywki o podtekście seksualnym, opowiadanie wierutnych bzdur, w które uwierzy każdy idiota, bo nikomu nie chce się sprawdzić, rasizm... i ta bezkarność pieniądza... Ta władza za dotacje i darowizny i bezsilność, tych, którzy nie dają się kupić.









Ofiarą hejtu można zostać w każdym wieku i nie zawsze kończy się to dobrze… 
Nawet kiedy jest się osobą dorosłą.

A co jeżeli ofiarą jest dziecko? Nastolatek? 

Jak ma reagować rodzic? Czy w ogóle reagować, przecież to może jeszcze bardziej zaognić sytuację? 

Może odpuścić? 
Pozwolić dziecku popełnić samobójstwo? Odejść? 

Nie, wcale nie bredzę, wielu nastolatków i wielu dorosłych wybiera taką możliwość nie widząc wyjścia z sytuacji.
Ale wielu rodziców też zupełnie nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia. Oni naprawdę myślą, że odrabianie lekcji i szlaban to panaceum na wszystko... 

A tak nie jest.
Szkoda, ale nie... 
Podstawowa reakcja jest mniej więcej taka....
Tyle, że to nie działa....

A może zaatakować hejtera jego własna bronią?


W książce „Wszystko do czego dążyliśmy” jest ktoś, kto uważa się za lepszego od innych. Ktoś komu wszystko wolno… 


Jest też ktoś, kto wie gdzie został popełniony błąd i chce ten błąd naprawić..

Zresztą to GENIALNA powieść, a mówi wam to ktoś, kto nie lubi literatury obyczajowej, tyle, że ta książka jest nie tylko DOBRA, ale i POTRZEBNA i doskonale by było, gdyby przeczytali ją rodzice nastolatek i nastolatków...

Może dochodziłoby do mniejszej liczby tragedii...


Nauczcie się umierania, to na pewno w życiu się przyda.





KATARZYNA BONI
„GANBARE. WARSZTATY UMIERANIA” 


Śmiertelność zależy od wieku, ale i jej świadomość (świadomość śmiertelności własnej, ludzkiej, rodzinnej) także zależy od wielu czynników. 

Ludzie młodzi podchodzą do tematu własnej śmierci jak do jakiejś dziwacznej legendy, która ich nie dotyczy. No, może kiedyś, ale z pewnością nie teraz, zresztą sama świadomość śmierci jako takiej, (nie tylko własnej) jest i wybiórcza i mocno zależna od wszystkiego co nas otacza, od kultury i okoliczności w jakich żyjemy… 

Zleży też od tego kto umiera. 

Bardzo wiele razy po jakimś komunikacie o wypadku, czy gigantycznej katastrofie naturalnej, w której zginęło wielu ludzi, a która wydarzyła się w jakimś odległym miejscu świata prowadzący dodawał uspokajająco, „wśród ofiar nie ma Polaków”. Jest to komunikat mający na celu uspokojenie rodzin, których członkowie przebywają akurat w tamtym rejonie, wiem, ale...

A te katastrofy? Wiemy, że są zabójcze i straszne jak tsunami, ale wiemy też, że nam to nie grozi, a trzęsienie ziemi? O wiele bardziej, ale też nie tak żeby jego świadomość mogła lub powinna spędzać nam sens powiek, a co katastrofą nuklearną? To o wiele straszniejsze bo skutki są długofalowe i wcale nie ograniczone jakąś konkretną przestrzenią.

Japonia to miejsce dziwne, odmienne, piękne i skrajnie wręcz doświadczone przez naturę, a ta książka to opowieść nie o śmierci jako takiej, ale o umieraniu. Jeszcze w sumie gorsze prawda? Trudniejsze, boleśniejsze w każdym aspekcie. 

O tym jak śmierć zabiera, zatruwa, anektuje i wypełnia życie Japończyków, jak ich uśmierca niemal za życia, odbierając im sen i sens. 

To opowieść o domach, które zabiera woda, blaknących wspomnieniach, które zbierane skrzętnie przez ludzi są przenoszone od wioski do wioski, aby ich obrazy mogły oddać temu czy innemu człowiekowi okruch przeszłości, o duchach, które nawiedzają żywych, i o żywych, którzy nie są w stanie trwać bo umarli razem z bliskimi, których zabrała fala.

Gdyby to było tylko to, ale w Japonii straszą jeszcze wspomnienia Hiroszimy i Nagasaki, a współczesna Godzilla już nie w formie plastikowej zabawki, a zniszczonej przez trzęsienie ziemi elektrowni atomowej w Fukushimie sieje śmierć, o której coraz mniej się mówi. 

Ryż zabija, ale czy na pewno? Czy ten? Czy można dać go dzieciom? Czy to co mówią jest prawdą? 

Umierają miasta, wsie, zostawione na głodową śmierć zwierzęta i ludzie, którym zapomniano powiedzieć, że nadeszło coś co ich zabije. Niewidzialny potwór, którego przeoczyli… Jedni bo tak było wygodniej, inni bo po co siać panikę, po co denerwować, może się uda, nie udało się.
Jak bardzo głupio nieludzki bywa system, jak bardzo głupi i bezwolny, bywa podporządkowany temu systemowi człowiek.
I jest też zwykła śmierć, wcale przez to nie mniej straszna. I ta niepewność, czy to może zaszkodzić? Ten ryż, ten uścisk, ta kuzynka, która przyjechała w gości, ten rak… 

Czy to jest zakaźne? Czy ona promieniuje? Zabija samą swoją obecnością?

Bardzo mocny reportaż, smutny i dziwny, tragiczny i przerażający. Zostaje na lata.
Dla ludzi kochających reportaże, dla innych może być zbyt tragiczny, ale zawsze warto próbować, tak dobre książki rzadko się spotyka.

wtorek, 31 lipca 2018

Kobiety, które zdradziły...




RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

ALEX PERRY

DOBRE MATKI

Prawdziwa historia kobiet,

które przeciwstawiły się 

najpotężniejszej mafii świata


ZNAK litera nova


Nikt nie wie jak wiele krzywdy zrobił współczesności Mario Puzo publikując swoja książkę „Ojciec Chrzestny”, w której w tak bajkowy sposób przedstawia mafię i mafiozów. Niby wszystko przedstawił tak jak należy, są pobicia, strzelaniny i morderstwa, ale jednak od tamtej pory obraz mafii stał się aż za bardzo romantyczny.


A jaka jest prawda o mafii? 

Kalabryjska ‘ndrangheta nazwana tak od greckiego słowa andragathía (ἀνδραγαθία) oznaczającego bohaterstwo, męstwo i cnotę to naprawdę nic romantycznego. 

To wielkie przedsiębiorstwo rodzinne handlujące śmiercią i zatrudniające czy tego chcą czy nie, wszystkich członków rodzin, od najstarszych po najmłodszych. Także kobiety, ale to zatrudnianie kobiet ma więcej wspólnego z niewolą niż z pracą, a obraz romantycznego ( znów ten romantyzm) Włocha i związku z nim usłanego różami to jednak nie to. 

Południe Włoch, a więc między innymi Kalabria, traktuje swoje kobiety gorzej niż niewolnice. Są od rodzenia dzieci i usługiwania mężowi, oraz przenoszenia wiadomości pomiędzy członkami mafii, a poza tym przez całe miesiące a nawet lata nie mogą wychodzić z domu, nie wolno im się odzywać, a wszelkie wykroczenia karze się śmiercią.

Nie żartuję. Niby dookoła XXI wiek, a tam zapyziałe średniowiecze…

Nawet nie wiem, czy kobiety arabskie nie mają więcej wolności niż mieszkanki Kalabrii!

Czyli właściwie można by powiedzieć, że kobiety mafii nie mają znaczenia… Tak sadził włoski wymiar sprawiedliwości, ale okazało się, że kobiety w mafii są niedoceniane, ale znaczenie mają wielkie, szczególnie jako „pentite”.

Kilka włoskich kobiet, żon mafiozów z ‘ndranghety postanowiło odejść z organizacji i wraz z dziećmi przejść na stronę prawa. Nie było to łatwe. Niektóre przypłaciły to życiem jak znana wszystkim Lea Garofalo, która stała się symbolem walki włoskich kobiet o wolność wyboru i prawo do życia.

Jak kobieta mogłaby zaszkodzić tej potwornej, gigantycznej i zamkniętej na prawo „omerty” organizacji? Kobieta? Taki śmieć? Niemożliwe, a jednak tak się stało. 

Prokuratorem była kobieta, sędziami kobiety świadkami koronnymi kobiety…

Tak, to kobiety mafii położyły na łopatki swoich ojców i braci, którym pod groźbą śmierci ( potwornej i zadanej ręką ojca lub brata, a czasami nawet syna) i bicia miały być posłuszne… Zhańbiły organizację, tę mało romantyczną maszynę śmierci, która dotąd zabijała sędziów jak choćby Giovanni Falcone, zastraszała świadków, rządziła żelazną ręką narkotykowym podziemiem, wymuszeniami…



Jak do tego doszło?!


O tym właśnie opowiada ta książka, o tym jak kobiety mafii wypowiedziały posłuszeństwo rodzinom i „rodzinom”, oraz jak włoski wymiar sprawiedliwości za ich pomocą dopadł bossów ‘ndranghety. To obszerny, doskonale napisany dokument o działaniach i strukturach mafii – przeczytajcie, romantyzmu tam nie ma ani kropli, a potworności dużo, ale i zwykłego życia całkiem sporo.


Jest też wiele wiadomości o tym jak działała i działa ta rodzinna organizacja przestępcza oraz o tym jak działa ( albo czasami nie działa) włoski wymiar sprawiedliwości.


Jeżeli szukacie wiedzy to świetna książka dla was, jeżeli romantyzmu to trzeba zgłosić się do Mario Puzo, ale… ‘ndrangheta to nie cosa nostra, życie to nie romantyczna bajka, a wiedza zwłaszcza podana w tak ciekawy sposób zawsze może się przydać!