sobota, 19 września 2020

Szatan atakuje przez telefon...






Każdy kiedyś otarł się o cudowne ściereczki, albo o garnki do których nic nie przywiera oprócz oczywiście wypłaty, albo o takie, w których można gotować bez soli, choć po ich kupnie już tylko sól wchodzi w grę bo najtańsza, a pasztetowa staje się dobrem luksusowym, choć jej nie trzeba gotować? 

Wiecie jak to jest.

Telefon o masakrycznej porze i oferta nie do odrzucenia, choć i pora pobudki i pomysł odrzucają na wstępie, a panienka, która gada jakby była botem usiłuje zaprosić człowieka na pokaz czegoś co go nie interesuje w miejscu czasem odległym o setki kilometrów, tylko dlatego, że, albo wybrała numer na chybił trafił, albo gdzieś go nielegalnie (no przecież) zdobyła. 

Ludzie lecą na takie oferty, podpisują debilne umowy, kupują śmieci po cenach jak z koszmaru. Niczego nie da im się wytłumaczyć. 

Ja wczoraj siedziałam nieco dłużej bo kończę książkę z szatanem w tle i choć moje demony i szatany bardzo demoniczne nie są, to jednak czasami wpływają na moje postrzeganie świata. 

Córka miała gorączkę i spuchła, mamie z tego skoczyło ciśnienie, więc dopadł mnie taki stres, że właściwie siedziałam tylko i dumałam, dlatego bardziej byłam w książce niż w domu. 

I wtedy zadzwonił telefon. Po przydługim powitaniu, z którego nic nie zapamiętałam facet przeszedł do rzeczy. 

- Ja w sprawie spotkania, mam dla pani zaproszenie! – zanim zdążył powiedzieć z kim, z czym i gdzie, przerwałam mu swoim uroczym schrypniętym głosikiem (kto mnie zna ten wie, że jest szczególny) 

- Dobrze, już wysyłam potwierdzenie. W ciągu tygodnia zostanie pan nawiedzony – powiedziałam licząc, że się odczepi. 

- Ale… - zatkało go. 

- Wszystko rozumiem, proszę się nie martwić! Szatan zawsze załatwia to dyskretnie – no dobrze, chyba mi odbiło, (a byłam trzeźwa), siedziałam w książce, w której objawia się ludziom szatan i szukałam rozwiązania poważnego problemu nogi, która odrosła po suplementach diety, a debil mnie wkurzył. I tak miał szczęście, że postraszyłam go tylko szatanem, a nie Bigpharmą . 

- Pani nie rozumie. Tu chodzi o pokaz – wydukał. 

- Oczywiście, że rozumiem, namierzyliśmy już pańską sygnaturę, sprawa zostanie załatwiona. A jeżeli chodzi o pokaz… No cóż. Jeżeli pan woli z efektami specjalnymi… No dobrze, to komu ma się szatan pokazać? Żonie, czy szefowi? Sąsiadów nie obsługujemy. Proszę się zdecydować. 

- Ale jaki szatan, co pani?!

- No, a jaki? Zwykły? Szatan, sam pan się zgłosił do mojej agencji. 

- O ja pierdolę. Do jakiej agencji? - naprawdę prawie się rozpłakał. 

- No, do agencji usług satanistycznych. To nie wie pan do kogo pan dzwoni? Ludzie są bez sensu, rachunek za usługę został już wysłany! 

Rozłączył się, nawet pospiesznie. 

Ciekawe czy zadzwoni jeszcze raz. 

Dziś rano zobaczyłam na FB zawiadomienie i coś co mnie zaskoczyło: 

„Uważajcie szatan atakuje przez telefon”. 

Czy to możliwe, że chodzi o mnie?

wtorek, 15 września 2020

Znamię...


OLGIERD HURKA

ZNAMIĘ

Harper Collins

Znamię jest książką po wielokroć niezwykłą. Można ją potraktować jak kryminał i spełnia wymogi tego gatunku, jako thriller, powieść obyczajową. W zasadzie jest mieszaniną gatunków, i nie jest całkowicie przypisana do żadnego z nich. Nie da się jej jednoznacznie przyporządkować.

wtorek, 8 września 2020

Małe Licho - i świat wiedzy nie tylko tajemnej.

MARTA KISIEL

MAŁE LICHO
i lato z diabłem.




Marta Kisiel Małecka pisze książki, które trudno jednoznacznie zakwalifikować do którejś z oczywistych literackich „szufladek”. Bo nawet jej książki dla dzieci właściwie są także i dla dorosłych - nie chodzi tylko o prosty fakt, że dorośli mogą je przeczytać i będą się świetnie bawić, ale o to, że one mogą wzbogacić każdego, kto je przeczyta, niezależnie od wieku, a taka miedzy innymi jest rola dobrej literatury. 

niedziela, 6 września 2020

Iwona Mejza OŚWIĘCIM PRAGA


IWONA MEJZA, TOMASZ KLIMCZAK, MIROSŁAW GANOBIS


OŚWIĘCIM PRAGA. CZAS MIŁOŚCI I NADZIEI.

OFICYNKA

Książkę tę czytałam już dwa razy, bo miałam okazję czytać ją w czytelniczym „proszku” czyli jeszcze przed wydaniem toteż dobrze ją znam i dlatego mogę naprawdę z całego serca polecić. 

Ta opowieść to historia w dużej mierze prawdziwa, leciutko tylko dopasowana do tła, całkiem dobrze zbeletryzowana i osadzona w świecie, który kiedyś istniał. Poznamy międzywojenny Oświęcim, historię w tamtych czasach, nowatorskiego projektu motoryzacyjnego i ludzi z nim związanych. 

Żywe miasto, żywi ludzie, ciekawe czasy. Właśnie te czasy i ta autentyczność opowieści, oraz, nie ukrywajmy miejsce, sprawiają, że człowiek wczuwa się w opowieść niejako osobiście jej doświadczając, bo przecież my, czytelnicy już WIEMY, to czego nie wiedzą oni… 

Marzą, dążą, żyją nadziejami, które dla większości mogą być płonne, ale czy dla wszystkich? 

Iwona Mejza pokazała przekrój społeczny, wiwisekcję serca miasta, które potem tak bardzo ucierpiało i śmiem twierdzić cierpi do dziś otoczone nimbem stereotypu, który często jest niesprawiedliwy. 

Ta opowieść to doskonały początek sagi, która powinna zostać napisana, bo wierzcie mi będziecie mieli pewien niezwykle przyjemny niedosyt po jej przeczytaniu, bo to historia, historie ludzi, którzy w swojej zwyczajności (a czasami niezwykłości też) są prawdziwi, a ich losy wcale nie cukierkowe. 

O ile dzieje tej marki i samochodu jako takiego są w pewnym sensie opowieścią zakończoną, to historie ludzi dookoła tego wszystkiego, dookoła fabryki, kłębią się, skrzą, pulsują jakby wołały o więcej. 

Autorce udało się coś co udaje się rzadko, z pozoru lokalna, niebyt znana i zapomniana już historia sprzed wieku odżyła. I okazuje się, że może zainteresować większość czytelników bo jest tu wszystko, interesujący watek obyczajowy, wyścigi samochodowe i emocje, pokazane bardzo zgrabnie tło społeczne, znani i bardzo znani ludzie, piękne kobiety, ognisty romans, zwykła miłość, i HISTORIA ta przez duże "H", która zbiera się nawałnicą nad głowami niczego nie spodziewających się ludzi. 

Zwykłe rodziny i wielki świat. Ludzie pracy i klasy wyższe. Naprawdę świetnie napisana. 

Zainteresuje każdego, nawet jeżeli o takim samochodzie nigdy nie słyszał. No i powstał film, a to kusi...

sobota, 5 września 2020

Pisarzu kim DOKŁADNIE jesteś?


Ostatnio jakby trochę zaczęłam się zastanawiać jak można udokładnić pisarzy, bo przecież każdy wie, że jeden drugiemu nie równy, każdy pisze inaczej, ale jak?

O niektórych mówi się kryminalista, a to jest mylące, bo wiele się w tym mieści.

Mnie na przykład, choć piszę kryminały NIKT nie nazwałby kryminalistą, ja mieszczę się w kategorii GAGISTA.

A wy?

Oto kilka typów, wybierzecie coś z tego? A może trzeba dodać coś jeszcze?


Makabrysta – rozmazuje po ścianach oczy i wątrobę denata i stara się wywołać koszmary senne u czytelnika. Ceniony zwłaszcza za realistyczne podejście do tematu.

Romantyczny makabrysta – jak wyżej, tylko denatem jest obowiązkowo piękna blondynka, jej biust, choć odłączony od ciała pięknie wygląda na szafce nocnej mordercy.

Sadysta romantyk – Tak znęca się nad swoimi bohaterami psychicznie, że powinno się go wsadzić do więzienia, ale, że nie znęca się seksualnie, każdy go kocha. Sprawia, że po obfitym płaczu nad książką wyglądasz tak, że sąsiedzi pytają gdzie się zaraziłaś i czy nie powinnaś iść na kwarantannę.

Zwrotnicowy – w jego książkach jest tyle zwrotów akcji co w „Modzie na Sukces”, ostatecznie główny bohater okazuje się swoim własnym ojcem, który zginął trzy lata przed narodzinami, a jego ciało znaleziono dwadzieścia lat później w szafie kochanki trzeciego syna ósmej żony księcia Dubaju.

Gagista – kryminalny komediant, który usiłuje rozśmieszyć urwaną głową, połamanymi kończynami, ewentualnie seksem w gąszczu tarniny. Część czytelników to śmieszy i cieszy, część oburza, bo urwana głowa lepiej wygląda w romansie, a seks w kryminale, albo jakoś tak. Tarninę należy zostawić blogerom kryminalnym, tfu kulinarnym.

Penisista – autor, który  skupia się na sześciopaku i atrybutach, a akcja służy tylko do ich pokazania. Opisuje pomieszczenia zamknięte, ewentualnie dzikie tereny Kanady, nigdzie indziej nie da się spacerować z atrybutami na wierzchu. Uwaga w Kanadzie grasują niedźwiedzie.

Onomatopeista – Początkiem książki bywa zazwyczaj romantyczne porwanie, potem najczęściej akcja bardzo zahacza o łóżko, prysznic, ewentualnie loch z izbą tortur. Autor unika dialogów, (monologi się zdarzają przerywane jękami ), ale i tak czytelnik z wypiekami na twarzy doczytuje do końca.

Saganowiec (nie mylić ze stachanowcem, ale przy tego typu pracy to trudne) – autor sag (albo autorka, nie bądźmy niekulturalni) o pojemności sporego kotła, w których jest w stanie wymieszać trzynaście pokoleń, pięćdziesiąt traum (nie mylić z twarzami), złamaną nogę, czarownicę, dwie miłości aż po grób i jedną nadnaturalną oraz kota.

O fantastach pisać trudno bo są tu takie typy jak:

Apokaliptyk – nie mylić z apoplektykiem, choć niektóre sceny bywają straszne (nie, że złe, nawet świetne, nie dają spać przez kilka nocy).

Smokulista – taki od smoków, kul ognistych i wydłubanych oczu

albo

Czaromarulik – gdzie magia załatwia wszystko, bohaterowie nawet myć się nie muszą.

Pewnie nie ogarnęłam wszystkiego. Proszę o wasze typy.
I WAŻNE od razu was rozczaruję, nie, NIE PIJĘ do nikogo konkretnego poza sobą samą !

poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Dwór w Zaleszycach...

AGATA SAWICKA

DWÓR W ZALESZYCACH

"Niespokojne Serca"

"Poplątane ścieżki"

W zasadzie prawie nie czytam powieści obyczajowych, ale jak już książka trafi w moje ręce, to zawsze przejrzę, a potem, albo czytam, albo odkładam. Tym razem winna była moja własna mama, bo ona chciała to przeczytać, tak więc… Przeczytała, a ja tak sobie ze dwa tygodnie temu też siadłam i… 

W sumie aż się zdziwiłam. 

niedziela, 30 sierpnia 2020

Pandemia głupoty wcale nie pandemicznej

Jestem hipochondryczką, ale nie taką wiecie, że jak zauważę, że mam pryszcz na nosie to zaraz umieram, u mnie jest jeszcze gorzej, ja zaraz planuję pogrzeb i opłakuję śmierć głodową swojej rodziny po tym jak mnie zabraknie. 

Dlatego, stosuję się do zaleceń. To ważne szczególnie teraz. 

Tak więc OCZYWIŚCIE noszę maseczkę, choć ona chroni właściwie nie mnie, ale cała resztę… 

Może i jestem hipochondryczką, ale nie jestem psychopatką i nie życzę ludziom paskudnej śmierci, ani ciężkiej choroby, tylko dlatego, że „maseczka to kaganiec”.