Pewna pani napisała do mnie ostatnio, że obrażam jej uczucia, zdecydowanie chyba religijne, choć nie doprecyzowała.
I była dość nawet grzeczna. Obyło się bez wyzwisk i słów niecenzuralnych.
Dostaję tyle dziwacznych tekstów religijnych, że szkoda gadać, bo nie dość, że są agresywne i używają szantażu emocjonalnego, w stylu „Jeżeli tego nie zrobisz, to Bóg…” (nawet nie próbujcie sobie wyobrażać co zrobi), że się nimi nie przejmuję. Są zapewne pisane przez „nikogo” do „nikogo” czyli przez bota do przypadkowego Facebooczanina, więc nie ruszają mnie.
Jednak ten był bardziej osobisty.
Obraziłam swoją książką (której autorka listu nie czytała,) uczucia religijne jakiejś osoby, której nie znam, nie chcę poznawać i oby jak najdłużej nie poznam. Cóż jednak uczucia religijne są łatwo obrażalne.
Ogólnie wszystkie inne chyba też, bo pani postanowiła mi uświadomić, że ludzie, którzy nie piszą o boskim porządku świata nie powinni pisać w ogóle, ale najbardziej to zniesmaczyła ją książka Zwłokomat, (jak zaznaczyłam nie czytała jej, po tytule doznała zniesmaczenia) bo zwłoki z paczkomatu są odrażające, ale nie tylko!
Jak można?!
Nie wolno wkładać zwłok do paczkomatu! To bezczeszczenie!
Takie książki sieją zgorszenie (zaznaczam nie ma tam seksu), i w ogóle jak mają się na przykład czuć dzieci?
Zainteresowało mnie to sianie zgorszenia, bo jak to tak, jak można siać zgorszenie bez seksu?!
(Szkoda, że nie pomyślała o staruszkach i matkach ciążowych)
Matka (a jednak pomyślała) wyśle takie dziecko odebrać coś z paczkomatu, a biedne dziecko będzie się bało, że wyskoczą na nie zwłoki!
I w ogóle po co pisać o zwłokach? Tyle jest pięknych rzeczy na świecie.
O miłości by pani napisała - zarządziła.
No i „pani” czyli ja postanowiła napisać o miłości, ale że kocha zwłoki to właśnie siedzi nad kolejnym kryminałem...
Czy literatura w ogóle, nawet ta codzienna, popularna przez najmniejsze „l” świata może podlegać pod taką obrażalność?
Zdarzyło się wam już coś takiego?




