niedziela, 30 grudnia 2018

HUMANIŚCI W KOSMOSIE


MEL LALLANDE

HUMANIŚCI W KOSMOSIE

NovaeRES

„Humaniści w kosmosie” to zbiór mocno pogmatwanych narracyjnie utworów, niejednorodnych co do formy, treści, a nawet (w pewnym sensie) gatunku… 

Można w nich wyczuć ducha Douglasa Adamsa z jego „Restauracją na końcu wszechświata” i „Autostopem przez galaktykę”. Wyczuwa się go mocno, ale nie jest to wtórne czy odtwórcze. Można nieco zboczyć w Pratchetta z jego „Wyprawą czarownic”, choć nie chodzi mi o rodzaj humoru, a jedynie o wykorzystanie pewnych tematów. Są tu też aluzje do Philipa K. Dicka i innych wielkich tego gatunku. 

Teksty są groteskowe, poszarpane, niejednokrotnie przerysowane i prześmiewcze. 

O ile opowiadanie „Bajeczka Science Fiction” to pewien ciąg zdarzeń niekoniecznie zamkniętych i dość nawet żartobliwych ( Instrukcja obsługi człowieka zasługuje na więcej miejsca moim zdaniem bo jest świetna), to już następna opowieść „Zmiany klimatyczne” na poważnie wytrąca z równowagi, choć posługuje się bardziej zbiorem obrazów i zdarzeń niż ciągiem przyczynowo skutkowym. 

Jest też opowiadanie o międzygalaktycznym weterynarzu, jego forma zasługuje na szczególną uwagę, bo jest niezwykła i pełna czarnego, zjadliwego humoru. Autorka niczego nie tłumaczy, nie wyjaśnia, po prostu pozwala czytelnikowi wejść w „wycinkowy” świat opowieści i zostawia mu pole do interpretacji. Nie wiemy ani „dlaczego”, ani „kiedy” patrzymy na jej światy jakby przez dziurkę od klucza. 

Tytułowe opowiadanie „Humaniści w kosmosie” to jeszcze inna odsłona możliwości autorki, a opowiadanie „Wojna Kobiet” to jakby wariacja na temat stosunku płci i stosunku do płci, zdarzeń, zaszłości i możliwości. Trudno tu nie zauważyć pewnych podobieństw do kilku dość dobrze znanych filmów, ale też jest to moim zdaniem zamierzone. 

Książka nie jest klasycznym zbiorem klasycznych opowiadań science fiction, ale przyznam, że ciekawi, bawi, intryguje. Dlaczego to mówię? Bo okładka sugeruje coś lżejszego i bardziej „zwyczajnego”, a zawartość jednak jest dość wymagająca. 

Mnie książka się podobała, ale ja uwielbiam groteskę, czarny humor i odrobinę szaleństwa, a nie wszyscy to lubią. Każde z opowiadań mogłoby stać się odrębną powieścią i wcale tekstom by to nie zaszkodziło. 

Nie jest to książka dla każdego, ale wielbiciele tego specyficznego połączenia jakim jest groteska i SF powinni po nią sięgnąć.

czwartek, 27 grudnia 2018

Zasady trzeba znać.

BODO SCHAFER
ZASADY ZWYCIĘZCÓW

AKTYWA

Zanim cokolwiek napiszę o tej książce muszę zaznaczyć coś co w niej jest najważniejsze. JEST INNA. 

Czytałam kilka podręczników do samorozwoju, któż ich nie czytał choćby z ciekawości? Każdy chce poznać odpowiedzi na swoje czasami niezadane, czasami nawet nieuświadomione pytania. Każdy chciałby odnieść „sukces” przy czym pisząc sukces nie mam na myśli tylko i wyłącznie finansów, czy pozycji i prestiżu. 

Każdy dąży do tego co uważa za sukces i każdy dąży do tego inaczej. Wielu odpada w przedbiegach tylko dlatego, że zabiera się do tego nie tak jak należy. 

Jednak w tej książce nie znajdziecie nic na temat „kosmicznej energii”, nic o „powracającej karmie”, ani o przyciąganiu złych zdarzeń złymi myślami, czy dobrych ludzi dobrymi. 

To nie jest ten typ książki. 

Autora nie interesuje kosmos, a człowiek i jego dążenie do celu. Do bardzo konkretnego, a właściwie każdego celu, jaki sobie ten człowiek wybierze… ( choć cele w stylu jak poderwać kelnerkę, albo co zrobić, żeby wygrać w totka nie są tu brane pod uwagę) 

Autora interesują przeszkody jakie napotyka człowiek dążący do celu , te wewnętrzne i te zewnętrzne. Wymówki, które potępia i błędy, które sobie bardzo ceni. Tak, tak… W imię zasady, tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi. Bo… im więcej błędów tym więcej działania, a działanie uczy…. 

Opowiada także o procesie podejmowania decyzji i o wszystkim co dookoła, dobrych „złych” radach, zniechęceniach, zniechęcaczach, porównaniach i wszystkim tym co człowieka spotyka na drodze do realizacji planów. 

I uwaga! 

Autor NIE JEST „NAWIEDZONY”, jest konkretny i pomocny! 

Książka zawiera dużą ilość ciekawych ( konkretnych) przykładów, ćwiczeń i zaleceń, napisana jest naprawdę dobrze, czyta się ją lekko i nie zawiera przekombinowanych wyrażeń utrudniających zrozumienie tekstu. 

Nie jest to powieść ani zbiór przypowieści o żółwiach, fokach, mnichach itd. ( no jest jedna o strumyku, ale to tylko tyle) 

Przyznam, że książka jest przydatna! 

Tak więc jeżeli wciąż coś robisz, dążysz do czegoś, a jakoś ci nie wychodzi, jeżeli załamujesz się po pierwszym niepowodzeniu ( po kolejnych też), jeżeli otaczają cię ludzie, którzy uważają, że kto, jak kto, ale ty na pewno NIE dasz rady, przeczytaj tę książkę! 


niedziela, 23 grudnia 2018

Penis jako choinka, śnieżynka, renifer…



Trzeci penis na PRIV-a!. Nie, nie w tym tygodniu! Trzeci dziś! 

Jakiś ( …………...tu wstaw epitet) pisze do mnie per „kochanie” i dodaje dość durny tekst, zwracam mu uwagę, że, że to mi nie odpowiada, co dostaję : 

„Ależ to jest zabawa kochanie”. 

Zabawa… Penisem… Czy on mógłby się nim bawić jak dotychczas w łazience??? 

Musi na internecie? 

sobota, 22 grudnia 2018

Karpioreptilianki i różowe chmurki...

Trzeba powiedzieć, że zawsze interesowało mnie to swoiste rozdwojenie jaźni jakie widzę często u ludzi korzystających z mediów społecznościowych. Pewnie i wy to zauważyliście. Im gorsza wiadomość tym większa oglądalność. 

Wojny, powodzie, końce świata…. 

Makabra, masakra i (chyba) kobiety wyglądające jak śpiewające karpie, które postanowiły przegryźć ci gardło w takt kolędy, albo, e… w każdym razie czegoś co kolędę ma przypominać święcą triumfy. Gwałty, morderstwa oraz robaki w cukierkach też, a dobre wiadomości? NIC, zero! 

To znaczy gdzieś tam są, ale każdy je omija.

środa, 19 grudnia 2018

Zagadka trzech czwartych Poirota... albo?

SOPHIE HANNAH
ZAGADKA TRZECH CZWARTYCH

Wydawnictwo Dolnośląskie


Mam z tą książka problem to poważny, i wcale nie o to chodzi, że jest zła, ale nie umiem sobie z nią poradzić. Znacie powiedzenie, że „prawie” robi różnicę? 


No i chyba właśnie o to chodzi! O tę różnicę. 


Agatha Christie zmarła w 1976, ale… jakby wciąż żyje przez swoje książki, i jest wielu ludzi, którzy wciąż ją czytają i boleją nad tym, że zamilkła. 

Herkules Poirot umarł oficjalnie w 1975 ( wtedy w Timesie pojawił się jego nekrolog) choć właściwie umarł wcześniej, bo w jednym z pierwszych opowiadań i literacko żył trochę na opak… 

Wszyscy pragnęlibyśmy by Agatha Christie pisała nadal, ale, ponieważ nie może… W jakimś sensie zadowalamy się jej oficjalną ( literacką) spadkobierczynią, która właściwie pisze tak jak ona. Właściwe, prawie, niemal… I wcale nie pisze źle! Ja byłam w stanie wejść w tę książkę i się w niej zanurzyć. 

Ta książka była ciekawa, napisana odpowiednim stylem i bardzo podobna do tego co serwowała nam Agatha Christie. Wszystko było takie jak trzeba, choć może tło społeczne zostało nieco słabiej opisane, ale mało kto potrafi pod tym względem dorównać mistrzyni. 

Herkules Poirot też jakby taki sam… 

Czego mi więc w tej książce brakuje? 

Czy w ogóle czegoś brakuje? 

„Zagadka trzech czwartych” to książka napisana przez Sophie Hannach i autorka nie miała lekkiego zadania to pewne, wszyscy miłośnicy Agathy Christie i Poirota ( a do takich śmiem się zaliczać) zawsze będą porównywać. Nie ma innego wyjścia. 

Opowieść dostarcza inteligentnej zagadki kryminalnej, nie można powiedzieć, że nie. Jest ciekawa i utrzymana w klimacie. Co prawda Edward Catchpool w roli Hastingsa jest nieco blady i dość jednowymiarowy, ale można mu to wybaczyć, w końcu to jednak Catchpool, nie Hastings. 

To, co jednak najbardziej mi przeszkadza, to motyw. Rozwiązanie całej dość skomplikowanej akcji, w której kilka osób posądzonych zostaje o morderstwo przez kogoś podszywającego się pod belgijskiego detektywa, jest nie dość umotywowane. 

Nie mogę oczywiście napisać co dokładnie mi w nim nie pasuje, w końcu to kryminał, więc nie mogę zdradzać zakończenia, ale jest „blade” i nieadekwatne do całej zagmatwanej i dopracowanej intrygi. 

Mogę powiedzieć tak. Dobry, trzymający poziom kryminał, dość dobrze utrzymany w klimacie pierwowzorów. Zakończenie zaskakuje, jednak nie zachwyca. Mnie nie przekonało. Nie, że całość zła, ale… ciut niedopracowana. 

Wcale mi to nie przeszkodziło przeczytać tej książki już dwa razy. Muszę też sięgnąć po poprzednie kryminały tej autorki tej autorki! Ja naprawdę uwielbiam i kryminały i Poirota i Agathę.

wtorek, 18 grudnia 2018

POLSKIE TRIUMFY - świetna pozycja!


 POLSKIE TRIUMFY
50 chwalebnych bitew Polaków


Ciekawostki Historyczne


Już dawno tak pięknej, i tak pięknie wydanej książki nie widziałam i przyznam, że byłaby doskonałym prezentem pod choinkę w każdym domu. Niekoniecznie zaraz trzeba być historykiem, czy kimś skrajnie zakochanym w historii Polski. 

Ta książka po pierwsze może przydać się każdemu bo uczy, może też być świetną lekturą, dla kogoś, kto historie już zna, trochę lub trochę bardziej, może też być cudowną opowieścią o historii oręża polskiego, a właściwie wielkich, tego oręża triumfów. Znajdziemy w niej, jak sam tytuł wskazuje POLSKIE TRIUMFY, a więc 50 chwalebnych bitew Polaków i, UWAGA nie są to bajki, albo opowieści spisane „ku pokrzepieniu serc”, że tak się po sienkiewiczowsku wyrażę, ale rzetelna wiedza podana w ciekawy sposób. 

Wydawcą jest wydawnictwo „ciekawostkihistoryczne.pl” który to portal czytam z zachwytem gdyż lubię historię. Lubię ją znać… Jakby to powiedzieć… Prawdziwą, niewygodną, ciekawą, ale nie uładzaną i dostosowywaną… 

Książka napisana przystępnym językiem, pięknie ilustrowana opowiada o bitwach, których znaczenie jest nie do przecenienia w historii naszego państwa, a czasami i świata. Od Mieszka po współczesność, przez Grunwald, Wiedeń, Kircholm i Warszawę dwudziestego roku… i Tobruk 41, aż po współczesność. 

Ta książka to niesamowita gratka! Pewnie, że nie da się jej przeczytać jak powieści w dwie noce, a jej 554 strony formatu A4 trzeba sobie dawkować i się nimi delektować jak najlepszym smakołykiem. 

Dużym atutem jest to iż została napisana przez znanych historyków ale także i poczytnych publicystów, a to sprawia, że nawet tok narracji i sposób pisania jest fascynująco różnorodny i ciekawy. 

Jeszcze jedną istotną cechą tej publikacji jest bezstronność historyczna. Nie lubię czytać książek uładzonych, ugrzecznionych, stronniczych czy wręcz panegirycznych. Historia to historia… Lubię ją taką jaka jest. 

Ta publikacja, a właściwie nawet każda z jej części opatrzona jest dodatkowymi przypisami tak, że wiedzę można nie tylko sprawdzić ale i pogłębić. 

Jestem jak najdalsza od wszelkich nacjonalizmów i przesadnego gloryfikowania wojen, bitew czy jakiegokolwiek rozlewu krwi, a jednak ta publikacja jest ważna. 

Historia lubi się powtarzać, a więc dobrze jest ją choć trochę znać... 

Ta książka to świetna sprawa. Ta książka powinna być w każdym domu, a już na prezent nadaje się idealnie i to dla każdego, zachwyci tak samo nastolatka jak starszego pana, licealistkę, jak emerytkę! POLECAM z zachwytem!

sobota, 15 grudnia 2018

Boże Narodzenie zapomnianych.

DONICZKA Z GWIAZDĄ ( opowiadanko z 2014 opublikowane kiedyś w jakimś dziwnym miejscu w internecie)

IWONA BANACH



- Pojechali!

- Nareszcie! Co za dzień? Dobrze, że to wszystko już się skończyło - powiedziała siadając ciężko za stołem i nerwowo splatając ręce na piersiach.

- Skończyło? Chyba żartujesz... - westchnął Marek, patrząc na nią z niejakim wyrzutem - może powinniśmy za nimi pojechać?

- Zwariowałeś! Jeszcze czego?! No wiesz? Jak możesz.... Jak możesz, ja się tak bardzo starałam!
Oboje popatrzyli na zastawiony stół, na pięknie ubraną choinkę.
- I do tego doniczką?

- No wiesz....

- Ale doniczką?! Przecież to zupełnie chore! I za co? Za tyle serca? Nie! To nie do pomyślenia! To miało być tylko dwa dni! Tylko na święta! Tylko na święta, debilu!

Choinka rzeczywiście wyglądała pięknie. Te wszystkie bombki, bombeczki, łańcuchy, światełka. Marek nalał sobie kompotu z suszu.

- Może jednak ja pojadę? Ty, jak nie chcesz...

- Ani mi się waż! To nie nasza sprawa!

- Jak to nie nasza? Przecież tak się cieszyliśmy...

- Jasne, ale to co się stało przechodzi wszelkie pojęcie! Lepiej posprzątaj w łazience, bo mi się niedobrze robi na samą myśl, co tam się dzieje. I całe to zamieszanie - wzruszyła ramionami z pogardą. - I po co nam to było?! Po co?

- Przecież chciałaś!

- Nie! To ty chciałeś!

Marek przezornie odwrócił oczy. To był jego pomysł, choć oboje go zaakceptowali. Zawsze wszystko uzgadniali, zawsze wszystko robili razem. Wszystko, nawet zakupy, rozumieli się prawie bez słów, byli jakby jedną osobą w dwóch ciałach. Aż do dzisiaj, aż do tej chwili kiedy wszystko się zawaliło. Marzenie jakoś wypsnęło się spod kontroli i już nie mieli na nie wpływu. Marek patrzył na Dominikę jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

- Ależ kochanie...

- Żadne kochanie! - Dominika prawie na niego warknęła. - Mam dość! Rozumiesz? Przez cały tydzień siedziałam w garach! Przez cały tydzień latałam z wywieszonym ozorem, a to kapusty zabraknie, a to grzyby nie takie... - nagle zamilkła na chwilę - Wiesz? A może chodziło o tę lalkę?
- Nie, kochanie.... - usiłował coś dodać, ale przerwała mu uspokojona.

- Masz racje, to nie to! Lalka kosztowała ponad dwie stówy... I do tego podłogi, pastowanie, pucowanie, cholerne mycie okien, firanki, dywany! I ta choinka? Ten pieprzony drapak, też dał mi w kość! Wiesz, ile igieł z tego się posypie za kilka dni? I wiesz, kto to będzie sprzątał i zębami wydzierał te igły z dywanu? Wiesz? Jasne, że wiesz, przecież nie ty! Ty sobie spokojnie pójdziesz do pracy...

- Ależ, kochanie - Marek wyraźnie nie miał przebicia.

- Zamknij się! Zamknij! - krzyknęła Dominika histerycznie. - To nie tak miało być!

- Wiem, że nie tak, ale pewnych rzeczy nie da się przewidzieć w takich sprawach...

- Nie da się przewidzieć? Nie da się? Ty oszalałeś, prawda? Myślisz, że ktoś o zdrowych zmysłach usiłowałby przewidzieć taką cholerną katastrofę?!

Wstała i nerwowo wyjrzała przez okno.

- Teraz na pewno będą o nas gadać! Zupełnie niepotrzebnie powiedziałam Krukowskim, a poza tym, wszystko widzieli, jak hieny siedzą teraz w oknach i czekają na sensację, i zgaś te pieprzone światełka na choince! Zgaś! Słyszysz?!

- Dobrze, kochanie - Marek posłusznie podszedł do choinki i po kolei zaczął wyłączać światełka. Musiał przyznać, że były piękne. Nigdy dotąd aż tak bardzo nie szykowali się na święta, nigdy zresztą nie mieli nawet prawdziwej choinki, ale w tym roku Dominika uparła się, że ma być tak pięknie jak jeszcze nigdy i nigdzie.

- Te migające też? - zapytał nie wiedząc co powiedzieć.

- Też! Wszystkie! Nie było sensu ich kupować, ale oczywiście uparłeś się, prawda? Ty zawsze musisz postawić na swoim, a potem jak co do czego...

- Przecież to ty je kupiłaś?

- Nieważne! Ale jak można było coś takiego... I ta doniczka... Niepotrzebnie stawiałam gwiazdę betlejemską w łazience, ale tak pięknie tam wyglądała. Tak pięknie... A teraz co?

- Posprzątamy - na chwilę zamilkł. - To znaczy ja posprzątam...

- Nie o to chodzi! Chodzi o to, że będą się nas czepiać, rozumiesz?! Niewdzięczna gówniara! Specjalnie to zrobiła! Specjalnie! Chciała pokazać, co to nie ona... I miej tu, człowieku, serce!

Marek jeszcze raz popatrzył na żonę, po czym bez słowa poszedł do swojego pokoju. Kiedy wrócił był jakby spokojniejszy.

- Chyba tam nie dzwoniłeś?! - Dominika naprawdę się zezłościła. - Nie powinieneś! Przecież to wygląda tak, jakbyś czuł się.... Jakbyś... - jeszcze bardziej się zdenerwowała - jakbyśmy byli odpowiedzialni za to, co się stało!

- No więc… - chciał coś powiedzieć, ale znów nie dała mu dojść do głosu.
Blada, roztrzęsiona, co chwila poprawiała talerzyki na stole przykrytym nieskazitelnie białym obrusem, na którym w jednym miejscu kwitła czerwono bordowa plama.

- Weź aparat i porób zdjęcia.

- Teraz to tobie odbija. Jakie zdjęcia? - Marek nie wierzył własnym uszom. - Teraz? Po co?

- Bo ja tak chcę. Niech potem nikt mi nie powie, że coś było nie tak! Niech zobaczą choinkę! Niech każdy zobaczy te pieprzone prezenty i to całe żarcie na stole! I ciasto! 

- Dominika, to nie ma sensu!

- Ma! Większy niż myślisz! Większy niż myślisz – powtórzyła. - Jak ona mogła to zrobić?! Jak mogła! Przecież to obrzydliwe. Tu tyle serca, kolędy, żarcie! Oczywiście musiała zapaprać obrus, jasne, że musiała! Założę się, że w życiu czegoś takiego nie miała, a teraz co?! Wszyscy nas będą wytykać palcami! I to jak? Doniczką?! No, nie, ja nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić!

- Fakt, to straszne...

- I cała ta masakra w łazience, skorupy ziemia...

- Zapomniałaś o krwi?

- Nie, nie zapomniałam, choć bardzo bym chciała! To chyba moje najgorsze święta w życiu! Marek! Ja się chyba załamię!

- Nie histeryzuj. Sprawa jest rzeczywiście trudna. Dzieciak miał...

- Dzieciak?! Dzieciak?! To harpia nie dzieciak! Nic jej się nie podobało! Nic!

- A może podobało jej się za bardzo?

- I oczywiście musiała odegrać się na nas? Ona naprawdę była jakaś nienormalna!

- Jest.

- Co: jest?

- No, jest. Żyje. Operacja się udała.

- No to koniec! Obgada nas jak nic! Nakłamie! To pewne!

- Przestań wreszcie myśleć o sobie i pomyśl o tym biednym dziecku! Ona ma ledwie dziesięć lat!

- I to ją usprawiedliwia? To jej pozwala podcinać sobie żyły w cudzej łazience? I to czym?! Skorupą od doniczki?!

- Wiem, rozumiem, to dla ciebie szok, ale skoro już jest w porządku to możemy jutro pójść i ją odwiedzić. Zaniesiemy jej prezenty...
.
- Mowy nie ma! Niech ją odwiedzają ci ludzie z domu dziecka, co ją tak wychowali! Też mi coś, a prezenty? Prezenty zostaną, w przyszłym roku zaprosimy inną dziewczynkę, będzie z pewnością grzeczniejsza i mądrzejsza. Przydadzą się.


poniedziałek, 10 grudnia 2018

Czy autor jest własnością czytelnika?




Ostatnio jedna z moich koleżanek po piórze została obrzucona przez czytelniczkę „wredną kuropatwą” gdyż jeden z bohaterów jej książki miał inne zdanie na temat dekomunizacji niż ta właśnie czytelniczka. Inna pisarka została zrugana za to, że niezbyt ładnie wyraziła się ( w roli narratora jak mniemam), o którejś ze swoich bohaterek, będącej o zgrozo kobietą ( no a poprawność polityczna wymaga żeby kobieta o kobiecie wyrażała się albo dobrze albo wcale, nawet jeżeli ta kobieta jest głupią pindą, albo wielokrotną morderczynią). 

Wyraźnie widać jak nagle do literatury, tej mniejszej i tej większej zaczęła wkradać się właśnie ta osławiona poprawność, ale… jak sobie z nią poradzić, przecież czytelników wielu, a cenzura jeszcze nie istnieje, to znaczy istnieje, ale nie jest zinstytucjonalizowana na tyle, żeby móc tam pójść i zapytać, jakie poglądy powinna mieć ta czy inna bohaterka, żeby czytelnik pan, bóg nasz i władca, wszelki element decyzyjny był zadowolony?

No oczywiście inteligentny pisarz pewne rzeczy wie. 

Nie pasuje na przykład, żeby matka dzieciom i Polka na dodatek była lewaczką, czy żeby nauczyciel był gejem!!! Nie, nie nie, na to się żaden czytelnik nie zgodzi! 

A wiemy, że dla pisarza czytelnik jest najważniejszy. 

Nie pasuje, żeby puszczająca się na prawo i lewo „sucz” była katoliczką, mowy nie ma, ani żeby Arab nie bił swojej żony, ma bić i koniec, od tego jest! 

Policjant ma być głupi, mąż dobry, żona marnotrawna… Prawda? I wszystko będzie O.K. Trzeba tylko wytyczyć pisarzom pewne granice i tyle. Może zrobić spis postaci i ich cech, autor będzie mógł sobie wybrać spośród kilku akceptowalnych. Nie będzie to co prawda bardzo kreatywne pisanie, ale wszyscy będą zadowoleni. 

Nie możemy przecież pozwolić na to, żeby po ulicach snuły się bandy niezadowolonych czytelników… podobnych do Annie Wilkes z Misery Kinga… 

Z siekierami, przekleństwami na ustach i z wydrukami w rękach będą gonić za autorami by ci wskrzeszali, albo mordowali wskazanych bohaterów tak jak im to pasuje, pod dyktando i już, natychmiast bo inaczej....

Stada żądnych zmian wielbicieli literatury z widłami i pochodniami w rękach oblegać będą domy i domki pisarzy ( albo klatki schodowe – pisarz wbrew pozorom rzadko mieszka w zamku, częściej w kawalerce na lewo od zsypu). 

Będą skandować wegańskie hasła ( bo bohaterka nie powinna jeść martwych zwierząt) , będą wykrzykiwać groźby karalne, bo autor zamordował nie tego co trzeba, żona nie powinna była zdradzić męża z jego najlepszym przyjacielem, a sekta seksualnych dzikusów nie powinna ( albo powinna – zdania mogą być podzielone) doprowadzić do ciąży mnogiej… z in vitro. 

I wszystko będzie cudnie, pisarze będą się chwalić na FB. 

„Szczęśliwy dzień dzisiaj, wreszcie dostałam z przydziału idiotkę do powieści. Rozumiecie? Prawdziwą idiotkę! Mogę ją wykorzystać w tekście i nikt się nie będzie czepiał” Mój czytelnik decyzyjny mi pozwolił!

Szlag, a ja tylko dobrych mężów i marnotrawne żony dostaję, może się wymienisz?" Mój decyzyjny zawsze idzie w romans, a potrzebuję odmiany...

I wszystkie książki będą ładne, słodkie, laurkowate i politycznie poprawne, żeby broń Boże nikogo nie uraziły. Będą nadzorowane  pospołu przez grupę czytelników decyzyjnych, których każdy autor dostanie z przydziału, każdą stronę trzeba będzie przedstawić im do akceptu i stosować się do wymagań...

Drodzy czytelnicy, jeżeli chcecie mieć wpływ na losy bohaterów w swoich ulubionych książkach… napiszcie je sobie sami może… Dajecie autorom trochę swobody i wolności, to też są ludzie… poza jednym chyba, który jest robotem i jednym kosmitą:) 



piątek, 7 grudnia 2018

Nevermoor - dla ludzi z wyobraźnią.


JESSICA TOWNSEND
 NEVERMOOR

PRZYPADKI MORRIGAN CROW 


MEDIA RODZINA


W literaturze młodzieżowej i dziecięcej przez jakiś czas było mniej więcej szaro, a potem rozbłysła super gwiazda Harrego Pottera. Natychmiast większość autorów rzuciła się w postpotterowskie epigońskie harce i powstały może nie takie same, ale bardzo podobne i wtórne dziełka o czarodziejach i ich szkołach. W pewnym momencie wydawało się już, że mały czarodziej tak zawładnął wyobraźnią pisarzy, że nie są w stanie napisać niczego co nie byłoby w jakiś sposób z nim związane, a tu szok. 

Tym szokiem jest Jessica Townsend i pierwszy tom cyklu Nevermoor, Przypadki Morrigan Crow. Dlaczego? Bo ta książka jest zupełnie inna. W żadnym razie nie przypomina i nie nawiązuje do potterowskiego widzenia świata, nie ma tu ani szkoły czarodziejów, ani różdżek ani eliksirów, choć świat nie jest całkiem zwyczajny. 

Dużym szokiem jest to, iż powieść zaczyna się od pogrzebu głównej bohaterki, ale nie obawiajcie się, nie jest to zapętlona opowieść zaczynająca się i kończąca na tym samym, to zupełnie inna bajka. 

W pewnej rodzinie we Wronim Dworze mieszka Corvus Crow. Corvus to po łacinie „wrona”, a crow to po angielsku… tak, też „wrona” i mieszka tam jego córka, która jest przeklęta… Zabija koty i ludzi, sprowadza nieszczęścia, podpala szkoły… No, przynajmniej niektórzy tak sadzą. I ta dziewczynka Morrigan ma umrzeć. Oczywiście wszyscy kiedyś… ale ona wie, że umrze w wieczór swoich jedenastych urodzin, czyli tak jakby za kilka godzin… 

Wszyscy już się z tym pogodzili, i ojciec i babcia i macocha… A ona sama? Koszmar prawda? 

Autorka jednak wychodzi z tego koszmaru bardzo obronną ręką, a właściwie opowieścią. 

Stwarza świat zupełnie niespotykany, trochę dobry, trochę zły – w końcu nie ma światów idealnych, a gdyby nawet były, byłyby koszmarnie nudne. Jej świat jest po prostu bajeczny, ale nie jest to tylko bajka, to o wiele więcej. 

Żaden dobry pisarz, a autorkę za takiego właśnie uważam, nie postawi na opowieść, która nie miałaby głębszego sensu, bo przecież opowiadając o jednym często mówi się o czymś zupełnie innym i tu też można wyczuć drugą, jakby podskórną warstwę tekstu, w którym autorka opowiada o inności, przesądach, postrzeganiu dobra i zła, ale nie bójcie się, nie jest to nachalnie moralizatorskie i nie „bije po oczach”! 

Książkę świetnie się czyta. Bajeczny świat zaskakuje odmiennością, wyobraźnia autorki - bogactwem, a sam pomysł niesamowitą spójnością… 
Sama postać głównej bohaterki ma niewiele cech wspólnych ze spotykanymi często bohaterkami książek. Jest wycofana, dociekliwa, nieco sarkastyczna i dość niepewna siebie. Budzi skrajne emocje. Nie od parady nosi nazwisko Crow. Jest jakby „małym wroniątkiem”, a wszyscy wiemy jak ludzie odnoszą się do wron… 

Książka zachwyciła mnie świeżością, fabułą, która nie jest „odgrzewanym kotletem”, pomysłem i realizacją, mnogością różnych stworzeń, które są zupełnie inne i nieoczekiwane, oraz magnifikotem. 

Dla kogo? Dla ludzi z wyobraźnią, pogubionych nastolatek, babć z parasolkami, mam z umęczonych codziennością, dla pokręconych chłopaków ( wcale ich tu nie brakuje), naprawdę dla wszystkich. Fantastyczna! Fantastyczna do kwadratu i formą i treścią!

sobota, 1 grudnia 2018

Flavia de Luce - zostałam przekonana i pokonana!


ALAN BRADLEY

FLAVIA de LUCE

wydawnictwo VESPER


Dzięki jednej z moich ukochanych i literacko niezastąpionych koleżanek pobiegłam do biblioteki i wypożyczyłam pięć tomów historii, a właściwie opowieści o przygodach Flavii de Luce.

Są to książki dla nastolatków, bo bohaterką jest jedenastoletnia Flavia zakochana w chemii dziewczynka, miedzy nami mówiąc spora dziwaczka, ale... jest genialna.

Genialna jest Flavia, genialne są opowieści ( które nie traktują nastolatków jak idiotów), genialne są zagadki kryminalne... bo...

No tak zapomniałam powiedzieć, to są kryminały!

Kryminały z "krwi i kości" oraz wszelkich możliwych koszmarów.

Ponieważ chemii nie lubię miałam trochę pod górkę ( na początku) ale potem pomyślałam, że to są świetne historie. Logiczne, mądre, choć brak w nich dydaktyzmu, jest za to dużo takiej rozsądnej dziecięcej ( dorosłej?) mądrości i świetnego ( choć pełnego konfliktów) świata.

Trzy siostry po śmierci (?) matki mieszkają w domu z surowym, dość pogubionym ojcem. Jedna kocha literaturę, druga muzykę, najmłodsza chemię...

Świetny pomysł na rodzinę... 

Opowieści są tak zajmujące i napisane tak dobrym językiem, że aż szkoda , że nie ma kolejnego tomu... To po prostu jest fascynujące!

Ja jestem zachwycona... Inna sprawa, czy nasze nastolatki byłyby zachwycone? Trzeba spróbować!
No i wlazłam na stronę wydawcy JEST! Jest kolejny tom!

Zdobędę i będę czytać! Szkoda, że książki tylko w dziale dla młodzieży ( znaczy w bibliotece) bo i dorosłych powinny zachwycić!

SĄ ŚWIETNE!!!



środa, 28 listopada 2018

Echo serca... Echo? Serca? - Przerażające!

PIOTR LIANA
ECHO SERCA

OFICYNKA


„Echo serca” to powieść groźna. Wcale nie dlatego, że odczuwamy grozę, choć to też, groźna, bo wżera się w tkankę rzeczywistości swoja potwornością. Autor wziął na warsztat… albo nie… inaczej… też nie… 

To jest inna, zupełnie inna sprawa. 

Szkoda, że to ten rodzaj powieści, o których akcji powiedzieć nie wolno zbyt wiele, bo jednak byłoby ciekawie porozmawiać, a jednak to jest niemożliwe… 

Ta książka to kryminał bardzo inny. Każdy, kto doczyta do końca zrozumie co mam na myśli. Inny, a jednak osadzony potwornie dobrze w naszej rzeczywistości, to aż przerażające w jaki sposób autorowi udało się to opisać. 

Bardzo trudno jest o tej powieści pisać, żeby nie zdradzić toku akcji ( a wierzcie mi jest niesamowita). 

Niby można by powiedzieć, że w jakiś sposób wychodzi od schematu, ale po kilkunastu stronach orientujemy się, że to tylko „podpucha” wszystko jest inne niż się wydaje. ( no i przyznam, bardzo, bardzo „odwraca kota ogonem”, tak, że już nie wiemy ile kot ma ogonów, a ile głów i gdzie one są) Wszystko jest nie takie… Choć całość bardzo dobrze, wręcz doskonale trzyma się pomysłu i trzyma nas w napięciu. 
Nie wykorzystuje strachu, ogranych elementów fabuł kryminalnych, które ostatnio wylewają się rzeką na półki księgarń, ( choć udaje, że ma taki zamiar), ale pokazuje coś zdecydowanie innego, ta inność oczywiście nie polega na tych „zdarzeniach”, ale w jakiś sposób na ich interpretacji. 

I tak naprawdę, gdyby nie mocny akcent kryminalny, który ma sens i to wielki, to także jest to powieść mocno społeczna i piętnująca pewne nasze … słabostki? Raczej nie słabostki, a potworności społeczne, niestety mówiąc jakie zdradziłabym zbyt wiele… 

Książka, moim zdaniem wywraca obecną literaturę kryminalną do góry nogami ( ale, ale, nie czytałam wszystkich kryminałów, nie bijcie, mówię to na podstawie tego co czytałam! I tak właśnie uważam) 

Jest mocna i INNA! A to należy cenić. Żadnych niedoróbek, żadnych potknięć fabularnych… Żadnej ckliwości i takiego, jak to teraz czasem się zdarza, dorabiania rzeczywistości do fabuły… 
Żadnego bajdolenia, bajdurzenia, dziubdziania… 

No cóż… Moim zdaniem TRZEBA przeczytać, tym bardziej, że autor nie bierze jeńców … ( a jak zacznie to ja się piszę na kolejną książkę!) 
Wierzcie mi!

niedziela, 25 listopada 2018

Amerykańskie szaleństwo w polskim, małomiasteczkowym wydaniu.

Black Friday w polskim wydaniu ominął mnie całkowicie, albo prawie, gdyż miałam go w domu, był koszmarnie czarny i nie polegał na wyprzedaży, ale na czarnej rozpaczy z powodu durnego piecyka, który postanowił mi się zepsuć. Teraz, przed świętami…. Świnia! 

I to zrobił to bezczelnie. Nie tak, że wiecie, jakoś, tam, trochę… jakby powiedzieć, po taniości, ale gdzież tam! Postanowił się zepsuć całkowicie i do tego tak bezsensownie, że musiałam, z braku ciepłej wody myć się własnymi łzami. Pozbawiona finansów musiałam (jednak) zajrzeć do pewnego sklepu, w którym jest właściwie wszystko, poza chlebem, bo marmoladę też czasami można tam znaleźć. 

piątek, 23 listopada 2018

Ja, ty i biała laska - z humorem też można.

TOMASZ MATCZAK
JA,TY i BIAŁA LASKA


„Ja, ty i biała laska” to książka o świecie, może nie innym, ale jednak nieznanym, bo pokazanym z punktu widzenia ( jakkolwiek to zabrzmi) osoby, która nie widzi. To swoisty i genialnie humorystyczny przewodnik po meandrach tego świata. 

Autor napisał tę książkę bazując na własnych doświadczeniach, ale jeżeli ktoś teraz zapyta, jakie doświadczenia może mieć człowiek, który nie widzi, (a więc na pewno siedzi w domu i ewentualnie słucha radia), to mocno się zdziwi… 

Jeżeli jednak spodziewacie się jojczenia, czarnowidztwa (nomen omen) rozpaczy ( czarnej czy jakiejkolwiek), albo łzawych scen czy opisów, to nie jest to książka dla was. Nic takiego tu nie znajdziecie, znajdziecie za to trochę sarkazmu, dużo ironii i sporo zdrowego podejścia do rzeczywistości. 

Ten człowiek to kopalnia pomysłów i niesamowita osobowość, a opis meczu Legii czy skoku ze spadochronem są po prostu świetne, choć do teraz się zastanawiam czy wyprawa tramwajem i metrem nie bywa o wiele bardziej niebezpieczna w niektórych momentach. 

Autor opowiadając o sprawach, bardzo przecież poważnych, przedstawia te sprawy w „zwyczajny” sposób potrafi zażartować z sam z siebie i ze swojej życiowej przypadłości… 

Po drodze obala kilka mitów ( oj tak, tak!), wyjaśnia kilka spraw, które niby oczywiste, a jednak budzą kontrowersje. 

Uświadamia, czy, kiedy i w jaki sposób pomagać osobie z dysfunkcją wzroku… 

Bezlitośnie znęca się nad poprawnością polityczną i językową ( w tym zakresie), a w szczególności nad tym co nazywa się tyflo językiem. 

Można by uważać tę książkę za coś w rodzaju przewodnika dla widzących po świecie, tych, którzy wzroku są pozbawieni. Można by, ale to byłoby nieporozumienie bo tę książkę czyta się jak najlepszą humorystyczną powieść sensacyjną. Tak humorystyczną i sensacyjną zarazem! 

Po jej przeczytaniu nigdy już tak samo nie spojrzycie na panele dotykowe w windach, na komunikację miejską, na domofony i całe mnóstwo innych rzeczy, ale przestaniecie mieć problemy językowe w stylu: 

Czy wypada do niewidomego powiedzieć choćby „do zobaczenia”? 

Nie wiem, czy to było bardzo nieodpowiednie z mojej strony, ale ja przy tej książce świetnie się bawiłam i śmiałam… Tak, śmiałam się śmiać, ale co w tym złego? Autor opisuje przeróżne, życiowe sytuacje w taki właśnie zabawny, choć dosadny sposób, że inaczej się nie da! 

Sądzę, że to o wiele lepszy sposób dotarcia do czytelnika niż smętne smęcenie, które zanim o czymkolwiek opowie to uśpi i zanudzi. 

Ta książka ma o wiele więcej zalet niż tylko opisanie świata, w którym żyje autor. To po prostu wspaniała opowieść. Inteligentna, zabawna, pouczająca i napisana świetnym językiem! Po prostu warto ją przeczytać. 

Słyszałam też, że autor zamierza w swoim pisaniu pójść nieco dalej i w innym, bardziej powieściowym kierunku. Wcale się nie dziwię, z takim warsztatem i podejściem… Będę czekać. Przeczytam na pewno, a do tej książki zachęcam każdego. 

Nawet jeżeli w życiu nie spotkaliście osoby niewidomej to i tak przeczytajcie, jest po prostu świetnie napisana, zabawna, mądra i naprawdę z „jajem”. 

Zachęcam.

środa, 21 listopada 2018

Tajemnica pod jemiołą - kategorie zjadliwości czytelniczej :)

 RICHARD PAUL EVANS

TAJEMNICA POD JEMIOŁĄ


Książki obyczajowe, a szczególnie te świąteczne to miła odskocznia od rzeczywistości, taka troszeczkę bajka dla dorosłych, choć zdecydowanie grzecznych dziewczynek, ale nie wszystkie (i książki dziewczynki) są takie same, ja książki z chęcią przyrównałabym do ciasta z kremem i podzieliłabym na trzy kategorie. 

Kategoria I 
( niezjadliwa zgroza) 

Ciasto z kremem kajmakowym i solonym dorszem – to książki, które mimo iż słodkie, a czasami nawet przesłodzone pełne są dziwnych pomysłów, nie pasujących motywów, paskudnie urwanych wątków i zupełnie niepotrzebnych ( a co gorsze nielogicznych ) zwrotów akcji. 

Kategoria II ( może NIE lekko, ale strawna) 

Ciasto z kremem waniliowym i zielonym groszkiem – powieści nie takie znów przesłodzone, raczej logiczne, choć zielony groszek gdzieniegdzie chrzęści w zębach ( i mózgu) jakimiś usterkami, niedoróbkami czy, nie daj Boże rozwiązaniami w stylu „deus ex machina” co niestety często się zdarza. 

Kategoria III ( najlepsze czytelnicze pyszności) 

Ciasto z kremem waniliowym i malinami, bez groszku i dorsza – książki idealne, lekkie i pięknie napisane, logiczne i z sensem, takie, które się czyta bez zeza zbieżnego i hiperwentylacji od czytelniczej zgrozy. 

Taka właśnie jest książka „Tajemnica pod jemiołą” - cudnie logiczna, świetnie napisana, pełna fascynujących bohaterów, którzy mimo iż poboczni, nie plączą się po kartkach powieści bez celu. Fabuła jest sensowna, niewymuszona i nie udziwniona na siłę. 

I twierdzi to ktoś, kto nie lubi obyczajówek! 

Tyle, że ta książka jest dobra, lekka, zabawna choć trochę smutna i do tego z przesłaniem. 


O tym, że żona rzuciła głównego bohatera dowiemy się już z opisu, żeby dowiedzieć się czegoś o tym dlaczego to zrobiła i jak on sobie z tym poradził musimy zagłębić się w akcję, a wchodząc w nią zagłębiamy się w bożonarodzeniową, cudną opowieść, którą trudno by nazwać bajką. 

Każdy z bohaterów to człowiek z krwi i kości, ma wady, zalety i śmiesznostki. Pani burmistrz robi zdjęcia seryjnym mordercom, miejscowy ranczer strzela do hippisów, Thelma piecze przepyszne tarty, pewna staruszka skutecznie roznosi plotki, ale mimo pozorów ci ludzie się wspierają i kochają, a historia coraz bardziej się komplikuje, zazębia, urzeczywistnia, pokazuje, że warto czasami zaryzykować, warto mieć zasady, ale trzeba też być otwartym na świat i ludzi. 

Bardzo mi się spodobała. Polecam naprawdę każdemu. 

niedziela, 18 listopada 2018

Wyszedł z domu i nie wrócił.... czyli bez grozy i zgrozy, choć na cmentarzu.

 IWONA MEJZA

WYSZEDŁ Z DOMU I NIE WRÓCIŁ...


„Wyszedł z domu i nie wrócił” to jakże tragiczne i pełne grozy stwierdzenie, stało się tytułem kryminału… 

ale, ale, od początku! 

Czytałam tę książkę chyba ze sześć razy i za każdym razem się nią zachwycam, bo jest w niej całe mnóstwo świetnych sytuacji, postaci i… spostrzeżeń. 

Ta powieść to kryminał „milicyjny”. Tak, tak, właśnie milicyjny, a nie policyjny. Mało kto teraz pisze takie cudeńka! 

Dlaczego nazywam go milicyjnym? Oczywiście dlatego ( też) że dotyczy spraw z okresu PRL, choć akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, ale też ze względu na specyficzne potraktowanie tematu, miejsca, specyficzne podejście do samej akcji, pewną specyficzną „małomiasteczkowość” bohaterów i…. tak, brak pościgów, dronów, Aniołów Piekieł na Harleyach, wszystkiego tego czego można obawiać się w wielkich miastach… 

Autorka świetnie i dość przekornie umieściła akcję w środowisku ludzi dobrze po siedemdziesiątce, którzy nie mają ochoty zdziadzieć, czy wycofać z interesu… Interesy te bywają różne, nie zawsze legalne. 

A miejsce akcji? 

Cmentarz. Tak, przepięknie opisana, wręcz odmalowana słowem oświęcimska nekropolia. Nigdy nie byłam w Oświęcimiu, ale obraz tego cmentarza jawi mi się jako piękne miejsce… 

Nie wcale nie jest to jakiś horror ze zwłokami wychodzącymi z rodzinnych mauzoleów. 

I nie jest to też thriller, to kryminał leciutki i delikatnie komediowy, a zwłoki, no cóż, jak to na cmentarzu, są, a nawet się ciut mnożą… 

Jest też dynastia grabarzy ze swoistym poczuciem honoru zawodowego, piękna była (marnotrawna) żona, która na coś liczy, choć mąż już staruszek... 

Tyle, że to jakby dopiero otoczka. Więcej powiedzieć może chyba tylko tytuł, bo ja streszczać akcji nie będę. Przyznam, że jest przezabawna, ale nie przekombinowana. Bohaterowie są taką mieszanką charakterów, że nie da się ich nie lubić, choć zdecydowanie na to nie powinni zasługiwać. 

A tajemnica? 

Jest, jest i to wielka… 

Przeczytajcie sami. Mnie w tej książce urzekło wszystko, nawet opisy, których zazwyczaj nie lubię, ale nie ma ich dużo, ot tyle, żeby czytelnik wiedział gdzie jest… 

A, że cmentarz? Możecie mi wierzyć, to dodaje tylko specyficznego uroku i akcji i książce!

sobota, 17 listopada 2018

Facebook - łowisko, czy pułapka?


Duże grono moich internetowych znajomych czyta, pisze, recenzuje i kocha książki ( jako i ja czynię) takich znajomych więc uwielbiam. 

Mam jednak ostatnio na FB bardzo dużo zaproszeń do grona znajomych od ludzi o innych zainteresowaniach i w sumie nawet mnie to cieszy ( wiecie, kaganek oświaty itd), ale czasami ich pojawienie się w moim otoczeniu internetowym jest dla mnie sporą zagadką. 

Czymś ich przyciągam, tylko czym? 

Nie mówię już o tych, którzy wysyłają penisy i inne ciekawostki anatomiczne, tych wywalam od razu – faceci myślący czymś innym niż mózgiem wcale mnie nie fascynują. 

Chodzi mi bardziej o całą rzeszę innych ludzi, tych którzy zawierają znajomość ze mną po to aby mnie „ulepszyć”. Ogromna ich liczba ma ochotę mnie odchudzić, uzdrowić, wyleczyć, wzbogacić albo upiększyć. 

Mam wrażenie, że tacy ludzie siedzą gdzież daleko przy swoich laptopach z paluchem ustawionym na „wyślij” toteż w ułamku sekundy od chwili kiedy ja akceptuję zaproszenie dostaję wiadomość prywatną z wszelkiego rodzaju cudami

Altruizm to piękna rzecz, cieszy mnie, że ludzie tak dobrze dla mnie chcą, ale nie wiem czym sobie na to zasłużyłam. 

Pomijam już wszelkiej maści amerykańskich bohaterów wojennych, których w ogóle nie akceptuję ( Amerykę kocham umiarkowanie jakby co) ale raz po raz pojawia się zaproszenie od jakiejś pani, której nazwisko z polska brzmiące trochę mnie zmyli i oto nagle ta pani proponuje mi zarobek, nie byle jaki bo 2 do 5 tysięcy dolarów. TYGODNIOWO. 

W chwilę potem dostaję sześć identycznych wiadomości dotyczących programu rozwoju duchowego ( niby, że jestem niedorozwinięta duchowo?) i kilka planów treningowych. Do tego dochodzą diety. Wszystkie cud, miód i szpinak… brrrr. Jakby tego było mało kilka osób pyta, czy nie chciałabym sobie dorobić polecaniem rożnych karm dla kotów, psów, patyczaków i kojotów. 

Dochodzą do tego paznokcie, łupież, problemy skórne oraz wszelkie nieodkryte, a już ukryte terapie. 

Z pewnością normalna nie jestem, ale nie zamierzam się leczyć w internecie, nie chcę schudnąć, a dorabianie w sekciarskich grupach zupełnie mnie nie interesuje. 

Rozwój duchowy odrzucam natychmiast – szczególnie ten polegający na konieczności zaprzestania posługiwania się mózgiem. 

Kiedyś FB to była grupa znajomych, teraz to jest łowisko. 

Łowisko, na którym sieci zarzucają erotomani ( nie tylko gawędziarze), oszuści, wszelkiej maści oszołomy, jakich w życiu realnym nie da się chyba spotkać. 

Co się zmieniło? FB czy my? 

Kiedyś człowiek pogadał o książkach, pogodzie i planach na wakacje, teraz tylko uduchowione zaparcia z polityką w tle i leczenie płaskostopia za pomocą lewatywy. 

Kiedyś ludzie mieli zmarszczki, zadarte nosy i rozczochrane fryzury teraz zmienili się w przyssane do ekranu glonojady z pępkiem na czubku głowy. 

Kiedyś można było liczyć na ciekawą znajomość dziś otrzymujemy darmowy pakiet usług polegający na czyszczeniu kont i portfeli z pieniędzy i serc ze złudzeń. 



niedziela, 11 listopada 2018

Wakacje z trupami i to całkiem martwymi.


AGNIESZKA PRUSKA

WAKACJE Z TRUPAMI

Z zaciekawieniem ogromnym czekałam na książkę „Wakacje z trupami”, a to z dwóch względów, po pierwsze jako osoba, letnia, a nawet wieloletnia pamiętam jeszcze „Wakacje z duchami” Bahdaja i pamiętam nie tylko film, ,ale i książkę, przy której drżałam i zaśmiewałam się na przemian, po drugie czytałam już „Zwłoki powinny być martwe i ciekawa byłam co też autorka tym razem wymyśli, choć pewnych rzeczy oczywiście się spodziewałam. 

Agnieszka Pruska poszła w tej książce nieco w stronę Chmielewskiej, tak, Joanny Chmielewskiej, ale nie w jej kryminalnym najbardziej wydaniu, a w wydaniu przygodowym. Pamiętacie „Boczne drogi” i „Studnie przodków” to dodajcie do tego Lesia…. Kuszące prawda? 

I taki właśnie kuszący jest klimat tej książki, ale nie jest to coś co byłoby kopią, to po prostu klimat. A ponieważ to Frombork… To i Nienacki się kłania i odrobinę Beśka… 

Jest w tej książce ogrom pięknych i mądrych aluzji, ale… To nie wszystko. Ta opowieść to komedia kryminalna z historią w tle. Nie wyobrażajcie sobie, że autorka nagle poszła w chichot i pustosłowie. Wcale nie to jest kryminał lekki, ale przesycony nienachalną i łatwą do przyswojenia wiedzą tak historyczną jak i geograficzną. 

Dwie nauczycielki wybierają się na wakacje. To takie wakacje z sensem. Nie będzie to leżenie plackiem na plaży, ale cała moc atrakcji, jedną z nich i wcale nie najbłahszą jest duch. Obie panie już w czasie poprzednich wakacji zakosztowały adrenaliny związanej z niespodziewanymi zwłokami ( albo prawie zwłokami, które przecież jak zwyczaj nakazuje, powinny być choć trochę martwe) i policyjnym śledztwem, jedna z nich zyskała także chłopaka i sierżanta w jednej osobie i to osobie, która wcale nie popiera ciągłego pakowania się w kłopoty i znajdowania zwłok, ale dziewczyny są nieugięte. 

A intryga jest bardzo ciekawa i została, mimo lekkości formy, potraktowana poważnie. 

Ktoś kradnie, ktoś zabija, ktoś straszy. 

Wszystko wygląda dość nieszkodliwie, ale czy takie jest? 

W powieści skrzy się od humoru i zabawnych powiedzonek, nie brakuje dowcipnych dialogów. Urlop dwóch nauczycielek mógłby być nudny czy choćby zwyczajny, gdyby te nauczycielki same były całkowicie „zwyczajne”, ale nie są. To pasjonatki biologii, historii, zwiedzania oraz mocno kryminalnych zagadek. Przyznam, że sama miałabym ochotę na takie przygody, bo są po prostu i zabawne i ciekawe. 

W książce jest nieco odniesień do poprzednich przygód z nie całkiem martwymi zwłokami, ale każdy z tomów można czytać oddzielnie. 

Trzeba przyznać, że pojęcie „komedia kryminalna” w postaci tej książki zyskało zupełnie nowe oblicze. 

To nie chichot i gagi, nie żarty za wszelką cenę, nie aluzje i aluzyjki… To po prostu poważny kryminał w bardzo lekkiej, „relaksującej” wręcz formie, powieść, która o ciemnych sprawkach opowiada „jasnym” językiem, i w której wszystko jest równie ważne, ciekawa treść, zabawna forma, sympatyczni bohaterowie i w pewnym sensie „straszliwy” duch. 

Doskonale się bawiłam przy czytaniu. 

Polecam miłośnikom komedii kryminalnej, ale i kryminału na poważnie. Będziecie zachwyceni!

wtorek, 6 listopada 2018

Teatr pod białym latawcem - odczarowane oczarowanie.

 
ILONA GOŁĘBIEWSKA
TEATR POD BIAŁYM LATAWCEM


„Teatr pod białym latawcem” jest drugą, przeczytaną przeze mnie książką Ilony Gołębiewskiej i to co rzuca się w oczy od pierwszych stron, a nawet akapitów, to, to, że ta książka jest inna. Pierwsze wrażenie jakie miałam czytając było takie, że autorka niesamowicie rozwinęła swój warsztat literacki, a nie mówimy o autorce słabej, czy nawet średniej, a o kimś kto pisze i pisał dobrze, jeżeli nie bardzo dobrze. Co to zmienia w odbiorze powieści, bardzo wiele bo oto mamy przed sobą książkę napisaną i bardzo dobrym i bardzo dojrzałym językiem. Jest to, zważywszy na temat bardzo ważne bo poruszony temat nie jest tematem łatwym. 

Jest to też, jak obecnie się mówi „powieść pisana emocjami”. Mimo, iż jest to w założeniu powieść obyczajowa gdzie autorka porusza temat przyjaźni, międzyludzkich, (często dobrych i bezinteresownych) układów, nie ukrywam, że pomoc bliźniemu jest tu i ważna i pięknie pokazana, to jednak bardzo ważnym elementem jest też codzienne życie, codzienne dylematy, czy zawieruchy, które potrafią to życie skomplikować. 

Innym ważnym elementem jest w pewnym sensie przypadek, który pokazuje nam świat istniejący obok, ale taki, do którego nie mamy, albo nie chcemy mieć wstępu, bo nas… nie dotyczy. 

Postać Eleny Nilsen to piękna aluzja do wielu wspaniałych ludzi, którzy zeszli ze sceny, a jednak mimo wieku czy życiowych zawirowań poświęcają się innym. 

Tyle, że życie też jest w jakimś sensie teatrem.

Życie to żywa scena, po której przechadzają się różni aktorzy i grają w różnych sztukach. Czasami wbrew własnej woli, zaskoczeni przez splot sytuacji”. 

Jest też wypadek i trauma. Śmierć i niepełnosprawność, niepełnosprawność tym trudniejsza, że dotyka kogoś, kto kiedyś był sprawny i nie jest to tylko kwestia niesprawności fizycznej, ale też intelektualnej, która odbiera kontakt i często nadzieję… 

Trudno jest pisać o takich sprawach z optymizmem, a jednak autorce się to udało. 

Latawiec, wiatr, teatr… nadzieja na wolność i symbol trwania, ale też odmiany, a może przemiany dla niektórych? 

Autorka nie odeszła jednak od pewnego cechującego jej książki motywu. Jej książki są przesiąknięte przeszłością, która w jakimś sensie stanowi przeciwwagę ale i podstawę opowieści. W poprzednich książkach był to stary dom i tajemnice wojenne, tu jest to teatr przedwojennej Warszawy i wojenne także losy niektórych z jej mieszkańców. Przytoczony w słowach i obrazach w opowieściach o matce i córce, ale jednak bardzo obecny. 

Opowieść to nie tylko Warszawa, bo losy rzucały ludzi po całej Polsce ( i nie tylko), to tereny zajęte przez sowietów, opór, NKWD, propaganda. 

Gdzie leży granica między nadzieją a naiwnością” 

Pyta autorka i w pewnym sensie jest to pytanie, które zadaje sobie każdy z nas, w każdym razie wielu z nas. 

Czy zemsta ma sens? I nie chodzi o samą zemstę, ale o jej konsekwencje … Czy warto pielęgnować nienawiść w sercu zatruwając się nią codziennie? 

Co można poczytać za wielką zaletę tej powieści to to, że wszystkie wątki są pozamykane, pieknie poprowadzone i dopracowane na dodatek ciekawe i , naprawdę, niełatwe do rozgryzienia, a bohaterowie nie są ani z diamentu ani z betonu, to misterne twory ulepione z dobra, zła, lęku, wahania i nadziei… i miłości. Można by się tu doszukać pewnych schematów powieściowych, ale nie są aż tak bardzo widoczne, w każdym razie nie rażą. 

Przyznam, że dobrze czytało mi się tę powieść i nie zaliczyłabym jej do typowych obyczajówek, a raczej do prozy nieco bardziej wymagającej, ale nie przerażajcie się, czyta się bardzo dobrze,a autorka idzie w naprawę dobrym kierunku odczarowując „obyczajówkę” z bezsensownej paplaniny o byle czym.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Zuzka nikogo nie szanuje...


Zaczęło się od tego, że Zuzka ( kto zna Zuzke, ten wie jaka bywa dociekliwa - już o niej wielokrotnie pisałam)  przyszła ze szkoły z oświadczeniem, że się nie zgadza. 

Ponieważ Zuza nie zgadza się programowo z niczym, ma w końcu czternaście lat i piętnastkę na karku, a to najlepszy moment, żeby zmienić świat i się ogólnie nie zgadzać, więc się specjalnie nie zdziwiłam. 

- Ale z czym się nie zgadzasz? Chodzi ci o ekologię? 

- Nie. To znaczy tak, ale nie. 

- Chodzi o polowania? - Zuzka nienawidzi myśliwych, którzy zabijają dla przyjemności. 

- Nie… Tak, ale też nie. Nie tym razem! 

sobota, 3 listopada 2018

Opowieść snująca się jak dym z ogniska...





TOMASZ NIEDZIELA

IDĄC PO GÓRACH

Właśnie zarwałam noc, ale będzie to dla was pewnym zdziwieniem, przeczytałam książkę, która została wydana już kilka lat temu bo w 2011, niepozorna, nieznana, przedziwnie poetycka i… bardzo inna. 

Ta powieść to opowieść. 

Nie, nie pomyliłam się! Tak właśnie chciałam napisać. Ta powieść to prawdziwa opowieść snująca się jak dym z ogniska, poetycka, dziwna, drążąca, zamknięta w fabularną klamrę pewnego zdarzenia, choć jakby zwyczajna to jednak niezwykła. 

Opisuje to coś, co każdy z nas ma w sercu, ale już nie w głowie. Dorastamy i wydaje nam się to jedynym możliwym wyjściem. Gonimy, za pieniądzem, za okazją, nie odpuszczamy, kolejne zlecenie, kolejny krok do przeszłych zarobków… Sortujemy znajomych na tych, którzy mogą się przydać, i takich, którzy nie są nam (już) potrzebni. Gdzieś w przeszłości snuło się nasze życie. Teraz nie żyjemy, teraz musimy zarabiać. 

Odłożyliśmy marzenia na półkę, a wraz z nimi serce, czasami też przyzwoitość. 

Jurij, główny bohater, to człowiek żyjący obok. 

Każdy z nas takich zna. To są znajomi, koledzy ze studiów, przyjaciele, którzy poszli inną drogą… Tacy, których wtedy się kochało. Zdolni, czasami genialni, ale bez chamskiej siły przebicia. Tacy, co pozostali sobą. Nie załapali się na wyścig szczurów

Ta ich niezgoda na doroślenie, na zwykłe życie. 

Myślimy o nich „O Boże, jak się ten chłopak zmarnował”, a równocześnie im zazdrościmy pewnej swobody myśli, poezji duszy i podejścia, które nie krzywdzi nikogo… 

Każdy z nas zobaczy w nim kogoś bliskiego. 

Jurij pozostał wierny swoim ideałom. Zresztą czy na pewno? Żyje na tyle obok, żeby nie wykorzystywać czy krzywdzić. Radzi sobie, choć sobie nie radzi. 

Taka jego uroda. 
Zresztą to jest tez opowieść o miłości... Też, nie tylko!

W tle Bieszczady. Kto nigdy nie był w Bieszczadach po tej książce zapyta sam siebie dlaczego jeszcze tam nie był, ale nie chodzi o góry przejechane samochodem… Chodzi o te prawdziwsze, z codziennym zmęczeniem, mgłą poranków, zapachem drzew. 

Pięknie napisana opowieść. 

Pięknie, dziwnie, cudnie! Napisana językiem jakiego trudno szukać u wielu pisarzy, dopracowanym, doskonale wyważonym, choć lekkim, z aluzjami literackimi i poetyckimi, ale ja wzięłabym tę książkę i potraktowała jak poduszkę, przed snem, żeby ją odrobinę rozrzedzić. Choćby fizycznie, żeby książka jako materiał stała się odrobinę mniej ściśnięta. Jej trzeba przestrzeni, nawet tej papierowej! 

Bo jako opowieść jest bardzo mocno skondensowana. Nie ma w niej zupełnie nic zbędnego. Każde słowo i zdanie ma znaczenie. 

Gdyby wydać ją w innym wydawnictwie zyskałaby bardzo wiele. Przyznam, że w poetyce tej opowieści się zakochałam, choć oczywiście sądzę, że to nie ostanie i pewnie nie najlepsze dzieło autora...

środa, 31 października 2018

Golizna ściśle kontrolowana!


Wczoraj był obchodzony w Polsce „dzień spódnicy”, która została obwołana ostoją tak zwanej „kobiecości”, gdyż, kobiecość to pokazywanie „nóżek”, które tak się męskim oczom podobają… 

Na stronie jakiejś szkoły tak napisali, nie przytoczę, szukając spódnicy ( jakiejkolwiek) w mojej szafie zgubiłam część mózgu, tak już mam… 

Nagle zdałam sobie sprawę, że kobiecość wcale kobieca nie jest. Jest oczywiście męska. Tylko i wyłącznie męska, bo do mężczyzn należy, i nie, nie podejrzewajcie mnie o jakieś „gendery” czy inne propagandy, ja stwierdzam jedynie fakt… 

Przecież to mężczyźni decydują co jest kobiece, prawda? 

Kiedyś miałyśmy być „rubensowsko” płodne, - choć o Rubensie jeszcze nikt nie słyszał, potem zakryte od góry do dołu, tak, że pokazanie kostki było wykroczeniem przeciw moralności, a odsłonięta łydka u teatralnych aktorek powodowała na widowni omdlenia i zawały. 

I wcale nie chodzi o modę… 

Kobiecość została określona. Kobieta ma być delikatna, piękna, zwiewna, spolegliwa ( ach, jakież piękne i kobiece słowo), powinna urodzić sześcioro dzieci, prać, sprzątać, gotować. Może nie myśleć… 

Do niczego nie będzie jej to potrzebne. 

Oczywiście zdarzają się wynaturzenia… choćby te biedne nieszczęsne kobiety z doktoratami. 

Ale ja nie o tym, a o kobiecości, bo ona nie do końca jest taka znowu dowolna. 

Zapytałam więc jak to z tym jest i pewien znajomy mi powiedział. 

- Każda kobieta powinna być kobieca i pokazywać nogi! - odpowiedział. 

- Ale każda, każda? 

- Oczywiście pod warunkiem, że jest młoda i szczupła! 

Tak więc drogie panie... 

Nie wolno pokazywać „grubaśnych łyd”, tłustych wałków”, „chudych, starych szkit”, sutków, cyców, golizny… 

Jesteś zgrabna po czterdziestce? Po co ci to? Lepiej byś zajęła się czymś co bardziej ci przystoi, co prawda na 500+ już nie zarobisz, ale choć szarlotkę upiecz. Sąsiad się ucieszy. 


Wczoraj na jednym ze zdjęć z pewnej biblioteki pokazałam kawałek ramienia ( bez SUTKÓW i bez cycka, to było ramię) Fakt nagie… i to był przypadek. 

I co? 

- Ubierz się stosownie do wieku krowo!- przeczytałam w wiadomości prywatnej - W tym wieku to lepiej coś czarnego, długiego, a nie leginsy i świecenie golizną. 

Już wyobraziłam sobie siebie w burce… 

- Aleee o co pani chodzi? - odpisałam zaskoczona. 

- Kobiety mają się ubierać przywozicie i porządnie!  Długa czarna spódnica, jakiś golf a nie cycki na wierzchu!

Cycków nie zauważyłam, ale to, że pani rości sobie prawo do decydowania o moim życiu już tak.
- A pani ubiera się przywozicie? - zapytałam w sumie nie wiedząc jak zareagować.
- Jak pani śmie o to pytać! Oczywiście, że tak! – odparła kobieta 

- Proszę przesłać mi kserokopię zaświadczenia z Urzędu do Spraw Certyfikacji Przyzwoitości! - rzuciłam dla żartu, ale baba nie pojęła. 

- A to jest taki urząd? - zapytała mocno zaskoczona. 

- Nie ma! I dlatego będę się ubierać tak jak chcę, a rodzimym Talibom nic do tego! Wara od mojej szafy, moich spódnic, sutków, golizny i leginsów! 

Jak będę chciała to przejdę przez miasto w masce gazowej!