niedziela, 26 lipca 2026

Pisarze, piszecie dla IDEI, czy dla PIENIĘDZY?


Wczoraj wieczorem grzebiąc się w jednej z platform czytelniczych (legalnych) w poszukiwaniu czegoś do czytania wpadłam na książkę jednego z bardziej znanych i poczytnych pisarzy. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie opinia pod tą książką. Nie podam tytułu, ani nazwiska autora, bo nie o jednostkową opinię tu chodzi, ale o całokształt.

Opinia, która uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba (tudzież wszystkie inne gromy) była zaskakująca.

A brzmiała ona.

„Książka średnia, widać, że napisana, żeby zarobić pieniądze”

I nagle dotarło do mnie, że osoba pisząca tę opinię naprawdę niewiele wie o świecie i wcale nie o pisarski świat chodzi.

Jak coś jest zrobione „dla zarobienia pieniędzy” musi być dobre, bo inaczej nikt tego nie kupi, pisanie dla idei jest skazane na porażkę, ideą się człowiek nie naje toteż ideowcy wymarli lata temu.

Z głodu, choć i gruźlica też się do tego przyczyniła.

Ludzie! Czytelnicy kochani!

Książki pisze się po to żeby zarobić pieniądze! TO JEST PRACA!

Pisarze też muszą jeść!

Pokutująca w Internecie opinia, że autor żywi się weną jest naprawdę błędna. Autor za każdą książkę dostaje pieniądze, (niestety nie tyle co na okładce), dostaje czasami złotówkę, czasami nawet mniej, ale czasami też więcej. Często pozwala mu to na kupienie chleba, masła, a nawet salcesonu, choć ludzie uważają, że pisarzom salcesonu jeść nie wolno, ani kaszanki, ani nawet wędzonych uszu! Autor powinien jeść szynkę (parmeńską de preference z truflami bo to eleganckie), a kiełbasę tylko w sytuacjach ogniskowych i z niechęcią, żeby podkreślić, że jest wielki, ale z ludem się brata, kiedy mus.

Trzeba przyznać, że słyszałam o pisarzach, którzy lubią być okradani, bo uważają, że to dobrze o nich świadczy.

Ja jednak wtedy czuję taki dysonans, jeden pisarz chwali się, że sprzedał cały nakład powieści i zarobi za to może z pół najniższej krajowej, (o ile nie jest wielki i bardzo znany) a więc bez luksusów, ale ktoś to kupił i zagłosował portfelem, że książka jest dobra, a drugi chwali się, że na gryzoniu ukradziono mu już kilka tysięcy plików i TO DOPIERO jest wielkość.

Mnie to przeraża.

Nie lubię być okradana i naprawdę lubię, kiedy ludzie kupują moje książki.

A jak wy?

Kochani znajomi pisarze, piszecie dla pieniędzy, czy tylko dla idei?

sobota, 25 lipca 2026

Reklama prawdę ci powie NIESTETY!

 

Każdy zna to uczucie wściekłości, kiedy po tym jak kupi przez Internet coś przydatnego zaczynają go nawiedzać reklamy dokładnie takich samych przedmiotów. Wściekłość to jeszcze nic, czasami pojawia się tez zażenowanie, kiedy musiałaś kupić deskę klozetową albo czopki doodbytnicze, a tu odwiedza cię kandydat na kandydata...

Ja rozumiem ideę, rozumiem reklamę, ale to to już przegięcie.

Każdy, nawet średnio inteligentny dziennikarz mógłby po prostu to jakoś zróżnicować cen pęd, ba nawet średnio inteligentny bot, czy algorytm mógłby to zrobić założywszy, że mało kto kolekcjonuje czopki doodbytnicze czy deski klozetowe, choć nie przeczę, zboczenia się zdarzają.

Sama znam człowieka kolekcjonującego maści na hemoroidy.

Mogło by być tak, że kiedy kupiłeś kukułki (cukierki oczywiście) to reklama podpowie ci choć karmę dla skowronków. Prawda, że to łatwe?

Rozsądniejsze byłoby pójście w inną stronę, kupiłeś kukułki, to może reklama ptasiego mleczka by była na miejscu? Rozsądek podpowiadałby nawet jakieś kocie języczki, bo i cukierek i stworzonko, ale rozsądku od dziennikarzy i botów nie wymagajmy, to coś nieosiągalnego. 

No chyba, że ktoś wyprodukuje wędzone karaluchy w czekoladzie.

Ale można by choć trochę inteligentniej. Kupiłeś wełnę na sweterek? Algorytm mógłby zaproponować ci wełnę stalową. Kupiłeś pojemnik na proszek do prania? Dostaniesz reklamę trumien. W koszyku umieściłeś zgrzewkę wody mineralnej? Natychmiast zaproponują ci leki moczopędne, ale nie.

To jednak niestety nie ma prawa być inteligentne, reklamy przecież nie po to są!

One mają być upierdliwe, powtarzalne, a jeżeli się da zawstydzające, bo teraz po wizycie na Allegro dostajesz swoiste „memento” i z rozrzewnieniem patrzysz na swoje zakupy sprzed wieków. O, kupiłem grabie ogrodowe, a jakie były poręczne, dziś już takich nie produkują, albo buty na obcasie? O jej kiedy to było! I co? Zalewasz się łzami zamiast sięgać po portfel...

Odwiedzając dowolne strony widzisz dosłownie wszystko! Wszystko to co kupiłeś.

I to może być naprawdę paskudne. Znam dziewczynę, którą rzucił chłopak, kiedy w reklamie jej laptopa zobaczył maść na szczury!

To jednak nie wszystko.

Otóż trwają prace nad tym, żeby istniał obowiązek pokazywania przyszłym pracodawcom stanu swoich reklam na dzień rozmowy kwalifikacyjnej.

Całe setki specjalistów pracują już nad ich interpretacją.

Maść na hemoroidy? Leń, ból doopy, nie usiedzi na jednym miejscu, prawdopodobnie będzie plotkował.

Książki? Marzyciel, będzie robił wszystko wykosić szefa, może zagrażać integralności grupy, przyszły alkoholik, ewentualnie, o zgrozo pisarz.

Karma dla kota? Nieodpowiedzialny, nie kocha zwierząt, nawet mu się nie chce do sklepu…

Makaron? Roszczeniowy. Zdziecinniały. Za dużo je.

Ser z truflami? Roszczeniowy, zdziecinniały, smakosz, będzie prosił o podwyżki!

Kiedy przyjrzałam się temu co „na dzień dzisiejszy” jak to się brzydko mówi jest u mnie tapecie, znaczy na tablecie, to wychodzi mi wełna stalowa, szampon dla alergików i sałatka tabbouleh…

Znaczy, że wkrótce zaczynam pisać nową książkę.

A jak tam u was...