wtorek, 31 lipca 2018

Kobiety, które zdradziły...


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

 ALEX PERRY

DOBRE MATKI

Prawdziwa historia kobiet,
które przeciwstawiły się 
najpotężniejszej mafii świata


ZNAK litera nova

Nikt nie wie jak wiele krzywdy zrobił współczesności Mario Puzo publikując swoja książkę „Ojciec Chrzestny”, w której w tak bajkowy sposób przedstawia mafię i mafiozów. Niby wszystko przedstawił tak jak należy, są pobicia, strzelaniny i morderstwa, ale jednak od tamtej pory obraz mafii stał się aż za bardzo romantyczny.

A jaka jest prawda o mafii?

Kalabryjska ‘ndrangheta nazwana tak od greckiego słowa andragathía (ἀνδραγαθία) oznaczającego bohaterstwo, męstwo i cnotę to naprawdę nic romantycznego. 

To wielkie przedsiębiorstwo rodzinne handlujące śmiercią i zatrudniające czy tego chcą czy nie, wszystkich członków rodzin, od najstarszych po najmłodszych. Także kobiety, ale to zatrudnianie kobiet ma więcej wspólnego z niewolą niż z pracą, a obraz romantycznego ( znów ten romantyzm) Włocha i związku z nim usłanego różami to jednak nie to.

Południe Włoch, a więc między innymi Kalabria, traktuje swoje kobiety gorzej niż niewolnice. Są od rodzenia dzieci i usługiwania mężowi, oraz przenoszenia wiadomości pomiędzy członkami mafii, a poza tym przez całe miesiące a nawet lata nie mogą wychodzić z domu, nie wolno im się odzywać, a wszelkie wykroczenia karze się śmiercią.

Nie żartuję. Niby dookoła XXI wiek, a tam zapyziałe średniowiecze…
Nawet nie wiem, czy kobiety arabskie nie mają więcej wolności niż mieszkanki Kalabrii!

Czyli właściwie można by powiedzieć, że kobiety mafii nie mają znaczenia… Tak sadził włoski wymiar sprawiedliwości, ale okazało się, że kobiety w mafii są niedoceniane, ale znaczenie mają wielkie, szczególnie jako „pentite”.

Kilka włoskich kobiet, żon mafiozów z ‘ndranghety postanowiło odejść z organizacji i wraz z dziećmi przejść na stronę prawa. Nie było to łatwe. Niektóre przypłaciły to życiem jak znana wszystkim Lea Garofalo, która stała się symbolem walki włoskich kobiet o wolność wyboru i prawo do życia.

Jak kobieta mogłaby zaszkodzić tej potwornej, gigantycznej i zamkniętej na prawo „omerty” organizacji? Kobieta? Taki śmieć? Niemożliwe, a jednak tak się stało.

Prokuratorem była kobieta, sędziami kobiety świadkami koronnymi kobiety…

Tak, to kobiety mafii położyły na łopatki swoich ojców i braci, którym pod groźbą śmierci ( potwornej i zadanej ręką ojca lub brata, a czasami nawet syna) i bicia miały być posłuszne… Zhańbiły organizację, tę mało romantyczną maszynę śmierci, która dotąd zabijała sędziów jak choćby Giovanni Falcone, zastraszała świadków, rządziła żelazną ręką narkotykowym podziemiem, wymuszeniami…

Jak do tego doszło?!

O tym właśnie opowiada ta książka, o tym jak kobiety mafii wypowiedziały posłuszeństwo rodzinom i „rodzinom”, oraz jak włoski wymiar sprawiedliwości za ich pomocą dopadł bossów ‘ndranghety. To obszerny, doskonale napisany dokument o działaniach i strukturach mafii – przeczytajcie, romantyzmu tam nie ma ani kropli, a potworności dużo, ale i zwykłego życia całkiem sporo.

Jest też wiele wiadomości o tym jak działała i działa ta rodzinna organizacja przestępcza oraz o tym jak działa ( albo czasami nie działa) włoski wymiar sprawiedliwości.
Jeżeli szukacie wiedzy to świetna książka dla was, jeżeli romantyzmu to trzeba zgłosić się do Mario Puzo, ale… ‘ndrangheta to nie cosa nostra, życie to nie romantyczna bajka, a wiedza zwłaszcza podana w tak ciekawy sposób zawsze może się przydać!


poniedziałek, 30 lipca 2018

Trzy wiedźmy...



Trzy Wiedźmy

Terry Prattchet

Prószyński i Ska


Cudowna, wspaniała opowieść o ludzkiej naturze.


I o naturze wiedźm.

Jeżeli czytaliście Makbeta, a każdy czytał z całą pewnością, to pamiętacie wiedźmy. Te wiedźmy są nieco inne -  to po prattchetowsku przetworzony Szekspir. Jakie więc są? Jedna wredna, druga głupia, a trzecia nieogarnięta. To zresztą tylko tak wygląda, bo gdyby im się bardziej przyjrzeć, to jest zupełnie inaczej.

Ta wredna jest odrobinę nieogarnięta, ta głupia bywa wredna, a ta nieogarnięta jest po prostu głupia.

Nic nie jest takie jakim się wydaje.

Bo to też nie jest cała prawda. Wszystko zależy od tego jak głęboko wejść w zamysł autora.
Patrzymy na wiedźmy i widzimy świat. Nie ten idealny, inny, prawdziwy. Widzimy świat jakim jest.

Wiedźmy są ważne. W tej książce ważniejsze niż cała intryga, nawet niż ten nóż w plecy i plama na ręku żony księcia Felmeta.

Cała sprawa jest pokazana dosłownie, ale czytelnik widzi ją z wielu rożnych stron. Było morderstwo, a jest wypadek, było kłamstwo, a wszyscy są święci, było… nikt niczego nie widzi.

Król Varence nie żyje. Ma nóż w plecach, ale to był oczywiście wypadek. Nieomal przy smarowaniu chleba.

W zasadzie nikt nie wie jak do tego doszło ( choć wszyscy wiedzą) tak to już jest u Szekspira… To oczywiste, ale nie mówimy li tylko o Szekspirze, ale przede wszystkim o Mistrzu Prattchecie.

Prattchet pokazuje świat jakby przewrócony na drugą stronę – przenicowany…

Wyśmiewa nie ludzkie przywary i głupotę, wszak z głupoty łatwo się śmiać, ( a Pratchett jest wymagający nawet w stosunku do siebie samego), pokazuje raczej ludzką bezwzględność i chamstwo, które usiłuje ubrać kłamstwo w znamiona prawdy, a robi to często i chętnie bo ludzie nie chcą widzieć prawdy, wolą widzieć to co im się podsuwa pod nos.

Wybiórcza ślepota nie jest wymysłem ani Szekspira ani Prattcheta. Ona po prostu istnieje. Ludzie zadowalają się nią, żeby nie musieć reagować.

No w końcu strach ma nie tylko wielkie oczy, ale i wielkie miecze.
Zresztą miecze, pióra, kłamstwa cokolwiek...
Maluczcy chcą żyć.

Ta książka jest genialnie inteligentna, poczucie humoru Mistrza Pratchetta to coś dla ludzi z sercem i mózgiem.

Można się śmiać, to fakt, i to często, ale czasami to śmiech przez łzy.

Natura ludzka jest jaka jest, woli wygodne kłamstwa od szokujących prawd. I tak król Verence spadając ze schodów nabił się na swój własny sztylet…

A wiedźmy…

Przeczytajcie to genialna książka!

sobota, 28 lipca 2018

Celebryta na państwowym wikcie.


Ewa Żarska

ŁOWCA
Sprawa Trynkiewicza

ZNAK litera nova

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!


Mariusz Trynkiewicz. Na sam dźwięk tego nazwiska wiele osób krzywi się i oburza, bo kim on właściwie jest, jeszcze człowiekiem, czy już tylko mordercą, a może inaczej, już tylko człowiekiem, bo jakby po odbyciu kary.

Mimo, iż ukończyłam resocjalizację nie bardzo w tę resocjalizację wierzę, ale są tacy, którzy wierzą. Jak choćby jego żona, kobieta, o której czytałam w reportażu Justyny Kopińskiej „Polska odwraca oczy”.

Zresztą temat od zawsze mnie jakoś interesował. Dlaczego? Bo w 88 byłam już na tyle dorosła, by rozumieć o co chodzi, a kiedy karę śmierci zmieniono na 25 lat wydawało się, że to taki szmat czasu, że nie ma o czym myśleć.

Tyle, że ten czas minął. 

Czas już taki jest. Mija. Nikt o tym wcześniej nie pomyślał. Człowiek odpowiedzialny za zamordowanie czterech nastolatków właściwie prawie znalazł się na wolności. Kim jest? Kim jest teraz? Skruszonym mordercą rozumiejącym swoją winę czy czekającym na okazję łowcą?
No, a jeżeli już o łowcy mowa...

Ilu jest takich, którzy ( jak żona Trynkiewicza, - Anna, czy Tamara, bo nie podaje swojego prawdziwego imienia) wierzą, że zamordowani przez niego chłopcy sami sobie byli winni, ilu takich, którzy wierzą, że ten "człowieczek" w pojedynkę nie mógł tego zrobić ( jak wierzy matka), a ilu takich, którzy czekają tylko na okazję by go dopaść i zabić?

Tyle, że w międzyczasie Trynkiewicz zmienił się w kogoś w rodzaju celebryty. Czerpie profity z tego, czego „dokonał”. 

„Szatan z Piotrkowa” jak grecki Herostrates osiągnął wieczną sławę dzięki niesławie. Przestępca seksualny, morderca, psychopata i co tu dużo mówić pedofil, żyje pod opieką psychologów lekarzy i terapeutów zaś rodziny jego ofiar nigdy nie zostały objęte żadną pomocą, ot ofiary, cóż kogo obchodzą ofiary?

Znacie takie określenie „ofiara losu”? No właśnie, bida z nędzą, kto by się tam kimś takim przejmował.

A on?
Powiedzmy, że całkiem dobrze mu się wiedzę. Czy jestem z tego powodu wściekła? Jasne, że tak, wściekła, zawiedziona, poruszona, ale cóż. Takie jest życie.

Książka Ewy Żarskiej „ŁOWCA” to opowieść właśnie o Trynkiewiczu, z tym, że autorka skupia się na faktach, a nie domysłach czy ocenach.

Przytacza dokumenty, raporty policyjne, cytuje fragmenty przesłuchań, przytacza policyjne opisy miejsc zbrodni… Fragmenty zeznań. Pokazuje całą drogę jaką policja przeszła od odkrycia spalonych zwłok, do oskarżenia, tego, a nie innego człowieka.

Początkowo książka może się wydać łagodna, ba nawet leniwa jak rzeka, ale to tylko pozory, pod tą spokojną narracją zbudowaną z faktów aż kipi od pytań…

Ale nie znajdziemy tu ocen czy oskarżeń. Tylko fakty podane tak, żeby każdy mógł z nich wyciągnąć własne wnioski.

Mówi, o ludziach dla których świat się zatrzymał. Minęło trzydzieści lat, a oni nadal tkwią w pułapce bólu i nieszczęścia, albo odeszli z własnej woli, czy przez przeoczenie, zaniedbanie, niechęć do życia, na którym już im nie zależało. 
Dla niektórych to było wczoraj, dla niektórych to nadal JEST wczoraj…

Morderca cieszy się życiem, wygodą, względną, ale sytą swobodą, nie brakuje mu niczego… No chyba, że serków i jogurtów, bo za mało  mu ich dają.

Przeczytajcie tę książkę. Jest i dobra i warta przeczytania. Jako dokument i jako reportaż wspaniała.

Czyta się ją jednym tchem, bo to zaledwie 240 stron, ale jakich!

piątek, 27 lipca 2018

Radio OŚWIĘCIM i RADIOBOOK - polecam...

Viviano Domenici

WYSPY NIEZNANE

ZYSK

Wiecie co mówi się o ludziach, którzy lakują własne posty... No, przytaczać nie będę. Idąc tym tropem dziwnie wyglądałaby autorka robiąca recenzje własnej książki... koszmar i ... coś tam w tym blehhh.

A co powiecie o tłumaczach zachwalających, książki, które przetłumaczyli?

Nie wypada, prawda?

No, ale przecież tłumacz to TYLKO tłumacz, więc...

No dobra nie podniecajmy się.

Ja tylko przedstawię wam książkę, którą przetłumaczyłam kilka lat temu. Jest genialnie ciekawa. Nie jest to powieść tym bardziej mogę coś o niej powiedzieć.

To zbiór opowieści o dziwnych zdarzeniach, legendach, historiach prawdziwych...
Jeżeli fascynują was wyspy, które ( naprawdę) wyłaniają się tylko na kilka tygodni i zaburzają polityką światowa, ptaszyska wysokości 10 metrów, albo drzewa zjadające dziewice to ta książka jest dla was, a jeżeli interesujecie się czymś w stylu dziwnych Idoli, szalonych kultów, dziwacznych "cysorzy" to w sumie też...

I NIE TYLKO....

Książka dla każdego o umyśle ciekawym świata od  nastolatka po starego wyjadacza...

Iwona MEJZA I Ola MOSLER z Oświecimskiego radia własnie o niej opowiadają.
Ta książka pobudzi wyobraźnię, da do myślenia, zaskoczy, rozbawi...
Wybaczcie, że ją polecam mimo, iż sama ją tłumaczyłam, ale spędziłam nad nią kilka miesięcy i ani chwili się nie nudziłam!
Masz w domu up...dliwie dociekliwego nastolatka? Daj mu tę książkę! Spokój gwarantowany na kilka dni... ( Dłużej może nie, bo szybko się czyta, ale i to dobre)

środa, 25 lipca 2018

Zosine E...bułki...


Wczoraj dowiedziałam się, że broniąc SWOICH praw autorskich ( do swoich własnych książek) jestem, cytuję: Poj...ana, popier...lona, że zachowuję sie po chamsku i w ogóle się nie znam.

Oraz, że powinnam się zamknąć i przestać pieprzyć głupoty, bo dzieci w Afryce nie mają dostępu do wody.

Nie wiem czy i jak, to, że dzieci w Afryce nie mają dostępu do wody usprawiedliwia kradzież własności intelektualnej w Europie, ale...

Napisałam z tego powodu bajkę edukacyjną.

Dotrze? Nie dotrze? W każdym razie warto próbować!


ZACZYNAMY.
Oto Zosia.

Zosia upiekła bułeczki i przyniosła je na festyn, aby je sprzedać. Chciała zarobić pieniążki na lekarstwo dla chorej mamusi, albo nie! Pieska, (piesek zawsze lepiej wygląda)!

Zosia kochała swojego pieska, ale jej rodzice nie mieli pieniążków, dlatego postanowiła zapracować na to bardzo drogie lekarstwo.

Za własne pieniążki kupiła mąkę, rodzynki, masełko i co tam jeszcze, bułeczki, które upiekła były wprost wspaniałe, przyniosła te bułeczki. Ułożyła je na straganie, a wtedy Kasia wpadła i nad straganem powiesiła napis „BUŁECZKI ZOSI SĄ ZA DARMO”.

No i wszyscy się rzucili, najedli, no bo bułeczki były pyszne.

I za darmo.

Zosia krzyczała:

- Nie kradnijcie moich bułeczek!

Wszyscy jednak jej odpowiadali, że TO NIE JEST KRADZIEŻ, przecież Kasia powiedziała, że bułeczki są za darmo!

A Kasia, mimo, iż bułeczki nie należały do niej rozdawała je na lewo i prawo…

Na szczęście zostało Zosi jeszcze kilka bułeczek, więc prosiła, żeby ktoś je kupił, no ale wszyscy już byli nażarci, wiadomo, i stwierdzili, że nie kupią, bo nie mają ochoty na takie paskudne bułeczki i Zosia jest nachalna, że tak je reklamuje, że im się należało, bo byli głodni i w ten deseń.

- Wzięłabyś się do porządnej pracy, a nie trujesz ludzi takimi bułeczkami – powiedziała jedna pani.

- I czego jeszcze się takiej zachciewa, żeby jej płacić? Przecież to zwykłe chamstwo! Płacić! Za to gówno… - powiedział oblizując się pewien pan.

Zosia nic nie zarobiła. Poszła do apteki i poprosiła o lekarstwo pana aptekarza mówiąc, że bardzo, go potrzebuje, ale pan nie chciał dać jej lekarstwa za darmo

Prawda, że wredny? Tyle tam miał tych lekarstw, a biednemu pieskowi pożałował.

- Nic nie ma za darmo – uświadomił Zosię - a ty Zosiu powinnaś pracować, a nie prosić o coś jak jakaś żebraczka - mówił podjadając spod aptecznej lady zosiną bułeczkę.

- Je pan moją bułeczkę. Nie kupił jej pan…

- Czy ty wiesz jak ja ciężko pracuję?! Rozumiesz jak kiepsko mi płacą?! Ja to co innego! Mi się ta bułeczka należy! A ty jesteś niegrzeczna! Wynoś się stąd!

Piesek zdechł, to znaczy umarł, nie należy obrażać uczuć innych ludzi, w przeciwieństwie do zosinych bułeczek uczucia nie są darmowe i można mieć potem kłopoty.

SMUTNA HISTORIA?

A teraz drogie dzieci zamieńcie bułeczki na książki, a Kasię na portale udostępniające nieswoje dobro jako darmowe, choć nie mają do tego prawa…

Pieska możecie zamienić na głodne dzieci…( Wiem, o wiele gorzej to wygląda) Autorzy (niestety) też miewają potomstwo i o zgrozo to potomstwo potrzebuje butów, chlebka i czasami leków… O wędlince nie wspomnę, żeby nie obrażać niczyich uczuć.

No i jak???
Działa?


poniedziałek, 23 lipca 2018

Czarna opowieść o białych aspiracjach.



SCHOLASTIQUE MUKASONGA

MARIA PANNA NILU

CZWARTA STRONA
Czytałam tę książkę ponad rok temu. Interesuję się książkami o Rwandzie i przyznam, że wiele ich czytałam. Wszystkie ( albo prawie wszystkie) były pisane niejako „z zewnątrz”, to znaczy ich autorami nie byli Rwandyjczycy. Ta skusiła mnie właśnie z tego względu, że jest to opowieść, napisana przez Rwandyjkę, kto jak nie ona potrafi napisać to tam naprawdę się działo?


Bałam się makabry, koszmarnych opisów, krwi, owszem, tego uniknąć się nie da, ale ta książka opowiada właściwie o czymś innym, może po prostu inaczej przedstawia konflikt?

Człowiek jest miarą wszechrzeczy” jak twierdził podobno Protagoras, ale gdyby bliżej przyjrzeć się temu zdaniu z dwudziestowiecznym cynizmem, to dojdziemy do wniosku, że tylko biały, zamożny, ustosunkowany człowiek, ze swoimi „białymi” zwyczajami, „białym” podejściem do świata i oczywiście „białym” bogiem.

Biorąc ten stan rzeczy za pewnik, kolonizując czarną Afrykę biały człowiek uformował tubylców „na wzór i podobieństwo swoje”. Co z tego powstało? Dziwny człowiek, twór bez korzeni w swojej kulturze, bez własnych zwyczajów, ale i bez nabytych bo zbyt świeże, z pogardą dla tego co czarne, a więc i właściwie dla siebie samego, bo jego skóra ( mimo kremów wybielających), serce i dusza, nadal są czarne.

Kim jest Maria Panna Nilu? To Matka Boska, Maria Panna, tylko, że ta jest czarna. I ma nos, nos, który sprawia, że stawia się po stronie jednego z plemion, bo przecież nie może tak być, że Matka Boska ma nos Tutsi! Powinna być podobna do Hutu!

W tragicznie groteskowym liceum dla panien prowadzonym przez zakonnice, liceum mającym za patronkę Marię Pannę Nilu uczą się córki notabli. I wszystko tu jest „białe”
doskonale przystosowanie do tej „białości”, która nobilituje, owszem, można mieć czarną skórę, ale maniery białego człowieka. I wszystko jest temu podporządkowane, stroje, jedzenie, język i wiara, jakkolwiek zupełnie to nie to przystaje do uczennic i świata, w którym żyją. To liceum to awans społeczny i nobilitacja dla rodzin, to inny, wielki świat, ale to też odzwierciedlenie nastrojów społecznych, które wcale nie są łagodzone przez prowadzące szkołę zakonnice, czy księdza spowiednika.

Dziewczęta tęsknią za swoim światem, ale poddają się tresurze jak małpki w klatkach. Zresztą i tu mnóstwo jest podziałów politycznych, społecznych, finansowych…

Biały człowiek jątrzy by rządzić nawet w tym małym światku, w którym jak w soczewce mikroskopu skupia się obraz świata na chwilę przed katastrofą .

Ta opowieść to pozornie opowieść o szkole, o przyjaźniach, o marzeniach dziewcząt, o tęsknocie za miłością, czy domem, ale tak naprawdę
to opowieść o nadchodzącej zagładzie, szaleństwie i szukaniu bezpiecznego miejsca na świecie. Także, ale nie przede wszystkim, o śmierci.

Pozornie spokojna i pogodna narracja ukazuje krok po kroku to co kłębi się pod wierzchnią warstwą tego przemalowanego na biało świata.
Tego oklejonego warstwami białego pudru społeczeństwa, które mając swoje wartości na siłę chce przyjąć inne, nowe, tylko dlatego, że są białe i eleganckie. Ta elegancja jest zresztą o tyle złudna, że biali kłamią, kradną, oszukują i gwałcą, ale uchodzi im to na sucho, bo… są biali.

Opowieść pokazuje historię państwa, które dla białych nie ma historii, jego kulturę, wyszydzaną bo inną. Nieprawidłową i bezsensowną, bo ukazującą wielowiekowe tradycje, których biali nie akceptują. Podział społeczeństwa na lepszych i gorszych to klasyka postawy „dziel i rządź”. Postawy, która w konsekwencji doprowadzi do śmierci setek tysięcy ludzi.

Tę książkę czyta się ciekawie, sama początkowo byłam trochę zaszokowana, bo to „czarne” pisanie jest inne niż nasze, więcej w nim muzyki, smaków, zapachu, śpiewu i tego nieokreślonego podejścia do życia, tak nieoczekiwanie onirycznego i wręcz organoleptycznego, ale trzeba przeczytać bo nie tylko o pięknie mowa, ale i o rozpaczy, nadziei i śmierci.

To taka książka, o której myśli się nawet po roku z pewnym niedosytem i chęcią powtórki, z zaciekawienie poszukiwacza literackich skarbów, który boi się, że coś przegapił.
Przyznam, że warto.


niedziela, 22 lipca 2018

O pewnej amputacji.


Kiedy byłam nastolatką nie należałam do najpiękniejszych, jako i teraz nie należę, ale wtedy miało to dla mnie znaczenie. Natura poskąpiła mi twarzy aniołka, figury modelki, prostych ząbków i ślicznego małego noska, nie wspominając już o włosach. 

Wiadomo, że jak natura poskąpi ci jednego, to w zamian daje coś innego. Mnie dała w nadmiarze tylko kilogramy i wielki, gigantyczny, kościuszkowski nos, ale ja nie o tym.

Otóż żeby się nieco upiększyć, postanowiłam rozjaśnić moje bure włosy… No, bure, wiem, kolejna niesprawiedliwość losu, ale co tam.

Jako, że internet nie istniał i nie bardzo miałam gdzie dopytać, dowiedziawszy, że włosy rozjaśnia się kremem, nabyłam wielką puszkę kremu i wtarłam zawartość we włosy.

Tak, zgadliście, to był krem Nivea i wcale niczego nie zamierzał rozjaśniać. Włosy miałam tak tłuste, że wstyd było wyjść z domu, a udało mi się doprowadzić je do jako takiego porządku myjąc głowę kilkakrotnie w proszku iXi i mydle siarkowym, po czym wyłysiałam. 

Włosy w końcu mi odrosły, ale od tej pory z pewną rezerwą podchodzę do niesprawdzonych czynności upiększających, to jednak o czym usłyszałam wczoraj dosłownie zbiło mnie z nóg.

- A wiesz co się stało? - na spacerze zaczepiła mnie znajoma odwiecznym zagajeniem plotkary – Marice amputowali dupę!

Pominąwszy oczywisty skok myślowy, usiłujący odpowiedzieć na pytanie, kim do cholery jest Marika, wpłynęłam na oceany możliwości amputacyjnych, znalazłam wiele części ciała, które czasami bywają amputowane, pośród nich jednak dupy jakoś nie było.

- Coś chyba pokręciłaś, dupę? Niemożliwe. Jakim cudem i dlaczego?

Znajoma cała aż pokraśniała i rozświetliła się uśmiechem.

- Bo sobie coś w tyłek wstrzyknęła – odpowiedziała z zachwytem.

- Narkotyki?

- A tam, narkotyki to pół biedy, jakiś cement czy silikon, albo inne gówno sobie wstrzyknęła i takie wielkie jej się porobiło, na każdym pośladku miała trzy nowe, no i jak siadała to jej chrzęściło i matka się zorientowała.

- Matka?

- No bo Marika to ma szesnaście lat…

Jasne, przynajmniej wiem skąd jej nie znam, ucieszyłam się w duszy.

- Chciała mieć wielki tyłek. Najpierw nosiła takie sztuczne półdupki, co w chińskim markecie można z majtkami kupić, ale mówiła, że półdupki są za małe. No i z internetu kupiła jakieś coś, takie co wstrzyknęła sobie, to znaczy koleżanka jej wstrzyknęła i buły jej się zdobiły…

- Steatopygia?

- Jesuuu, to te buły mają nazwę?

- Nie buły, tylko taki wielki tyłek, ale co z tą amputacją?

- A bo coś jej się otorbiło, gorączki dostała i okazało się, że to co kupiła to był jakiś silikon, ale nie do człowieka, tylko jakiś inny i matka wpadła w panikę. Zaraz szpital, wiesz operacja, amputacja… I teraz przez pół roku dziewucha nie będzie mogła siedzieć…

- Boże, biedna dziewczyna…

- A tam, zaraz biedna. Młoda, ładna i będzie bardzo bogata… tyłka nie ma, to fakt, ale za to już trzy telewizje się do niej po wywiady zgłosiły.

- Będzie opowiadać o szkodliwości takich zachowań?

- Nie, o usługach prawnych dla nastolatków.

- Co??? - zdziwiłam się niepomiernie.

- No, o terrorze rodzicielskim. Matkę o zniszczenie życia podała i żąda od niej odszkodowania za piękny tyłek i za to, że rzucił ją chłopak.

I co wy na to?

sobota, 21 lipca 2018

Nacjonalizm znaczy historię krwią niewinnych.



Anna Herbich

DZIEWCZYNY Z WOŁYNIA

ZNAK


Mam z tą książką emocjonalny problem i to poważny. Już jakiś czas temu, kiedy napisałam, że będę ją czytać kilka osób „napadło” na mnie, twierdząc, że „nie należy jątrzyć”. Jestem jak najdalsza od jątrzenia, ale jestem rozdarta, nie jątrzyć, a więc zapomnieć?

Tak? Naprawdę? A wolno? Czy naprawdę nam wolno?

To już mi nie odpowiada, choćby dlatego, że „Ci którzy nie pamiętają przeszłości są skazani na jej powtarzanie” ( George Santayana) ,a coś takiego powtórzyć się nie może. 

Inna sprawa to ludzie, którzy tam zginęli, choćby rodzina mojego ojca, nie znałam ich, bo nie zdążyłam ich poznać, zostali w bestialski sposób wymordowani.

I co? Jak podejść do takiej i tak rozumianej historii?
No i jak nie pamiętać o ludobójstwie? Bo to wygodne? Bo teraz tak lepiej? Tak wypada? Rozumiem prawa narodów do walki o własną tożsamość, ale czy „walką” można nazwać mordowanie kobiet i dzieci? Słowo „walka” sugeruje wszak istnienie przeciwnika...

Jednak dla mnie bestialstwo nie powinno mieć narodowości ani religii, ale imię i nazwisko! Tylko, że w tłumie łatwo się ukryć, a potem porządny człowiek odpowiada za czyny zdeprawowanego mordercy, ale istnieje też zawołanie „kto nie z nami ten przeciw nam”, tak jedni tworzą sobie tarczę z drugich…

Książka Anny Herbich „Dziewczyny z Wołynia” to opowieści kobiet, które przetrwały rzeź. Jakim cudem? Przypadkiem, albo szczęśliwym – nieszczęśliwym zbiegiem losu.

Te kobiety straciły wszystko i wszystkich, czasem nawet tożsamość i wspomnienia.
Dziewięć kobiet opowiada o swoich losach. Bez przesadnej makabry, ale z okruchami potworności… Jak to mogło się stać?

Nacjonalizm to najgorsza rzecz na świecie, znaczy historię szaklami krwi, ale też kusi wciąż od nowa…

Makabry, która dotknęła te dzieci nie da się opisać słowami. I nikt nie pomógł, nawet Bóg.

Magiczny Wołyń śni się nie tylko Alfredzie. To też opowieści mojego dzieciństwa. Opowieści bez tragicznego finału, bo dziadek ( ten z drugiej strony, czyli ojciec mamy), legionista wyjechał z rodziną z Kostopola na moment przed wojną i przypadkiem przeżyli wszyscy, ale tęsknoty nie da się opowiedzieć słowami. Tak jak ja nie znając ani Wołynia, ani tamtych spraw, odkrywam w tej książce ślady rodzinnych opowieści. Miejsca zdarzeń… O tu był dom, o tu brali ślub, o tu chrzcili wujka… To sprawia, że wierzę w tę książkę, to sprawia, że jest dla mnie bardzo osobista.

To nie jest książka, o której da się cokolwiek powiedzieć, ją trzeba przeczytać. Każda z bohaterek jest inna, każda ma inne wspomnienia, każda inne życie… Wszystkie tęsknią.

Już wiedzą, że ta tęsknota nie znajdzie spełnienia, ale wierzą, że gdzieś, ktoś, kiedyś…

Żeby tylko nie było wojny. One się boją, one wiedza, co to jest wojna. Nie tak jak tłumy młokosów udających, że wojna to nie śmierć, a chwała.

Jedna z bohaterek opowiada, że początkowo ludzie nie chcieli wierzyć, iż to co dzieje się na Wołyniu jest w ogóle możliwe, że jak to, mordują dzieci? Kobiety? Niemożliwie, kto chciałby mordować dzieci? Ludzie myśleli, że to bajki, makabryczne, ale nieprawdziwe, ci, którzy postanowili w nie NIE wierzyć tę niewiarę przypłacili życiem. Prawie wszyscy.

I co ja mogę więcej powiedzieć?

Ta książka nie jest makabryczna, choć bałam się jej bardzo. Nie lubię zbyt naturalistycznych, tym bardziej prawdziwych opisów, a każdy wie co tam się działo. Tak, książka opisuje to co się stało, opisuje to co pamiętają dziewczyny z Wołynia, bardzo dorosłe już dziewczyny, ale nie epatuje makabrą. To właściwie opowieści o życiu po śmierci… Śmierci rodziny i świata, który się znało.
Opowieść, i to piękna, o tęsknocie… Podziwiam te kobiety.

Te książkę nie tylko warto, ale i trzeba przeczytać, bo to nie jest opowieść o złych ludziach, to opowieść o ludziach, którzy może i dobrzy nie byli, ale robili co mogli żeby pomóc. Nawet za cenę własnego życia.

A poza tym ta wiedza jest potrzebna. Nie po to by jątrzyć i wołać o odwet, ale po to, żeby zdusić w zarodku każdą myśli o kolejnej takiej możliwości!


piątek, 20 lipca 2018

A gdyby tak wyhodować... Może jednak lepiej nie.



Margaret Atwood

ORYKS i DERKACZ

MADDADDAM

Prószyńsjki i ska


Margaret Atwood… Nie zawsze było mi z nią po drodze w sumie nie przetrawiłam „Kobiety do zjedzenia” i postanowiłam, że nie dam rady więcej. Przez dłuższy czas omijałam autorkę z daleka, aż koleżanka, do której mam ogromne zaufanie namówiła mnie na Trylogię Maddaddam.

Zaczęłam od I tomu zatytułowanego Oryks i Derkacz.
I…
Wsiąkłam i czytam te powieść po raz kolejny jest niesamowita.
Co w niej tak bardzo mnie fascynuje?

Mamy tu świat po zagładzie, ale nie jest to, to samo co zazwyczaj pokazują nam twórcy postapokalipsy. Owszem są zmutowane zwierzęta, jest oszalała natura, ale to co się dzieje nie jest właściwie wynikiem kataklizmu, a tego co działo się zanim do niego doszło.
Poprzez wspomnienia jednego z ocalałych, ( kto wie czy nie jedynego) przyglądamy się światu, którego już nie ma i zastanawiamy się jak w ogóle do tego doszło, bo ten świat był czymś dziwacznie potwornym, choć… No cóż bardzo podobnym do tego w którym żyjemy.

Inżynieria genetyczna… Od tego nie ma odwrotu, ludzie chcą być zdrowsi, młodsi, piękniejsi… Tylko kiedy i gdzie kończy się zdrowy rozsądek, a zaczyna pogoń za kasą…

A co gdyby tak samemu wywołać popyt na jakąś usługę medyczną? Na jakiś lek? Już teraz się to robi wmawiając ludziom, nieistniejące choroby, tak jak dzięki reklamom tworzy się bezsensowne potrzeby. Ludzi, którzy koniecznie muszą mieć sztuczny palec do dłubania w uchu, sztuczne ucho do noszenia kolczyków. Sztuczny tyłek...

I co gdyby tak wyhodować świnię z ludzką nerką? Z ludzką wątrobą… korą mózgową?
I dopóki masz pieniądze możesz mieć to coś. Potem nagle już nikomu nie jesteś potrzebny.
Firmy farmaceutyczne, korporacje medyczne, wielkie koncerny wiedzą co robią. Ich pracownicy żyją w sztucznym świecie luksusu za bramami i murami chronionych osiedli.

Poza nimi także istnieje inny świat, tak zwane Plebsopolie, głodne, biedne, brudne … oszalałe narkotykami i seksem, pedofilią i morderstwami.

Nie oszukujmy się autorka opisuje nasz świat, może nie za pięć, ale na pewno za dwadzieścia lat. Wszystko na to wskazuje.

Tyle, że ten świat został unicestwiony. Czy naprawdę w taki sposób wyginie ludzkość? Mamy kilka całkiem dobrych pomysłów na wyginięcie, jeden lepszy od drugiego, tylko wybierać.

Ktoś pewnie przetrwa.

Człowiek, który przetrwał opisany w powieści kataklizm , nazywa siebie Yeti i żyje w otoczeniu derkaczan. Kim oni są? Jacy są? Na ile są ludzcy?

To fascynujące pytanie, bo to oni po nas pozostaną…
I sam pomysł na takie właśnie ludzkopodobne twory pozbawione cech, które być może stanowią kwintesencję człowieczeństwa.

Jest też miłość i fantastyczna koncepcja tworzenia się wiary.

Jest walka o przetrwanie i ogrom pytań o istotę człowieczeństwa. O wartości. O dobro i zło.
Ta książka jest moim zdaniem genialna. Moim, to ważne, nie każdemu się przecież spodoba, ale jest w niej tyle niesamowitej egzystencjalnej głębi, tyle tego, co tak ludzkie i tak nieludzkie zarazem.
Powiem szczerze, że czytana po raz drugi jeszcze bardziej mnie pochłonęła. Po prostu fascynująca.
Ja polecam, wy możecie sprawdzić sami.