sobota, 27 stycznia 2018

Kultura dla ramoli?

Mieszkam w niewielkim miasteczku, które się zaraz na mnie obrazi i łypnie na mnie krzywo jakąś ulicą, prychnie niezadowolone rynkiem, albo podstawi „nogę” kostką brukową, ale je uwielbiam.

Niestety jako, że nie mam pewnych atrybutów koniecznych, jak niektórzy twierdzą, do szczęścia ( spokojnie, cycki mam, brakuje mi samochodu i prawa jazdy) to jestem na to miasteczko skazana. Niestety o ile „nigdy deszcz nie pada ponoć w Kalifornii” jak ktoś śpiewał, to w moim miasteczku pada. Czasami, ale jednak. I co z tego? 

To z tego, że kiedy pada, a czasami kiedy nie pada też, człowiek chciałby gdzieś wyjść - zupełnie niezależnie od wieku. To taka ludzka przypadłość. Czasami chce się do piaskownicy, czasami do kawiarni, czasami do teatru, przy czym ( zgadzam się), że wiek ma tu duże znaczenie, ale czy zawsze powinien?

Otóż byłam ostatnio na pewnym spotkaniu (i to naprawdę ciekawym) z rodzaju „kultura wyższa”. Było rozpropagowane przez lokalną telewizję, pisma, gazety i internety. Odbywało się w teatrze ( tak, tak mamy teatr) i żeby nie było, wstęp był wolny. 

Teatr może nie pękał w szwach, ale trochę ludzi przyszło. Rozejrzałam się po sali i dziwnie mi się zrobiło. Osób przed czterdziestką było może ze cztery, góra pięć. Wiek reszty plasował się w przedziale znacznie powyżej, albo nawet w kategorii „o Boże, to ona jeszcze żyje???”, w której i ja wygodnie się plasuję, ale nie o wiek tu chodzi, a o pewną zależność...

Czyżby młodzi ludzie nie garnęli się do kultury? A może nikt ich z nią nie oswoił?

Wracając z tego spotkania przypomniałam sobie inne wydarzenia kulturalne w miasteczku takie z gatunku „święto budyniu truskawkowego” i stwierdziłam, że nie mam racji. 
Na koncertach disco polo tłum prawie zadeptał sześć osób... Z drugiej strony występ zespołu śpiewającego pieśni wszelakie, ale raczej mało współczesne, zachwycił sześć emerytek i cztery pieski rasy York.

Kawiarenek i knajpek niby u nas jest pod dostatkiem, ale jeżeli ma się ciut ponad lat dziewiętnaście lepiej do nich nie wchodzić, bo „młode człowieki” patrzą na ciebie jak na okaz flory bakteryjnej jelit, który może spowodować przyspieszone kiśniecie piwa.
Ja zresztą doskonale rozumiem, że jedzenie hamburgera pod czujnym wzrokiem prababci nauczycielki od fizyki może nie być przyjemne. Zaraz człowiekowi przed oczami stają wzory na czas, prędkość i drogę do zawodu kopacza dołów.

I tak sobie myślę, że nie tylko społeczeństwo nam się rozwarstwiło, ale i kultura.
Knajpy i koncerty dla bardzo młodych, kultura wyższa dla ramoli, a po środku... Pustynia!

Wiem, rozumiem, że ten „średni wiek” nie mylić z „wiekiem średnim” to okres walki z pieluchami i kredytami. To czas „korposzczurostwa” i zarabiania, wycieczek do co modniejszych „destination” i kupowania koniecznych „must haveów”, ale na litość...

Kultura jest ważna! Nie róbmy z niej domeny zramolałych pradziadków. W mieście są licea i szkoły wyższe, kogoś kształcą, a może tylko edukują?

Jak to się stało, że wszystko teraz takie "albo, albo"? I niby każdy ma coś dla siebie, młodzież zwietrzałe piwo i burgery, a ramol słynnych artystów i pisarzy. 
Problem w tym, że mnie czasem nachodzi też ochota na piwo i hamburgera...

Wierzę, że istnieje coś pomiędzy disco polo, a pieśniami pradziadków. Wierzę, że babcia nie dostanie zawału od disco polo, a nastolatek od spotkania literackiego.
I tego zamierzam się trzymać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza