poniedziałek, 8 stycznia 2018

I co Hipokratesie?

 
Herman KOCH
DOM letni z BASENEM

MEDIA RODZINA

 
Ta książka bardzo mnie zaniepokoiła i nieźle namieszała mi w głowie. Nie to, że w życiu jestem naiwna, może zresztą i jestem, ale coś takiego?

Zawsze stawiam sobie pytanie o granice, nawet o te związane z obroną konieczną, a już na pewno z nadużyciem władzy czy choćby przywileju.
No i właśnie o to chodzi, bo przecież istnieje przysięga Hipokratesa. Istnieje, fakt, ale jak się to ma do rzeczywistości?

Oczywiście rozumiem, że lekarz jest człowiekiem i powinien nim być, wszyscy od niego tego oczekują, ale z drugiej strony lekarza traktuje się czasem trochę jak robota, w układzie choćby takim kiedy mówi się do kogoś „ nie krepuj się to przecież lekarz”.

Więc jak to jest, lekarz jest robotem, czy człowiekiem i w jakim zakresie? 

Czy zastanawialiście się nad tym jak to jest być lekarzem? Nie chodzi o to, że ten zawód daje prestiż i czasami niezłe gratyfikacje finansowe, ale o całą resztę, o to, że musi stykać się bardzo fizyczne z ludźmi, chorymi, chudymi, grubymi, spoconymi, lubianymi i nielubianymi przecież też.
Przemyślenia jakie snuje Marc, lekarz pierwszego kontaktu, w swoim gabinecie nie są budujące, ale za to prawdziwe. Marc od lat prowadzi gabinet i tak się jakoś złożyło, że jego pacjenci to ludzie może z nie najwyższych, ale jednak z wyższych sfer.
Mimo, iż go to męczy utrzymuje z nimi pewne (ograniczone do minimum) stosunki na gruncie prywatnym, ale nie jest to coś co sprawia mu przyjemność. Jednym z jego pacjentów jest Ralph Meier sławny aktor teatralny...
Piękne życie, prawda? I chyba mogło by być piękne, ale pewnego dnia rodziny Ralpha i Marca spotykają się na gruncie prywatnym.
Coś iskrzy. Z jednej strony Ralph zaczyna mocno interesować się żoną Marca, z drugiej Marc zafascynowany jest żoną Ralpha.
Właściwie żaden problem, są dorośli, wiedzą co robią, każda z par stawia na szali swoje małżeństwo, ale czy w życiu nie należy czasami się zabawić?
No i nadchodzą wakacje.
Pozornie niedopracowany i źle zorganizowany wakacyjny wyjazd Marca z żoną i dwiema córkami doprowadza do tego, że cała rodzina zamieszkuje w tytułowym „Domu letnim z basenem” czyli w domu wynajmowanym przez Ralpha , jego żonę Judith i dwóch synów. Początkowo wygląda to naprawdę wspaniale, choć powietrze przesiąknięte jest erotyzmem.
I tu pojawiają się pewne trudne pytania, przede wszystkim o granice... Granice kobiecości, męskości, tego kiedy coś wolno, a kiedy nie, czy dziewczynka jest dzieckiem czy kobietą, kto o tym decyduje...
Od chwili pierwszego spotkania Ralpha i Marca, w gabinecie tego ostatniego, mija półtora roku. Ralph Meier nie żyje, a Marc ma stawić się przed Izbą Lekarską. Co się stało?
Czy Ralph zmarł śmiercią naturalną czy został zabity? A może jeszcze inaczej? Dlaczego żona Ralpha, wdowa w nieutulonej,  niespodziewanej ( choć tylko pozornie) żałobie nazywa Marca „łajdakiem”?

Książka wciąga nas w wir domysłów i przekłamań. Mąci w głowach, pokazuje jakieś prawdy, przekręca je, przenicowuje i pokazuje inne, albo te same, ale inaczej.

Niby wszystko jest w porządku, ale czy jest?

Sarkastyczna, dowcipna, ale mocno gorzka opowieść o rodzinie, odpowiedzialności i granicach.
I o przysiędze Hipokratesa... Oczywiście nie dosłownie choć ten antyczny prekursor medycyny wciąż snuje się gdzieś w tle i zadaje niewygodne pytania. Nie znam na nie odpowiedzi. Może dlatego mimo, iż książkę czytałam kilka tygodni temu powieść do teraz mnie dręczy i fascynuje.
Bardzo dobra. Wymagająca. Niejednoznaczna. Literacko bardzo dopracowana.
Ciekawe ilu z czytelników zrobiłoby to samo będąc na miejscu bohatera, aż boję się myśleć...

2 komentarze:

  1. Książką mnie bardzo zainteresowałaś, bo Ty to potrafisz, ale sposób, w jaki to robisz, ta recenzja, to jest COŚ! Te Twoje przemyślenia, postawione pytania, spostrzeżenia. Rewelacja Iwonko! :)

    OdpowiedzUsuń