niedziela, 28 października 2018

„Dziedzictwo” i „Kołysanka” - monumentalna opowieść o przeszłości


KRYSTYNA JANUSZEWSKA

DZIEDZICTWO
KOŁYSANKA


Krystynę Januszewską znam od lat ( także prywatnie), ale „z dziobków sobie nie pijemy”, Dlaczego? Bo ani ona, ani ja nie mamy takiego charakteru. 

Książki Krystyny Januszewskiej uwielbiam, ale nie są to książki łatwe. 

To jej nieco reymontowskie podejście do opowieści czasami ludzi zraża, a nie powinno, bo autorka, choć pisze powieści, które bywają wkładane do worka z powieściami obyczajowymi nie są takie jakby można się spodziewać. Po pierwsze są prawdziwe, a ich prawdziwość mierzy się losami ludzi, których opisuje. Pisze bowiem, o ludziach, którzy istnieli, żyli, gdzieś żyli, gdzieś zmarli, ale swoim istnieniem spowodowali istnienie innych ludzi. 

sobota, 27 października 2018

Grupy fanowskie... Zło z łapanki!

Och, jakże trudno mi to pisać, ale szanowni koledzy ( choć bardziej koleżanki) po piórze, klawiaturze, laptopie, kompie i wszelkich nowoczesnych maszynach do pisania… PRZESTAŃCIE! 

Ja wiem, że grupy fanowskie to fajna sprawa. Wiem, że dobrze je mieć, choć ja takiej właściwie nie mam, była jedna, założona nawet bez mojej wiedzy, ale umarła śmiercią naturalną kilka lat temu, co na FB zdarza się nader często, ale…. 

Mogę być fanem tego, czy innego pisarza, ale wolałabym nie być fanem z łapanki! Mam wolną wolę… Tak jakby…. Choć czasami wydaje się to iluzją. 

Mogę być fanem, tej czy innej pisarki, ale zanim nim zostanę powinnam coś danego autora przeczytać! Cokolwiek, choć JEDNĄ książkę! Nie chce być fanem w ciemno i ciemnym jak tabaka w rogu i będąc w takiej grupie zaświadczać ( bo przecież tak jest), że autor, autorka pisze świetnie. Zaświadczę to jeżeli to prawda, ale żeby tego się dowiedzieć… MAM OBOWIĄZEK coś przeczytać. Dziwne? Moim zdanie logiczne, nie dziwne! 

Że przeceniam wartość grup fanowskich? 

Wcale nie! W kilku jestem z własnej woli i czuję się w nich świetnie. Do kilku mnie wrzucono jak śmiecia do kosza, bez pytania, bez powiadomienia, bez refleksji i jestem wściekła…. 

Jaka jest wartość takiego fana z łapanki? 

Liczbowa… 

Jest statystyką. 

Robi tłum, a czasem stanowi coś w rodzaju słupa ogłoszeniowego. Mnie się to nie podoba. Nie lubię być tak traktowana. 

Wiem, że pewnie, nie robią tego sami autorzy, a administratorzy w ferworze zachwytu, ale…. Drodzy administratorzy NIE IDŹCIE TĄ DROGĄ! 

To ślepy zaułek… 

Więcej to autorowi robi szkody niż pożytku. 

Gdyby ktoś napisał do mnie w stylu: 

- Jeżeli czytałaś coś mojego i podobało ci się, zapraszam do grupy fanowskiej. 

Nie byłoby to jakieś super inteligentne, ale do przyjęcia… 

Ale robienie z innych autorów swoich własnych fanów, bez ich wiedzy i zgody, a czasami wbrew logice ( skoro nie przeczytali nawet zakładki promującej książkę) jest mocno niefajne. 

A teraz drodzy, koledzy i koleżanki, możecie się na mnie obrazić, ale będę fanem tego autora którego pisarstwo pokocham, ( autor może być gruby, siwy, bezzębny i garbaty - nie będę fanem CZŁOWIEKA, ale jego pisarstwa), a grupy fanowskie będę sobie wybierać sama…

piątek, 26 października 2018

Flirtując z życiem - zupełnie inna bajka!

 DANUTA STENKA
ŁUKASZ MACIEJEWSKI

FLIRTUJĄC Z ŻYCIEM

ZNAK LITERANOVA

Aktorstwo nie jest równoważne z celebrytyzmem i to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, a zawód aktora to nie to samo co nieco „łapankowe” aktorstwo serialowe ( nie mówię to oczywiście o wszystkich aktorach) czy paradokumentalne, które bywa tak straszne, że komórki mózgowe wysyłają nam ultimatum, „albo to wyłączysz, albo popełnimy harakiri”. 

Nie jest to też tak modne teraz „granie” opierające się na tych czy innych walorach zewnętrznych , ale na pewno nie na wiedzy i umiejętnościach, czy emocjach. Mam zresztą nadzieję, że dla wielu ludzi jest zrozumiałe. 

Wszyscy oczywiście denerwują się na książki pisane przez osoby znane tylko z tego, że są znane, pisane pod nazwiskiem tychże osób przez ghost writerów wszelkiej maści. 

Taka teraz moda, że każdy bywa na ściance powinien na niej stanąć z własną autobiografią… 

Dobrze, że nie wszyscy w to wierzą! 

Danuty Stenki można nie lubić, nigdzie nie jest powiedziane, że każdy musi ja uwielbiać, ale nie można powiedzieć, że jest nudna, czy płytka. 

A książka? 

To nie jest drętwy panegiryk połączony z książką kucharską i podstawami jogi. ( Co niestety jest ostatnio powszechne). 

Ta książka to zupełnie inna bajka. To wywiad, zresztą świetnie przeprowadzony z aktorką wielkiej klasy, której osiągnięcia zna wielu z nas. 

I nie, nie jest to laurka, każdy inteligentny człowiek wie, że jeżeli ktoś opowiada bajki, w których nawet plastikowe kwiaty pachną fiołkami, to taki tekst jest i nudny i przesłodzony. 

Tu mamy wszystko. Wiele osiągnięć i trochę potknięć i… Co bardzo ciekawe… bardzo dużo o pracy, niewiele o życiu osobistym. 

To nie ekshibicjonizm jak w wielu przypadkach, gdzie rozmowy o rozmiarze biustu przeharatają się z rozmowami o menopauzie. To po prostu świetna opowieść o aktorstwie. 

Dla mnie fascynująca, bo nie ma tu ani plot, ani ploteczek, nie ma odkrywania cudzych tajemnic i żerowania na zamiłowaniu do sensacji. To opowieść o życiu. Ciekawym, wręcz fascynującym, może nie trudnym, ale też nie takie znów lekkie, opowieść o aktorstwie, które jest tu sprawą najważniejszą. O drodze życiowej, o której wielu marzy, ale mało kto dysponuje takim talentem by jej podołać. 

Świetnie napisana, lekka, ciekawa, fascynująca. Wręcz w wielu sprawach odkrywcza. 

Polecam miłośnikom tego typu książek, bo warto, a tym, którzy nie lubią sugeruję by spróbowali, bo mogą się zakochać w takiej literaturze. 

Jakby to brzmiało… Miłość od pierwszego wywiadu? 

Bo to taki flirt z życiem, z wywiadem, z czytelnikiem… Niewinny , ale też wciągający. 

Warto.

wtorek, 23 października 2018

Życiorys PRL-em malowany, a jednak nie przerysowany.





LUCYNA KLEJNERT

ŻYCIORYS PRL- EM MALOWANY


Zauważyłam, że ostatnio wszyscy traktują PRL jak wszawicę, albo wstydliwą chorobę weneryczną przenoszoną (oczywiście) drogą płciową! Nikt NIGDY nie miał z nią nic wspólnego. Wie, o co chodzi, bo znajoma, znajomego, znajomej… 

A tymczasem wiele osób po pięćdziesiątce z tą „chorobą”, albo w tej „chorobie” przeżyło najlepszy okres swojego życia, czyli młodość. Ten czas, kiedy śmierć jeszcze nie zaglądała w oczy, o cenę kostki masła martwili się rodzice, jedynym problemem była dwója z matmy ( jedynek nie było), a i tak można było poprawić. W dali ( sinej) majaczyła matura, ale kto by się nią przejmował? 

I właśnie o czymś takim pisze Lucyna Klejnert. Nie o PRL-u jako historycznej zaszłości politycznej, ale o PRL-u jako okresie, w którym żyła. 

Bez ocen. Z nostalgią. Ktokolwiek myślałby, że to nostalgia za ustrojem będzie w błędzie, to nostalgia, za czasem nastoletniej beztroski. Fakt trochę te czasy siermiężne były, ale też każdy, kto umiał, potrafił wyciągnąć z nich wszystko co tylko było możliwe. ( Wykształcenie, życie, przyjaźnie, dzieciństwo, młodość i nadzieje na potem). Cóż powiedzieć, czasy jak czasy, w tamtym okresie innych nie mieli na składzie. 

Bez apoteozy, ale z uczciwym wyważeniem autorka opowiada o swoim życiu i o życiu swoich bliskich nie ferując politycznych wyroków. 

Opowiada o paradoksach, które wówczas były na porządku dziennym, o sprawach, które współczesnym ( nie tylko nastolatkom) wydają się ciekawsze niż obecny Matrix. 

„Właściwie to teraz się zastanawiam, co do diabła było z tym papierem toaletowym, że go nie było?” ( s.229) - pisze autorka, a ja wspominam inne paradoksy tamtych czasów. To na przykład, że w Białymstoku w każdym sklepie była herbata ulung, a w innych miastach tylko grzebienie. 

Autorka pisze nie o PRL-u jako takim, ale o miastach, miejscach i zdarzeniach. 

„Chorzów, śląskie miasto, które przed wielu laty zaoferowało mi dom i pokazało inne wartości. Etos pracy, ciepło pod szorstkimi manierami ludzi pogodnych (…) które naprawdę zapadły mi w serce.”(s.151) 

Ta książka naprawdę przypadła mi do serca, dlatego do niej wracam. To opowieść-wspomnienie. Jej, moje, wielu osób, które wtedy były nastolatkami, to wspomnienie zapachów, obrazów, dźwięków i takich rzeczy, których już dziś nie ma. Trzepaków pełnych dzieci, rozmów twarzą w twarz, biesiad bez zasłaniania się najnowszymi modelami smartfonów. 

Przyznam, że bardzo polecam. 

Ta książka jednak, muszę to wyznać, ma jedną niewielką wadę, czy powiedzmy, kilka drobnych potknięć. Redakcja kuleje. To nie są błędy, które przeszkadzają w odbiorze treści, można ich nawet nie zauważyć, ale można było ich uniknąć. Szkoda, że tak ciekawa pozycja, nie znalazła prawdziwie profesjonalnego wydawcy… podejrzewam jednak, że jeszcze nic straconego.

poniedziałek, 22 października 2018

Dziewczyny z Dubaju - bo to co nas podnieca...




PIOTR KRYSIAK

DZIEWCZYNY Z DUBAJU


Dawno temu w Paryżu poznałam prywatnie dwie prostytutki, jedna z nich miała wówczas 69 lat i wciąż nieźle zarabiała, obie były zwykłymi prostytutkami pracującymi na ulicy, ale nawet gdyby chciały ( ta starsza nie chciała) nie byłyby w stanie wykupić się od swojego sutenera. 
Nie wybrały tego zajęcia, to był tragiczny zbieg okoliczności, który zaważył na całym ich życiu, zresztą i tak nie miały ani gdzie, ani po co wracać.

Dużo mi opowiadały o tej pracy, bo w końcu to praca choć NIE jak każda inna. 

Kilka dni temu dorwałam w bibliotece książkę „Dziewczyny z Dubaju” i przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem, choć bez wypieków na twarzy. 


Ta książka to zapis rozmów z prostytutkami i ich sutenerkami. Ot zwykłe sprawy między klientami, szefowymi i pracownicami, oczywiście są to rozmowy o pieniądzach i seksie. Co w tym dziwnego? Chyba tylko to, że prostytutkami są dziewczyny z pierwszych stron tabloidów, celebrytki „misski”, aktorki… 

Szokuje też skala i zasięg. Kiedy się czyta o setkach kobiet zarabiających w ten sposób, to powstaje pytanie, która tego NIE robiła. Która z tych pięknych, zadbanych, zamożnych i znanych nie brała w tym procederze udziału... 

Aspekt moralny zupełnie mnie nie rusza. Prostytucja karalna nie jest ( przynajmniej w Polsce) one są dorosłe, wiedzą co robią, to ich sprawa i decyzja, ich ciało i życie. Nikomu nic do tego. 
Co dziwi? To całe zakłamanie. Bo z jednej strony widzimy na ściankach celebrytki, które „ciężko” pracują, do wszystkiego doszły „własna pracą”, nigdy nie „poprawiały natury” i są czyste jak łza świętego Franciszka, a pod spodem… 

Niektórzy czytelnicy zarzucają książce voyeuryzm i miałkość literacką, ale nie jestem w stanie się z tym zgodzić. To po prostu relacja. ( Zresztą autor większość tekstu przytacza bo są to po prostu zapisy rozmów bohaterek) Język powieści, zważywszy na środowisko ( choć wszystkie bohaterki są wykształcone i obyte w świecie) nie jest jednak językiem poetycko czystym i wielu może razić, ale nie można odmówić mu adekwatności. 

Moim zdaniem jest to opowieść o tym jak pewne sprawy wyglądają „od spodu”, o tym, że śliczne obrazki z życia gwiazd i piękne zdjęcia na okładkach magazynów to tylko złudzenie, któremu nie warto ulegać, a przecież wiele młodych dziewcząt mu ulega. 

Wpatrzone w te cuda nastolatki za tę ułudę często płacą potem wygórowaną cenę. 

Seks za pieniądze to nie jest wymysł ani naszych czasów, ani nawet naszych celebrytek. Tak było, tak jest i tak będzie, więc nie ma się czemu dziwić, czy jakoś specjalnie szokować. Zaskakuje jednak to, kto w tym „biznesie” pracuje, bo nie są to osoby, którym brakuje na chleb, ani takie, które nie mają innego wyjścia. 

W książce nie padają konkretne nazwiska, ale podobno ( jestem zbyt mało obyta w pudelkowych plotkach aby mieć na ten temat jakieś zadnie) podkreślam, podobno każdy kto zechce odnajdzie bez trudu bohaterki tej afery. 

Czy warto przeczytać tę książkę? 

Warto, szczególnie kiedy jest się rodzicem nastolatki zapatrzonej w blask gwiazd… Tych telewizyjnych, a poza tym książka jest zwyczajnie ciekawa, poza tym odbrązawia współczesne , już i tak nieco „plastikowe” idole, a to bardzo istotne. 





niedziela, 21 października 2018

Wściekła asertywność? Tak?


Nie jestem asertywna, niestety, a ta wada w obecnych czasach to nawet nie wada. To katastrofa życiowa, a może nawet i facebookologiczna. 

Słaba odporność na hejt i wszelkie tego typu zagrania automatycznie człowieka eliminuje ze społeczności sieciowej. Co komu po takim mazgaju, który po kilku ledwie „bydlakach” zaczyna się mazać? 

Niestety ja właśnie do takich mniej więcej należę.

piątek, 19 października 2018

DRUGI LEGION - pierwsza liga fantasy.


RICHARD SCHWARTZ
DRUGI LEGION

INITIUM


Muszę przyznać, że na tę książkę czekałam od dawna, bo… bo byłam ciekawa co autor znowu wymyśli… 

Poważnie! Kiedy kończył się pierwszy tom sytuacja była już klarowna, sprawa wyjaśniona, bohaterowie dobrze znani i poznani. Dopracowani choć niejednoznaczni. Było co prawda leciutko otwarte zakończenie, ale nic nie zapowiadało, tego co zdarzyło się w drugim tomie. A właściwie zapowiadało, tylko autor to umiejętnie i dokładnie ukrył… 

I co ciekawe, zaczynając czytać drugi tom, właściwie znajdujemy się w tym samym miejscu i czasie, a jednak jest inaczej. 

Bardzo po ludzku, (choć powieść dotyczy też innych ras), po euforii zwycięstwa, kiedy emocje i radość powoli się opadają, a życie wraca na właściwie tory ( co moim zdaniem jest momentem najtrudniejszym tak w życiu jak i w powieściach) wszyscy zaczynają snuć palny na przyszłość. Ten moment właśnie mocno łączy „Drugi legion” z „Pierwszym Rogiem”, ale nie tylko. Wszyscy są właściwie tacy sami, ale kluczowym słowem będzie tu „właściwie” bo po trochu opadają z nich łuski pozorów. Niby są ci sami i tacy sami, ale do końca. 

Wyruszają razem, ale to „razem” jest nieco inne. 

I powieść jest nieco inna. Zamiast klaustrofobicznej gospody w okowach mrozu autor oferuje nam bliskowschodnie klimaty z aluzjami do wypraw krzyżowych. 

Daleką niebezpieczną wyprawę. Tajemniczy pierścień. Nadzieję. 

Ta część jest, jak pisałam nieco inna. Jest zaskakująco niezwykła. Pokazuje tę samą grupę osób w innym zupełnie świetle, inaczej, ale co zachwycające, zaskakująco spójnie! 

Tu przygody i wydarzenia nie będąc mniej ciekawe wchodzą na zupełnie inny poziom. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem umiejętności pisarskich autora. W książkach fantasy prawdziwym horrorem bywają niedomknięte, „dyndające” wątki, postaci bez znaczenia i przeznaczenia, niepotrzebne ( bo nie wnoszące nic do fabuły) krwawe jatki na miecze i kule ognia, oraz dialogi, które do niczego nie są potrzebne, bo ani nie objaśniają świata, ani nie posuwają akcji naprzód. 

Tu wszystko ma sens i przeznaczenie, mimo iż wiemy, że książka nie jest zamkniętą całością i będzie miała kontynuację to jednak wszystko jest doskonale połączone, sensowne, dopięte na ostatni guzik i logiczne. Myślicie, że w fantasy logika jest zbędna? Otóż wcale nie! Tak jak w każdym tekście jest NIEODZOWNA! 

Zakończenie jest w pewien sposób zamknięte, z drugiej jednak strony, z pewnych względów otwarte. 

A fabuła nieoczywista i w żaden sposób nie sztampowa. Po prostu świetna książka. 

Nie będę opisywała samej fabuły, bo nie chcę innym psuć przyjemności czytania, a wszystko ma tu znaczenie, nawet wydawałoby się nic nieznaczące szczegóły. 

Powiem tylko, że od książki nie można się oderwać, a sposób w jaki autor zakończył powieść, a właściwie drugi tom opowieści to czysty sadyzm. Czekanie na kolejny tom cyklu będzie prawdziwą torturą.