poniedziałek, 8 stycznia 2018

I co Hipokratesie?

 
Herman KOCH
DOM letni z BASENEM

MEDIA RODZINA


Ta książka bardzo mnie zaniepokoiła i nieźle namieszała mi w głowie. Nie to, że w życiu jestem naiwna, może zresztą i jestem, ale coś takiego?

Zawsze stawiam sobie pytanie o granice, nawet o te związane z obroną konieczną, a już na pewno z nadużyciem władzy czy choćby przywileju.

No i właśnie o to chodzi, bo przecież istnieje przysięga Hipokratesa. Istnieje, fakt, ale jak się to ma do rzeczywistości?
Oczywiście rozumiem, że lekarz jest człowiekiem i powinien nim być, wszyscy od niego tego oczekują, ale z drugiej strony lekarza traktuje się czasem trochę jak robota, w układzie choćby takim kiedy mówi się do kogoś „ nie krepuj się to przecież lekarz”.
Więc jak to jest, lekarz jest robotem, czy człowiekiem i w jakim zakresie? 


Czy zastanawialiście się nad tym jak to jest być lekarzem? Nie chodzi o to, że ten zawód daje prestiż i czasami niezłe gratyfikacje finansowe, ale o całą resztę, o to, że musi stykać się bardzo fizyczne z ludźmi, chorymi, chudymi, grubymi, spoconymi, lubianymi i nielubianymi przecież też.

Przemyślenia jakie snuje Marc, lekarz pierwszego kontaktu, w swoim gabinecie nie są budujące, ale za to prawdziwe. Marc od lat prowadzi gabinet i tak się jakoś złożyło, że jego pacjenci to ludzie może z nie najwyższych, ale jednak z wyższych sfer. 

Mimo, iż go to męczy utrzymuje z nimi pewne (ograniczone do minimum) stosunki na gruncie prywatnym, ale nie jest to coś co sprawia mu przyjemność. Jednym z jego pacjentów jest Ralph Meier sławny aktor teatralny...

Piękne życie, prawda? I chyba mogło by być piękne, ale pewnego dnia rodziny Ralpha i Marca spotykają się na gruncie prywatnym.

Coś iskrzy. Z jednej strony Ralph zaczyna mocno interesować się żoną Marca, z drugiej Marc zafascynowany jest żoną Ralpha.

Właściwie żaden problem, są dorośli, wiedzą co robią, każda z par stawia na szali swoje małżeństwo, ale czy w życiu nie należy czasami się zabawić?

No i nadchodzą wakacje.

Pozornie niedopracowany i źle zorganizowany wakacyjny wyjazd Marca z żoną i dwiema córkami doprowadza do tego, że cała rodzina zamieszkuje w tytułowym „Domu letnim z basenem” czyli w domu wynajmowanym przez Ralpha , jego żonę Judith i dwóch synów. Początkowo wygląda to naprawdę wspaniale, choć powietrze przesiąknięte jest erotyzmem.


I tu pojawiają się pewne trudne pytania, przede wszystkim o granice... Granice kobiecości, męskości, tego kiedy coś wolno, a kiedy nie, do kiedy dziewczynka jest dzieckiem, a od kiedy kobietą, kto o tym decyduje...

Od chwili pierwszego spotkania Ralpha i Marca, w gabinecie tego ostatniego, mija półtora roku. Ralph Meier nie żyje, a Marc ma stawić się przed Izbą Lekarską. Co się stało?

Czy Ralph zmarł śmiercią naturalną czy został zabity? A może jeszcze inaczej? Dlaczego żona Ralpha, wdowa w nieutulonej, niespodziewanej ( choć tylko pozornie) żałobie nazywa Marca „łajdakiem”?
Książka wciąga nas w wir domysłów i przekłamań. Mąci w głowach, pokazuje jakieś prawdy, przekręca je, przenicowuje i pokazuje inne, albo te same, ale inaczej.
Niby wszystko jest w porządku, ale czy jest?

Sarkastyczna, dowcipna, ale mocno gorzka opowieść o rodzinie, odpowiedzialności i granicach.

I o przysiędze Hipokratesa... Oczywiście nie dosłownie choć ten antyczny prekursor medycyny wciąż snuje się gdzieś w tle i zadaje niewygodne pytania. Nie znam na nie odpowiedzi. Może dlatego mimo, iż książkę czytałam kilka tygodni temu powieść do teraz mnie dręczy i fascynuje.

Bardzo dobra. Wymagająca. Niejednoznaczna. Literacko bardzo dopracowana. 

Ciekawe ilu z czytelników zrobiłoby to samo będąc na miejscu bohatera, aż boję się pomyśleć... Boję się, bo nic nie jest do końca pewne... Nic oczywiste. A książka mocna!

sobota, 6 stycznia 2018

Czy masz męża???


Jestem na FB bo piszę książki. Tak, to może wydać się dziwne, ale tak jest. Co mają ze sobą wspólnego książki i Facebook, pożeracz czasu i myśli? Zjadacz inwencji, rozsiewacz łańcuszków i fakenewsów?


Trochę ma, bo w mojej sytuacji życiowej nie stać mnie na promocję, taką z prawdziwego zdarzenia, za pieniądze, ani nie mam możliwości promować się bardziej „osobiście”, czyli bywać na imprezach, pokazywać się na targach, czy jeździć na na festiwale literackie.



Życie ma swoje prawa i nie zamierzam z nimi walczyć, ale promować książki jakoś chcę – stąd moje istnienie na FB. Jestem naiwna, więc naiwnie liczę, że jak ktoś zaprasza mnie do znajomych, a mam ich ho, ho... i jeszcze trochę, to chciałby pogadać o książkach, o życiu, ewentualnie o czymś zabawnym, gdyż nie posiadając kota (TAK kota!) nie wpisuję się w ogólny trend i nie mogę promować kota książkami, albo też odwrotnie książek kotem – czego szczerze żałuję, bo KOTY SĄ MIŁE!


Ostatnio dostałam wiele zaproszeń do grona znajomych. Starannie odrzuciłam amerykańskich generałów, tureckich wielmoży i ludzi piszących prześlicznymi, aczkolwiek niezrozumiałymi dla mnie „robaczkami” . Z dużym zdziwieniem zauważyłam ciekawy trend, a może i trąd pośród moich nowych znajomych. Jak już kogoś zaakceptuję dostaję wiadomość z pytaniem, czy mam męża.

To jakaś nowa moda chyba.... 


Co kogo może interesować mój istniejący lub nie istniejący mąż? A może to coś w rodzaju grzeczności, czy poprawności politycznej? W stylu „z mężatkami nie rozmawiam”, albo „mąż dobro najwyższe nie denerwować go”?


Jedna znajoma powiedziała mi, że to może dlatego, żeby się nie zdenerwował i mi nie przywalił za korespondencję z FACETEM.

Początkowo zdjęta zwątpieniem co do intencji rozmówcy odpowiadałam, że nie mam zamiaru nikomu udzielać informacji na ten temat. ( Bo szczerze mówiąc nie rozumiem, co kogo to obchodzi) I co?


Trochę dziwnie się porobiło, bo dostałam kilka wiadomości w stylu bardzo przypominającym bluzgi spod ( słusznie już nieistniejących) budek z piwem, cztery obrazowe opisy mojej niewątpliwie bardzo wątpliwej urody, oraz obrazek przedstawiający zdechłego (chyba) karalucha.



I tak się zastanawiam czymże, ach czymże zasłużyłam sobie na takie wątpliwe względy?

Mój stan posiadania ( dotyczący także dóbr osobistych, a mąż chyba powinien się do nich klasyfikować) to moja prywatna sprawa, czy może mam przedstawić na FB zaświadczenie o ilości zębów, nóg, zaginionych skarpetek i gotowych do użycia pił łańcuchowych?

I teraz już nie wiem, chyba tracę złudzenia! Zaczynam się zastanawiać w jakim sensie posiadanie męża lub jego brak wpływa na moje książki?

Liczyłam na promocję swoich książek i wszędzie, w każdym zakątku sieci chwalę się z bezczelnością godną lepszej sprawy, że je piszę i tłumaczę, więc nie powinno być co do tego wątpliwości. 

Nie wstawiam zdjęć swoich nóg ani żadnych innych części ciała, które posiadam, nie płaczę, że mam kłopot z odkręceniem szesnastego słoika w tym tygodniu, więc co oni z tym mężem???

Po co im on? A może.... Może ja to wszystko źle odbieram? Może tu nie o mnie chodzi, a ci faceci po prostu są nienormalni? Postanowiłam, to ukrócić.

Od teraz wszystkich facetów chcących się umówić z moim (ewentualnym) mężem – blokuję!

czwartek, 28 grudnia 2017

Tak inne, tak podobne...


Książka Racheli



Tłumaczenie: Katarzyna Tunkiel

Seria: Gorzka Czekolada Wydawnictwo: Media Rodzina

„Książka Racheli” to tytuł, który sam w sobie wiele o książce mówi, bo imię jednej z głównych bohaterek ( i wcale nie wiadomo czy nie najważniejszej), od razu przywodzi na myśl pewne skojarzenia.

O prześladowaniu żydów* wiemy i dużo i mało zarazem, bo nasza wiedza ogranicza się do kręgów historycznych czy kulturowych, w których się obracamy, a przecież to co się działo tuż przed wojną i w jej czasie dotyczyło wielu, bardzo wielu państw i miało wiele różnych aspektów.
Dzieje społeczności żydowskiej w Bratysławie, jak i losy żydowskich dzieci wysłanych na tułaczkę do Norwegii, a potem Szwecji nie są specjalnie znane, a stanowią jednak interesującą i bardzo tragiczną część wojennej historii.

Kiedy historia rozrywa losy rodzin na strzępy wszystko się wali. Nieważne z jakich powodów.

Historie przesiedlonych dzieci, które zostały wysłane w świat z dala od rodziców i bliskich to też odrębna sprawa, bo nie zawsze były to losy godne pozazdroszczenia. Co prawda dzieci zyskały być może życie ( być może, bo i to nie było pewne), ale utraciły rodziny, bliskich, punkty odniesienia i tożsamość.

Nie każdy potrafi poradzić sobie z taką stratą.

Bohaterka powieści, Ella młoda dziennikarka mieszkająca w Nowym Jorku wraca do Norwegii. Jej rodzice zginęli w tragicznym wypadku samochodowym i mimo, iż dziewczyna nie była od dawna z nimi zżyta to jednak bardzo odczuwa tę tragedię.

Dziewczyna w spadku dostaje między innymi dom wraz z lokatorką. 

To nie jest dobry układ jednak kobiety zaczynają ze sobą rozmawiać. 

Poznajemy Rachelę, dziewczynkę zmuszoną do wyjazdu do obcego kraju z powodu prześladowań, nastolatkę, która usiłuje poradzić sobie w trudnym, obcym świecie, kobietę...

Poznajemy dwie samotności. Każda z nich jest inna, każda odrębna, a jednak coś je łączy.
Ta książka to przejmująca opowieść o dążeniu do miłości, o wyobcowaniu i o sile jaką obdarzone bywają kobiety w ciężkich czasach i o cenie jaką za tę silę płacą. 

Inspiracją tej historii były pewne prawdziwe przesłanki, jak choćby opowieści znajomych autorki, czy historyczne fakty związane z pomocą nansenowską, ale nawet gdyby całą tę historii wymyśliła to i tak byłaby ona prawdziwa, bo w tej opowieści jest i prawda historyczna i czysto ludzka i literacka ( a taka też istnieje).

To bardzo ciekawa opowieść. Poruszająca. Inspirująca i warta przeczytania, tym bardziej, że pokazuje zupełnie inne aspekty wojny i dziecięcych losów, czy prześladowań. Inne bo dotyczące innej kultury, innych krajów, zwyczajów. Świetna powieść. Nie jest to lekkie czytadło, ale też nie jest to książka okrutna, czy ponura. To po prostu piękna opowieść o życiu.

* Gramatyka polska podpowiada mi, iż pisze się „Żyd”, gdy chodzi o narodowość, a „żyd”, gdy chodzi o wyznanie - tu, w tej powieści wydawało mi się ż chodziło jednak o wyznanie, a nie o narodowość.

sobota, 16 grudnia 2017

Nie moja bajka...


Jak to zwykle ostatnio znów zmieniły się przepisy. Niby nic istotnego, a jednak trzeba było to jakoś ogarnąć.
Siedzieli na leśnej polance, inspektor podsunął jej pod nos papiery. Wilka jeszcze nie było. Pewnie krył się w krzakach i czekał na lepszy moment. Na kocyku już piętrzyły się kanapki z szynką i piklami, które zawsze mu przynosiła. Popijała wino i przeglądała karty rekrutacyjne.
- Ale czy to konieczne? - zapytała dziwiąc się jak można do porządnej bajki dodawać kogoś obcego.

sobota, 25 listopada 2017

O pisarzach pod jemiołą

 Richard Paul
EVANS

"Hotel pod Jemiołą"

wydawnictwo
Znak Literanova




„Hotel pod jemiołą” to jedna z tych lekkich, sympatycznych książek, które można czytać o każdej porze dnia i nocy, nadaje się dla każdego i zachwyca czytelników choć nie wszyscy się do tego przyznają. Lekkie książki mają i zwolenników i przeciwników, często klasyfikowane są jako kobiece czytadła i jak wielu twierdzi nie ma w nich nic poza miłością, a przecież nawet uczucia można opisać w sposób ciekawy i nieszablonowy.

Richard Paul Evans jest amerykańskim pisarzem, a jego jedenaście powieści zostało uznanych za bestsellery. Pisze w taki sposób, że wiele czytelniczek przez dłuższy czas wierzyło, iż jest on kobietą piszącą pod męskim pseudonimem.

Jako pisarz przeszedł drogę jaką przechodzi wielu autorów. Ponieważ nikt nie chciał wydać jego pierwszej powieści – wydał ją sam. Dopiero po jakimś czasie stał się bardzo poczytnym i tym samym bardzo sławnym autorem.
„Hotel pod Jemiołą” to opowieść bożonarodzeniowa. Jak wiele tego typu powieści ma sympatyczne przesłanie. Pokazuje, że jeżeli nie tracimy wiary, wszystko jeszcze może się udać, a pozytywne myślenie naprawdę potrafi zdziałać cuda.
Kim Rossi przeszła w życiu wiele. Zakończona samobójstwem depresja matki, nieudane związki, życie małżeńskie którego nikt by nie życzył nawet wrogowi...
Kim ma marzenie, ale i ono jakoś nie chce się spełnić. Książka, którą Kim napisała nie podoba się wydawcom. Co w takim razie?
Dziewczyna postanawiania wziąć udział w warsztatach dla początkujących pisarzy, za które płaci jej ojciec.

Przyznam, że to w jaki sposób pisarz pokazuje środowisko, układy i niepowodzenia przyszłych pisarzy naprawdę mi się spodobało. Widać, że wie o czym mówi, a swoje doświadczenia opisuje z humorem i duża dozą sarkazmu. Tę część poleciłabym wszystkim przyszłym pisarzom, bo rozwiewa wiele nie tylko amerykańskich mitów i dale sporo nadziei.

Napisałam „tę część”, ale przeczytanie całej tej opowieści z pewnością nikomu by nie zaszkodziło.
Mimo iż jest to typowa literatura kobieca, to jednak jest w tej książce wiele poważnych tematów i życiowych problemów opisanych wcale nie po łebkach, jak choćby sprawa wojny, śmierci, litości czy depresji matki, o której Kim mówi tak: „ Kilku powiedziało jej, aby ‘wzięła się w garść’, co równało się powiedzeniu pacjentowi w ostatnim stadium raka, że mu przejdzie. No i były jeszcze nieznośne znajome, które wygadywały głupoty w stylu: „Ja też kiedyś miałam depresję. I poszłam na spacer” albo „Masz tyle rzeczy za które powinnaś być wdzięczna. Jak możesz być przygnębiona?” po czym odchodziły z uśmiechem samozadowolenia, jakby właśnie zrobiły dobry uczynek dla społeczeństwa” [*]
Tak jak oczywiście należy się spodziewać Kim Rossi spotka na swojej drodze miłość, ale... Nie będzie to takie łatwe jakby się mogło wydawać. Jej doświadczenia życiowe sprawią, że nie będzie umiała poradzić sobie z tym co się zdarzy, a zdarzy się wiele. Nie będą to szalone zwroty akcji, raczej zwyczajne życie, które niejednokrotnie rzuca ludziom kłody pod nogi, ale...

Nie jest to literatura skrajnie wymagająca czy twórcza, ale jest to dobra, lekka opowieść, jedna z tych, które czyta się z przyjemnością po to, aby się trochę oderwać od codziennych problemów i porządnie odstresować.
Dobra, lekka, przyjemna i niegłupia. Polecam.










* R.P. Evans, „Hotel pod jemiołą”, wyd. Znak, 2017, s.14

piątek, 17 listopada 2017

Przebudzenie...

 Janusz Leon Wiśniewski
Wszystkie moje kobiety
ZNAK



Janusz Leon Wiśniewski to naukowiec i specjalista w wielu dziedzinach, i to wcale wcale nie humanistycznych. Jest magistrem fizyki, magistrem ekonomii, doktorem informatyki i doktorem habilitowanym chemii. Robi wrażenie, jakby tego było mało ten człowiek, z umysłem ( jestem prawie pewna) napakowanym liczbami, o jakich się nie śniło filozofom, pisarzom, a mnie przede wszystkim, pisze powieści. I to powieści niebanalne, których tłumaczenia ukazały się w 18 krajach. Czyż to nie fascynujące?
I do tego będąc niezaprzeczalnie mężczyzną ( do czego sam się przyznaje) pisze powieści dla kobiet i to takie powieści, które kobiety czytają, ba nawet kochają.

Co w tym niespotykanego? Chyba to, że J.L. Wiśniewski łamie stereotyp. Choćby ten typowo maskulinistyczny, który mówi, że mężczyzna powinien pisać o samochodach, pościgach, morderstwach, albo gwałtach, a jeżeli jest informatykiem, to o tym samym z dodatkiem odrobiny „Matrixa”, albo choć w stylu starej dobrej SF.

 

Książki Wiśniewskiego to powieści obyczajowe. Dzięki Bogu nie „typowe”. To dobre powieści, inteligentne, pełne ciekawych odniesień, interesujące i nie sprowadzające kobiety do „kłębka nerwów”, PSM i oczu wypłakanych podczas czytania romansu i to już powinno zachęcić do czytania najnowszej jego powieści, ale... Powiem więcej.

„Wszystkie moje kobiety” to powieść szczególna gdyż jej akcja pozornie nie istnieje. Jest wpleciona we wspomnienia, w rozmowy, w rozważania, ale nie istnieje w czasie rzeczywistym. Prawie,. W czasie rzeczywistym, przebudzony po kilku miesiącach śpiączki mężczyzna zaczyna odkrywać siebie na nowo. Odkrywa siebie w sferze bardzo fizycznej, bo będąc w śpiączce stracił wiele ze swoich umiejętności i możliwości jak choćby możliwość samodzielnego poruszania się ( oczywiście chwilowo).

Zaczyna więc myśleć o kobietach, które poznał, porzucił, pokochał... nie koniecznie w takiej konfiguracji oczywiście.
Myśli o byłej żonie, o córce, o tych wszystkich, które go kochały i które on kochał, ale nie do końca, nie do ostateczności. Myśląc o nich jest w stanie wejrzeć w siebie.
To co zachwyciło mnie w tej powieści to to, że jest napisana w sposób po prostu inteligenty, z szacunkiem dla wiedzy i aspiracji czytelnika, bez taniego grania na strunach emocji, choć emocje też się znajdą. Nie trzeba ton chusteczek higienicznych, to powieść raczej dla kobiet, ale mężczyzna też może ją przeczytać bez uszczerbku na zdrowiu. Powieść spokojna, bez fajerwerków i szaleństwa, napisana rozsądnie, realistyczna pokazująca życie takie jakim jest, nie podkolorowując go ani tęcza ani nie ukazując w czarnych barwach.
Ze względu na konstrukcję powieści i ze względu na sposób w jaki jest napisana nie można powiedzieć o niej za dużo, aby po prostu zbyt wiele nie zdradzić, ale miłośnicy, a w szczególności miłośniczki, dobrych powieści obyczajowych będą z pewnością zachwyceni.

Mimo, że ja sama powieści obyczajowych czytam mało, albo nawet bardzo mało i J.L Wiśniewskiego raczej omijałam to przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczona jego pisaniem i samą powieścią. To jest naprawdę warte przeczytania.

czwartek, 16 listopada 2017

Ogrom czystej, porażającej grozy.

Magdalena Kałużyńska

ALVETHOR
Białe Miejsce

wydawnictwo
Oficynka


Kiedy przeczytałam Alvethor „Białe miejsce” natychmiast zrozumiałam jaką krzywdę zrobiłam opowieści zaczynając czytanie od drugiego tomu, który nota bene był po prostu genialny, ale przecież jeszcze by zyskał, gdybym zachowała odpowiednia kolejność czytania. Inna sprawa, że jeżeli drugi tom obronił się bez pierwszego, mocno z nim związanego i wiele wyjaśniającego, to sam w sobie musi być majstersztykiem. Ciekawa jestem jakie wrażenie, a właściwie o ile lepsze i większe wrażenie wywrze na mnie teraz, kiedy przeczytam go jeszcze raz i będę mogła połączyć obie opowieści w całość.

To co uderzyło mnie w tej powieści, a mówię teraz o pierwszej części, czyli o książce „Alvethor. Białe miejsce” to niezwykłe podejście do wiedzy i poznania. Do tego co jest granicą wiedzy i jakie są granice poznania. Autorka zresztą sama się do tego odnosi i w pewnym cytacie zamieszczonym na pierwszej stronie ksiązki: „To co człowiek widzi, zależy zarówno od tego, na co patrzy, jak i od tego co nauczył się dostrzegać w swoim dotychczasowym doświadczeniu”. T.S Khun „Struktura rewolucji naukowych”

Nasza zdolność do pojmowania świata jest ograniczona.
Człowiek jest w stanie pojąć tylko to co już zna. Niestety tak to działa. Przez porównanie, analogię, przez jakieś przyporządkowanie... Tak i tylko tak. Jeżeli stajemy przed czymś całkowicie nieznanym, czymś bez żadnych odniesień - stajemy wobec tajemnicy. Wobec czegoś tak skrajnie odmiennego, że nie jesteśmy w stanie nie tylko tego pojąć, czy nazwać, ale czasem i zauważyć.
Ta książka to horror opowiadający o czystej grozie. Nie ma w nim duchów, zjaw, psychopatów, ludzi znęcających się nad innymi ludźmi jest tylko czysta, krwawa, potężna groza i groza ta zasadza się na czymś zupełnie normalnym, a nawet realnym. Na bardzo prostej zależności znanej każdemu. Żeby żyć musimy jeść. Inne gatunki też muszą, to oczywiste, człowiek jako jednostka bywał czasami pożywieniem, jako gatunek jeszcze nie, ale coś się zmieniło i nastał właśnie taki moment.
Już nie jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego. 

Lubicie skrzydełka z kurczaka? Uwielbiacie żabie udka? Kochacie wieprzowe nóżki? No cóż, im, tym istotom, które zaczynają atakować świat, a właściwie „białe miejsce” czyli nasz wszechświat, smakują nasze głowy. Odgryzają je i idą szukać następnych. Głód to głód, a pożywienie to po prostu pożywienie. Czy istnieje jakaś różnica? Może tylko taka, że to dotyczy właśnie nas, a nie innych istot żywych.

Jest ktoś, może coś, co może obronić „białe miejsce”, ale w tym celu musi zwerbować pewną grupę rekrutów, oczywiście upraszczam.
Książka pisana tak jakby „na zakładkę” nie jest to żaden profesjonalny termin literacki, po prostu ja tak nazywam ten sposób pisania. Każda scena widziana jest jakby dwukrotnie, raz oczami osób trzecich, raz oczami głównych bohaterów, niejako „raz z wierzchu i drugi raz od środka”, co pozwala dokładniej zrozumieć co się dzieje i jak się dzieje.
To co widzimy to początek katastrofy, której istoty nie da się tak po prostu zrozumieć.

To powieść dla miłośników dobrego, krwistego, makabrycznego horroru, to ogrom, czystej porażającej grozy, całe mnóstwo krwi, kałuże cuchnącej mazi, która posiada DNA ( i to niejedno) - „Białe miejsce” to horror oparty na wielopiętrowej tajemnicy. Coś się dzieje. W pewnym sensie wiemy co, ale to nie jest rozwiązanie. To czego się dowiadujemy stanowi jedynie czubek góry lodowej, którą autorka zatopiła w oceanie krwi.
Pośród tego bohaterowie literaccy, ale i rzeczywiści, żywi, ale odrobinę chyba martwi, zwyczajni, ale przerażający. Ludzcy, ale też nie zawsze i nie do końca...

Czy można ich polubić? Nigdy nie zastanawiałam się nad możliwością polubienia fryzjera, który morduje nożyczkami przechodniów, czy kobiety z dziurą w głowie, ale wierzcie mi, to jest możliwe. 

 

Genialnie logiczny, świetnie napisany, krwawy horror. Mało kto potrafi zachować taką konsekwencję językową i fabularną. Powieść po prostu niesamowita, pełna aluzji do popkultury.

Dla mnie wręcz genialna!