środa, 30 maja 2018

Autyzm z kobiecym wydaniu.


Sarah  Hendrickx

KOBIETY I DZIEWCZYNY
ZE SPEKTRUM AUTYZMU
"Od wczesnego dzieciństwa do późnej starości"

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Dość oczywistym jest, że autyzm, albo zaburzenia z jego spektrum, kojarzą nam się z okresem dziecięcym i dość powszechniej z chłopcami niż z dziewczynkami, ale choroby, a już najmniej zaburzenia rzadko są całkowicie „jednopłciowe” dlatego autyzm to nie tylko męska, ale i kobieca sprawa, tyle tylko, że chłopiec zachowujący się inaczej niż rówieśnicy ( a mówię tu o spektrum autyzmu bez współistnienia innych zaburzeń czy niedoborów) łatwiej i szybciej zostanie zdiagnozowany niż dziewczynka, którą wszyscy będą uważać za na przykład „nieśmiałą”, „nieuważną”, czy po prostu „krnąbrną” albo „wycofaną”. Z czego wynika taki obraz, oczywiście z oczekiwań społecznych.

Autorka książki „Kobiety i dziewczyny ze spektrum autyzmu”, sama zresztą zdiagnozowana w dość późnym wieku prowadzi badania na temat ZSA.

Pokazuje jak wielką rolę w diagnozowaniu odgrywają rodzice i jak często ich „nieokreślony” niepokój co do zachowania dziecka, bagatelizowany nawet przez otoczenie okazuje się uzasadniony i istotny.

Opisuje jak wygląda niemowlęctwo, dzieciństwo czy dorosłość kobiet z tym zaburzeniem i jak przeróżne mogą być objawy autyzmu. Nie ogranicza się do kobiet, ale na nich skupia się najbardziej. W przytaczanych świadectwach dorosłych pacjentek, albo rodziców autystycznych dzieci pokazuje przeróżne zachowania i ich zewnętrzne konsekwencje.

Sama zdiagnozowana już jako osoba dorosła zastanawia się nad zaletami i wadami wczesnej diagnozy. Z jednej strony widzi w niej czynnik odrobinę hamujący, czy przyzwalający na „odpuszczenie sobie”, z drugiej ratujący zdrowie psychiczne i pozwalający uniknąć cierpienia.
Obala wiele mitów dotyczących wyglądu, dla niektórych „zbyt normalnego” jak na autyzm, jestem pewna, że osoby, których to dotyczy wiele razy słyszały stwierdzenie typu: „Jak to ma autyzm? Nie wygląda”, albo „ Ma autyzm, a wygląda tak normalnie”, obala też mity dotyczące możliwości intelektualnych osób z tym zaburzeniem.


Pisze o mowie i dosłowności jej rozumienia, o tym, że jedno dziecko nie mówi do piątego roku życia, a drugie mówi całymi zdaniami w wieku dziewięciu miesięcy i oba te tak odmiennie stany są objawem tego samego zaburzenia.

Autorka omawia kontakty towarzyskie dorosłych kobiet z tym zaburzeniem, a właściwie brak takich kontaktów, przyjaźni, lub związane z tym trudności.

Niemniej ważnym problemem jest seksualność, a czasami aseksualność takich osób. Bardzo poważnie i ciekawie podchodzi do związków uczuciowych, ciąży i rodzicielstwa kobiet ze spektrum autyzmu, a także nie unika tematu zdrowia psychicznego.

To bardzo dobra, potrzebna i niesamowicie ważna publikacja. Zainteresuje każdego, kogo w jakiś sposób dotyczy problem zaburzeń ze spektrum autyzmu, a jest takich osób coraz więcej, bo rośnie świadomość tego problemu.

Publikacja oparta na badaniach, wywiadach i rozmowach jest przeznaczona dla osób, które z problemem są związanie nie tylko rodzinnie czy osobiście, ale też zawodowo.

Sarah Hendrickx, kobieta autystyczna zdiagnozowana w wieku 43 lat żyje w związku z także autystycznym partnerem, prowadzi wykłady na temat autyzmu i przybliża ten problem światu podchodząc do niego z powagą, ale bez zadęcia, z odrobiną humoru i wielkim zrozumieniem dla ludzi, którzy się z tym problemem borykają.

Książka nie tylko ciekawa i pouczająca, ale i bardzo potrzebna.


wtorek, 29 maja 2018

Świetne średniowiecze!


FRANCES GIES,   JOSEPH GIES

"Życie w średniowiecznej wsi"

Wydawnictwo ZNAK


Należę do tego, wcale nie tak rzadkiego, jakby się zdawało, rodzaju czytelników, którzy czytują książki „non fiction”.

Ja ich zresztą nie czytuję, ja je pożeram, kocham, uwielbiam. Ja ich potrzebuję. 

Dlaczego? Nie wiem. Taka już byłam od dziecka, zawsze interesowała mnie historia, ale nie ta wielka, wojenna, a ta mniejsza, codzienna. Chciałam wiedzieć jak żyli ludzie, co jedli, gdzie spali, czym się martwili i jak się bawili. Z zachwytem czytywałam PIW-owskie książki z cyklu „życie codzienne w...”

Do książek w tym właśnie stylu należy „Życie codzienne w średniowiecznej wsi”. Nie jest to powieść o turniejach, smokach i księżniczkach, ale opowieść o życiu wsi. O problemach wieśniaków, o narodzinach i pogrzebach, o pańszczyźnianej, często niewolniczej pracy, udokumentowana i przedstawiona w liczbach.


Autorzy skupiają się na angielskiej wiosce Elton i na jej przykładzie opowiadają o tym jak działało średniowieczne społeczeństwo wiejskie. 

Dowiemy się z niej ile kto miał ziemi, jakie kary trzeba było zapłacić za cudzołóstwo, kiedy i kto mógł zbierać kłosy po żniwach, oraz co i dlaczego jedli i pili, często bardzo niedożywieni, czy wręcz przymierający głodem wieśniacy.

Poznamy zależności polityczne, zwyczaje i jak działała wiejska sprawiedliwość, a wszystko to na podstawie trzynastowiecznych, bardzo rzadkich zapisków sądowych i kościelnych.

To średniowieczna Anglia od kuchni. Podkreślam, Anglia, bo jednak średniowiecze w każdej części kontynentu wyglądało nieco inaczej.
Z pewnością ta książka zachwyci wiele osób, ale nie jest to pozycja dla każdego. Niezaprzeczalnie będzie to jednak książka dla pisarzy… fantasy!

Dlaczego? Młodzi pisarze, którzy dopiero zaczynają swoja przygodę z gatunkiem umieszczają akcje swoich powieści w „jakimś” średniowieczu, stylizowanym często właśnie na angielskie. Braki wiedzy do tego koniecznej „łatają” gdzie popadnie i jak popadnie magią, co daje ( czasami) niezbyt dobre efekty, a wystarczyłoby sięgnąć po tę pozycję by uniknąć przeróżnych błędów. 

Przestać mylić choćby sierp z sierpakiem, przestać przykładać dwudziestowieczną moralność do tej sprzed wieków, bo była nieco inna, albo wreszcie wkładać w ręce wieśniaków miecze...

Książka zaopatrzona przypisami zorganizowanymi w genialny, naprawdę GENIALNY sposób. Te konieczne do zrozumienia tekstu zaznaczone są gwiazdkami i umieszczone na dole każdej strony, te odnoszące się do dzieł, czy dokumentów historycznych, o których mowa umieszczone są z tyłu publikacji. To bardzo ułatwia czytanie.

Mnie książka naprawdę przypadła do gustu! Podczytywałam ją sobie spokojnie powolutku wieczorami gromadząc okruchy ciekawej wiedzy o czasach, które mnie bardzo interesują i wyjaśniając sobie niektóre zawiłe dla mnie sprawy napotkane w książkach, czy filmach dotyczących tego okresu.

Z żalem zauważyłam, że przegapiłam „Życie w średniowiecznym zamku” i „Życie w średniowiecznym mieście”, ale to zawsze da się nadrobić…

Bardzo szczerze polecam.


poniedziałek, 28 maja 2018

Przedpotopowe myślenie ... o patronatach.



„No i się zaczęło” mogłabym powiedzieć z ciężkim westchnieniem, ale zawsze tak jest, jak czegoś nie ma to się tego chce, a jak to się ma to człowiek czasami ma dosyć, i nie, to nie będzie o seksie, ani o pieniądzach, zresztą w tych dwóch przypadkach, tylko pierwsze stwierdzenie byłoby prawdziwe, bo nie spotkałabym jeszcze kogoś, kto miałby za dużo pieniędzy albo seksu, w każdym razie, nikt się nie przyznaje. 




Chodzi o coś zgoła innego, a mianowicie o patronaty. Te na książkach… No każdy wie o co chodzi. Niedawno na jednym z blogów był doskonały tekst na ten temat, ale nie myślałam, że aż tak szybko zacznie dotyczyć mnie osobiście.


Tak się składa, że wkrótce wydam swoją dziewiątą powieść. Pamiętam czasy, kiedy widząc książki koleżanek z zachwytem wpatrywałam się w przeróżne znaczki z tyłu, na ostatniej stronie okładki i zastanawiałam się z rozmarzeniem: 


- Ależ ona ma cudnie! Tyle patronatów, to przecież wspaniałe!


Potem i ja miałam liczne okazje na moich książkach zobaczyć te cudne znaczki. Loga mniejszych i większych patronów medialnych. Niektórzy patroni byli wprost genialni, oddani i pracowici jak „Kominek”, inni ograniczali się do zrecenzowania książki, jeszcze inni nawet i tego nie robili, ale ja nie o tym...

Dostałam wczoraj wiadomość ciekawej treści. Zadzwoniła do mnie pewna pani. Przedstawiła się taką serią z karabinu maszynowego, że nie byłam w stanie niczego zrozumieć, po czym powiedziała.


- Chcę mieć pani patronat ! - strzeliła prosto z mostu.

Wprawiła mnie w osłupienie. Mój patronat? Czyli ja miałabym komuś patronować, to znaczy nie ja, a mój blog, albo zaledwie „blożek”? Bezsens… Przecież ja nawet nie umiem, nie dałabym rady...


- Kiedy ja nie biorę patronatów – odpowiedziałam grzecznie i stanowczo.

- No ja wiem, w pani czasach chyba się tego nie robiło, ale to dobra rzecz…

„W moich czasach?”, pomacałam się po cyckach, bo jako pierwsze trafiły mi pod rękę i uczciwie zapytałam sama siebie, kiedy ja umarłam? Fakt ostatnio jakaś blada byłam, ale wszystko raczej mam na swoim miejscu i to wszystko włącznie z głową siedzi przed komputerem…

- To znaczy? - zapytałam oszołomiona.

- Oj, znaczy, co znaczy! W sensie, no wieku, rozumie pani… Przecież patronaty to taka nowinka, a pani to chyba po sześćdziesiątce jak moja babcia.


No tak, powinnam się była zorientować. Przecież. Po sześćdziesiątce ludzie obowiązkowo tracą mózg, wyparowuje im wykształcenie, a inteligencja idzie się powiesić. Zrozumiałam, że dziewczyna pewnie nastoletnia...

- Ale o bloga chodzi?


- A gdzież tam. Jak o bloga? O pani bloga? Nie…. Słaby, grafika za przeproszeniem do de… zasięg marniutki, nikt by pani patronatu nie chciał. O książkę mi chodzi, te co pani podobno będzie wydawać. Wzięłabym patronat.. No. To jak?

- Musiałabym się zastanowić.

- Po co? Szkoda pani kawałka okładki? Przecież pani nie ubędzie!

Zdezorientowana nie wiem co odpowiedzieć.

- Ale pani musiałaby najpierw przeczytać książkę, sprawdzić czy się pani podoba.

- Nie, wcale nie musowo. Po co? - odparła dziewczyna mocno zdziwiona, ba nawet jakby oburzona.

- Myślałam, że prowadzi pani blog książkowy?

- Ja nie czytam książek, mam blog polecajkowy. To całkowita nowość.

- A recenzję jak pani napisze? - dobiłam ją pytaniem, choć nie celowo. Po prostu myślałam, że tak wygląda norma.

- Nie, to tak nie działa! - wyjaśnia łaskawie - To zupełnie przedpotopowe myślenie! Ja daję swoje logo na pani książkę i ludzie to kupują, bo mnie znają i kochają, a pani raz czy dwa podziękuje mi pod postem i będzie w porządku. 

- To ja już teraz dziękuję – odpowiedziałam rozłączając się. Szlag, nie spytałam nawet dziewczyny skąd ma mój numer, a mogłam ja postraszyć RODO.

Od teraz jak usłyszę słowo „patronat” zacznę gryźć!

niedziela, 27 maja 2018

Nieludzkość pożądana...


„Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce” powiedział Terencjusz, a mnie to stwierdzenie walnęło jak obuchem w łeb po kilku ostatnich akcjach na FB dotyczących nie tylko światka pisarskiego, ale tego niestety także.

Co mnie tak strasznie poruszyło w tych słowach? 

Otóż cechy… zwłaszcza te ludzkie. 


Te, które reprezentowane są li tylko przez człowieka. Pomyślmy, jakie to cechy? Czy są właściwie tylko człowiekowi? Na przykład zdolność do miłości, szczególnie tej macierzyńskiej… Nie! Psia, kozia, czy kocia matka kocha swoje potomstwo i jeszcze się nie zdarzyło, żeby wsadziła dzieciaka w reklamówkę i wyrzuciła na śmietnik… 

czwartek, 24 maja 2018

Okrutne dobro...


Anna Sakowicz

Na dnie duszy.

Edipresse


Powaliło mnie, i powiem to bez wstępów i bez zażenowania, pokonało mnie delikatne, międzywierszowe okrucieństwo tej powieści. Pochłonęłam ją wczoraj i to co mnie zaskoczyło to całkowita nieadekwatność okładki do treści, wiem wydawnictwo świetne, ale okładka... 

Przecież ta piękna skądinąd kobieta z okładki w książce nie występuje, bo kim miałaby być? Rozalią? W żadnym razie, Donatą? Nie ma szans, Ingą? Też nie…

To powieść jest niesamowita i nawet jeżeli umiejscowiona gdzieś na Kociewiu opowiada życie ludzkie niestety wielu innych miejsc, miasteczek, wsi.

Można by powiedzieć, że określenie „prosty człowiek” nie jest pejoratywne, a polska wieś jest miła, dobra i sielankowa no i taka swojsko tradycyjna.

Wiejska moralność ogranicza się mocno do „co ludzie powiedzą”, albo „ludzie będą gadać” , choć oczywiście nikt nie broni nikomu chlać, bić żony czy kraść, to przecież normalne, chłop pić musi, babę trzeba bić, żeby pokazać kto tu rządzi, a kradzież? Nie, no, jak ktoś umie zadbać o własne interesy, to co komu do tego?

Tak naprawdę wiejska moralność zajmuje się zaglądaniem w cudze majtki… I to w sposób okrutny. Potworny,  bestialski.

Dobra, jestem wściekła, ta książka pogrążyła mnie w otchłani! NAPRAWDĘ! Zabiłabym… Za Mariannę, za Rozalię, za Donatę…

Nie umiem przejść obok takiej tragedii bezrefleksyjnie…

Wiem, przemoc się dziedziczy, tak jak nienawiść, traumę, historię i długi, wiem, że ludzie, którzy to zrobili to wcale nie dobrzy ludzie dbający o moralność, ale paskudne bestie w ludzkiej skórze. Ojcowie, bracia, wujowie i matki… 

Rodzina nieświęta!

Wiem, moja opinia może nie jest bardzo tradycyjna, ale ja tę książkę przeżyłam naprawdę osobiście, dogłębnie i mocno…

To nie jest lekka powieść obyczajowa. To trudna książka o tym jak skomplikowane bywają rodziny i dlaczego takie są.

Nie usprawiedliwia, nie tłumaczy. Pokazuje.

Niesamowita lektura dla odważnych, mądrych, dobrych ludzi…

Ja jestem porażona prawdziwością i mocą tego tekstu.
Co kryje się na dnie duszy?
Ciemność… 

Pięknie opisana, trudna i wielowymiarowa. Co więcej powiedzieć? To po prostu trzeba przeczytać.

Trzeba, warto, należy!

środa, 23 maja 2018

Ochotniczki z poboru...


Luba Winogradowa

SNAJPERKI

ZNAK




Związek Radziecki miał od zawsze wiele twarzy, jedną „na zewnątrz” drugą do wewnątrz czyli zupełnie inaczej widział go obcy, a inaczej własny obywatel i nie było to bynajmniej przeoczenie, a raczej celowe czynności prowadzące do „ocieplenia” wizerunku w świecie.

Stosunek do kobiet był w Rosji radzieckiej także dość szczególny gdyż jak twierdziło wielu „ w ZSRR” seksu nie było, choć jak wiadomo jednak był, bo obywatele jedno a państwo drugie, były też wolna miłość w „usługowych komunach” w ramach tezy o obumieraniu rodziny. Był też prześmiewczy dekret o „uspołecznieniu pań i panienek”, który wzięty na poważnie proponował, by wszystkie kobiety od 18 do 50 roku życia uznać za własność państwową.

Dlaczego o tym piszę? Bo tak czy tak kobiety w ZSRR nie miały łatwo.

Snajperki to książka o kobietach walczących w szeregach armii w czasie II wojny światowej, a właściwie o snajperkach.

Powołane do armii, ale uznane za ochotniczki, żeby lepiej wyglądało nie miały w wojsku łatwego życia. Nie muszę mówić chyba dlaczego! Nawet teraz kobiety w armii ( w każdej, niezalezienie od państwa) narażone są na molestowanie, gwałty i szykany, a one, kobiety w radzieckim wojsku nie mogły nawet tego zgłosić, czy poskarżyć się przełożonym z wielu względów, także i dlatego, że to właśnie oni byli sprawcami. Wojna, to nie łąka pełna stokrotek.

Te, które przetrwały nie były witane z otwartymi rękami ani przez znajomych, ani przez rodziny, często traktowano je jak prostytutki. Wbrew pozorom istniała jakaś pozaradziecka moralność i to w co wierzyło państwo często nijak się miało do tego w co wierzył jego pochodzący z zapadłej wsi i w pewien sposób „konserwatywny” w sprawach damsko męskich obywatel, mąż, brat, ojciec…
Książka opisuje losy wielu kobiet żołnierek. Bardzo wielu. Nie wiem nawet czy ten ogrom postaci i nazwisk, imion i frontowych losów trochę nie przytłacza, niemniej jednak kilka postaci zostało pokazanych nieco bliżej, jak choćby Ludmiła Pawliczenko, której waleczność i frontowe dokonania tak promowane przez ZSRR autorka podaje w wątpliwość.

Opis jej propagandowej podróży do USA, Wielkiej Brytanii i Kanady byłby naprawdę zabawny, gdyby nie chodziło o wojnę, a ta w Europie trwała w najlepsze.

Radzieccy żołnierze, w tym i kobiety byli traktowani przez własną armię jak zwykłe „mięso armatnie” , bo armia zrezygnowała nawet z nieśmiertelników chcąc zaoszczędzić na pogrzebach…
A jednak książka nie jest jakimś manifestem przeciw ZSRR, a powie scia oddającą bohaterstwo kobiet, żołnierek, snajperek, które naprawdę przyczyniły się do zwycięstwa nad hitlerowcami. Kosztem życia, rodzin, odtrącenia i koszmarów, głodu i kalectwa…

To bardzo ciekawa książka, którą czyta się z ogromną fascynacją. To zapis losów ludzi zapomnianych, zapis ich decyzji, rozterek ( tak, wbrew pozorom i rozkazom kobiety radzieckie miewały rozterki choć nie wolno im było o tym mówić), a w końcu i powojennych losów niektórych z nich.

Powiem szczerze, że książka jest niesamowita, oczywiście dla czytelnika, który interesuje się i formą i tematem bo nie jest to powieść, a nie każdy kocha takie opracowania, reportaże historyczne, opowieści o ludziach, ich czasach, radościach i dylematach.

Dużym atutem książki jest ogrom przypisów z których możemy dowiedzieć się więcej i wykazują jak bardzo benedyktyńskiej pracy podjęła się autorka mierząc się z tym tematem.

Żałuje jednak, że przypisy zostały umieszczone z tyłu książki co odrobinę utrudnia jednak czytanie. Należę do osób, które przypisów nie omijają, stąd mój problem.

Na koniec ( choć we wstępie) Luba Winogradowa zadaje ciekawe pytanie.

„Jak wiele osób z mojego pokolenia, pokolenia dzieci pierestrojki poszłoby walczyć za ojczyznę i byłoby gotowych dla niej zabijać?"
Obyśmy nigdy nie poznali na nie odpowiedzi.
Książka warta ze wszech miar przeczytania!

piątek, 18 maja 2018

Czyżby reptilianie weszli w branżę wydawniczą?


Wiem, że zaraz kilka osób się na mnie wścieknie, kilka obrazi, a jeszcze kilka wulgarnie mówiąc „wypnie”, ale zauważyłam ostatnio tendencje do negowania, a nawet hejtowania pewnych zjawisk. 


Jednym z nich jest zgrozę budzący fakt, iż WYDAWCY CHCĄ ZARABIAĆ na wydawanych przez SIEBIE książkach.