wtorek, 27 września 2016

PATRONAT KOMINKA

Zastanawiam się, czy Iwona Banach dostała już Złote Klucze do miasta Bolesławiec. Ta wszechstronnie utalentowana autorka i tłumaczka powinna być prezentowana na miejskich pocztówkach, o ile ktoś jeszcze je wysyła. Takie ze znaczkiem.
A tak bardziej poważnie miałem już przyjemność poznać wcześniejsze dokonania autorki, jednak to, co pokazała i zaprezentowała w Maskach zła, to przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To poruszyło Ziemię przesuwając znacząco jej punkt ciężkości.
Thriller ma to do siebie, że jest czymś pomiędzy powieścią sensacyjną, a horrorem. Odrobinę strasznie, ale z umiarem, z mocno rozbudowaną warstwą psychologiczną, która tu nie ma sobie równych. Dawno nie odczuwałem tak wyjątkowej przyjemności w lekturze. Dawno tyle emocji nie przelało się przez moją duszę sprawiając nieopisane wręcz wrażenie mentalnego uniesienia.
Ta niekonwencjonalna forma przekazu, ta wyjątkowa ze wszech miar forma narracji, ta świadomość kilku bytów mentalnych w jedynym ciele, to nie zdarza się często, to zdarza się od wielkiego dzwonu, to wreszcie sprawia, że jest to powieść dobra, doskonała, czy wręcz wybitna. I nie są to słowa na wyrost, bo nie potrzeba ich wiele, aby ciemne, mroczne macki zaczęły nas obłapiać powodując dziwne, bliżej nieokreślone uczucie osaczenia.
Są różne stany emocji, intensywności myśli, pragnień i doznań. Tutaj ten stan trudnym jest tak do końca do zdefiniowana, określenia i pokazania. Tutaj również odwieczna trauma ciążąca nad miasteczkiem zaczyna jeszcze bardziej przygniatać i dusić, gdy giną trzy starsze kobiety, a na światło dzienne wychodzi jedno złowieszcze słowo – I N S T Y T U T.


CAŁA RECENZJA:

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza