czwartek, 18 października 2018

Dinozauryzacja albo masowe wymieranie... blogów.




Tak, przyznaję się, jestem wymierającym gatunkiem. Wymieram wielowarstwowo. Jako autorka ( ciut, ciut i aż szlag mnie trafia) jako osoba, (wszak wiek swój mam) i teraz jako blogerka, bo ogłoszono masowe wymieranie tego gatunku. 

Ja, po prawdzie nie za bardzo nawet zdążyłam się przyzwyczaić do blogowania, a tu takie kwiatki... 

Ponieważ jednak ostatnia dyskusja o wymieraniu blogów zboczyła nieco (w niektórych wypowiedziach) na tak zwaną promocję zaczęłam się nad tym (głęboko) zastanawiać. 

Wyszło na to, iż wszyscy byli ciekawi czy osoba biorąca pieniądze ( a o dużych pieniądzach mówimy) za promocję książki ma obowiązek być w tej promocji uczciwa, czy też, jeżeli jej zapłacą spokojnie może „gniota” wynieść na ołtarze? Wiele osób twierdziło, że skoro płatna promocja jest czymś w rodzaju reklamy, to trzeba traktować ją jak reklamę, czyli w stylu „prawda sobie, reklama sobie”, a to znaczy, że, reklama uczciwa być nie musi. 

Ba, chyba nawet być nie może... 

Doszło też do tego, iż wiele osób twierdziło, że blogerzy uczciwi być muszą gdyż… nikt im nie płaci (!), a poza tym i tak spokojnie już wymierają. 

A ja jakoś czytając to widzę w tym pewien paradoks. 

Ten kto robi za darmo, MUSI być uczciwy, ten kto za pieniądze NIE musi? I skąd te wymagania? Czy tylko mnie dziwi takie rozumowanie? 

Dochodzi do tego inne spostrzeżenie. No dobrze, blogi są na wymarciu, ale blogerzy starają się uczciwie opisywać swoje własne odczucia dotyczące książek? Podkreślmy tu słowa SWOJE WŁASNE ODCZUCIA… 

Czyli czytelnik, (a mówimy tu o czytelniku, nie o reklamodawcy czy autorze) wiedząc jak działa reklama nie będzie wolał przeczytać subiektywnego, ale jednak uczciwego tekstu czy opinii, a będzie wolał walące po oczach wszechobecne spoty? 

Odrzuci subiektywną aczkolwiek uczciwą opinię (o ile będzie ona uczciwa - wiadomo) na rzecz li tylko „reklamy”? Nie wierzę! 

Owszem. Może zmienią się układy wydawca – bloger. Jest możliwe, że wydawcy nie będą już wysyłać blogerom egzemplarzy recenzenckich, ale dla ludzi lubiących pisać o książkach nie będzie to problemem. Tyle, że blog książkowy stanie się jedynie sposobem na zabicie czasu, a nie na życie.
Nawet teraz są tacy zapaleńcy, którzy piszą recenzje książek z biblioteki… wcale nie czekając na „zapłatę” w formie egzemplarza recenzenckiego! 
Czyli co? Oni też wymrą? 

Nie wydaje mi się! Czy będą tacy, którzy czytają recenzje? Nie wydaje mi się, żeby mogło ich nie być… Jest ogromna grupa ludzi sceptycznie nastawionych do reklam i dla nich warto będzie pisać. 

Inna sprawa to kwestia wieku, stare ramole ( czyli ludzie w moim wieku) ulegną swoistej dinozauryzacji i chętniej pewnie przeczytają opinię niż skuszą się zdjęciem z instagrama. 

Znikną ci, którzy piszą nie dla pisania, a dla pozyskania nowości, czy książek, na które ich nie stać. 

Ludzie z pasją przetrwają. ( No dobra jestem idealistką!) 

Mogą jednak powstać inne twory… 

Pisarzy jest wielu, promocja kosztuje, nie każdego na nią stać, nie w każdego wydawnictwo włoży miliony… 

Niektórzy pisarze, mimo iż nie reklamowani piszą dobrze, ciekawie, wręcz fascynująco… Brak reklamy nie oznacza jeszcze, że książka jest kiepska, wielka reklama nie oznacza też, że jest genialna… (Choć nic tu niczego nie wyklucza.) 

Powstaną być może blogi parające się promocją literatury… Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale życie nie znosi próżni… 

A tu jest wielka próżnia. 

Tak czy tak, wymierając jak dinozaur na błoniu… ( to chyba miała być kobyła?) no, ale wymierając sądzę, ( albo mam po prostu nadzieję) że może jednak ta zapowiedź globalnego wymierania blogów jest odrobinę przedwczesna... 


wtorek, 16 października 2018

Lubię postapokalipsę, ale...



EMILY ST. JOHN MANDEL

STACJA JEDENAŚCIE

Papierowy Księżyc

Nie da się czytać „Stacji jedenaście” nie mając przed oczami „Bastionu” Kinga – wszak podobieństwa są niezaprzeczalne, choć występują też różnice. Straszna choroba pustoszy świat. Upada cywilizacja. Przy życiu pozostaje pewna grupa ludzi odpornych na „gruzińską grypę”. Autorka nie wchodzi w szczegóły, tak jest i już. Jedni umierają, inni nie. Ci, którzy przeżyli wędrują po terytorium dawnych Stanów Zjednoczonych pchani nie do końca określoną tęsknotą za lepszym życiem. 

Postapokalipsa? I tak, i nie. Lubię prozę z tego gatunku, ale spodziewałam się czegoś innego. Czegoś dużo mocniejszego, może w stylu właśnie „Bastionu” Kinga, „Ostatniego brzegu” Nevile'a Shute czy nawet – wymieniając któregoś z polskich autorów – powieści „S.Q.U.A.T” Konrada Kusmiraka, a dostałam właściwie wariację na temat znikomości życia i nieprzewidywalności losu oraz sporo zadumy nad człowieczeństwem, ubrane w kostium powieści postapokalitycznej. 

Opowieść rozwija się na trzech płaszczyznach. Przed, w trakcie i dwadzieścia lat po zagładzie. Przyznam, że nie bardzo do mnie przemawia taki układ. Życie i śmierć Arthura Leandera stanowią pewną klamrę fabularną i odniesienie dla wszystkich późniejszych zdarzeń, ale ta część jest nieporównywalnie bardziej rozbudowana niż część mówiąca o tym, co działo się po zagładzie. Ma to oczywiście jakiś sens, ale pozostawia niedosyt. Poza tym śmierć aktora, celebrowana przez pewną grupę, jest bez związku ze śmiercią dziewięćdziesięciu dziewięciu procent ludzi, którzy zmarli tuż po nim, ale też ma pewien sens. Część dotycząca komiksu, który dał tytuł całej powieści – jakby marzenie, wspomnienie o możliwościach – moim zdaniem wnosi najmniej do treści książki. 

Wędrująca Symfonia to grupa aktorów i muzyków; należy do niej m.in. Kirsten. Mottem tej grupy, ale i samej Kirsten jest stwierdzenie ze 122 odcinka filmu „Star Trek”: „Samo przetrwanie nie wystarcza”. Te słowa, czy z nimi się zgodzę, czy nie, stanowią jednak motyw działania ocalałych. Jedni szukają zrozumienia w wierze, naginając ją niejednokrotnie do swoich potrzeb, a w zrozumieniu – oparcia. Świat był zły, więc został ukarany, my przetrwaliśmy, bo byliśmy lepsi. Takie „rozumienie” zagłady prowadzi do wypaczeń. Są też tacy, którzy dążą do władzy. Inni pielęgnują pozostałości dawnego świata, zbierają artefakty i informacje. Taki jest ten świat. Najbardziej cierpią ci, którzy pamiętają. 
Wędrująca Symfonia przemieszcza się od osady do osady i wystawia sztuki Szekspira, bo żył on w podobnych warunkach: w świecie panowania zarazy, w świecie bez prądu, choć było mu jednak o niebo łatwiej, gdyż nie niósł ze sobą bagażu wspomnień innego świata. 

Opowieść dąży do pewnego zakończenia, rozwija się, zawraca, dziwi, czasami drażni, rozgrywa się na przestrzeni wielu lat, opowiada o różnych bohaterach, pozornie ze sobą niezwiązanych. Są tacy, których historie dotyczą okresu sprzed epidemii, ale też tacy z czasów po upadku całej cywilizacji. Zagłada stanowi dla autorki pretekst do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czym jest człowieczeństwo, w którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem? Kiedy traci miłość? Wiarę? Kiedy zabija? Kiedy traci kontakt ze sztuką? Kwestia trudna w miejscu i czasie, gdy zniknęły wszelkie odniesienia do pewnych dawnych wartości i trzeba wszystko budować od nowa. To, co było nie może już wystarczyć, trzeba szukać czegoś innego, znajdować nowe drogi i podejmować nowe wyzwania, a tym samym określać i znajdować nowe ideały. 

„Stacja jedenaście” nie jest książką słabą, o ile czytelnik nie będzie koncentrował się na wymogach gatunku, a da się wciągnąć opowieści, ale... No właśnie. Liczba literówek – koszmarna, choć to bym darowała, no trudno, jednak oczywiste błędy??? Trochę tego zbyt dużo jak na takie wydawnictwo. „(...) przyczepiali Arthura do noszy”[1] – nie! Przyczepiać można breloczek z „małym głodem”, a nie człowieka! „Czworo, czy pięcioro osób podeszło do drzwi”[2], czyli rzeczownik „osoba” przestał być rodzaju żeńskiego? Kiedyż to? „(...) na jego grzbiecie siedział jeźdźca”[3] – znaczy co? Ten jeźdźca? Nie ten jeździec? Moja żona jest bardzo skryta jeżeli chodzi o jej pracę – mówił Arthur – która nawet nie miała prawa jazdy”[4] Dziwna ta praca! Bez prawa jazdy??? 

Niestety jest tego o wiele więcej. Jeżeli więc pominąć literówki (po kilka na stronę), pozostaną błędy, a to już poważna sprawa. Zwłaszcza w tak porządnym wydawnictwie. 

Powieść polecam, bo dobra, wymagająca, mocna. 

( Wcześniej opublikowałam ją na stronie BiblioNETka)
--- 
[1] Emily St. John Mandel, "Stacja jedenaście", przeł. Magdalena Lewańczyk, wyd. Papierowy Księżyc, 2016, s. 14. 
[2] Ibidem, s. 59. 
[3] Ibidem, s. 110. 
[4] Ibidem, s. 123.

sobota, 13 października 2018

Niemiłość bezwarunkowa


JOANNA BARTOŃ

DRZAZGI

Miłość jako taka (o ile istnieje) jest dość mocno uwarunkowana społecznie, może nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy, ale istnieje ogrom nakazów i zakazów jej dotyczących. I nie chodzi mi tu o miłość erotyczną, bo ma zupełnie inny kontekst, ale o cały ten koszmar związany z miłością rodzicielską, a właściwie matczyną, bo matka MUSI kochać dziecko, nie ważne, że nie może, MUSI. 

Nie ważne, że dziecko jest psychopatycznym mordercą czy gwałcicielem, matka ma go kochać, bo to JEJ dziecko. Nie ważne, że tego nie akceptowała, że starała się nauczyć czegoś innego, a i tak ma kochać i musi zapłacić… 

No bo wiadomo, to jej wina! 

Te nakazy ( niestety) sprowadzają tę bardzo delikatną sprawę do hormonów ( czyli jak kto woli zwierzęcych instynktów, ale nawet zwierzęce matki czasami odrzucają swoje potomstwo) i pajęczej sieci spojrzeń i ocen. 

Spojrzeń ludzi, którzy uważają, że mają prawo osądzać... ( ochrona od nich powinna być wpisana do konstytucji). 

Ta matczyna miłość - niemiłość jest jakby „podskórnym” tematem książki. 

Ona, córka dziwnej matki jest też, albo była, z pewnych względów matką. Była, to ważne, bo przestała być. Nie z własnej woli, ale z postanowienia też. Dziecko, jakkolwiek często jest do matki ( rodziców) podobne. Jest też odrębną istotą, której się nie zna. Ma swoje własne światy i czasami te światy przerażają. 

Jeżeli ktoś zakłada, że matka ma obowiązek kochać dziecko, to „odmatcza” tę matkę, odbiera jej osobność i sprawia, że traktuje się ją jako coś w rodzaju biologicznego robota z wbudowanym programem, podczas gdy matka ( choć wiele osób nie chce tego przyznać) jest istotą ludzką. Obok obowiązków ma też prawa… 

Ta książka to literacka – bardzo pięknie literacka opowieść o tym co dzieje się w środku, o myślach, uczuciach, miłości i wrażliwości, oraz wszystkich tajemniczych ( a czasami strasznych) ogrodach, które każdy ma w swoim wnętrzu, ale nie chce albo nie umie się do nich przyznać. 

Opowieść o wrażliwości, cierpieniu i oswajaniu światów, wszystkich ludzkich światów dookoła, nawet tych do których nie ma się dostępu. 

To nie jest książka o dobrych wróżkach, jest ciężka, trudna, psychologicznie zrozumiała, ale mocno dająca do myślenia, dla czytelnika, dla wyrobionego czytelnika, który lubi literaturę w której ważna jest treść, ale i forma, i w której oba te czynniki wymagają od czytelnika skupienia. 

Zostaje w człowieku, nie pozwala spać, porusza bolesne struny… 

Książka dla wielu, ale nie dla wszystkich. Boleśnie dobra, cudnie okrutna. Wręcz wiwisekcyjna. 

Z pewnością do przeczytania kilka razy. 

Literacko bardzo dopracowana. To nie jest czytadło to bardzo wymagająca proza, która pochłania.

czwartek, 11 października 2018


Chris Colfer

Kraina Opowieści
( Zaklęcie życzeń)

Wydawnictwo MŁODZIEŻÓWKA

Nie lubię telewizji z wielu powodów. Chociażby dlatego, że to jeden wielki śmietnik pełen durnowatych reklam, bezdennie głupich programów i zepsutych, albo „popsutych” postaci w stylu Xenny, księżniczki od rozwolnienia, albo Czerwonego kapturka, który okazuje się Kubą rozpruwaczem, który zmienił płeć po tym jak ET odgryzł mu...głowę. 

Tak jakby twórcy seriali nie umieli nic wymyślić i musieli wszystko psuć. 

Lubię jednak książki, a te bywają wielką inspiracją. 

Bo czy można wejść w krainę baśni? Oczywiście, codziennie w nią wchodzimy i dla każdego jest nieco inna bo to przecież zależy od naszej wyobraźni. 

I o to w tym wszystkim chodzi. 

Dzieci ( rodzeństwo, a właściwie bliźnięta) mają kłopoty rodzinne, zwykłe, życiowe, smutne przejścia, jakie są udziałem wielu dzieci, ale nie są przez to wcale mniej przykre. Śmierć ojca, kłopoty finansowe, ciągła nieobecność zapracowanej matki i szkoła, w której trudno się odnaleźć dziewczynce, bo nie łatwo być prymuską, chłopcu bo trudno być bratem prymuski. 

Babcia na dwunaste urodziny daje im książkę zatytułowaną Kraina Opowieści. 
I ta książkę je wciąga… NAPRAWDĘ i dosłownie wciąga. I tu zaczyna się opowieść o świecie znanym i nieznanym zarazem, jest osadzona w świecie dobrze znanych nam bajek, ale idzie nieco dalej… Ile osób z was się nad tym zastanawiało? Przyznam, że ja tak. Zawsze fascynowało pytanie mnie takie pytanie jak… ile kurzu osiadło na śpiącej królewnie po stu latach, albo dlaczego głodujące dzieciaki, Jaś i Małgosia zaznaczały drogę okruszkami, jakby nie mogły narysować jakiegoś znaku na ścieżce... Opowiada co stało się dalej. Gdzie podziała się Zła Królowa? Co ze Złotowłosą? Co robi teraz Czerwony Kapturek? 

To taki świat, którego nie trzeba tłumaczyć i właśnie tu dzieciaki zaczynają swoja przygodę. Prymuska Alex i zdroworozsądkowy Conner muszą odnaleźć drogę do domu, owszem tak jest tu trochę schematów, ale pamiętajmy, to książka… a no tak jeszcze nie powiedziałam to książka dla dzieci tak około dziesięć dwanaście lat, ale bawi też i dorosłych, czego i ja na sobie doświadczyłam. 

Mamy więc motyw dziwnego pamiętnika, niebezpiecznych miejsc i fantów potrzebnych do tajemniczego zaklęcia, mamy motyw podroży przez nieznane światy, ale… 

To jest zupełnie inne, świeże spojrzenie. Takie trochę odkrywanie bajek na nowo, dopasowywanie ich do świata, rozumienie ich przesłania, które dla każdego może być inne, bo przecież dla jednych Kopciuszek to manifest antyfeministyczny, dla innych bajka o cierpliwym czekaniu na lepsze czasy. 

A dla dzieci? To zależy… 

Ta książka to trochę bajka pocieszajka, z przygodowym zacięciem, z współczesnymi odniesieniami, z rozumowaniem bardzo młodym, nieco dziecięcym, ale po dorosłemu ciekawym i skutecznym. 

Ładnie napisana, w miarę „straszna:, ale też i łagodna, szybko rozwiązująca niektóre sprawy, nie pozostawiająca zbyt traumatycznych zdarzeń bez wyjaśnienia, ale trzymająca w napięciu. 

Pięknie wydana, niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale to nie dotyczy bajek, a poza tym ta okładka po prostu cudna! 

Bardzo dobra książka dla dzieci, i tych co już dużo czytają i tych, które dopiero zaczynają interesować się czytaniem. Bai, ciekawi i… hmmm uczy! 

Bardzo interesująca. Moim zdaniem warto ją przeczytać, nawet jeżeli nie jest się dzieckiem, a tylko odrobinę rozmiłowanym w baśniach dorosłym.

wtorek, 9 października 2018

Ile obok nas przepływa piękna, grozy i życia?


BRITTA ROSTLUND

U STÓP MONTMARTRE

MARGINESY


Mówi się, że życie potrafi zaskakiwać, ale czy na pewno? Przyjrzyjmy się życiu i co widzimy? 

Rano kawka w ulubionym kubeczku, śniadaniowy rozruch na szybko, potem człap, człap do pracy, tam bezmiar nudy zakrapianej herbatą z dosypką ploteczek, potem dom, dzieci, szarobury obiad, wyszczerbiony talerz, podaj sól, plama na stole, nóż po lewej stronie, a marzenia na półce… 

Prawda? 

Prawdę powiedziawszy żyjemy jakby na autopilocie, nie zastanawiając się , ile tajemnic skrywają ludzie w domach obok, jakie szaleństwa kotłują się w głowach sąsiadów… 

A gdybyśmy tak podeszli do życia inaczej? Tak samo, ale inaczej. Tylko jak? Tak samo? Inaczej? Bo przecież nie trzeba zmieniać świata, żeby zmienić życie, wystarczy zmienić spojrzenie. 

Pewien niemłody już właściciel sklepu kolonialnego „u stóp Montmartre”, no prawie u stóp, zaczyna obserwować jednego z sąsiadów, gdyż dostaje takie… hmmm zlecenie. Żona, zdrada, jakieś dziwne zachowania. To obserwowanie sąsiadów bardzo go zmienia, bo stając się uważnym na jedno, staje się uważny na wszystko. 

Wszystko spowija ten nieokiełznany paryski urok, nie, nie ten cud z bąbelkami, raczej urok małej uliczki, gdzie wszyscy się znają… Tylko czy na pewno? 

Jednak nie tylko o tego człowieka tu chodzi. Jest jeszcze druga narracja, mocno psychodeliczna i jakby w klimacie „Kobiety z piątej ulicy” ( Douglas Kennedy), ale chodzi mi właśnie o klimat, a nie o akcję). 

Jest w niej też coś z klimatu „Perełki” Patricka Modiano. Ta tajemniczość, zagubienie... 

I to też nie jest wszystko, dookoła są przecież ludzie. Nie poznamy ich naprawdę, poznamy to co o nich myślą bohaterowie, cudze życia tak łatwo nie zdradzają swoich tajemnic. 

Połączone Paryżem, obie narracje zmierzają ku sobie, choć nie jest to ani oczywiste ani za bardzo początkowo widoczne. 

I wszystko się zmienia. Marzenia spadają z półek i rozsiadają się przy stołach psując to co dotychczas. Rutynę i działanie na autopilota. Nagle to co zwykłe i bezpieczne przestaje być pożądane. 

Szaleństwo wdziera się do domów i myśli… A może to wcale nie jest szaleństwo? 

Bardzo niezwykła książka i mimo pastelowej okładki nie jest to lekki romans, ( ani w ogóle romans) to coś o wiele ciekawszego i zarazem dziwniejszego. Ta książka wciąga, nie jest to zachwyt od pierwszego zdania, to takie… podstępne złapanie za ciekawość. Nie popuszcza do końca. 

Książkę wygrałam kilka dni temu i właściwie, ze względu na inne zobowiązania miałam jej jeszcze teraz nie czytać, niestety nieopatrznie wieczorem położyłam ją przy łóżku i noc diabli wzięli, ale… takich diabłów, a właściwie nocy wezmę chętnie więcej. 





poniedziałek, 8 października 2018

Uczciwie, choć nieuczciwie?


Będąc kiedyś we Francji spotkałam na swojej drodze cichutko przycupnięty sklep, owszem drogi, ale jednak niezbyt nachalnie umiejscowiony, był to sklep z wegańskimi ciuchami. 


Początkowo trochę się zdziwiłam, ( i nieopatrzenie powiedziałam o tym znajomej) bo przecież weganie ciuchów nie jedzą, zostałam jednak uświadomiona, że … to wyższa klasa odpowiedzialności społecznej, bo nie korzysta się z niczego co pochodzi od zwierząt. 


No i właściwie na tym się skończyła moja przygoda z „wyższą odpowiedzialnością społeczną” bo ta wyższa odpowiedzialność trochę mi podjeżdżała snobizmem. Weźmy pierwszy lepszy ciuch z Biedronki, żaden koło zwierzaka nawet nie leżał, a nie są aż tak drogie, no ale, snobizm to coś na czym się nieźle zarabia. 

Jeden z moich znajomych wie o tym doskonale. Ma w okolicy ( fakt, nie w samym mieście) sklep z ciuchami i… I całkiem dobrze sobie radzi. Większość to co prawda ciuchy nieco „wiejsko weselne”, ale wiadomo, klient nasz pan. Nie bywam tam często, ale raz się wybrałam i oczom uwierzyć nie mogłam. W sklepie tłumy… 


Na wystawie spodnie… bezglutenowe. 


Nie uwierzyłam, a jednak… 

- Przecież to oszustwo! – powiedziałam do znajomego trochę zbulwersowana, wiem jak działa handel, ale coś takiego? 

Znajomy tylko się uśmiechnął. 

- Czy uważasz, że te spodnie zawierają gluten? - zapytał podstępnie. 

- Oczywiście, że nie… - odpowiedziałam, chciałam dodać jeszcze kilka słów na ten temat, ale nie dał mi dokończyć. 


- Czyli te spodnie są naprawdę bezglutenowe… To czego chcesz? Tak właśnie działa reklama – uśmiechnął się z rozmarzeniem - Zamierzam wprowadzić do sklepu bluzki jedwabne bez laktozy i specjalną bieliznę bez GMO. 


- Tu już przesadzasz… 

- A gdzie tam! To będą zwykłe majtki z plastiku, jakim cudem miałyby być z GMO? Nikogo nie będę oszukiwał. Przecież to co mówię to sama prawda... 


I wiecie co? Z jednej strony jest O.K, facet nie kłamie, choć to jest oszustwo, z drugiej tak właśnie działa połowa sklepowych reklam… Chyba on jednak poszedł nieco za daleko…

wtorek, 2 października 2018

Uszczerbek na zdrowiu i życiu... internetowym.


Właściwie jestem osobą bardzo spokojną i nawet grzeczną, nie robię nikomu krzywdy. Klnę jak szewc, ale tyko w sytuacjach zagrożenia życia … internetowego. 

I nie chodzi, że jest to internetowe zagrożenie, ale że moje życie internetowe jest zagrożone i może doznać uszczerbku. Naprawdę powinno się jakoś to załatwić, bo dla wielu osób uszczerbek na zdrowiu i życiu internetowym to poważna sprawa… 
Podam przykład. 

Kilkadziesiąt razy dziennie dostaje od jakiegoś faceta gify. Naprawdę. Od drugiego całe pakiety gifów, od trzeciego debilne filmiki… 

Co chwila dochodzi mnie dźwięk powiadomienia ( muszę go mieć, bo czekam na ważne wieści) wchodzę i dostaję po oczach serią z czerwonych serduszek, przy których disco polo to sztuka wysokich lotów, w chwilę potem moje komórki mózgowe wiją się w śmiertelnej agonii z powodu dwóch szmacianych piesków z kwiatkiem. Kolory wołają o pomstę do nieba, albo miotacz płomieni ( biedne pieski) Podrygujące napisy życzą mi miłego poniedziałku, wspaniałego wtorku, cudnej środy… dobrej kawy i wzwodu. 

Po chwili penis w szydełkowym ubranku przelewa czarę goryczy. 

Grzecznie, żeby nie urazić delikwenta, proszę, żeby nie wysyłał mi śmiecia bo nie lubię tego typu „sztuki”. 

Facet mnie olewa totalnie i już po chwili jakaś zdzira wygina się do mnie jak paragraf przesyłając mi serduszkowego całusa. Z drugiego konta ktoś podsyła mi debilny kawał, że niby komar od kobiety różni się od kobiety tym, że wkur...wia chłopa tylko latem. 

Jasne, uwielbiam takie seksistowskie g...no. 

Zawiadamiam o tym faceta, nie reaguje. Zawiadamia mnie, że śniadanie na kacu jest jak przeszczep, albo się przyjmie albo nie. No k...wa, poważnie? Ja tu czekam na BARDZO ważne wieści, a tu... 

Debil wysyła mi jakieś kwiatki, mrugają tak, że można od nich dostać epilepsji. 

Nie jestem zupełnie normalna, dostaję tylko szału. 

„Przestań do mnie pisać, mam w d...pie twojego kaca i kwiatki też” zawiadamiam po kolei każdego z pojawiających się debili. 

Jak sądzicie? Zadziałało? Otóż nie... 

Dostaję gifa, że facet się, że życzy mi miłego podwieczorku, wieczora, nocy, dużo seksu, dużo miłości i każde z tych życzeń to kolejny obrzydliwy gif. I na dodatek się rusza… 

Wszystko się rusza, mam czerwone płatki przed oczami, tiki, mroczki, drżenia i wypryski na poczuciu dobrego smaku.

Serduszka jak zombie wyłażą z komputerowych okien. 

Mogłabym tych facetów wywalić ze znajomych, i już mam to zrobić, kiedy uprzedza mnie jakiś skądinąd śliczny kot wita mnie wesolutko i cieplutko i życzy mi stresu malutko

Rymy są tak okropne, że zaczyna mnie mdlić. Tak, mdli mnie, bolą mnie oczy i głowa… Nie wytrzymuję. 

„Przestań debilu dłużej tego nie zniosę, to śmietnik i syf...” – piszę, wysyłam do wszystkich delikwentów i natychmiast żałuję, bo jeszcze mnie pozwą. 

I wiecie co? Wreszcie dostaję jakąś rozsądną odpowiedź. 

„Droga pani, chciałam pani zaproponować zrecenzowanie naszej najnowszej powieści, ale skoro nasze wydawnictwo to dla pani śmietnik i syf, to nie będę już pani zawracać głowy”. 

- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! 

Dobrze, że żaden z nich nie mieszka w pobliżu, bo niechybnie trafiłabym do więzienia jako seryjna morderczyni. 

Od teraz wszystkich gifowych artystów blokuję od pierwszego wejrzenia w KAŻDY durny obrazek. Nie ma pomiłuj!

Zdrowie i życie internetowe jest dla mnie najważniejsze... Zresztą, czekam na ważne wieści, a drugi raz takiego  wstydu nie przeżyję.

niedziela, 30 września 2018

Bańka mydlana, w której ktoś zamknął burzę z piorunami.


EWA FORMELLA
"Listy do DUSZKI"

REPLIKA

Trzeba dużo odwagi aby taką książkę napisać i wydać właśnie teraz. I nie chodzi o wspomnienie wojny, to akurat celebrujemy, ale o to, że nie lubimy innych nacji, nie kochamy Niemców, nienawidzimy Żydów, nie lubimy Rosjan. Nie wszyscy oczywiście, ale jednak coraz bardziej wpadamy w pułapki podziałów, a przecież życia nie da się porozdzielać i posiekać granicami. 

Rozumiem to doskonale bo urodziłam się i dorastałam na Dolnym Śląsku, na ziemi pogranicza, polsko-niepolskiej, odebranej, odzyskanej. Dla jednych praniemieckiej, dla innych prasłowiańskiej. 

Tu historia, okrucieństwo i wojenne podziały wyciekają z murów i uliczek, czają się w cieniach kamienic i starych wierzb. Tu pewne rzeczy rozumie się inaczej. 

Nie znam Gdańska, ale znając historię rozumiem, że tam też tak musi być. 

Książka „Listy do Duszki” to opowieść o miłości, ale nie spodziewajcie się tu fajerwerków uczuć, czy scen erotycznych, to opowieść o miłości, która nie powinna była się zdarzyć, o wyborach, a wybór dobry, czy zły (tu naprawdę trudno ocenić), zawsze wpływa na życie innych. 

O wojnie. Ona, nie sugerując się narodowością zadawała ciosy po obu stronach barykady. 

Tyle, że nie jest to zwykła opowieść, a raczej pewna retrospekcja. Jak w błądzących myślach chorego na starość umysłu przewijają się w niej strumienie wspomnień tych pięknych i tych strasznych. Mimo zastosowania pewnego ( choć nie do końca przewidywalnego) rozwiązania książka nie jest ani lekkim czytadłem, ani romansem wojennym. To zupełnie inna „bajka”, to opowieść o miłości, ale bez ckliwych, romansowych chwytów literackich. 

Na dodatek to opowieść o miłości niemożliwej z wielu względów, ekonomicznych, politycznych i losowych. 

Poza tym jest to też opowieść o przetrwaniu i o samym trwaniu. O tym jak bardzo wpływają na nas inni i o tym jak współczesność przeplata się z przeszłością, jak teraźniejszość zależna jest od tego co było i jak ludzie łączą miejsca i czasy, często nawet o tym nie wiedząc. 

Ogromną zaletą tej powieści jest piękny język i lekka forma, lekka, ale nie płaska. Gdybym miała jednym zdaniem określić tę powieść to powiedziałabym, iż jest to „bańka mydlana, w której ktoś zamknął burzę z piorunami”. Dlaczego bańka mydlana? Bo lekka i przejrzysta forma tej powieści powinna każdego zachwycić, a burza… To można zrozumieć dopiero po przeczytaniu, a zachęcam. 

Książek tej autorki jeszcze nigdy nie czytałam, a tę szczęśliwie wygrałam w jednym z konkursów internetowych i przyznam, że jestem bardzo zadowolona. 

Czy przeczytam inne? Jeżeli tylko gdzieś na nie trafię – oczywiście. 

Czy zachęcam? Jasne! Każdy człowiek o otwartym sercu i umyśle powinien przeczytać tę książkę i to NIE TYLKO ze względu na listy i historię miłosną, jest tam o wiele więcej, ale… Przekonajcie się sami!

piątek, 28 września 2018

Żeby umarło przede mną...


JACEK HOŁUB

ŻEBY UMARŁO PRZEDE MNĄ
Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Wydawnictwo
CZARNE

Jacek Hołub wziął sobie na warsztat temat i ciężki i niewdzięczny, bo tak naprawdę kogo obchodzą niepełnosprawne dzieci i ich matki? Są bo są, ale żeby zaraz o nich pisać? Myśleć? Przejmować się nimi? 

Ci z boku, z daleka, tylko oceniają. Jedni uważają, że takie dzieci są karą za jakieś tajemne, nienazwane grzechy, inni, że są błogosławieństwem od Boga. 

I jedni i drudzy widzą tylko niepełnosprawność, nie widzą w dziecku człowieka. 

A matki? Codziennie z szaleństwem w oczach dążą do celu, którego nigdy nie osiągną. Ich dzieci nie będą mówić, nie będą chodzić, nie pójdą do pracy, nie poradzą sobie w życiu. 

A dzieci? Odrzucane, wyśmiewane, zbyt głupie by kłamać, zbyt ufne by nie zostać oszukane, zostaną kiedyś same, na pastwę losu w zakładach opiekuńczych, gdzie będą traktowane jak zbędne sprzęty… 

Bo przecież kiedyś zostaną same. 

Ich matki zmęczone, zrezygnowane, wyeksploatowane codzienną pracą i beznadzieją w walce o każdy grosz, który się nie należy, mimo, iż się należy bo zapisany jest w ustawach, o każdy uśmiech dziecka, o każde badanie, o rehabilitację nie dbają o siebie. Takie zaniedbane, smutne przygaszone marzą tylko o jednym, by dziecko umarło przed nimi. 

Bo kto się potem nim zajmie? 

Kto nakarmi, wniesie po schodach czy wyjmie z wanny bezwładnego czterdziestolatka? 

Kto potraktuje ich dorosłe, duże, choć maleńkie dziecko jak dziecko, a nie jak niepotrzebny nikomu śmieć? 

Ten reportaż to opowieści matek, nie opowieści o matkach, a to ważne. Bo same matki opowiadają o swoim życiu i o sobie, o swoich dzieciach i o tym jak sobie radzą - nie radzą w świecie, w którym nie ma nie tylko miejsca, ale i litości dla słabszych. To matki właśnie opowiadają o swoich dzieciach i o ich światach. 

Opowiadają też o swoich partnerach, mężach, którzy nie udźwignęli ciężaru niepełnosprawności własnego dziecka i odeszli, (i o tych, którzy zostali) Nikt ich nie wini, każdy przecież rozumie, szkoda, że matkom nikt nie chce pomóc… One nie mogą „nie unieść”, one mają obowiązek! Bo co to za matka, jak własne dziecko porzuci? Co to za matka?! A ojciec? 
Mężczyznom się wszystko wybacza, kobietom wszystko narzuca. 

Pięć kobiet, pięć opowieści kilkoro dzieci. 

W świecie, gdzie dziecko stało się dodatkiem do instagramowych fotek, gdzie sztuczne piękno jest ważniejsze od prawdziwego dobra, dzieci niepełnosprawne, „nie takie” są nieestetyczne, zamykane w domach nie ze wstydu, a z bezsilności rąk i portfeli, pozbawione realnej pomocy skazane są na opiekę matek, kobiet, które słabe, choć silne, często nie dają rady fizycznie i psychicznie. 

Niedoinformowane, zbywane, uważane za „roszczeniowe” choć proszą tylko o to co im przysługuje wypalają się jak świece targane wiatrem, a jednak robią to co możliwe i całą resztę też. 

Czy ta książka jest „dołująca”? Nie, ale jest bardzo prawdziwa, a prawda potrafi ranić. Sama zmagam się z niepełnosprawnością dorosłej już córki i wiem jak jest, dzięki tej książce wiem też, że nie powinnam się mazać, powinnam zebrać się za siebie i trwać jeszcze bardziej. 

Są różne rodzaje i stopnie niepełnosprawności, różne rodziny i sąsiedzi. Różne sytuacje życiowe, autor sam walczący z własną choroba umiał wiedzę o niepełnosprawności przekuć w bardzo empatyczne podejście do ludzi i życia. 

Na końcu książki znajdziecie też kilka wskazówek jak możecie pomóc, jeżeli chcecie. Czasami pomoc wcale nie musi (choć może ) być materialna (na wiele sposobów). 

Polecam każdemu, w naszym świecie warto uczyć się empatii, jest jej w nas za mało, powoli zamieniamy się w oziębłe, smartfonowe zombie, czasami więc warto spojrzeć na drugiego człowieka i zobaczyć go naprawdę. Ta książka tego uczy. Polecam.

poniedziałek, 24 września 2018

Drżyjcie PŁASKOZIEMCY!

Teatr Świata. Mapy, które tworzą historię.

Thomas Reingertsen Berg


Ach, jak ja dobrze pamiętam te przerażające chwile, kiedy w liceum geograf na przerwie kazał dyżurnemu przynosić mapy. To był mój prywatny koszmar. Nie to że w ogóle bałam się map, w sumie te zwykłe, fizyczne były ok, gorzej było z tymi, na których zaznaczono produkcję buraków cukrowych w poszczególnych republikach ZSSR… Tak, to było dawno. 

A jednak mapy kocham. Kocham ich kolorowe piękno i to, że przybliżają mi obraz świata, a przecież nie zawsze było to łatwe. 

Mapy to twór sprzed prawdopodobnie tysięcy lat, który ewoluował dzięki ludzkiej wyobraźni, myśli, ale też krwi i cierpieniu. 

Tysiące zaginionych na morzu marynarzy, zmarłych od arktycznego zimna czy z głodu badaczy, ludzi, którzy chcieli wiedzieć więcej i więcej, ludzi, którzy z narażeniem życia badali wybrzeża, przesmyki i cieśniny… niektórzy dostali swój okruch chwały na mapach. Setki zdolnych rysowników, rytowników i kartografów tylko po to by pokazać ziemię taką jaka jest. 

Drżyjcie płaskoziemcy! 

Już w czwartym wieku p.n.e. Arystoteles twierdził iż ziemia jest okrągła, a Australia została ( oficjalnie) odkryta w XVI wieku kiedy nie istniały jeszcze spiski NASA. 

Autor tej książki pokazuje jaką drogę przeszedł obraz świata jakim jest mapa od dziwnych naskalnych rysunków do Google Maps, od smoków, bogów i syren do tego co możemy zobaczyć dzisiaj chociażby w Google street wiew. 

Ta książka to napisana w zadziwiająco fascynujący sposób ( bo założę się, że zadanie nie było łatwe) historia map. Map, planów, globusu, atlasów, map ustnych i tych rysowanych, nauki nazwanej w końcu geografią, map dna morskiego i w końcu zdjęć z kosmosu… 

To fascynujący reportaż obejmujący całe stulecia, opowiadający o setkach wypraw badawczych i katastrof z nimi związanych, o dążeniu do wiedzy, o kruchości ludzkiego istnienia wobec praw fizyki. 

O tym jak polityka oddziaływała na mapy, jak religia mieszała w „garnku uprzedzeń” i wpływała, albo chciała wpływać na sprawy od religii niezależne, o współzawodnictwie, nieistniejących wyspach i wszelkich cudach świata. 

Ja tę książkę czytałam z zachwytem i jestem pewna, że wrócę do niej nie raz i nie dwa z wielu powodów, oczywiście dlatego, że jest ciekawa, ale też i dlatego, że ogromu wiedzy jaką w sobie zawiera nie sposób sobie przyswoić ot tak. Podana w przystępny i lekki sposób ta wiedza obejmuje wiele dziedzin, od astronomii po filozofię, od matematyki po fizykę… a historia? Ona też odgrywa tu ogromną role. 

Ta książka to GENIALNY prezent, nie tylko dla człowieka interesującego się mapami, ale i dla kogoś, kto ogólnie interesuje się światem i wszechświatem, to też piękny prezent dla geografa, geologa, nauczyciela astronomii. 

W każdym domu będzie stanowiła ciekawy odnośnik i niezaprzeczalną ozdobę. Jest to też książka dla ludzi ciekawych świata, interesujących się tym co wokół nas. 

Jest piękna, pięknie wydana, świetnie napisana. 

Komu ją polecam? 

Powiem szczerze, ja bym ją kazała czytać WSZYSTKIM, może mniej by było ludzi wierzących w geograficzne teorie spiskowe, a i jeszcze mapy… Nie wyobrażacie sobie książki o mapach bez pięknych map!

piątek, 21 września 2018

ATLAS GRZYBÓW FACEBOOKOWYCH

ATLAS GRZYBÓW FACEBOOKOWYCH

Już jesień, a więc pora na grzyby, prawda?

Kiedy siedzi się na FB dość długo to człowiek zaczyna przyglądać się ludziom, zawsze to łatwiejsze nić przyglądanie się sobie ( tak macie rację, kłoda w oku sąsiada i takie tam). Czasami przyglądając się ich reakcjom (oczywiście) bo wygląd zupełnie mnie nie interesuje zastanawiam się jak bym ich sklasyfikowała. Dziś padło na grzyby…

Co powiecie na takie nazwy i opisy?

No i ZAPRASZAM DO ZABAWY – jeżeli doślecie mi swoje typy i opisy niektóre dokleję do atlasu :)

Trollownik szlachetny rzekomy.


Zawsze udowodni, że to co robisz jest głupie. Potrafi podać namiary na najlepszego lekarza pod warunkiem, że jest to TEN lekarz.

Zamiast kupować gooowno w sklepach, kup sobie sterylizator witaminy wieloskrętnej, to kosztuje, ale zdrowie jest tego warte!

Podkradek pospolity - trujący.

Musi się odezwać i natychmiast przejąć konwersacje, jakakolwiek by nie była a potem zamienić ją w awanturę o cokolwiek.

-Byłam dziś u fryzjera.

-Ja też, ale u ortopedy. Z kozą.

-Ale jak to? Z kozą do ortopedy?

- Ja dbam o swoich przyjaciół, nie to co inni
.”

Grzyb niestety trujący, często aktywny wieczorami.


Pierdziaszek właściwy – gatunek inwazyjny, trudny do wyplenienia.

Potrafi wkleić dwanaście razy ten sam łańcuszek, a kiedy zwracasz mu uwagę obraża się w stylu:

Ja pomagam, a TY co robisz? Pierdzisz w stołek

Należy unikać jakichkolwiek kontaktów bo można stać się celem wiadomości prywatnych z wkładką, niekiedy wkładki zawierają dodatkowe niespodzianki.


Samotnik płaczliwy – uwaga halucynogenny.

Wstawia posty dotyczące tylko i wyłącznie ataków (często wyimaginowanych) na własną osobę.

Znów mnie atakują! Oni są tacy okrutni! Nie mają szacunku! Nie potrafią zrozumieć jakimi są idiotami. To takie smutne… Pocieszcie, pomóżcie, ludzie...

Grzyb pasożytniczy i skrajnie nieszczęśliwy. Zaraża pesymizmem!

Debilaszek mordownik – wywołuje ataki agresji oraz chęć mordu.

Ty zawsze jesteś niezadowolona, kobieto ogarnij się, nawet złe rzeczy są dobre, co z tego, że złamałaś podstawę czaszki JA wczoraj złamałam paznokieć i żyję”

Cebulak chamiasty pospolity.

Te dzieci to tłuściochy, zabierzcie im żarcie. Nie wolno tuczyć dzieci wiem co mówię! A ten chłopczyk, to na za dużą głowę. W ogóle te dzieci są jakieś niedorobione, po co pokazujesz zdjęcia,chcesz żeby ludzie się śmiali
Czepia się wszystkiego byle tylko dokuczyć, dogryźć, dokopać, została nazwany cebulak ze względu na częste wywoływanie łez.. wściekłości.

Podgryźnik kłamliwy.

Odzywa się tylko pod postami o jedzeniu i natychmiast wszystko sprowadza do rzeźniczej makabry.

Biedna świnka – oświadcza widząc schabowego z buraczkami - jak możecie? Mordercy! Swoje dzieci zjedzcie… Ta świnka płakała przez całą drogę do rzeźni! Tęskniła za mamą świnką, miała imię, miała marzenia, mordercy, ona miała życie przed sobą

Często pisząc to podjada kanapki z szynką.


Dieteciak ustawiczny zwykły.

Nieszkodliwy, nawet przyjazny, wstawia zdjęcia posiłków dietetycznych. Nie jest niebezpieczny, natomiast Dieteciak upiorny właściwy to grzyb skrajnie agresywny, ataki wywołuje słowo „gluten” oraz użycie litery „E” na klawiaturze. W razie kontaktu zdezynfekować klawiaturę.

Całuśnik namolny wzdęty.

Całusnik wstawia gdzie tylko może całujące się delfiny, serduszka, różyczki, wysyła obrazki i GIF-y w wiadomościach prywatnych. Cytuje Coelho i różne „myśli” - zazwyczaj z sensem na poziomie przy którym Rów Mariański to szczyt w Tatrach. Nieszkodliwy choć trudno się go pozbyć. Ma zaskakująco wzdęte ego.

Obraźnik…
Nie, teraz wasza kolej, czekam na propozycje!

wtorek, 18 września 2018

Historia w ciekawej formie - Pęknięta korona.

PĘKNIĘTA KORONA

GRZEGORZ WIELGUS

Jesteśmy narodowocentryczni, kochamy Polskę ( choć nie za bardzo Polaków) chwalimy się polską historią ( choć najczęściej jej nie znamy), uwielbiamy bitwy, wojny, potyczki, choć często nie zdajemy sobie sprawy z ich znaczenia i konsekwencji, tak więc powinniśmy trochę się w tej dziedzinie dokształcić.

Zapraszam. Na pewno nam to nie zaszkodzi!


Do 1138 roku na ziemiach polskich powstało państwo rządzone przez dynastię Piastów. Silne państwo. Nic nie zapowiadało późniejszych podziałów. Dopóki rządził Bolesław Krzywousty wszystko wyglądało na mocne i spójne, ale po jego śmierci… Ustawa sukcesyjna i podział państwa pomiędzy synów doprowadził do rozbicia dzielnicowego. 

Korona Piastów pękła na wiele części. 

A przecież to nie wszystko, zamysłem Bolesława było by po śmierci jego synów ziemie nie były dziedziczone przez ich potomków a wróciły do Dzielnicy Senioralnej z siedzibą w Krakowie, ale… Tak się nie stało. 

Partykularne interesy, coraz większe rozdrobnienie, wpływy czeskie i węgierskie… 

Trzeba jednak pamiętać, że historia to jedno, a życie to zupełnie coś innego, ludzie pracują, jedzą, piją i oczywiście umierają. Często ich nie obchodzi kto nimi włada, ale czasami... 

Na brzegu rzeki zostają znalezione zwłoki. Brat Gotfryd, inkwizytor nieco odmienny od opisywanych przez innych autorów, inteligentny i w miarę mało krwiożerczy, bazujący na wiedzy i wierze, a nie na bajaniach i legendach, postanawia sprawę wyjaśnić. 

I nagle wszystko się komplikuje. Wszystko zaczyna oscylować między herezją, a obłędem. 

Ludzie giną. Po wsiach grasuje potwór, strzygoń. Żądny krwi stwór o dwóch duszach i straszliwych zębach… 

Nie nie obawiajcie się, ta książka to nie jest ani horror ani fantasy, choć w pewnym momencie, nie znając autora zastanawiałam się i nad tym. 

To ciekawa opowieść o historii, o naszej, polskiej, nieco mniej znanej, ale jednak interesującej, napisana w sposób godny dobrego kryminału, dobrze skonstruowana. Scena gry w szachy, bajeczna. No tak, szachy mają tu znaczenie i to nie tylko jako rozgrywka strategiczna, ale nie trzeba w nie grac, żeby zrozumieć o co chodzi. 

Lambert i Jaksa dwaj towarzysze inkwizytora to bardzo „polscy” rycerze, bardzo swojscy, wręcz rustykalni, niezamożni, ale bitni, nie stroniący od wypitki, ale i zadziorni kiedy trzeba. Kiedy nie trzeba często też. 

Opowieść krótka, dobrze umiejscowiona w czasie i przestrzeni geograficznej, dobrze przedstawia konflikt i czasy rozbicia dzielnicowego, doskonale opowiada historię czyniąc ją fascynującą. A to bardzo ważne, ciekawie napisana, ciekawie przedstawiona. Nie znajdziecie tu dworskich, trujących intryg, ani podstępów panien dworu, to raczej opowieść o historii widzianej nieco od dołu, ukazanej z punktu widzenia ludzie, może nie najbiedniejszych, ale i nie koronowanych, czy do koron pretendujących. Naprawdę świetna.
A to tekst za Wikipedią: 


Naprawdę warto poczytać i przeczytać.

poniedziałek, 17 września 2018

A jednak się coś kreci.



W dzisiejszych czasach książki umierają śmiercią naturalną zanim jeszcze znikną z półek, a tu miła wiadomość, choć może nie jest to książka papierowa, a książka w formie audio, to jednak miło, że wydawnictwo miało ochotę wznowić. 

Mnie to cieszy.

SZCZĘŚLIWY PECH

Główna nagroda w konkursie literackim Wydawnictwa "Nasza Księgarnia"!

Pewnego dnia w życiu całkiem spokojnego mężczyzny pojawia się dziewczyna o dziwnym imieniu. Jest to osoba szalenie pomysłowa – i szczególnie dobrze jej wychodzi wywoływanie wszelkiego rodzaju kataklizmów. Dom grozi zawaleniem, w pobliżu krąży seryjny morderca, a tajemniczy mafioso pastwi się nad językiem polskim i zrywa podłogi… Czy w tak ekstremalnych warunkach zakwitnie miłość? Trudno powiedzieć, skoro obdarzona nie byle jakim temperamentem Regi woli rzucać kilofem i wyzwiskami, zamiast wzdychać przy świetle księżyca.

"Szczęśliwy pech" to książka o tym, że każda, nawet najbardziej niebezpieczna dla otoczenia jednostka ma szansę znaleźć szczęście i że szczęściem może być również kilka dziur w ścianach, względnie latająca rynna. Szczęścia starczy dla każdego i dla wszystkich, trzeba tylko.... omijać z daleka Reginaldę Kozłowską.


KLĄTWA UTOPCÓW

Nowa powieść laureatki konkursu literackiego Wydawnictwa "Nasza Księgarnia"!
Dagmara musi zająć się dziadkiem przez kilka dni. Nic prostszego? Nie w tym przypadku! Starszy pan zafunduje jej wakacje w zrujnowanym szpitalu psychiatrycznym na Roztoczu. Ludzie są tu mili i spokojni, szkoda tylko, że akurat ktoś postanowił wymordować pół wioski. No cóż, są miejsca, gdzie nawet najbłahsze urazy starannie się pielęgnuje, by z czasem wyrosły na porządne spory sąsiedzkie, i Utopce to jedno z tych uroczych miejsc. Warto je odwiedzić! Tutaj można się zakochać... na zabój!
Ta książka to ostrzeżenie! Nieodpowiedzialne zachowanie może spowodować katastrofę w ruchu lądowym i kłopoty matrymonialne, nieboszczyk w płynie nie wpływa dobrze na cerę, a konkursy esemesowe mogą być przyczyną śmiertelnego zatrucia…


To oczywiście literackie starocie, ale moje własne, więc się nimi podniecam, choć oczywiście nie powinnam. 

Śmieszą, bawią, a to dla mnie najważniejsze, a w interpretacji pani MAGDY KAREL to po prostu słuchowisko z szaleństwem w głosie :)



niedziela, 16 września 2018

Kat, człowiek żyjący ze śmierci?

Jerzy Andrzejczak

SPOWIEDŹ POLSKIEGO KATA

Zawód, kat - jak to koszmarnie brzmi, choć przecież w średniowieczu był to zawód dobrze znany. Kiedy istniała kara śmierci, ktoś musiał ją wykonywać, ale nasza trochę już „marketowa” świadomość sprawia, że oddzielamy pewne fakty od siebie - zabijanie zwierząt od skrzydełek na półkach czy mleko od krowich wymion...

I nagle… W Polsce istniał zawód kata. Dziwne prawda? 

Dziwne, a jednak prawdziwe. Kim był ten człowiek? Nie chodzi o imię czy nazwisko, raczej o to jak funkcjonował społecznie, rodzinnie, psychicznie? 

Jak musi być człowiek, który decyduje się zabijać. Wszystko jedno, legalnie, czy nie, bo legalność bywa względna. Zmieniają się układy polityczne, a także i ludzie wydający polecenia, czy rozkazy… 

I kara karze nie równa. 

Książka przytacza rozmowy z polskim katem. Z jednym z polskich katów, bo było ich przecież kilku. 

Przytacza też historie skazańców, tych straconych i tych, którzy „zerwali się ze sznura”, bo zamieniono im karę śmierci na karę długoletniego więzienia. 

Opowieści ludzi, którzy mordowali dla przyjemności i tego, który robił to zawodowo. 

I w sumie nie jest to znowu aż tak niewielu ludzi jakby się wydawało. 

„Według Amnesty International, co roku na świecie w egzekucjach ginie ok. 1000 osób” (s.110) 

Każdy kraj ma swoją specyfikę, tak różną jak różnią się ich kultury, w niektórych z nich o zadaniu śmierci decyduje ślepy los, w innych pojawia się kat. 

Sposoby uśmiercania też są rożne, od gilotyny, po krzesło elektryczne, od trucizny po wieszanie, którego jest kilka nota bene sposobów wieszania , angielski, rosyjski i austriacki. 

Czytając tę książkę zaczynamy rozumieć, że zawód, to jednak zawód, „tylko” czy „aż”? A mordercy? 

Zasadność stosowania kary najwyższej powraca ciągle i wszędzie w zderzeniu z potwornościami, jakie jedenczłowiek jest w stanie zrobić drugiemu. 

Tyle, że człowiek jest omylny, a kara śmierci nieodwracalna. 

Książka bardzo dogłębnie ukazuje pewien rodzaj pomijanej często wiedzy. Wiedzy o tym czym jest i jak tak naprawdę funkcjonuje kat, skazany, więzień w celi śmierci na rożnych płaszczyznach, w rożnych krajach i w rożnych kulturach. 

To wiedza interesująca i skłaniająca do przemyśleń choć nie nachalnie moralizatorka. Ciekawym zabiegiem jest przytoczenie wypowiedzi morderców, często dzieciobójców, którzy w zderzeniu z „własną” śmiercią stają się nagle… nie wcale nie skruszeni, czy poruszeni… oni czują się skrzywdzeni. 

Inna sprawa to zasadność kary… Bardzo wielu morderców po wyjściu z więzienia morduje znowu, czyli ich śmierć mogłaby zapobiec kolejnemu morderstwu. 

To przerażająca, ale i bardzo ciekawa książka, ze wszech miar warta przeczytania. Nie zmieni ona postrzegania kary śmierci. Nie przekona ani tych, którzy są za, ani tych, którzy są przeciw, ale jest dobra, dobrze napisana i warta, bardzo warta przeczytania. 

Prawo zabrania okrutnego uśmiercania zwierząt przeznaczonych na rzeź. Nie zabrania jednak okrutnego i bolesnego uśmiercania ludzi. Chorego psa uśmierca lekarz, a my musimy poddać naszą śmierć w nie zawsze sprawne ręce kata” (s.177) 

Pisał jeden ze skazanych, i dodać, że był jednym z tych, którzy... bardzo chyba humanitarnie mordowali swoje ofiary bardzo sprawnymi rękoma.  Czy więc zawód kata powinien istnieć? Czy powinien podlegać jakimś specjalnym zasadom rekrutacji i szkolenia, czy zniknąć na zawsze?

piątek, 14 września 2018

Tak jakby nie bardzo... Choć temat nośny!



ANNA SZUSZEK

MOJE SZEROKIE TORY



Każdy na pewnym etapie swojego życia zaczyna rozliczenia z przeszłością. Można by się zastanawiać czy jest to dobre, czy złe, ale jest to głęboko ludzkie i zwyczajnie po ludzku czasami konieczne. Każde życie jakoś się plecie i nie zawsze wybory, których dokonujemy, (a dokonujemy ich paradoksalnie bez przerwy) są wyborami dobrymi czy chwalebnymi. 

Czasami zależą od nas samych, naszego wychowania czy rodzin, czasami od sytuacji ekonomicznej czy politycznej i często te ostatnie po latach okazują się najbardziej dramatyczne.

Powieść „Moje szerokie tory” to wspomnienia kobiety, która w roku 1976 podjęła studia w Związku Radzieckim, co ze względu na późniejsze zawirowania historii nie mogło dla niej nie mieć wielorakiego znaczenia.

Książka to coś w rodzaju powieści autbiograficzno wspomnieniowej, a ten gatunek łatwy nie jest. Biografie czytuję często i z niemałym zachwytem. Czytałam już świetne biografie niezbyt znanych osób i nudne tych bardzo znanych. Jak już powiedziałam to gatunek trudny i wymagający.
Trzeba zachować dystans i mieć rozeznanie co może zainteresować czytelnika. Nie wszystko to co autorowi zdaje się ważne będzie ważne z punktu widzenia narracji. Do czego zmierzam?
Do tego, że czasami autor popada w przesadną drobiazgowość i nieumiejętnie dozuje informacje.
Przecież nie wszystko jest istotne. Kolor zasłonek, ilość kubeczków, wzorki na tapetach.... To nie są istotne sprawy - o ile do niczego nie prowadzą.

Drobiazgowość tej powieści jest wręcz skrajna. Czy to wszystko przekreśla? Nie, ale może być nużące. I dla mnie było. Te wspomnienia to napisany w bardzo niepewnej literacko formie pamiętnik z życia kobiety, która dużo przeszła, dużo się nauczyła, ale też chce pokazać wszystko i wszystkich za bardzo, za...  Tego jest po prostu za dużo.

A „niepewna literacka” forma? Tekst jest napisany w bardzo naiwnej formie, tak jakby pisała go nastolatka. Czy był to efekt zamierzony? Tego nie wiem, ale do mnie ta forma nie przemawiała, a wręcz nużyła niedojrzałością tak w warstwie językowej jak i fabularnej.


Wprowadzanie wersów w innych językach ( o ile trochę rozumiem ten zabieg ze zdaniami w języku rosyjskim bo to miało tu jakiś sens) jest niestety zbyt częste i denerwujące, dodatkowo jeżeli już się wprowadza tekst na przykład po francusku, dobrze, żeby był on bez błędów gramatycznych i ortograficznych, a tak niestety nie jest. 

Nie będę tu winiła redakcji, bo redaktor francuskiego znać nie musi, a autor, który pisze w obcym języku powinien albo sprawdzić, albo zatrudnić tłumacza, albo zrezygnować. Rozumiem, że ma to pokazać wielokulturowość i wieloetniczność braci studenckiej, pokazuje, ale bardzo utrudnia czytanie. 

Naprawdę można było z tego zrezygnować bez szkody dla tekstu, a może nawet z korzyścią.


Odnowienie znajomości sprzed lat to może niezbyt świeży pomysł, ale nie był taki zły. 
Wszystko to oczywiście moje zdanie i nikt nie ma obowiązku się nim sugerować. 

W epilogu autorka pisze o wielkim sukcesie powieści tej, którą sama w powieści pisała, a która jest jakby powieścią w powieści, pisze o powstaniu Fanklubu i o zatrudnieniu przez wydawnictwo specjalnego pracownika do odpowiadania na listy, które przychodzą do autorki. To takie trochę zapętlenie rzeczywistości i myślenie życzeniowe, ale cóż, "marzenia jakieś każdy ma".

Jednym słowem książka potencjał miała, ale rozmył się mocno w infantylnych sformułowaniach, błędach (przeróżnych) i w naiwnej (godnej nastolatki) drobiazgowości i formie.

Inna sprawa, że temat ciekawy i gdyby autorka go jeszcze przemyślała byłaby to całkiem niezła powieść.

wtorek, 11 września 2018

Casting na wariatkę? Proszszsz!


Historię o tym jak to sąsiadka kuzynki sąsiadki  ( zawsze gdzieś się taka trafi) ze swoim zezowatym i pryszczatym dzieckiem, pojechała na jakiś casting i wydała grubą forsę bo powiedzieli jej, że dzieciak się nadaje, po czym zamilkli i rozpłynęli się we mgle, (zabierając ze sobą nadzieje na wielką karierę małego Brajanka i ponad tysiąc złotych) zna u nas każdy i każdy się z tej kobiety śmieje, bo w końcu ślepa nie jest i widzi jak wygląda jej dziecko. Matczyność to często poważna wada wzroku granicząca ze ślepotą mimo to jednak nawet ślepota nie wszystko usprawiedliwia. 

Gdzieś indziej jakiś rolnik szukał żony do wielkiej miłości ( wiadomo trudno na wsi o żony), a kiedy wyszło na jaw, (i to na wizji, że jej zdjęcia były nieco podretuszowane), okazało się, że miłości to on szukał, ale nie takiej… wielkiej! Wyszło na to, że miłość, miłością, dobre serce na pewno się przyda, bo na wsi praca ciężka i o zawał nie tak znowu trudno, ale na litość boską, on takiej do traktora by nie wpuścił, a tu mu się gruba baba z butami w życie pcha. 

Inna sprawa, że ona naprawdę ciut z Photoshopem przesadziła… 

Kłamstwo, na kłamstwie siedzi i kłamstwem pogania. 

Niedługo przestaniemy wychodzić z domu, żeby nikt nas nie mógł obejrzeć i porównać ze zdjęciem profilowym na Facebooku. 

Ale ja nie o tym. 

Moja koleżanka w wieku mocno popoborowym ( po dobrze po sześćdziesiątce, ale z duszą nastolatki – co niejednokrotnie doprowadza wszystkich do szaleństwa) chciała się zabawić i namówiła mnie na casting, który odbywał się w sali za zamknięta restauracją. To znaczy ona poszła na casting, ja jako obstawa – kiedy widzę kamerę drętwieję… 

Moja szalona koleżanka ubrana jak kolorowy stóg siana ze wstążeczkami we włosach a la Pippi Langstrump w wersji tęgawego zombie, grzecznie czekała w kolejce pomiędzy stadem anorektycznych glonojadek z jednej strony, a grupką „lolitek” z drugiej - ( nie było wiadomo ile mają lat, ale były bez rodziców więc musiały być dorosłe) 

Czekałyśmy dobre trzy godziny wśród chichotów i prychań glonojadek, w końcu koleżanka weszła do prowizorycznego studia i zniknęła mi z oczu na niezbyt długą chwilę. Potem dało się słyszeć straszne przekleństwa i trzaski. Koleżanka wyszła, złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą z taką szybkością, że mało nie spadły mi trampki. 

Kiedy w końcu usiadłyśmy przy kawie w jej mieszkaniu rozluźniła się nieco. 

- Najpierw kazali zapłacić 1200 złotych. Zapłaciłam. Mówili, że to konieczne, nawet nie zrobili mi żadnych zdjęć tylko kazali powiększyć biust, zrobić liposukcję, wstawić implanty zębów… Wtedy się wściekłam. Po co mi implanty zębów skoro mam własne? Zrobiłam awanturę, walnęłam takiego jednego torbą, odebrałam pieniądze i uciekłam – powiedziała wykładając wyjęte z kieszeni banknoty. 

Kłopot w tym, że było ich zdecydowanie za dużo. 

- Trzynaście tysięcy? Nie wiedziałam, że tyle ich tam będzie - stwierdziła wzruszając ramionami.

- I co teraz? 

- Nic teraz. 

- Idź z tym na policję! 

Poszła i stało się coś naprawdę dziwnego. 

Po dłuższych badaniach kazało się, że nie było żadnego castingu, nikt nie wynajmował sali, nikt nie zgłosił kradzieży i teraz koleżance odbiło totalnie. 

- Wiesz, 13 000 to całkiem dobry zarobek,  może by tak iść na jakiś kolejny casting i trochę sobie dorobić do emerytury? Teraz już będę wiedziała jak to działa.

Co jak co, ale według mnie casting na niebezpieczną wariatkę to ona już wygrała! 


sobota, 8 września 2018

Pęknięta Korona ZAPOWIEDŹ



Grzegorz Wielgus

PĘKNIĘTA KORONA

Premiera: 21/09/2018


Kraków, rok 1273



Na brzegu Wisły zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. W śledztwo angażuje się brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor, mający za sobą dochodzenia w Prowansji oraz Italii przeciwko katarom i waldensom. U boku mnicha staje dwóch rycerzy z Małopolski − Jaksa, pogrążony w dekadencji członek zasłużonego rodu Gryfitów, oraz Lambert z Myślenic, szlachcic drobnego znaku, a zarazem wybitny fechmistrz. Dawni kompani szybko natrafiają na ślady wiodące do ruin owianego złą sławą zamku Lemiesz. Poszukiwania zabójcy zostają jednak przerwane przez doniesienie o kolejnym zgonie. W zgorzałym dworze pewnego magnata zostaje odkryte ciało zwęglonego rycerza – zginął w czasie odprawiania pogańskiego rytuału przed obrazem, którego nawet ogień nie odważył się tknąć.


Rozpoczyna się awanturnicza przygoda, prowadząca towarzyszy prosto w cień doliny mieczy. Teraz mogą ufać już tylko sobie nawzajem.

Książkę można kupić w przedsprzedaży, w księgarni Bonito, za 19,44 zł zamiast 29,90 zł tutaj - BONITO  

piątek, 7 września 2018

Przytulcie Przytulanki!


Z pomaganiem jest ten problem, że nie każdy chce, nie każdy może, nie każdy umie, a pomoc bywa potrzebna, szczególnie kiedy rodzi się dziecko w jakiś sposób niesprawne.

Nie mogę pomagać finansowo - nie pracuje, bo z rożnych względów nie mogę, więc funduszy nie mam. Widzę dziennie kilka zbiórek z tekstem, "każdy grosz się liczy" i zwyczajnie czuję się źle, kiedy jednak mogę pomóc komuś swoją pracą jestem szczęśliwa. Dlatego napisałam jedno z opowiadanek, które znajdziecie w tej książce!

To mogę i chętnie to robię.

I tak własnie stało się w przypadku Przytulanek. 

Ludzie chcący pomóc Tosi Stępień zamiast prosić o pieniądze wpadli na pomysł, żeby wydać książkę dla dzieci. 

Książkę, z której CAŁY DOCHÓD - CAŁY!!! będzie przeznaczony na pomoc temu choremu maleństwu, które dzięki tej pomocy ma szanse na wyleczenie.

To najważniejsze, żeby leczenie i rehabilitację zacząć jak najszybciej.

Wiem, sama mam dorosłą niepełnosprawną córkę, więc WIEM o czym MÓWIĘ.

Wiele osób w to weszło. 

Autorzy i ilustratorzy (wśród autorów jestem i ja i jestem z tego bardzo dumna) oraz ludzie, którzy pomogli zebrać pieniądze na druk.

I inni też tak jak moja wspaniała kanadyjska koleżanka Alicja Czarnota-Grempewski i wielu takich, których nazwisk nie znam...

A teraz wasza kolej. teraz trzeba tą książkę pokazać innym. Pokazać w przedszkolach, bibliotekach, pokazać dzieciakom, bo książka jest świetna i pięknie wydana, pięknie ilustrowana i dopracowana pod względem dydaktycznym.
No to jak? Pomożecie?

Uuups!

Ale tak na poważnie. To będzie i dobre i pożyteczne!

Co możecie zrobić? Jeżeli macie dzieci możecie kupić im tę książkę Bonito i Przytulanki

Jeżeli nie to możecie pokazać ją innym. Udostępnić. Opowiedzieć. 
To chyba jedna z niewielu okazji, kiedy UDOSTĘPNIANIE na Facebooku coś komuś może pomóc.





Znacie ciekawe biblioteki dla dzieci? Powiadomcie o książce.
Znacie panie z bibliotek szkolnych?
Zaproponujcie.
To może zaowocować świetną zabawa i wspaniałą pomocą!


Chcecie posłuchać przytulanek? Posłuchajcie jak cudnie czyta Kamil Baleja z radia Złote Przeboje POSŁUCHAJCIE tu!

Książkę charytatywnie stworzyli autorzy i ilustratorzy literatury dziecięcej: Marcin Pałasz, Izabela Mikrut, Agnieszka Frączek, Agnieszka Gadzińska, Beata Sarnowska, Iwona Banach, Barbara Gawryluk, Agnieszka Pruska, Marcin Brykczyński, Piotr Olszówka, Artur Nowicki, Agnieszka Filipowska, Ewa Podleś, Karina Znamirowska, Patrycja Bernacka, Ilona Brydak, Agnieszka Malarczyk, Przemysław Liput.

Znamienite nazwiska! Będzie co czytać i co oglądać, wierzcie mi!