piątek, 17 sierpnia 2018

Zmysłowa, szalona, zabawna i pełna empatii.



ANITA SCHARMACH

SUKCES RYSOWANY SZMINKĄ

(Koty książkowe w bolesławieckim wydaniu - Matylda to ten z prawej)

Istnieje teraz, a może i nie tylko teraz, ale istniał od zawsze pewien, nie do końca uświadomiony, i jakby narzucony zewnętrznie model szczęścia, do którego się dąży. Człowiek chce „dorobić” się tego co jest jego wyznacznikiem, nie zastanawiając się, czy ten obraz szczęścia odpowiada jego osobistym oczekiwaniom. 

Kiedyś nazywało się to „skóra, fura i komóra” teraz oczywiście wyznaczniki się zmieniły, teraz pewnie będzie to apartament na 30 piętrze jakiegoś gigantycznego wieżowca, super samochód… To zresztą też zależy od środowiska. 

Jest to niejako szczęście na pokaz, czy wszystko to co chcemy mieć, aby pokazać innym jaki osiągnęliśmy gigantyczny sukces. 

Tak właśnie jest z Julią, bohaterką książki Anity Scharmach. Jest szczęśliwa… odrobinę na pokaz, ale czegoś jej w życiu brakuje. Pewne sprawy dość oczywiste jakoś jej się układają, bo to szczęście na pokaz wcale nie jest takie znowu złe, jest tylko odrobinę samotne i trochę puste, bo koty wiele mogą, ale nie są w stanie „zagospodarować” całej samotności, jaką mają do dyspozycji. 

I nagle coś się zmienia. Wolta fabularna, którą serwuje nam autorka, może nie jest całkiem „nowatorska” za to jest świetnie przemyślana. I inteligentnie poprowadzona. 

Z czym kojarzyć się może tytuł „Sukces rysowany szminką” Z makijażem? Zapewne, może z pracą w telewizji, gdzie dobrze „zrobiona” dziewczyna odnosi sukces? 

Otóż nic z tych rzeczy. Tu chodzi o zupełnie inny sukces, choć szminka może i jest ta sama… 

Anita Scharmach pisze powieści obyczajowe, ale nie są one „romansowe”, choć romantyzm oczywiście wyziera zza zdarzeń i zrządzeń losu, nie są też łzawe co bardzo mi odpowiada. Owszem, nie ma powieści obyczajowych bez wzruszeń, ale też „nie samymi wzruszeniami te powieści stoją”, przynajmniej u tej autorki. Są pełne humoru, zabawnych sytuacji, poważnych przemyśleń, refleksji nad tym co się nam zdarza. 

Są też rozsądnie realistyczne czyli napisane tak, że nie ma w nich nielogicznych zdarzeń, czy naciąganych sytuacji. Wszystko co się w książce wydarza jest możliwe i ma prawo się wydarzyć, choć nie są to sytuacje łatwe. Autorka dość mocno „przyspieszyła akcję” bo wszystko dzieję się w zawrotnym tempie, ale z mojej strony to nie jest zarzut. Akcja książki jest wartka, a miejscami wręcz odrobinę szalona, czytelnikowi nuda nie grozi. 

Nie czytam za często powieści obyczajowych, ale jeżeli już czytam chciałabym aby były dobre, nie łzawe, rozwlekłe, bez odrobiny sensu czy seksu i ta właśnie taka jest. 

Zmysłowa, szalona, zabawna, pełna empatii, za to bez patosu i wielkich słów, bez moralizatorskich wstawek doskonała rozrywka z inteligentnym podtekstem. Ja szczerze polecam.

środa, 15 sierpnia 2018

Jagodziński - znacie? To poczytajcie!


 Tadeusz Jagodziński

 ŻYCIE TO CHWILA  JAWY

Wydawnictwo WAM

Tadeusz Jagodziński był dziennikarzem współpracującym z Tygodnikiem Powszechnym, a także pracował w polskiej sekcji BBC od 1988 do samego końca.


Przez lata pisał o Birmie i o rodzącej się tam powoli demokracji. Swój zawód, zawód dziennikarza uważał za wręcz „misyjny” i traktował bardzo poważnie wszelkie jego aspekty.
Był miłośnikiem dobrej muzyki i literatury.

Był też wnikliwym obserwatorem świata, który nas otacza albo niejednokrotnie wręcz nas osacza.

Książka „Życie to chwila jawy” jest to dokonany przez Janusza Poniewierskiego wybór tekstów Tadeusza Jagodzińskiego stanowiący skromny ślad jego myśli, zainteresowań i fascynacji, a także głębszych przemyśleń na bardzo poważne tematy.

Wymagał od siebie bardzo dużo, toteż tematy, które poruszał opracowywał dokładnie i dogłębnie nie akceptując obecnej w dziennikarstwie mody na powierzchowne traktowanie tematu. Na przygotowywanie materiałów po łebkach, na traktowanie widza, czy słuchacza jak klienta.

To zresztą opisuje w pierwszym z przedstawionych tu tekstów. Porusza w nim temat „inforozrywki” nowego zjawiska w mediach, które pojawiło się po zamachach z 11 września 2001 roku, kiedy to stacje informacyjne zaczęły robić wszystko, żeby zatrzymać widza i w ten sposób zdobyć korzyści z reklam. Od tego momentu zaczęły traktować widza nie jako widza, który pragnie informacji, ale jak klienta, którego trzeba za wszelką cenę rozbawić, przestraszyć, albo w jakikolwiek sposób, nie przebierając w środkach przyciągnąć.

Pisze też o wybiórczości w serwisach informacyjnych, wybiórczości nie podyktowanej czasem antenowym, który bywa bardzo ograniczony, a w radiu wręcz minimalny, ale innymi względami, takimi jak fakt, że są informacje, które bardziej się spodobają lub przyciągną większą grupę widzów czy słuchaczy.

Pisał o tym jak wiele książka, a tym bardziej dobra książka traci w „przekładzie” na język filmu a pisał to na podstawie książki Michaela Ondaatje, kanadyjskiego pisarza, który stworzył powieść „Angielski Pacjent”, która to powieść sfilmowana dostała aż dziewięć Oskarów.

Pisze o Theo Richmondzie i jego książce „Uporczywe echo. Sztetl Konin. Poszukiwanie”. W której celem autora był nie powrót do miasta, jakim jest teraz, ale do miasta sprzed lat, z opowieści, z magicznych wspomnień rodziców. Chciał sprawić żeby pamięć została przekazana - pamięć nie jako przekleństwo, czy skaza, ale jako błogosławieństwo.
Pisze o Orwellu i jego tajnej liście, w której notował ludzi, których podejrzewał o sympatie komunistyczne.

Pisze też o Salmanie Rushdiem i wielu innych pisarzach, ale w sposób zupełnie inny niż zwykle się o nich pisze. Jakoś bardziej osobiście, ciekawiej, dogłębniej.
Swoje teksty poświęcał nie tylko mediom czy dziełom literackim, pisał też o „Angielskiej chorobie”, czy o… footballu i o bezpieczeństwie na stadionach.

O nagrodzie bookera i o związanych z nią kontrowersjach. O Azji, która była jego ziemią obiecaną… W dodatku „Twarze Azji” znajdziemy zdjęcia wykonane przez autora na tym kontynencie, który go tak fascynował.

Opatrzone komentarzami jego przyjaciół Ks. Adama Bonieckiego, Piotra Mucharskiego, Wojciecha Jagielskiego teksty Jagodzińskiego czyta się z zachwytem nad jego kunsztem, wiedzą i przemyśleniami. Nie jest to lektura dla każdego. To zbiór tekstów trudnych, poważnych i wymagających dużego skupienia. Nie da się ich przeczytać jednym ciągiem, to raczej lektura na kilka wieczorów. Lektura zmuszająca do myślenia, ale i do szukania, do pogłębiania wiedzy, do poszerzania horyzontów.

Wszystkim zainteresowanym tematyką i piękną, choć wymagającą formą polecam.

Świeto ceramiki nie tylko bolesławieckiej - zapraszam :)


Dziś własnie zaczęło się bolesławieckie Święto Ceramiki. Pełno tu bud i budek z cudami. Ceramika z wielu zakątków Polski, a nawet z zagranicy.

JUTRO POKAŻĘ WIĘCEJ!


Tym, którzy myślą, że mieszkając w Bolesławcu można mieć całe ceramiczne zastawy, oraz szafy i kredensy wypełnione tymi cudami, odpowiem wrednie. Można, ale niestety mało kogo na to stać. 

To jest drogie, ale no cóż, wcale się nie dziwie, piękne rzeczy są drogie i tyle, to nie jest żadne odkrycie, tak jest i już, ale jeżeli dostatecznie często odwiedza się odpowiednie miejsca można sobie coś kupić i to wcale nie specjalnie drogo.

Pierwszego i ostatniego dnia święta zawsze warto pobuszować na straganach. Są produkty ze skazą, są przeceny, ale i tak warto, bo co się człowiek napatrzy to jego.
Miasto jakoś tak codziennie ( choć nie tak strasznie znowu wymarłe) jednak specjalnie nie tętni życiem na co dzień, więc dni kiedy zaczyna się ceramiczne szaleństwo warto tu być.
Dziś tylko ceramika, a więc budy ze "szlachetnymi" wyrobami, jutro, pojutrze miasto zarazi się plastikowymi balonami, szczekającymi robotycznie mechanicznymi pieskami, paskudnymi gadżetami, ale i tak każdy znajdzie coś dla siebie.

Kupiłam kilka drobiazgów, jutro zaszaleję bardziej. A teraz zobaczcie inna ceramika - wcale nie bolesławiecka, ale mnie się podoba.




 Te dziwne, ale niesamowicie inne ceramiczne wyroby z... uśmiejecie się, z ręcznie robionymi szydełkowaniami wstawkami z nici! Ale wszystko jest jak należy...





A co do cen, nie są wygórowane. patrzcie!
 
 Jeżeli myslicie, że 40 PLN to drogo za taki piękny dzbanek, to nie widzieliście kubków za 50 PLN






A to tu, to właśnie ceramika "dziergana"!
Kiedy w końcu kupię, a zamierzam, obfotografuję dokładniej!

wtorek, 14 sierpnia 2018

Opowieść o rzeczach strasznych i fascynujących... ZAPOWIEDŹ

Ja dziś będę czytała coś fascynującego...


VERA BUCK


RUNA


Wydawnictwo INITIUM



La Salpetriere. Fabryka prochu zamieniona na przytułek, wiezienie, zakład dla psychicznie chorych i dla prostytutek - tam własnie praktykował Jean-Martin Charcot, który zyskał sławę wywołując napady histerii poprzez hipnozę. Jego uczniem był miedzy innymi Sigismund Freud. Działy się tam dziwne rzeczy. Nawet bardzo dziwne - wiele o tym czytałam.


I te szczury, podobno były ich tam całe stada.

Teraz przeczytam RUNĘ.


Kogo jeszcze kusi ta książka?

Zazdrościcie mi odrobinkę?


Mnie fascynuje ta tematyka. Historia psychiatrii to historia okrucieństwa i potworności, ale też dająca nadzieję walka o człowieka i człowieczeństwo. Hydroterapia, elektrowstrząsy, lobotomia ubezwłasnowolnienie - teraz to wydaje się odległe, ale to zaledwie wiek... Tylko sto lat!


Recenzja jak tylko przeczytam!

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Nauczycielki, wychowawczynie czy służące to kobiety wyuzdanie i niebezpieczne.

Kamil Janicki
EPOKA MILCZENIA

ZNAK

Kamil Janicki to jeden z moich ulubionych autorów, a w tym temacie, kto wie czy nie najbardziej ceniony, choć jest i kilku innych interesujących się historią i o historii piszących. Jest historykiem z wykształcenia co ma dla mnie ( a podejrzewam, że nie tylko dla mnie) ogromne znaczenie, bo historii nie przeinacza, nie nagina, nie pomija niewygodnych faktów, słowem, wie o czym pisze, a to przecież najważniejsze.

Zajmuje się w dużym skrócie historią i obyczajowością przedwojennej polski, oraz opowieściami o niestety mało znanych, niedocenianych i często niesłusznie pomijanych w historii kobietach. 

Co fascynujące dużo uwagi poświęca życiu codziennemu i codziennym bolączkom epok, o których pisze, a także przeróżnym aspektom życia jakie wiedli nasi nieodlegli przecież przodkowie.

Czytam jego książki z autentycznym zachwytem, lubię takie tematy, cenię profesjonalizm autora, doceniam umiejętność ciekawego opowiadania o sprawach często mocno przyziemnych i to, że nie stara się zrobić ze swoich książek wybuchającej fajerwerkami anegdot papki dla tłumu.

Jego książki są doskonale opracowane i dopracowane, źródła podane jasno i wyraźnie, a odnośniki do nich nie przeszkadzają w czytaniu. 
Czytałam kilka jego książek, ale „Epoka Hipokryzji” i „Epoka Milczenia” poruszyły mnie najbardziej.

Epoka Milczenia, to książka opowiadająca o Polsce międzywojennej i o wszystkim tym o czym się wówczas nie mówiło i (żeby to stwierdzenie zostało dobrze zrozumiane), nie chodzi o to, że nie mówiło się o czymś co było nudne i stąd brak zainteresowania, albo że nie mówiło się o czymś co było marginalne, bez znaczenia i tak dalej. Chodzi o coś, co ze wszech miar było, jest, ba, zawsze będzie interesujące, powszechne i niestety obecne, ale o czym się nie mówiło gdyż temat był jakoś tak wstydliwy i nie wypadało.

To „nie mówienie” nie było ograniczone jedynie do tego, że o pewnych tematach kulturalny człowiek po prostu nie mówił, było znacznie gorzej, kulturalny człowiek nie mówił o pewnych zjawiskach, gdyż one po prostu nie istniały!
Piękna była ta nasza rzeczpospolita, a że zakłamana?

Wyobrażacie sobie, iż nie istniał problem gwałtów? W ogóle ich nie było! 
Te brutalnie, czasami poparte rękoczynami i mocno krwawe stosunki seksualne, które się zdarzały na każdym kroku były tylko i wyłącznie wymysłem kobiet, które chciały się zabawić, a potem naciągnąć biednych, bogu ducha winnych mężczyzna na jakieś odszkodowania…

Zresztą w dobrym towarzystwie takie rzeczy? Nigdy! Zostałaś zgwałcona choć należysz do lepszego towarzystwa? NIE ZDARZYŁO CI SIĘ TO! To się zdarza tylko pospólstwu!

Czego jeszcze w tym cudownym okresie nie było? No tak. Pedofilii. 
Nikt nikogo nie bił, nie zabijał, mężowie byli wzorem cnót, a kobiety… No cóż niewiele miały do powiedzenia, zresztą oczywiście kłamały, histeryzowały, siały panikę i w ogóle, kto by tam słuchał bab?!

W świecie biedoty do napastowania dochodziło prawie na każdym kroku, na ulicach w domach, na polu i w piwnicach, ale to to przecież był margines, Wśród „ludzi z towarzystwa” obowiązywała dyskrecja. Takie sprawy się po prostu tuszowało.

Zaczęto nawet chronić mężczyzn przed nadużyciami seksualnymi ze strony kobiet gdyż uważano, że nauczycielki, wychowawczynie czy służące to kobiety wyuzdanie i niebezpieczne.
A gwałty homoseksualne?
A molestowanie służących…

Autor pisze o tym wszystkim o czym za tamtych czasów się nie mówiło, o czym można było czasami przeczytać w brukowych gazetach jako o ciekawostkach wzbudzających zachwyt i niezdrową fascynacje i zwiększających nakład, ale nie rozwiązujących żadnych, nawet najmniejszych problemów.

Ta książka to opracowanie naukowe, ale napisane fascynująco lekkim językiem, i wierzcie mi autor porusza tak wiele ciekawych problemów, że książkę czyta się z wypiekami na twarzy.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Spirytyzm i Lalunia



DANUTA KOROLEWICZ

Lato z ciotką spirytystką

LUCKY


Małe miasteczka wbrew pozorom wcale nie są lepsze od tych dużych bardziej może tłocznych i kolorowych, ale kuszących nocnym życiem i pozorną całkowitą anonimowością. 

Małe miasteczka też mają swoje sekrety, swoich wariatów, szaleńców, możnych, ważnych i nieważnych mieszkańców, którzy znani wszystkim i pozornie czyści, aż przezroczyści żyją sobie spokojnie nie wadząc nikomu, a przynajmniej wszystkim tak się wydaje. 

W takim właśnie miasteczku Danuta Korolewicz umieściła akcję swojej powieści zatytułowanej „Wakacje z ciotką spirytystką”. Już sam tytuł sugeruje lekkie przymrużenie oka, trochę szaleństwa i wakacyjny spokój, choć uprzedzam, tego ostatniego w tej książce nie znajdziecie. 

A co znajdziecie? Ekscentryczną ciotkę - tak spirytystkę, ale nikt nie ośmieliłby się nazwać jej szaloną. Ona wbrew pozorom wcale nie jest niespełna rozumu, ona wie co robi i dlaczego to robi, choć nie bardzo chce o tym mówić. 

Jest tam też przewspaniała papuga Lalunia, od której szewcy powinni uczyć się kląć i dwie sympatyczne studentki. Spotkamy tu też bosko przystojnego wikarego i całą masę złoczyńców… 
Oraz poetę… 

Sami wiecie jak to jest. 

W miasteczku o nazwie Warba ( nie, nie tym położonym w Minnesocie), ale tym niewielkim, kilkutysięcznym umiejscowionym przez autorkę niedaleko Torunia ( aż ciekawa jestem, czy ma swój pierwowzór) jest wszystko, ratusz, biblioteka, nawet katolicka rozgłośnia radiowa. 

To bardzo sympatyczne miasteczko, a jednak pod powierzchnią zwykłego życia coś się kotłuje. Coś niebezpiecznego, i to niebezpieczeństwo wcale nie jest ani trochę przesadzone. Jest realne, choć trudno je powiązać z „objawieniami pewnego pijaka”, wierszami pewnego „prawie” poety i zagrodzonymi kratą i zamkniętymi na kłódkę korytarzami ratusza. 

Bardzo sympatyczny lekki kryminał. Jest tu nawet nieco romansu, trochę życiowych rozterek i moralnych dylematów. 

Początkowo trochę przeszkadzała mi zbytnia drobiazgowość w opisywaniu zdarzeń, miejsc i sytuacji, ale potem jakoś się wciągnęłam.
Książka jako kryminał trzyma w napięciu i NIE zgadniecie kto jak i dlaczego, a w kryminale to ważne!

Danuta Korolewicz to autorka, której książek jeszcze nie czytałam, tak więc jest to moje pierwsze z nią spotkanie i nawet całkiem udane. 

Polecam - letni relaks gwarantowany.

sobota, 11 sierpnia 2018

To, co dopuszczalne dla kobiet...


JENNIFER EGAN

MANHATTAN BEACH

ZNAK litera nova


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Tę książkę można odbierać na kilka sposobów, jako powieść, jako świadectwo czasu i zawieruchy wojennej, jako opowieść o zmianach społecznych, jakie kiedyś przecież musiały zajść, ale wszyscy i tak ich się tak strasznie boją, jakby to, że kobieta wzięła do reki młotek było świętokradztwem i zamachem na męską dominację w domu, w kraju, a nawet na kontynencie amerykańskim, tyle, że czasami życie nie jest czarno białe i nie da się go opisać w układach zero-jedynkowych typu, kobieta – gary, mężczyzna fabryka, bo życie, a czasami historia, (w tym wypadku głównie historia) ma inne pomysły. 

Wielki kryzys w latach 1929-1933 zmienił społeczeństwa i warunki w jakich żyły. 

Rodziny straciły podstawy bytu. Pracę. 

Mieszkańcy Nowego Yorku byli trochę podzieleni, może nie na getta, ale na grupy narodowościowe. Każda z tych grup usiłowała w tym okresie kryzysu ugrać coś dla siebie. „Makaroniarze”, „polaczki” i „irlandusy”… Nie kochali się, ( czasami pałali do siebie nienawiścią, czasami byli wobec siebie zaledwie pełni pogardy) starali się nie wchodzić ze sobą w zawiązki rodzinne, ani w inne interakcje, ale życie czasami miewa inne plany. 

Gdyby Manhattan Beach czytać tylko jako powieść, to jest to powieść dobra, ciekawa, ale nie jakoś skrajnie nowatorska, choć i tu nie mówię całej prawdy, bo jednak jest w niej coś co porusza do głębi i fascynuje, ale ta książka nie jest li tylko powieścią, a niesamowicie skomplikowanym obrazem tamtego świata, w którym, nie ten dobry, kto wydaje się dobry, nie ten mądry, kto dzierży jakąś, nawet najskromniejszą władzę. Autorka pokazuje meandry ludzkich motywacji i zachowań. 

Jest to okres, kiedy po wybuchu II Wojny światowej amerykańscy mężczyźni wyruszają na wojnę, a stanowiska w fabrykach muszą zostać obsadzone przez och żony i córki. To rewolucja kulturowa. Zamiast pichcić obiadki i pilnować maluchów kobiety idą do pracy. Muszą? Tak muszą, ale najczęściej chcą. Po raz pierwszy wypuszczone z kokonu domowych, ciasnych pieleszy bardzo sobie cenią ten okruch wolności i prawa do samostanowienia. 

Nie każdy to akceptuje. To nie jest proces prosty… Niektórzy myślą, że zaraz po zakończeniu wojny kobiety da się znów zagonić do garów… 

Nie mają racji. 

Anna główna bohaterka chce pracować jako nurek. To nie jest proste i właściwie jest prawie niemożliwe, ale ona daje sobie radę. 

Po co to robi? Z wielu względów, ale także chce dowieść sobie samej, że ojciec nie porzucił rodziny. Ukochany ojciec, który kilka lat wcześniej wyszedł z domu i nigdy nie dał już znaku życia. Czy był typowym mężczyzną porzucającym starzejącą się żonę i dwie córki… jedną kaleką, czy też coś się stało? 

Anna woli wierzyć w tą druga ewentualność. Kocha ojca aż za bardzo. 

Co odkryje? 

Wszystko krąży wokół doków, syndykatu i dziwnych i co tu dużo mówić nielegalnych makaroniarskich przedsięwzięć. Jest bieda, głód, wojna. Tak, wojna jest w sumie dość daleko od Nowego Yorku, ale wyczuwa się ją na każdym kroku… 

A kobiety zaczynają brać swój los we własne ręce… 

Fascynująca opowieść, ciekawa. Drążąca duszę. I ta niejednoznaczność postaw. To zachwycające jak autorka miesza w naszym pojęciu dobra i zła, jak pokazuje, że nic nie jest bez znaczenia, że nie ten dobry, kto dobry, nie ten zły kto dobry, a każdy po trochu i dobry i zły i okrutny... 

Takie przedstawienie świata nie pozwala nam stawiać się ( nam jako czytelnikom) po którejkolwiek stronie. Patrzymy, otwieramy oczy i czytamy dalej, z kolejnym zachwytem, zaciekawieniem, skurczem serca i gardła, na każdej kolejnej stronie.

piątek, 10 sierpnia 2018

Bajka o śmierdzącym kopciuszku....

Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach

Emmy Abrahamson

Powieść musi, ale to naprawdę MUSI rządzić się pewnymi prawami. Tak już jest! Musi też być prawdopodobna. 

Naprawdę, musi być nawet bardziej prawdopodobne niż prawdziwe życie. I to jest dla mnie bardzo ważne. 

A teraz opowiem wam o Julii. 

Julia to dziewczyna, która ma własne mieszkanie w Wiedniu i pewnego dnia poznaje młodego, bezdomnego Kanadyjczyka. Zaczyna z nim romansować. Ponieważ jednak facet straaasznie śmierdzi i cuchną mu stopy nie jest w stanie go pocałować. 

Przy następnym spotkaniu facet śmierdzi odrobinę mniej i między nimi wybucha wielki gejzer miłości. 

No dobra… To nie tak, że nie wierzę w takie cuda, (choć naprawdę nie wierzę), ale to jakieś dla mnie dziwne. 

Ona nauczycielka mocno zraniona i samotna ( mieszka z kotem) on facet z krzaków. 

O.K wcale nie musi być mordercą, ćpunem czy, nie wiem człowiekiem chorym na wszelkie choroby przenoszone drogą płciową, choć niestety może. Oczywiście nie trzeba być bezdomnym, żeby chorować - to nie jest warunek konieczny, ale…. 

Psychicznym można być i w pustostanie i modnym lofcie, jedno nie wyklucza drugiego. Inna sprawa to, to że bezdomność rzadko bywa wyborem. 

No i bycie mordercą też nie zabrania posiadania ani domu, ani konta w banku, ale brak ich wcale nie wyklucza biegania z siekierą po krzakach. 

Wyżywam się? 

Nie, wcale nie! Ta książka nieźle mnie ubawiła, rozluźniła i w sumie wcale nie była zła, ale taka… nierealna. 

Julia jako nauczycielka i jej codzienne frustracje – tak to jest realne, ba nawet realistyczne. 

Wiem, sama bywałam nauczycielką… 

No, ale… nie … 

No dobra, więcej nie mogę napisać o treści, bo zaraz zaspojleruję całą książkę, a przeczytania jest warta, tylko szczerze mówiąc, może to mój wiek – mocno zaawansowany, może zboczenie zawodowe, zboczona bywam zawodowo nagminnie, może poczucie realizmu życiowego ( ha, ha, gdzieś słyszałam, ze powieść oparta jest na faktach, więc trafiłam jak kulą w płot), ale jednak nie jestem za bardzo przekonana. 
Świetna na jeden wieczór, denerwująco, zadziwiająca, warta przeczytania, choć chwilami ma się ochotę wywalić ją za okno i krzyczeć do bohaterki: Gdzie leziesz kretynko… 

Naprawdę zachęcam. Co się nadziwiłam to moje, a na dodatek świetnie się czytało. 

Facet z krzaków jest super, wiem, jak trudno czasem o prysznic, dwadzieścia piw dziennie to dużo… 

Nie, no bajka o męskim kopciuszku z krzaków. I odrobinę o Pigmalionie, ale ciut inaczej.

Nie żartuję. Dobra książka, przeczytajcie!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Beduinki atakują... instagram.


Kobiety arabskie zwyczajowo „zakutane” od stóp do głów mają swoje sekrety. Postrzegamy je jako uciśnione, nieszczęśliwe kury domowe całkowicie zależne od mężów i nie mające zbyt wiele do powiedzenia.

Jest to oczywisty stereotyp bo kiedy się pozna je bardziej okazuje się, że umieją cieszyć się życiem i z tego życia korzystać na rożne, nie zawsze akceptowane przez mężczyzn sposoby. Emiraty Arabskie, o których pisze autorka książki „Beduinki na instagramie” to ukryte królestwo kobiet, ukryte, bo nie widać go na pierwszy rzut oka. 

Autorka wie o czym pisze bo od lat tam mieszka i udało jej się już wrosnąć jako tako w tamto społeczeństwo, dlaczego „jako tako” dowiecie się z książki. Nauczyła się języka i specyficznych kodów zachowania, które obowiązują w każdym społeczeństwie i lepiej je znać, żeby nie popełnić gafy.

Będąc Europejką ma kontakt zarówno z kobietami jak i mężczyznami ( co dla kobiet arabskich nie jest sprawą prostą) i potrafi świetnie opowiadać, pokazuje nam specyfikę tego kraju, w którym mężczyźni ubierają się na biało, a kobiety na czarno, w którym zasłania się twarze, włosy (i wszystko co tylko się da) pięknymi abajami, gdzie kobiety rodzą po dziesięcioro dzieci, ale nadal chcą i potrafią być piękne oraz, gdzie w tajemnicy przez męskim światem kwitnie instagramowe podziemie.

Cudnie się to czyta i z ogromnym zaciekawieniem. Bo właściwie po co instagram kobiecie, która nie może pokazać nawet kawałka nosa? 

Dlaczego tak je to fascynuje, po co kupują najlepsze i najdroższe kreacje europejskich kreatorów, skoro… Tak, NIE WOLNO im się w nich nikomu pokazać ( no może mężowi, ale wiadomo, mąż to przecież nie to samo, to TYLKO mąż)
Jak wygląda flirt w kraju zasłoniętych twarzy? A wierzcie mi flirtują! 

Gdzie i jak nie szuka się materiału na żonę? Jak Emiratczycy i Emiratki radzą sobie z zakazem spożywania alkoholu… Tak, tak oni piją, tylko jakby nie bardzo to widać.

Fascynująca opowieść o świecie ze stereotypów, napisana wyważonym językiem porusza wiele kwestii, które teraz w dobie bezproblemowych podróży każdemu mogą się przydać. Ciekawa i pouczająca. Polecam każdemu. 

Ta książka pokaże nam, że to co wiemy to naprawdę niewiele. Pokaże nam, że warto się uczyć i poznawać świat zza zasłon stereotypów. 

Jest wciągająca. Pouczająca i doskonale napisana.

środa, 8 sierpnia 2018

Kategoryzacja lepszości czytelniczej.

Jako, że usłyszałam wczoraj w internecie o lepszości czytelniczej, to znaczy lepszości czytelnika nad nie czytelnikiem, oraz o lepszości lepszego czytelnika nad tym gorszym, co oczywiście logiczne, ale jednak zagmatwane - zastanowiłam się nad pewnym, związanym z tym, zagadnieniem. Otóż, lepszość jest czymś cennym i pożądanym. 

Każdy do niej dąży, choć przecież, jak wynika z filmiku, nie każdy na nią zasługuje, toteż już widzę jak ktoś występuje do Urzędu Miar i Wag z propozycją uściślenia kryteriów lepszości czytelniczej z uwzględnieniem wszystkich aspektów tej lepszości. 

I co nam to daje? Otóż porządną kategoryzację. 

I tak istnieje kilka kategorii czytelników. Są one uszeregowane w zależności od ilości lepszości w lepszości. Każda z tych kategorii upoważnia do pewnej liczby zachowań czytelniczych. 

Kategoria A – czytelnik czytadlany zadurzony w książkach służących jedynie do pożal się boże rozrywki. 
Kategoria najniższa, bardzo niewiele różniąca się od nie czytelnika. Ma prawo do trzech pogardliwych prychnięć, dwóch złośliwych uwag i jedenastu pobłażliwych uśmiechów w tygodniu, oczywiście w stosunku tylko i wyłącznie do nie czytelników. 

Kategoria B – romansista, czytelnik lubujący się w książkach erotycznych i romansopodobnych wywołujących dreszcz emocji i rumieniec na twarzy. Kategoria nieco wyższa jeżeli czyta poezję. 
Prawo do ośmiu złośliwych uwag i szesnastu drwin w okresie rozliczeniowym – pogardliwe prychnięcia za dodatkową opłatą. 

Kategoria C – kryminalista thrillerolubny – czytający książki niezbyt wysokich lotów wywołujące dreszcze zgrozy, czasami wymioty. Posiada prawo do krytykowania niektórych lektur, trzy krytyki w okresie rozliczeniowym, reszta jak wyżej. 

Kategoria D – czytelnik DOBRY bo czytający DOBRĄ literaturę. Lubuje się w dziełach klasyków, czyta lektury szkolne. Posiada prawo krytykowania, wyśmiewania, złośliwych uwag – może się wymądrzać i traktować innych czytelników z wyższością – przed zastosowaniem, w celu uniknięcia pomyłek zaleca się sprawdzić zaświadczenia czytelnicze. 

Kategoria D PLUS – czytelnik najlepszy – czyta tylko DOBRĄ literaturę oraz opracowania naukowe ( uwaga - instrukcja obsługi glebogryzarki NIE JEST dziełem naukowym). Posiada prawo do uważania się za lepszego z uwzględnieniem wszystkich powyższych plus prawo do publicznego wywyższania się i szydzenia z lektur innych (szydzenie raz w miesiącu). 

Ponieważ lepszość czytelnicza daje pewne prawa, to każdy chcący ją posiadać będzie musiał przedstawić odpowiednie zaświadczenia z bibliotek publicznych. Przy występowaniu o kategorię D i D PLUS konieczne zaświadczenie z biblioteki pedagogicznej. Zaświadczenia ważne miesiąc od daty wydania. 
WAŻNE! Czytelnik pasujący do zbyt wielu lub wszystkich kategorii będzie podlegał reczytelnizacji. Komisja do spraw ustalania kategorii podstawowych zbiera się w każdy czwartek.

Jeżeli ktoś kupuje książki z własnych środków powinien wraz z paragonem przedstawić zaświadczenie teściowej lub byłej teściowej. Jeżeli takowej nie posiada powinien znaleźć partnera lub zacząć korzystać z biblioteki. 

UWAGA – fantastyka i powieści przygodowe nie są uważane za literaturę. Komisja nie będzie zwracała uwagi na tego typu tytuły na zaświadczeniach bibliotecznych, jeżeli jednak będzie ich zbyt dużo czytelnikowi grozi obniżenie kategorii. 

Certyfikaty lepszości mają być wydawane raz na trzy miesiące i są odpłatne, należy je nosić zafoliowane ZAWSZE przy sobie. 

No i jak? Podoba się wam ta lepszość? 

Może jednak czytajmy to co chcemy dla własnej satysfakcji i przyjemności. Choć jestem zdania, że czytanie czyni LEPSZYM, ale DLA  innych, a nie OD innych.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Seryjnym mordercom i psychopatom nie polecam.


BILL BASS JON JEFFERSON
TRUPIA FARMA
nowe śledztwa


ZNAK litera nova


Kiedy chwaliłam się na FB co czytam, jedna z koleżanek stwierdziła, że przy czytaniu tej książki nie przełknęłaby ani kęsa. Wcale jej się nie dziwie, wiele osób tak reaguje, ja jestem jednak zupełnie inna. Dla mnie żołądkowy „zwrot akcji”, który trzeba posprzątać to pestka, nie mam z tym żadnych problemów, ale „drugie danie” rozmazane po posadzce to pryszcz, biorę, myje, czyszczę i tyle, nie umiem natomiast patrzeć na cierpienie ludzkie, zwierzęce, nawet to konieczne, które powiedzmy łączy się z leczeniem. Tak więc nie mogłabym być lekarzem ani pielęgniarką, ale bez kłopotu mogłabym być salową… wiem, to nie taka znowu wielka kariera, ale… 

Antropolog sądowy to coś co by mnie kusiło, te kości, kosteczki badanie czaszek, DNA, przeróżne metody badawcze… To fakt, i babranie się w niebyt pachnących szczątkach, ale już mówiłam, raczej mnie to nie rusza – fakt nie mówię tu tego całkiem na 100% bo jeszcze nigdy tego nie robiłam, ale czytanie o tym to dla mnie wielka frajda i ogromna przyjemność, jak tylko dorwę takie cuda to czytam, a właściwie pochłaniam do ostatniej kropki i przecinka. 

„Trupia Farma – nowe śledztwa” to ciekawie opowiedziana historia antropologii, przeróżnych śledztw, badań, historia odkryć związanych z DNA, wiele ciekawych problemów badawczych i praktycznych, odrobinę żartobliwych odniesień do serialu CSI – który oglądam mimo, iż jest serialem, na szczęście dobrym. 

Poza tym test to ciekawa książka i szczerze żałuję, że trafiłam dopiero na drugą jej część, ale w sumie zawsze można to jakoś nadrobić. 

Komu polecam? Osobom zainteresowanym technikami śledczymi – naprawdę warto, osobom zainteresowany kryminologią jako taką, lubiącym takie trochę makabryczne, ale dobre tematy. 

Poleciłabym pisarzom piszącym kryminały, wiedzy nigdy dość, a każdy potrafi wstawić „bambola” w stylu przesady w szybkości wykonywania jakichś badań, czy nierealności warunków. 

Seryjnym mordercom nie, niech pozostaną nieświadomi tego w jaki sposób mogą zostać wykryci. 

Zresztą nie tylko o morderstwa tu chodzi, ale o tak ważne sprawy jak identyfikacja nieznanych osób, zmarłych, zamordowanych, spalonych w pożarach i takich, którzy zginęli w wypadkach, ludzi, na których ktoś gdzieś czeka. 

Jest też ciekawa część dotycząca rasy szkieletu, co jak wydaje się dziwne, ale jednak istnieje, wiele o mieszaniu się ras, o migracjach, o odontologii sądowej. 

Wierzcie mi – jest może nie dla każdego, ale świetna!

niedziela, 5 sierpnia 2018

Bajki z serca, od serca, do serca....

 


Pani Barbara Delimat bolesławianka, która zwiedziła pół świata.
( zdjęcie ze strony telewizji bolesławieckiej)








O pani Barbarze Delimat pisałam już wcześniej w związku z jej bajką o Bolesławcu, teraz jednak chciałabym wam przybliżyć jej działania nieco bardziej bo nie jest ona zwykłą „bajkopisarką” choć pisanie bajek to bardzo trudne zadanie. Pani Barbara to osoba niesamowicie uzdolniona w wielu dziedzinach. 



Poczytajcie więcej O Bazylim Bolesławcu i pięknych ilustracjach.

Jej bajki to przepięknie ilustrowane opowieści dydaktyczne opowiadające świat maluchom, ale i przynoszące mnóstwo zabawy i radości. 

Przygody Bazylego we Wrocławiu w książce „Bazyli w podróży” to opowieść o pięknym mieście, „Babcia Mania” to opowieść o zwierzętach i pewnej przesympatycznej babci o piesku Maciusiu i kotce Psotce, które umieją odwdzięczyć się babci Mani za opiekę, kiedy ona potrzebuje pomocy. 

„Przygody Krasnala Kichusia” to zgodnie z tytułem opowieść o maleńkim krasnalu, który… no tak. Poczytajcie sami. 

To piękne, pogodne, pozytywne, cudnie napisane bajki dla dzieci, raczej młodszych. Takie bajeczki do czytania przed snem… Jeżeli jedziecie do Bolesławca - przeczytajcie o Bazylim, który przyjmuje gości, przejeżdżacie przez Wrocław przeczytajcie o Bazylim w podroży… 

Piękne i pożyteczne! 

Pani Barbara jest też genialnie utalentowana w dziedzinie makramy artystycznej. Tu macie przepiękne widokówki ze zdjęciami jej dzieł, które wkrótce być może będzie można zdobyć w konkursie. Widokówki, nie makramy, oczywiście. 

Uwielbiam osoby, które w każdym wieku i stanie ducha, bo różne się w żuciu dzieje mają swoje pasje i zamiast marudzić, robią coś co sprawia im przyjemność. 

Pasja jest najważniejsza. 

Pasja daje chęć do życia, pozwala szerzej patrzeć na świat, pozwala być z ludźmi w bardziej intensywny sposób, robić coś co daje satysfakcje, a nie przykuwa na godziny do telewizora. 

Powiem szczerze, że podziwiam i zazdroszczę. 

Bajki pięknie ilustrowane przez profesjonalną ilustratorkę Agnieszkę Strzelecką-Ślęzak można kupić u autorki z autografem pod adresem barbara.d@onet.eu.

sobota, 4 sierpnia 2018

Legenda orląt

Ryszard Jan Czarnowski
Legenda Orląt


Ryszard Jan Czarnowski jest znanym grafikiem, teoretykiem sztuki, a był też bardzo aktywnym działaczem podziemnego ruchu wydawniczego z czasów PRL-u, jest też wielokrotnie nagradzanym założycielem Konfraterni Sztuki związanej z Kazimierzem Dolnym i miłośnikiem Kresów, który o Kresach wiele już napisał i z pewnością jeszcze napisze. 

Ma w swoim dorobku kilka publikacji dotyczących właśnie Lwowa, jak: ” Lwów – sacrum et profanum”, „Lwów. Legenda zawsze wierna”, czy „Lwów. Okupacja niemiecka”. Jego zainteresowanie tym miastem jest tak wielkie, że nie mogło w jego dorobku zabraknąć opracowania o Orlętach Lwowskich, a właściwie o ich legendzie. 


Książki historyczne lub mające pewne historyczne inklinacje muszą spełniać pewne wymogi, które jednak często bywają pomijane, bo nie ważne z jakiej opcji politycznej jest autor to książka musi, nie ma innego wyjścia, musi być napisana obiektywnie, albo choćby obiektywnym językiem. Opowieść o Lwowskich Orlętach poprzedzona jest obszernym materiałem historycznym dotyczącym historii konfliktu Polaków z Ukraińcami na terenach dawanej Rzeczpospolitej, konfliktu podsycanego przez dawnych zaborców, w czasach kiedy na oczach świata rozpadały się Austro-Węgry, a władze austriackie wspierały Ukraińców zachęcając ich do przejęcia władzy we Lwowie. 


W dużej mierze z tego powodu właśnie doszło do konfliktu, który w końcu przerodził się w bitwę w obronie Lwowa, bitwę, która trwała od listopada 1918 do połowy roku 1919, a potem w obronę Lwowa w czasie wojny polsko-bolszewickiej w 1920. Opowieść o Orlętach dotyczy wielu polskich rodzin bardzo osobiście, tak jak dotyczy i mnie i mojej rodziny, bo mój dziadek brał udział w obronie Lwowa jako nieletni jeszcze chłopak - żołnierz Legionów i został odznaczony honorową odznaką „Orlęta. 

W swojej książce Ryszard Jan Czarnowski opowiada o tym co działo się w czasie obrony miasta i opisuje to pod każdym względem ciekawie. Opisuje atmosferę, walki, rannych, zabitych. Piosenki które wtedy śpiewano, warunki życia, strach, wiersze, które recytowano. 
Książka jest ilustrowana wieloma zdjęciami, posiada mapy i wiele innych graficznych odniesień jednak koszmarny ( nie zawaham się tego powtórzyć KOSZMARNY) gatunek papieru, na jakim ją wydano wprost woła o pomstę do nieba! 

Graficzne dodatki to jakieś ledwie czytelne, rozmazane plamy, a mogły to być piękne, choć czarno białe fotografie oddające tamte czasy, ale i pomagające o wiele lepiej zrozumieć fenomen tego patriotycznego zrywu, przede wszystkim młodych Polaków, którzy niedozbrojeni stanęli przeciwko przeważającym siłom wroga.

W żadnym wypadku nie odważę się oceniać tej publikacji jako źródła historycznego nie będąc historykiem i nie mając do tego niezbędnej wiedzy. Uważam jednak, że dla zakochanych w Kresach miłośników legend polskiego oręża i jego wielkości będzie to tekst wartościowy i ciekawy.


Mnie przeszkadzała pewna tendencyjność w wyrażaniu opinii. W tekście wyraźnie było widać sympatie autora. Jakiekolwiek by nie były te sympatie, to jednak nie powinny być aż tak jednoznaczne i widoczne.
To nie jest kwestia podzielania lub nie podzielania jego opinii, to tylko zarzut formalny. Autor tekstu historycznego lub quasi historycznego powinien przedstawiać fakty i pozwolić czytelnikowi na samodzielną ich ocenę.


Komu polecę tę publikację? Każdemu, kto interesuje się tymi sprawami, a ma za mało wiedzy i czasu by grzebać się w opracowaniach stricte historycznych, każdemu, kto gdzieś tam sto lat temu miał w rodzinie kogoś kto walczył o to miasto!

środa, 1 sierpnia 2018

Hejt, mobbing, dręczenie.... Wszystko czego pragnęliśmy?


"Wszystko czego pragnęliśmy"



Czy hejt co coś, co wymyślili współcześni? Może nazwę tak, ale to zjawisko pod różnymi innymi nazwami istniało od dawna, świat zawsze dzielił się na ludzi dobrych i złych, na dręczycieli i dręczonych, teraz tylko zmienili nazwę i „środki” wyrazu…
Teraz po prostu jest łatwiej.

I zabawniej. 

Bo przecież wyśmiewanie się z innych to najlepsza zabawa współczesności. Skórka od banana? Nie, no co wy? To starocie, teraz robi się lepsze rzeczy, tabletki gwałtu, alkohol i aparaty cyfrowe to o wiele zabawniejsze połączenie. Nie bawi cię to?

To po prostu się nie znasz, nie jesteś cool, a może jeszcze weźmiesz stronę ofiary? Nie no, żenua!

Kto doznaje hejtu? Osoby wrażliwe, delikatne, inteligentne, trochę wycofane, ale przede wszystkim takie, w których naturze nie leży zemsta. 

One NIE lubią sprawiać przykrości nawet wrogom. Prawda, że to dziwne?

A hejter? To zazwyczaj tylko zwykły, bardzo często tchórzliwy psychopata, uważający się za kogoś lepszego i za kogoś, komu wszystko ujdzie na sucho…

Nawet chamskie zagrywki o podtekście seksualnym, opowiadanie wierutnych bzdur, w które uwierzy każdy idiota, bo nikomu nie chce się sprawdzić, rasizm... i ta bezkarność pieniądza... Ta władza za dotacje i darowizny i bezsilność, tych, którzy nie dają się kupić.









Ofiarą hejtu można zostać w każdym wieku i nie zawsze kończy się to dobrze… 
Nawet kiedy jest się osobą dorosłą.

A co jeżeli ofiarą jest dziecko? Nastolatek? 

Jak ma reagować rodzic? Czy w ogóle reagować, przecież to może jeszcze bardziej zaognić sytuację? 

Może odpuścić? 
Pozwolić dziecku popełnić samobójstwo? Odejść? 

Nie, wcale nie bredzę, wielu nastolatków i wielu dorosłych wybiera taką możliwość nie widząc wyjścia z sytuacji.
Ale wielu rodziców też zupełnie nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia. Oni naprawdę myślą, że odrabianie lekcji i szlaban to panaceum na wszystko... 

A tak nie jest.
Szkoda, ale nie... 
Podstawowa reakcja jest mniej więcej taka....
Tyle, że to nie działa....

A może zaatakować hejtera jego własna bronią?


W książce „Wszystko do czego dążyliśmy” jest ktoś, kto uważa się za lepszego od innych. Ktoś komu wszystko wolno… 


Jest też ktoś, kto wie gdzie został popełniony błąd i chce ten błąd naprawić..

Zresztą to GENIALNA powieść, a mówi wam to ktoś, kto nie lubi literatury obyczajowej, tyle, że ta książka jest nie tylko DOBRA, ale i POTRZEBNA i doskonale by było, gdyby przeczytali ją rodzice nastolatek i nastolatków...

Może dochodziłoby do mniejszej liczby tragedii...


Nauczcie się umierania, to na pewno w życiu się przyda.





KATARZYNA BONI
„GANBARE. WARSZTATY UMIERANIA” 


Śmiertelność zależy od wieku, ale i jej świadomość (świadomość śmiertelności własnej, ludzkiej, rodzinnej) także zależy od wielu czynników. 

Ludzie młodzi podchodzą do tematu własnej śmierci jak do jakiejś dziwacznej legendy, która ich nie dotyczy. No, może kiedyś, ale z pewnością nie teraz, zresztą sama świadomość śmierci jako takiej, (nie tylko własnej) jest i wybiórcza i mocno zależna od wszystkiego co nas otacza, od kultury i okoliczności w jakich żyjemy… 

Zleży też od tego kto umiera. 

Bardzo wiele razy po jakimś komunikacie o wypadku, czy gigantycznej katastrofie naturalnej, w której zginęło wielu ludzi, a która wydarzyła się w jakimś odległym miejscu świata prowadzący dodawał uspokajająco, „wśród ofiar nie ma Polaków”. Jest to komunikat mający na celu uspokojenie rodzin, których członkowie przebywają akurat w tamtym rejonie, wiem, ale...

A te katastrofy? Wiemy, że są zabójcze i straszne jak tsunami, ale wiemy też, że nam to nie grozi, a trzęsienie ziemi? O wiele bardziej, ale też nie tak żeby jego świadomość mogła lub powinna spędzać nam sens powiek, a co katastrofą nuklearną? To o wiele straszniejsze bo skutki są długofalowe i wcale nie ograniczone jakąś konkretną przestrzenią.

Japonia to miejsce dziwne, odmienne, piękne i skrajnie wręcz doświadczone przez naturę, a ta książka to opowieść nie o śmierci jako takiej, ale o umieraniu. Jeszcze w sumie gorsze prawda? Trudniejsze, boleśniejsze w każdym aspekcie. 

O tym jak śmierć zabiera, zatruwa, anektuje i wypełnia życie Japończyków, jak ich uśmierca niemal za życia, odbierając im sen i sens. 

To opowieść o domach, które zabiera woda, blaknących wspomnieniach, które zbierane skrzętnie przez ludzi są przenoszone od wioski do wioski, aby ich obrazy mogły oddać temu czy innemu człowiekowi okruch przeszłości, o duchach, które nawiedzają żywych, i o żywych, którzy nie są w stanie trwać bo umarli razem z bliskimi, których zabrała fala.

Gdyby to było tylko to, ale w Japonii straszą jeszcze wspomnienia Hiroszimy i Nagasaki, a współczesna Godzilla już nie w formie plastikowej zabawki, a zniszczonej przez trzęsienie ziemi elektrowni atomowej w Fukushimie sieje śmierć, o której coraz mniej się mówi. 

Ryż zabija, ale czy na pewno? Czy ten? Czy można dać go dzieciom? Czy to co mówią jest prawdą? 

Umierają miasta, wsie, zostawione na głodową śmierć zwierzęta i ludzie, którym zapomniano powiedzieć, że nadeszło coś co ich zabije. Niewidzialny potwór, którego przeoczyli… Jedni bo tak było wygodniej, inni bo po co siać panikę, po co denerwować, może się uda, nie udało się.
Jak bardzo głupio nieludzki bywa system, jak bardzo głupi i bezwolny, bywa podporządkowany temu systemowi człowiek.
I jest też zwykła śmierć, wcale przez to nie mniej straszna. I ta niepewność, czy to może zaszkodzić? Ten ryż, ten uścisk, ta kuzynka, która przyjechała w gości, ten rak… 

Czy to jest zakaźne? Czy ona promieniuje? Zabija samą swoją obecnością?

Bardzo mocny reportaż, smutny i dziwny, tragiczny i przerażający. Zostaje na lata.
Dla ludzi kochających reportaże, dla innych może być zbyt tragiczny, ale zawsze warto próbować, tak dobre książki rzadko się spotyka.

wtorek, 31 lipca 2018

Kobiety, które zdradziły...


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!

 ALEX PERRY

DOBRE MATKI

Prawdziwa historia kobiet,
które przeciwstawiły się 
najpotężniejszej mafii świata


ZNAK litera nova

Nikt nie wie jak wiele krzywdy zrobił współczesności Mario Puzo publikując swoja książkę „Ojciec Chrzestny”, w której w tak bajkowy sposób przedstawia mafię i mafiozów. Niby wszystko przedstawił tak jak należy, są pobicia, strzelaniny i morderstwa, ale jednak od tamtej pory obraz mafii stał się aż za bardzo romantyczny.

A jaka jest prawda o mafii?

Kalabryjska ‘ndrangheta nazwana tak od greckiego słowa andragathía (ἀνδραγαθία) oznaczającego bohaterstwo, męstwo i cnotę to naprawdę nic romantycznego. 

To wielkie przedsiębiorstwo rodzinne handlujące śmiercią i zatrudniające czy tego chcą czy nie, wszystkich członków rodzin, od najstarszych po najmłodszych. Także kobiety, ale to zatrudnianie kobiet ma więcej wspólnego z niewolą niż z pracą, a obraz romantycznego ( znów ten romantyzm) Włocha i związku z nim usłanego różami to jednak nie to.

Południe Włoch, a więc między innymi Kalabria, traktuje swoje kobiety gorzej niż niewolnice. Są od rodzenia dzieci i usługiwania mężowi, oraz przenoszenia wiadomości pomiędzy członkami mafii, a poza tym przez całe miesiące a nawet lata nie mogą wychodzić z domu, nie wolno im się odzywać, a wszelkie wykroczenia karze się śmiercią.

Nie żartuję. Niby dookoła XXI wiek, a tam zapyziałe średniowiecze…
Nawet nie wiem, czy kobiety arabskie nie mają więcej wolności niż mieszkanki Kalabrii!

Czyli właściwie można by powiedzieć, że kobiety mafii nie mają znaczenia… Tak sadził włoski wymiar sprawiedliwości, ale okazało się, że kobiety w mafii są niedoceniane, ale znaczenie mają wielkie, szczególnie jako „pentite”.

Kilka włoskich kobiet, żon mafiozów z ‘ndranghety postanowiło odejść z organizacji i wraz z dziećmi przejść na stronę prawa. Nie było to łatwe. Niektóre przypłaciły to życiem jak znana wszystkim Lea Garofalo, która stała się symbolem walki włoskich kobiet o wolność wyboru i prawo do życia.

Jak kobieta mogłaby zaszkodzić tej potwornej, gigantycznej i zamkniętej na prawo „omerty” organizacji? Kobieta? Taki śmieć? Niemożliwe, a jednak tak się stało.

Prokuratorem była kobieta, sędziami kobiety świadkami koronnymi kobiety…

Tak, to kobiety mafii położyły na łopatki swoich ojców i braci, którym pod groźbą śmierci ( potwornej i zadanej ręką ojca lub brata, a czasami nawet syna) i bicia miały być posłuszne… Zhańbiły organizację, tę mało romantyczną maszynę śmierci, która dotąd zabijała sędziów jak choćby Giovanni Falcone, zastraszała świadków, rządziła żelazną ręką narkotykowym podziemiem, wymuszeniami…

Jak do tego doszło?!

O tym właśnie opowiada ta książka, o tym jak kobiety mafii wypowiedziały posłuszeństwo rodzinom i „rodzinom”, oraz jak włoski wymiar sprawiedliwości za ich pomocą dopadł bossów ‘ndranghety. To obszerny, doskonale napisany dokument o działaniach i strukturach mafii – przeczytajcie, romantyzmu tam nie ma ani kropli, a potworności dużo, ale i zwykłego życia całkiem sporo.

Jest też wiele wiadomości o tym jak działała i działa ta rodzinna organizacja przestępcza oraz o tym jak działa ( albo czasami nie działa) włoski wymiar sprawiedliwości.
Jeżeli szukacie wiedzy to świetna książka dla was, jeżeli romantyzmu to trzeba zgłosić się do Mario Puzo, ale… ‘ndrangheta to nie cosa nostra, życie to nie romantyczna bajka, a wiedza zwłaszcza podana w tak ciekawy sposób zawsze może się przydać!