poniedziałek, 10 grudnia 2018

Czy autor jest własnością czytelnika?




Ostatnio jedna z moich koleżanek po piórze została obrzucona przez czytelniczkę „wredną kuropatwą” gdyż jeden z bohaterów jej książki miał inne zdanie na temat dekomunizacji niż ta właśnie czytelniczka. Inna pisarka została zrugana za to, że niezbyt ładnie wyraziła się ( w roli narratora jak mniemam), o którejś ze swoich bohaterek, będącej o zgrozo kobietą ( no a poprawność polityczna wymaga żeby kobieta o kobiecie wyrażała się albo dobrze albo wcale, nawet jeżeli ta kobieta jest głupią pindą, albo wielokrotną morderczynią). 

Wyraźnie widać jak nagle do literatury, tej mniejszej i tej większej zaczęła wkradać się właśnie ta osławiona poprawność, ale… jak sobie z nią poradzić, przecież czytelników wielu, a cenzura jeszcze nie istnieje, to znaczy istnieje, ale nie jest zinstytucjonalizowana na tyle, żeby móc tam pójść i zapytać, jakie poglądy powinna mieć ta czy inna bohaterka, żeby czytelnik pan, bóg nasz i władca, wszelki element decyzyjny był zadowolony?

No oczywiście inteligentny pisarz pewne rzeczy wie. 

Nie pasuje na przykład, żeby matka dzieciom i Polka na dodatek była lewaczką, czy żeby nauczyciel był gejem!!! Nie, nie nie, na to się żaden czytelnik nie zgodzi! 

A wiemy, że dla pisarza czytelnik jest najważniejszy. 

Nie pasuje, żeby puszczająca się na prawo i lewo „sucz” była katoliczką, mowy nie ma, ani żeby Arab nie bił swojej żony, ma bić i koniec, od tego jest! 

Policjant ma być głupi, mąż dobry, żona marnotrawna… Prawda? I wszystko będzie O.K. Trzeba tylko wytyczyć pisarzom pewne granice i tyle. Może zrobić spis postaci i ich cech, autor będzie mógł sobie wybrać spośród kilku akceptowalnych. Nie będzie to co prawda bardzo kreatywne pisanie, ale wszyscy będą zadowoleni. 

Nie możemy przecież pozwolić na to, żeby po ulicach snuły się bandy niezadowolonych czytelników… podobnych do Annie Wilkes z Misery Kinga… 

Z siekierami, przekleństwami na ustach i z wydrukami w rękach będą gonić za autorami by ci wskrzeszali, albo mordowali wskazanych bohaterów tak jak im to pasuje, pod dyktando i już, natychmiast bo inaczej....

Stada żądnych zmian wielbicieli literatury z widłami i pochodniami w rękach oblegać będą domy i domki pisarzy ( albo klatki schodowe – pisarz wbrew pozorom rzadko mieszka w zamku, częściej w kawalerce na lewo od zsypu). 

Będą skandować wegańskie hasła ( bo bohaterka nie powinna jeść martwych zwierząt) , będą wykrzykiwać groźby karalne, bo autor zamordował nie tego co trzeba, żona nie powinna była zdradzić męża z jego najlepszym przyjacielem, a sekta seksualnych dzikusów nie powinna ( albo powinna – zdania mogą być podzielone) doprowadzić do ciąży mnogiej… z in vitro. 

I wszystko będzie cudnie, pisarze będą się chwalić na FB. 

„Szczęśliwy dzień dzisiaj, wreszcie dostałam z przydziału idiotkę do powieści. Rozumiecie? Prawdziwą idiotkę! Mogę ją wykorzystać w tekście i nikt się nie będzie czepiał” Mój czytelnik decyzyjny mi pozwolił!

Szlag, a ja tylko dobrych mężów i marnotrawne żony dostaję, może się wymienisz?" Mój decyzyjny zawsze idzie w romans, a potrzebuję odmiany...

I wszystkie książki będą ładne, słodkie, laurkowate i politycznie poprawne, żeby broń Boże nikogo nie uraziły. Będą nadzorowane  pospołu przez grupę czytelników decyzyjnych, których każdy autor dostanie z przydziału, każdą stronę trzeba będzie przedstawić im do akceptu i stosować się do wymagań...

Drodzy czytelnicy, jeżeli chcecie mieć wpływ na losy bohaterów w swoich ulubionych książkach… napiszcie je sobie sami może… Dajecie autorom trochę swobody i wolności, to też są ludzie… poza jednym chyba, który jest robotem i jednym kosmitą:) 



piątek, 7 grudnia 2018

Nevermoor - dla ludzi z wyobraźnią.


JESSICA TOWNSEND
 NEVERMOOR

PRZYPADKI MORRIGAN CROW 


MEDIA RODZINA


W literaturze młodzieżowej i dziecięcej przez jakiś czas było mniej więcej szaro, a potem rozbłysła super gwiazda Harrego Pottera. Natychmiast większość autorów rzuciła się w postpotterowskie epigońskie harce i powstały może nie takie same, ale bardzo podobne i wtórne dziełka o czarodziejach i ich szkołach. W pewnym momencie wydawało się już, że mały czarodziej tak zawładnął wyobraźnią pisarzy, że nie są w stanie napisać niczego co nie byłoby w jakiś sposób z nim związane, a tu szok. 

Tym szokiem jest Jessica Townsend i pierwszy tom cyklu Nevermoor, Przypadki Morrigan Crow. Dlaczego? Bo ta książka jest zupełnie inna. W żadnym razie nie przypomina i nie nawiązuje do potterowskiego widzenia świata, nie ma tu ani szkoły czarodziejów, ani różdżek ani eliksirów, choć świat nie jest całkiem zwyczajny. 

Dużym szokiem jest to, iż powieść zaczyna się od pogrzebu głównej bohaterki, ale nie obawiajcie się, nie jest to zapętlona opowieść zaczynająca się i kończąca na tym samym, to zupełnie inna bajka. 

W pewnej rodzinie we Wronim Dworze mieszka Corvus Crow. Corvus to po łacinie „wrona”, a crow to po angielsku… tak, też „wrona” i mieszka tam jego córka, która jest przeklęta… Zabija koty i ludzi, sprowadza nieszczęścia, podpala szkoły… No, przynajmniej niektórzy tak sadzą. I ta dziewczynka Morrigan ma umrzeć. Oczywiście wszyscy kiedyś… ale ona wie, że umrze w wieczór swoich jedenastych urodzin, czyli tak jakby za kilka godzin… 

Wszyscy już się z tym pogodzili, i ojciec i babcia i macocha… A ona sama? Koszmar prawda? 

Autorka jednak wychodzi z tego koszmaru bardzo obronną ręką, a właściwie opowieścią. 

Stwarza świat zupełnie niespotykany, trochę dobry, trochę zły – w końcu nie ma światów idealnych, a gdyby nawet były, byłyby koszmarnie nudne. Jej świat jest po prostu bajeczny, ale nie jest to tylko bajka, to o wiele więcej. 

Żaden dobry pisarz, a autorkę za takiego właśnie uważam, nie postawi na opowieść, która nie miałaby głębszego sensu, bo przecież opowiadając o jednym często mówi się o czymś zupełnie innym i tu też można wyczuć drugą, jakby podskórną warstwę tekstu, w którym autorka opowiada o inności, przesądach, postrzeganiu dobra i zła, ale nie bójcie się, nie jest to nachalnie moralizatorskie i nie „bije po oczach”! 

Książkę świetnie się czyta. Bajeczny świat zaskakuje odmiennością, wyobraźnia autorki - bogactwem, a sam pomysł niesamowitą spójnością… 
Sama postać głównej bohaterki ma niewiele cech wspólnych ze spotykanymi często bohaterkami książek. Jest wycofana, dociekliwa, nieco sarkastyczna i dość niepewna siebie. Budzi skrajne emocje. Nie od parady nosi nazwisko Crow. Jest jakby „małym wroniątkiem”, a wszyscy wiemy jak ludzie odnoszą się do wron… 

Książka zachwyciła mnie świeżością, fabułą, która nie jest „odgrzewanym kotletem”, pomysłem i realizacją, mnogością różnych stworzeń, które są zupełnie inne i nieoczekiwane, oraz magnifikotem. 

Dla kogo? Dla ludzi z wyobraźnią, pogubionych nastolatek, babć z parasolkami, mam z umęczonych codziennością, dla pokręconych chłopaków ( wcale ich tu nie brakuje), naprawdę dla wszystkich. Fantastyczna! Fantastyczna do kwadratu i formą i treścią!

sobota, 1 grudnia 2018

Flavia de Luce - zostałam przekonana i pokonana!


ALAN BRADLEY

FLAVIA de LUCE

wydawnictwo VESPER


Dzięki jednej z moich ukochanych i literacko niezastąpionych koleżanek pobiegłam do biblioteki i wypożyczyłam pięć tomów historii, a właściwie opowieści o przygodach Flavii de Luce.

Są to książki dla nastolatków, bo bohaterką jest jedenastoletnia Flavia zakochana w chemii dziewczynka, miedzy nami mówiąc spora dziwaczka, ale... jest genialna.

Genialna jest Flavia, genialne są opowieści ( które nie traktują nastolatków jak idiotów), genialne są zagadki kryminalne... bo...

No tak zapomniałam powiedzieć, to są kryminały!

Kryminały z "krwi i kości" oraz wszelkich możliwych koszmarów.

Ponieważ chemii nie lubię miałam trochę pod górkę ( na początku) ale potem pomyślałam, że to są świetne historie. Logiczne, mądre, choć brak w nich dydaktyzmu, jest za to dużo takiej rozsądnej dziecięcej ( dorosłej?) mądrości i świetnego ( choć pełnego konfliktów) świata.

Trzy siostry po śmierci (?) matki mieszkają w domu z surowym, dość pogubionym ojcem. Jedna kocha literaturę, druga muzykę, najmłodsza chemię...

Świetny pomysł na rodzinę... 

Opowieści są tak zajmujące i napisane tak dobrym językiem, że aż szkoda , że nie ma kolejnego tomu... To po prostu jest fascynujące!

Ja jestem zachwycona... Inna sprawa, czy nasze nastolatki byłyby zachwycone? Trzeba spróbować!
No i wlazłam na stronę wydawcy JEST! Jest kolejny tom!

Zdobędę i będę czytać! Szkoda, że książki tylko w dziale dla młodzieży ( znaczy w bibliotece) bo i dorosłych powinny zachwycić!

SĄ ŚWIETNE!!!



środa, 28 listopada 2018

Echo serca... Echo? Serca? - Przerażające!

PIOTR LIANA
ECHO SERCA

OFICYNKA


„Echo serca” to powieść groźna. Wcale nie dlatego, że odczuwamy grozę, choć to też, groźna, bo wżera się w tkankę rzeczywistości swoja potwornością. Autor wziął na warsztat… albo nie… inaczej… też nie… 

To jest inna, zupełnie inna sprawa. 

Szkoda, że to ten rodzaj powieści, o których akcji powiedzieć nie wolno zbyt wiele, bo jednak byłoby ciekawie porozmawiać, a jednak to jest niemożliwe… 

Ta książka to kryminał bardzo inny. Każdy, kto doczyta do końca zrozumie co mam na myśli. Inny, a jednak osadzony potwornie dobrze w naszej rzeczywistości, to aż przerażające w jaki sposób autorowi udało się to opisać. 

Bardzo trudno jest o tej powieści pisać, żeby nie zdradzić toku akcji ( a wierzcie mi jest niesamowita). 

Niby można by powiedzieć, że w jakiś sposób wychodzi od schematu, ale po kilkunastu stronach orientujemy się, że to tylko „podpucha” wszystko jest inne niż się wydaje. ( no i przyznam, bardzo, bardzo „odwraca kota ogonem”, tak, że już nie wiemy ile kot ma ogonów, a ile głów i gdzie one są) Wszystko jest nie takie… Choć całość bardzo dobrze, wręcz doskonale trzyma się pomysłu i trzyma nas w napięciu. 
Nie wykorzystuje strachu, ogranych elementów fabuł kryminalnych, które ostatnio wylewają się rzeką na półki księgarń, ( choć udaje, że ma taki zamiar), ale pokazuje coś zdecydowanie innego, ta inność oczywiście nie polega na tych „zdarzeniach”, ale w jakiś sposób na ich interpretacji. 

I tak naprawdę, gdyby nie mocny akcent kryminalny, który ma sens i to wielki, to także jest to powieść mocno społeczna i piętnująca pewne nasze … słabostki? Raczej nie słabostki, a potworności społeczne, niestety mówiąc jakie zdradziłabym zbyt wiele… 

Książka, moim zdaniem wywraca obecną literaturę kryminalną do góry nogami ( ale, ale, nie czytałam wszystkich kryminałów, nie bijcie, mówię to na podstawie tego co czytałam! I tak właśnie uważam) 

Jest mocna i INNA! A to należy cenić. Żadnych niedoróbek, żadnych potknięć fabularnych… Żadnej ckliwości i takiego, jak to teraz czasem się zdarza, dorabiania rzeczywistości do fabuły… 
Żadnego bajdolenia, bajdurzenia, dziubdziania… 

No cóż… Moim zdaniem TRZEBA przeczytać, tym bardziej, że autor nie bierze jeńców … ( a jak zacznie to ja się piszę na kolejną książkę!) 
Wierzcie mi!

niedziela, 25 listopada 2018

Amerykańskie szaleństwo w polskim, małomiasteczkowym wydaniu.

Black Friday w polskim wydaniu ominął mnie całkowicie, albo prawie, gdyż miałam go w domu, był koszmarnie czarny i nie polegał na wyprzedaży, ale na czarnej rozpaczy z powodu durnego piecyka, który postanowił mi się zepsuć. Teraz, przed świętami…. Świnia! 

I to zrobił to bezczelnie. Nie tak, że wiecie, jakoś, tam, trochę… jakby powiedzieć, po taniości, ale gdzież tam! Postanowił się zepsuć całkowicie i do tego tak bezsensownie, że musiałam, z braku ciepłej wody myć się własnymi łzami. Pozbawiona finansów musiałam (jednak) zajrzeć do pewnego sklepu, w którym jest właściwie wszystko, poza chlebem, bo marmoladę też czasami można tam znaleźć. 

I zostałam bezlitośnie po raz drugi potraktowana przez Black Friday z kopa… a tak. Mimo, że ja na niego zwracać uwagi nie chciałam i nie mogłam ( z powodu braku kasy), on postanowił się na mnie zemścić za to w dwójnasób… 

Otóż weszłam do sklepu w celu zakupu czegoś czym okleiłabym skrzyneczkę po owocach, w której postanowiłam trzymać książki. W sklepie wiadomo. Tłum miota się pomiędzy pudłami i pudełkami. Starsza pani ciągnie za sobą wieszak z ubraniami. 

- Niech minie ktoś odczepi! – krzyczy do stojącego przy niej faceta. Ten jednak nadal ogląda buty. Podchodzę. Babka ma na sobie płaszcz wiszący na wieszaku… 

- Musi pani to zdjąć. 

- Nic z tego! Zabiorą! – odpowiada zdesperowana – Tamta baba ukradła mi pudło bombek i kalosze. 

W tej chwili do sklepu wbiega kilkanaście mam ciążowych i kieruje się na drugi koniec, mieli podobno rzucić nosidełka, tratują stoisko ze świecznikami, kilka ciągnie za sobą dzieci. Dzieci wrzeszczą, chcą do reniferów, od prawej nadciąga grupa nastolatków, no tak, duża przerwa, nastolatki walą do kąta z czipsami, tratują kilka plastikowych Mikołajów i zrzucają na ziemię spodnie z dziurami, nie ma gdzie się ruszyć, jedna dziewczyna potyka się o pudło z towarem, zwala sprzedawczynię z drabinki i rozbija sobie łokieć. Patrzą na to wszystko z zachwytem, bo to normalnie PRL-bis, tylko towaru jakby więcej, ale takie kolejki i bójki to ja nieraz widziałam i to nie tylko w ciuchach, żebyście widzieli co się działo jak schab rzucili! Córka sąsiadki z dawnego mieszkania do dziś ma bliznę na policzku, nie zrobili odcisku zębów więc nie wiadomo kto gryzł, ale psów do sklepu nie wpuszczali. 

Rozglądam się i widzę kolorowe okleiny… Coś dla mnie. 

Nagle słyszę coś jak zew krwi, przedwieczny jęk, okrzyk bojowy. 

- Jajka rzucili. Jajka są! 

Przez chwilę myślałam, że ten debilny czarny piątek rzucił mnie w kolejkę… do czasów PRL-u zaczęłam więc szukać jakiegoś dogodnego miejsca, żeby nie zostać stratowaną. 

Kobiety ruszyły… Nie, nie wszystkie. Raczej te starsze. 

- A cholesterol - pomyślałam? 

One jednak rwały naprzód. Nagle poczułam straszliwy ból z tyłu pleców i zgięłam się wpół, ktoś dowalił mi koszykiem w nerkę, potem w głowę. 

- Szybciej, ruszaj się! – krzyknęła chodzikowa starowinka rozjeżdżając mi palce u ręki, kiedy chciałam wstać. 

- Ta dzisiejsza młodzież to straszne słabeusze! - wydyszała druga waląc mnie laską przez łeb 

Nie chciałam im tłumaczyć, że słowo „młodzież” nie dotyczy osób w moim wieku, ale tylko skuliłam się i oddreptałam na czworakach do działu ze świąteczną drobnicą, nie patrzyłam jak idę, zresztą i tak nic nie było widać, walnęłam głową w stos pudeł z bombkami, pod którymi zostałam pogrzebana. Żywcem… 

Tymczasem jajeczny tłum zwalił się na kasę przesuwając nieco stolik przyparł trzy sprzedawczynie do ściany. Ścianka była chyba z tektury… Zakołysała się i padła. Na szczęście w kierunku zaplecza. Podcięła nogi sprzedawczyniom, które teraz wywijały tymi nogami ukazujące części ciała, których okazywać się nie godzi. 

Jajeczne babcie ze stosami jajek-niespodzianek przecenionych o 11 groszy każde zaczęły wysupływać drobniaki. 

Przeczołgałam się do bielizny damskiej. Siedział już tam jakiś facet… Nie zachowywał się normalnie. 

Rzuciłam się do ucieczki. Facet za mną… Rzuciłam w niego koszykiem. 

Dopadł mnie! Zaczęłam wrzeszczeć. Okazało się, że to ochroniarz, a ja jestem trochę pokrwawiona, chciał tylko pomóc. 

O mało nie spaliłam się ze wstydu… I to wszystko z powodu 11 groszy...

Nigdy więcej!

piątek, 23 listopada 2018

Ja, ty i biała laska - z humorem też można.

TOMASZ MATCZAK
JA,TY i BIAŁA LASKA


„Ja, ty i biała laska” to książka o świecie, może nie innym, ale jednak nieznanym, bo pokazanym z punktu widzenia ( jakkolwiek to zabrzmi) osoby, która nie widzi. To swoisty i genialnie humorystyczny przewodnik po meandrach tego świata. 

Autor napisał tę książkę bazując na własnych doświadczeniach, ale jeżeli ktoś teraz zapyta, jakie doświadczenia może mieć człowiek, który nie widzi, (a więc na pewno siedzi w domu i ewentualnie słucha radia), to mocno się zdziwi… 

Jeżeli jednak spodziewacie się jojczenia, czarnowidztwa (nomen omen) rozpaczy ( czarnej czy jakiejkolwiek), albo łzawych scen czy opisów, to nie jest to książka dla was. Nic takiego tu nie znajdziecie, znajdziecie za to trochę sarkazmu, dużo ironii i sporo zdrowego podejścia do rzeczywistości. 

Ten człowiek to kopalnia pomysłów i niesamowita osobowość, a opis meczu Legii czy skoku ze spadochronem są po prostu świetne, choć do teraz się zastanawiam czy wyprawa tramwajem i metrem nie bywa o wiele bardziej niebezpieczna w niektórych momentach. 

Autor opowiadając o sprawach, bardzo przecież poważnych, przedstawia te sprawy w „zwyczajny” sposób potrafi zażartować z sam z siebie i ze swojej życiowej przypadłości… 

Po drodze obala kilka mitów ( oj tak, tak!), wyjaśnia kilka spraw, które niby oczywiste, a jednak budzą kontrowersje. 

Uświadamia, czy, kiedy i w jaki sposób pomagać osobie z dysfunkcją wzroku… 

Bezlitośnie znęca się nad poprawnością polityczną i językową ( w tym zakresie), a w szczególności nad tym co nazywa się tyflo językiem. 

Można by uważać tę książkę za coś w rodzaju przewodnika dla widzących po świecie, tych, którzy wzroku są pozbawieni. Można by, ale to byłoby nieporozumienie bo tę książkę czyta się jak najlepszą humorystyczną powieść sensacyjną. Tak humorystyczną i sensacyjną zarazem! 

Po jej przeczytaniu nigdy już tak samo nie spojrzycie na panele dotykowe w windach, na komunikację miejską, na domofony i całe mnóstwo innych rzeczy, ale przestaniecie mieć problemy językowe w stylu: 

Czy wypada do niewidomego powiedzieć choćby „do zobaczenia”? 

Nie wiem, czy to było bardzo nieodpowiednie z mojej strony, ale ja przy tej książce świetnie się bawiłam i śmiałam… Tak, śmiałam się śmiać, ale co w tym złego? Autor opisuje przeróżne, życiowe sytuacje w taki właśnie zabawny, choć dosadny sposób, że inaczej się nie da! 

Sądzę, że to o wiele lepszy sposób dotarcia do czytelnika niż smętne smęcenie, które zanim o czymkolwiek opowie to uśpi i zanudzi. 

Ta książka ma o wiele więcej zalet niż tylko opisanie świata, w którym żyje autor. To po prostu wspaniała opowieść. Inteligentna, zabawna, pouczająca i napisana świetnym językiem! Po prostu warto ją przeczytać. 

Słyszałam też, że autor zamierza w swoim pisaniu pójść nieco dalej i w innym, bardziej powieściowym kierunku. Wcale się nie dziwię, z takim warsztatem i podejściem… Będę czekać. Przeczytam na pewno, a do tej książki zachęcam każdego. 

Nawet jeżeli w życiu nie spotkaliście osoby niewidomej to i tak przeczytajcie, jest po prostu świetnie napisana, zabawna, mądra i naprawdę z „jajem”. 

Zachęcam.

środa, 21 listopada 2018

Tajemnica pod jemiołą - kategorie zjadliwości czytelniczej :)

 RICHARD PAUL EVANS

TAJEMNICA POD JEMIOŁĄ


Książki obyczajowe, a szczególnie te świąteczne to miła odskocznia od rzeczywistości, taka troszeczkę bajka dla dorosłych, choć zdecydowanie grzecznych dziewczynek, ale nie wszystkie (i książki dziewczynki) są takie same, ja książki z chęcią przyrównałabym do ciasta z kremem i podzieliłabym na trzy kategorie. 

Kategoria I 
( niezjadliwa zgroza) 

Ciasto z kremem kajmakowym i solonym dorszem – to książki, które mimo iż słodkie, a czasami nawet przesłodzone pełne są dziwnych pomysłów, nie pasujących motywów, paskudnie urwanych wątków i zupełnie niepotrzebnych ( a co gorsze nielogicznych ) zwrotów akcji. 

Kategoria II ( może NIE lekko, ale strawna) 

Ciasto z kremem waniliowym i zielonym groszkiem – powieści nie takie znów przesłodzone, raczej logiczne, choć zielony groszek gdzieniegdzie chrzęści w zębach ( i mózgu) jakimiś usterkami, niedoróbkami czy, nie daj Boże rozwiązaniami w stylu „deus ex machina” co niestety często się zdarza. 

Kategoria III ( najlepsze czytelnicze pyszności) 

Ciasto z kremem waniliowym i malinami, bez groszku i dorsza – książki idealne, lekkie i pięknie napisane, logiczne i z sensem, takie, które się czyta bez zeza zbieżnego i hiperwentylacji od czytelniczej zgrozy. 

Taka właśnie jest książka „Tajemnica pod jemiołą” - cudnie logiczna, świetnie napisana, pełna fascynujących bohaterów, którzy mimo iż poboczni, nie plączą się po kartkach powieści bez celu. Fabuła jest sensowna, niewymuszona i nie udziwniona na siłę. 

I twierdzi to ktoś, kto nie lubi obyczajówek! 

Tyle, że ta książka jest dobra, lekka, zabawna choć trochę smutna i do tego z przesłaniem. 


O tym, że żona rzuciła głównego bohatera dowiemy się już z opisu, żeby dowiedzieć się czegoś o tym dlaczego to zrobiła i jak on sobie z tym poradził musimy zagłębić się w akcję, a wchodząc w nią zagłębiamy się w bożonarodzeniową, cudną opowieść, którą trudno by nazwać bajką. 

Każdy z bohaterów to człowiek z krwi i kości, ma wady, zalety i śmiesznostki. Pani burmistrz robi zdjęcia seryjnym mordercom, miejscowy ranczer strzela do hippisów, Thelma piecze przepyszne tarty, pewna staruszka skutecznie roznosi plotki, ale mimo pozorów ci ludzie się wspierają i kochają, a historia coraz bardziej się komplikuje, zazębia, urzeczywistnia, pokazuje, że warto czasami zaryzykować, warto mieć zasady, ale trzeba też być otwartym na świat i ludzi. 

Bardzo mi się spodobała. Polecam naprawdę każdemu. 

niedziela, 18 listopada 2018

Wyszedł z domu i nie wrócił.... czyli bez grozy i zgrozy, choć na cmentarzu.

 IWONA MEJZA

WYSZEDŁ Z DOMU I NIE WRÓCIŁ...


„Wyszedł z domu i nie wrócił” to jakże tragiczne i pełne grozy stwierdzenie, stało się tytułem kryminału… 

ale, ale, od początku! 

Czytałam tę książkę chyba ze sześć razy i za każdym razem się nią zachwycam, bo jest w niej całe mnóstwo świetnych sytuacji, postaci i… spostrzeżeń. 

Ta powieść to kryminał „milicyjny”. Tak, tak, właśnie milicyjny, a nie policyjny. Mało kto teraz pisze takie cudeńka! 

Dlaczego nazywam go milicyjnym? Oczywiście dlatego ( też) że dotyczy spraw z okresu PRL, choć akcja rozgrywa się w czasach współczesnych, ale też ze względu na specyficzne potraktowanie tematu, miejsca, specyficzne podejście do samej akcji, pewną specyficzną „małomiasteczkowość” bohaterów i…. tak, brak pościgów, dronów, Aniołów Piekieł na Harleyach, wszystkiego tego czego można obawiać się w wielkich miastach… 

Autorka świetnie i dość przekornie umieściła akcję w środowisku ludzi dobrze po siedemdziesiątce, którzy nie mają ochoty zdziadzieć, czy wycofać z interesu… Interesy te bywają różne, nie zawsze legalne. 

A miejsce akcji? 

Cmentarz. Tak, przepięknie opisana, wręcz odmalowana słowem oświęcimska nekropolia. Nigdy nie byłam w Oświęcimiu, ale obraz tego cmentarza jawi mi się jako piękne miejsce… 

Nie wcale nie jest to jakiś horror ze zwłokami wychodzącymi z rodzinnych mauzoleów. 

I nie jest to też thriller, to kryminał leciutki i delikatnie komediowy, a zwłoki, no cóż, jak to na cmentarzu, są, a nawet się ciut mnożą… 

Jest też dynastia grabarzy ze swoistym poczuciem honoru zawodowego, piękna była (marnotrawna) żona, która na coś liczy, choć mąż już staruszek... 

Tyle, że to jakby dopiero otoczka. Więcej powiedzieć może chyba tylko tytuł, bo ja streszczać akcji nie będę. Przyznam, że jest przezabawna, ale nie przekombinowana. Bohaterowie są taką mieszanką charakterów, że nie da się ich nie lubić, choć zdecydowanie na to nie powinni zasługiwać. 

A tajemnica? 

Jest, jest i to wielka… 

Przeczytajcie sami. Mnie w tej książce urzekło wszystko, nawet opisy, których zazwyczaj nie lubię, ale nie ma ich dużo, ot tyle, żeby czytelnik wiedział gdzie jest… 

A, że cmentarz? Możecie mi wierzyć, to dodaje tylko specyficznego uroku i akcji i książce!

sobota, 17 listopada 2018

Facebook - łowisko, czy pułapka?


Duże grono moich internetowych znajomych czyta, pisze, recenzuje i kocha książki ( jako i ja czynię) takich znajomych więc uwielbiam. 

Mam jednak ostatnio na FB bardzo dużo zaproszeń do grona znajomych od ludzi o innych zainteresowaniach i w sumie nawet mnie to cieszy ( wiecie, kaganek oświaty itd), ale czasami ich pojawienie się w moim otoczeniu internetowym jest dla mnie sporą zagadką. 

Czymś ich przyciągam, tylko czym? 

Nie mówię już o tych, którzy wysyłają penisy i inne ciekawostki anatomiczne, tych wywalam od razu – faceci myślący czymś innym niż mózgiem wcale mnie nie fascynują. 

Chodzi mi bardziej o całą rzeszę innych ludzi, tych którzy zawierają znajomość ze mną po to aby mnie „ulepszyć”. Ogromna ich liczba ma ochotę mnie odchudzić, uzdrowić, wyleczyć, wzbogacić albo upiększyć. 

Mam wrażenie, że tacy ludzie siedzą gdzież daleko przy swoich laptopach z paluchem ustawionym na „wyślij” toteż w ułamku sekundy od chwili kiedy ja akceptuję zaproszenie dostaję wiadomość prywatną z wszelkiego rodzaju cudami

Altruizm to piękna rzecz, cieszy mnie, że ludzie tak dobrze dla mnie chcą, ale nie wiem czym sobie na to zasłużyłam. 

Pomijam już wszelkiej maści amerykańskich bohaterów wojennych, których w ogóle nie akceptuję ( Amerykę kocham umiarkowanie jakby co) ale raz po raz pojawia się zaproszenie od jakiejś pani, której nazwisko z polska brzmiące trochę mnie zmyli i oto nagle ta pani proponuje mi zarobek, nie byle jaki bo 2 do 5 tysięcy dolarów. TYGODNIOWO. 

W chwilę potem dostaję sześć identycznych wiadomości dotyczących programu rozwoju duchowego ( niby, że jestem niedorozwinięta duchowo?) i kilka planów treningowych. Do tego dochodzą diety. Wszystkie cud, miód i szpinak… brrrr. Jakby tego było mało kilka osób pyta, czy nie chciałabym sobie dorobić polecaniem rożnych karm dla kotów, psów, patyczaków i kojotów. 

Dochodzą do tego paznokcie, łupież, problemy skórne oraz wszelkie nieodkryte, a już ukryte terapie. 

Z pewnością normalna nie jestem, ale nie zamierzam się leczyć w internecie, nie chcę schudnąć, a dorabianie w sekciarskich grupach zupełnie mnie nie interesuje. 

Rozwój duchowy odrzucam natychmiast – szczególnie ten polegający na konieczności zaprzestania posługiwania się mózgiem. 

Kiedyś FB to była grupa znajomych, teraz to jest łowisko. 

Łowisko, na którym sieci zarzucają erotomani ( nie tylko gawędziarze), oszuści, wszelkiej maści oszołomy, jakich w życiu realnym nie da się chyba spotkać. 

Co się zmieniło? FB czy my? 

Kiedyś człowiek pogadał o książkach, pogodzie i planach na wakacje, teraz tylko uduchowione zaparcia z polityką w tle i leczenie płaskostopia za pomocą lewatywy. 

Kiedyś ludzie mieli zmarszczki, zadarte nosy i rozczochrane fryzury teraz zmienili się w przyssane do ekranu glonojady z pępkiem na czubku głowy. 

Kiedyś można było liczyć na ciekawą znajomość dziś otrzymujemy darmowy pakiet usług polegający na czyszczeniu kont i portfeli z pieniędzy i serc ze złudzeń. 



niedziela, 11 listopada 2018

Wakacje z trupami i to całkiem martwymi.


AGNIESZKA PRUSKA

WAKACJE Z TRUPAMI

Z zaciekawieniem ogromnym czekałam na książkę „Wakacje z trupami”, a to z dwóch względów, po pierwsze jako osoba, letnia, a nawet wieloletnia pamiętam jeszcze „Wakacje z duchami” Bahdaja i pamiętam nie tylko film, ,ale i książkę, przy której drżałam i zaśmiewałam się na przemian, po drugie czytałam już „Zwłoki powinny być martwe i ciekawa byłam co też autorka tym razem wymyśli, choć pewnych rzeczy oczywiście się spodziewałam. 

Agnieszka Pruska poszła w tej książce nieco w stronę Chmielewskiej, tak, Joanny Chmielewskiej, ale nie w jej kryminalnym najbardziej wydaniu, a w wydaniu przygodowym. Pamiętacie „Boczne drogi” i „Studnie przodków” to dodajcie do tego Lesia…. Kuszące prawda? 

I taki właśnie kuszący jest klimat tej książki, ale nie jest to coś co byłoby kopią, to po prostu klimat. A ponieważ to Frombork… To i Nienacki się kłania i odrobinę Beśka… 

Jest w tej książce ogrom pięknych i mądrych aluzji, ale… To nie wszystko. Ta opowieść to komedia kryminalna z historią w tle. Nie wyobrażajcie sobie, że autorka nagle poszła w chichot i pustosłowie. Wcale nie to jest kryminał lekki, ale przesycony nienachalną i łatwą do przyswojenia wiedzą tak historyczną jak i geograficzną. 

Dwie nauczycielki wybierają się na wakacje. To takie wakacje z sensem. Nie będzie to leżenie plackiem na plaży, ale cała moc atrakcji, jedną z nich i wcale nie najbłahszą jest duch. Obie panie już w czasie poprzednich wakacji zakosztowały adrenaliny związanej z niespodziewanymi zwłokami ( albo prawie zwłokami, które przecież jak zwyczaj nakazuje, powinny być choć trochę martwe) i policyjnym śledztwem, jedna z nich zyskała także chłopaka i sierżanta w jednej osobie i to osobie, która wcale nie popiera ciągłego pakowania się w kłopoty i znajdowania zwłok, ale dziewczyny są nieugięte. 

A intryga jest bardzo ciekawa i została, mimo lekkości formy, potraktowana poważnie. 

Ktoś kradnie, ktoś zabija, ktoś straszy. 

Wszystko wygląda dość nieszkodliwie, ale czy takie jest? 

W powieści skrzy się od humoru i zabawnych powiedzonek, nie brakuje dowcipnych dialogów. Urlop dwóch nauczycielek mógłby być nudny czy choćby zwyczajny, gdyby te nauczycielki same były całkowicie „zwyczajne”, ale nie są. To pasjonatki biologii, historii, zwiedzania oraz mocno kryminalnych zagadek. Przyznam, że sama miałabym ochotę na takie przygody, bo są po prostu i zabawne i ciekawe. 

W książce jest nieco odniesień do poprzednich przygód z nie całkiem martwymi zwłokami, ale każdy z tomów można czytać oddzielnie. 

Trzeba przyznać, że pojęcie „komedia kryminalna” w postaci tej książki zyskało zupełnie nowe oblicze. 

To nie chichot i gagi, nie żarty za wszelką cenę, nie aluzje i aluzyjki… To po prostu poważny kryminał w bardzo lekkiej, „relaksującej” wręcz formie, powieść, która o ciemnych sprawkach opowiada „jasnym” językiem, i w której wszystko jest równie ważne, ciekawa treść, zabawna forma, sympatyczni bohaterowie i w pewnym sensie „straszliwy” duch. 

Doskonale się bawiłam przy czytaniu. 

Polecam miłośnikom komedii kryminalnej, ale i kryminału na poważnie. Będziecie zachwyceni!

wtorek, 6 listopada 2018

Teatr pod białym latawcem - odczarowane oczarowanie.

 
ILONA GOŁĘBIEWSKA
TEATR POD BIAŁYM LATAWCEM


„Teatr pod białym latawcem” jest drugą, przeczytaną przeze mnie książką Ilony Gołębiewskiej i to co rzuca się w oczy od pierwszych stron, a nawet akapitów, to, to, że ta książka jest inna. Pierwsze wrażenie jakie miałam czytając było takie, że autorka niesamowicie rozwinęła swój warsztat literacki, a nie mówimy o autorce słabej, czy nawet średniej, a o kimś kto pisze i pisał dobrze, jeżeli nie bardzo dobrze. Co to zmienia w odbiorze powieści, bardzo wiele bo oto mamy przed sobą książkę napisaną i bardzo dobrym i bardzo dojrzałym językiem. Jest to, zważywszy na temat bardzo ważne bo poruszony temat nie jest tematem łatwym. 

Jest to też, jak obecnie się mówi „powieść pisana emocjami”. Mimo, iż jest to w założeniu powieść obyczajowa gdzie autorka porusza temat przyjaźni, międzyludzkich, (często dobrych i bezinteresownych) układów, nie ukrywam, że pomoc bliźniemu jest tu i ważna i pięknie pokazana, to jednak bardzo ważnym elementem jest też codzienne życie, codzienne dylematy, czy zawieruchy, które potrafią to życie skomplikować. 

Innym ważnym elementem jest w pewnym sensie przypadek, który pokazuje nam świat istniejący obok, ale taki, do którego nie mamy, albo nie chcemy mieć wstępu, bo nas… nie dotyczy. 

Postać Eleny Nilsen to piękna aluzja do wielu wspaniałych ludzi, którzy zeszli ze sceny, a jednak mimo wieku czy życiowych zawirowań poświęcają się innym. 

Tyle, że życie też jest w jakimś sensie teatrem.

Życie to żywa scena, po której przechadzają się różni aktorzy i grają w różnych sztukach. Czasami wbrew własnej woli, zaskoczeni przez splot sytuacji”. 

Jest też wypadek i trauma. Śmierć i niepełnosprawność, niepełnosprawność tym trudniejsza, że dotyka kogoś, kto kiedyś był sprawny i nie jest to tylko kwestia niesprawności fizycznej, ale też intelektualnej, która odbiera kontakt i często nadzieję… 

Trudno jest pisać o takich sprawach z optymizmem, a jednak autorce się to udało. 

Latawiec, wiatr, teatr… nadzieja na wolność i symbol trwania, ale też odmiany, a może przemiany dla niektórych? 

Autorka nie odeszła jednak od pewnego cechującego jej książki motywu. Jej książki są przesiąknięte przeszłością, która w jakimś sensie stanowi przeciwwagę ale i podstawę opowieści. W poprzednich książkach był to stary dom i tajemnice wojenne, tu jest to teatr przedwojennej Warszawy i wojenne także losy niektórych z jej mieszkańców. Przytoczony w słowach i obrazach w opowieściach o matce i córce, ale jednak bardzo obecny. 

Opowieść to nie tylko Warszawa, bo losy rzucały ludzi po całej Polsce ( i nie tylko), to tereny zajęte przez sowietów, opór, NKWD, propaganda. 

Gdzie leży granica między nadzieją a naiwnością” 

Pyta autorka i w pewnym sensie jest to pytanie, które zadaje sobie każdy z nas, w każdym razie wielu z nas. 

Czy zemsta ma sens? I nie chodzi o samą zemstę, ale o jej konsekwencje … Czy warto pielęgnować nienawiść w sercu zatruwając się nią codziennie? 

Co można poczytać za wielką zaletę tej powieści to to, że wszystkie wątki są pozamykane, pieknie poprowadzone i dopracowane na dodatek ciekawe i , naprawdę, niełatwe do rozgryzienia, a bohaterowie nie są ani z diamentu ani z betonu, to misterne twory ulepione z dobra, zła, lęku, wahania i nadziei… i miłości. Można by się tu doszukać pewnych schematów powieściowych, ale nie są aż tak bardzo widoczne, w każdym razie nie rażą. 

Przyznam, że dobrze czytało mi się tę powieść i nie zaliczyłabym jej do typowych obyczajówek, a raczej do prozy nieco bardziej wymagającej, ale nie przerażajcie się, czyta się bardzo dobrze,a autorka idzie w naprawę dobrym kierunku odczarowując „obyczajówkę” z bezsensownej paplaniny o byle czym.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Zuzka nikogo nie szanuje...


Zaczęło się od tego, że Zuzka ( kto zna Zuzke, ten wie jaka bywa dociekliwa - już o niej wielokrotnie pisałam)  przyszła ze szkoły z oświadczeniem, że się nie zgadza. 

Ponieważ Zuza nie zgadza się programowo z niczym, ma w końcu czternaście lat i piętnastkę na karku, a to najlepszy moment, żeby zmienić świat i się ogólnie nie zgadzać, więc się specjalnie nie zdziwiłam. 

- Ale z czym się nie zgadzasz? Chodzi ci o ekologię? 

- Nie. To znaczy tak, ale nie. 

- Chodzi o polowania? - Zuzka nienawidzi myśliwych, którzy zabijają dla przyjemności. 

- Nie… Tak, ale też nie. Nie tym razem! 

- No to o co chodzi? 

- O szacunek. 

Szybko przeleciałam w myślach wszystkie możliwe cuda związane z szacunkiem i bezpośrednio z Zuzką i doznałam „bolesnej pustki” - poetycko rzecz biorąc, bo skoro pustka jest pustką boleć nie powinna. 

- Nie zgadzasz się z szacunkiem? 

Nie bardzo rozumiałam temat. 

- W ogóle tak, ale nie za bardzo… Mam mętlik w głowie – odpowiedziała naprawdę zasępiona. 

- No i? 

Wreszcie się rozgadała. 

- Wczoraj jakiś facet, poeta chyba, czytałam na FB wyzwał jakąś blogerkę od gówniar i coś tam.... Poszło o szacunek, że ona nie ma szacunku do starszych bo facet ma siedemdziesiątkę, a ona ledwie osiemnaście lat, no i on ją wyzwał i w ogóle, że chamstwo, że niewychowana, że gówniarzeria. Ona się nie bardzo nawet odzywała. Była bardzo ą, ę i no… grzeczna. On na to, że jej rodzice to chamy i jej nie wychowali jak należy… No i ja teraz mam problem. Z tym szacunkiem do starszych… Trzeba szanować starszych tak? 

- No tak… Oczywiście, powinno się. 

Zuzka pokiwała głową ze smutkiem. To musiało być straszne, bo Zuzka i smutek to dwie rzeczy nie do pogodzenia. 

- Za co mam ich szanować tych „starszych”, za to, że dożyli późnego wieku? No ciotka, powiedz mi, w takim razie czy powinnam szanować Hitlera? Stalina? Czy tego, jak mu tam Trynkiewicza? 

- Ani mi się waż! Nie powinnaś! A szanujesz ich? 

- Nie, ale chodzi o to, że oni są starsi.. 

No i teraz ja mam problem. 

Poważny

Jak z tym jest? Ten szacunek do starszych ( nie powiem, miła perspektywa, ale nie korzystam, staram się zasłużyć nie wiekiem, a czynem), ale… 

Szacunek należy się każdej osobie. Nie tylko starszej, młodszej też! Każdej… 

I tu mnie Zuzka zabiła… 

Jeżeli jedynym kryterium szacunku będzie wiek, to mamy problem.
I co wy na to?

sobota, 3 listopada 2018

Opowieść snująca się jak dym z ogniska...





TOMASZ NIEDZIELA

IDĄC PO GÓRACH

Właśnie zarwałam noc, ale będzie to dla was pewnym zdziwieniem, przeczytałam książkę, która została wydana już kilka lat temu bo w 2011, niepozorna, nieznana, przedziwnie poetycka i… bardzo inna. 

Ta powieść to opowieść. 

Nie, nie pomyliłam się! Tak właśnie chciałam napisać. Ta powieść to prawdziwa opowieść snująca się jak dym z ogniska, poetycka, dziwna, drążąca, zamknięta w fabularną klamrę pewnego zdarzenia, choć jakby zwyczajna to jednak niezwykła. 

Opisuje to coś, co każdy z nas ma w sercu, ale już nie w głowie. Dorastamy i wydaje nam się to jedynym możliwym wyjściem. Gonimy, za pieniądzem, za okazją, nie odpuszczamy, kolejne zlecenie, kolejny krok do przeszłych zarobków… Sortujemy znajomych na tych, którzy mogą się przydać, i takich, którzy nie są nam (już) potrzebni. Gdzieś w przeszłości snuło się nasze życie. Teraz nie żyjemy, teraz musimy zarabiać. 

Odłożyliśmy marzenia na półkę, a wraz z nimi serce, czasami też przyzwoitość. 

Jurij, główny bohater, to człowiek żyjący obok. 

Każdy z nas takich zna. To są znajomi, koledzy ze studiów, przyjaciele, którzy poszli inną drogą… Tacy, których wtedy się kochało. Zdolni, czasami genialni, ale bez chamskiej siły przebicia. Tacy, co pozostali sobą. Nie załapali się na wyścig szczurów

Ta ich niezgoda na doroślenie, na zwykłe życie. 

Myślimy o nich „O Boże, jak się ten chłopak zmarnował”, a równocześnie im zazdrościmy pewnej swobody myśli, poezji duszy i podejścia, które nie krzywdzi nikogo… 

Każdy z nas zobaczy w nim kogoś bliskiego. 

Jurij pozostał wierny swoim ideałom. Zresztą czy na pewno? Żyje na tyle obok, żeby nie wykorzystywać czy krzywdzić. Radzi sobie, choć sobie nie radzi. 

Taka jego uroda. 
Zresztą to jest tez opowieść o miłości... Też, nie tylko!

W tle Bieszczady. Kto nigdy nie był w Bieszczadach po tej książce zapyta sam siebie dlaczego jeszcze tam nie był, ale nie chodzi o góry przejechane samochodem… Chodzi o te prawdziwsze, z codziennym zmęczeniem, mgłą poranków, zapachem drzew. 

Pięknie napisana opowieść. 

Pięknie, dziwnie, cudnie! Napisana językiem jakiego trudno szukać u wielu pisarzy, dopracowanym, doskonale wyważonym, choć lekkim, z aluzjami literackimi i poetyckimi, ale ja wzięłabym tę książkę i potraktowała jak poduszkę, przed snem, żeby ją odrobinę rozrzedzić. Choćby fizycznie, żeby książka jako materiał stała się odrobinę mniej ściśnięta. Jej trzeba przestrzeni, nawet tej papierowej! 

Bo jako opowieść jest bardzo mocno skondensowana. Nie ma w niej zupełnie nic zbędnego. Każde słowo i zdanie ma znaczenie. 

Gdyby wydać ją w innym wydawnictwie zyskałaby bardzo wiele. Przyznam, że w poetyce tej opowieści się zakochałam, choć oczywiście sądzę, że to nie ostanie i pewnie nie najlepsze dzieło autora...

środa, 31 października 2018

Golizna ściśle kontrolowana!


Wczoraj był obchodzony w Polsce „dzień spódnicy”, która została obwołana ostoją tak zwanej „kobiecości”, gdyż, kobiecość to pokazywanie „nóżek”, które tak się męskim oczom podobają… 

Na stronie jakiejś szkoły tak napisali, nie przytoczę, szukając spódnicy ( jakiejkolwiek) w mojej szafie zgubiłam część mózgu, tak już mam… 

Nagle zdałam sobie sprawę, że kobiecość wcale kobieca nie jest. Jest oczywiście męska. Tylko i wyłącznie męska, bo do mężczyzn należy, i nie, nie podejrzewajcie mnie o jakieś „gendery” czy inne propagandy, ja stwierdzam jedynie fakt… 

Przecież to mężczyźni decydują co jest kobiece, prawda? 

Kiedyś miałyśmy być „rubensowsko” płodne, - choć o Rubensie jeszcze nikt nie słyszał, potem zakryte od góry do dołu, tak, że pokazanie kostki było wykroczeniem przeciw moralności, a odsłonięta łydka u teatralnych aktorek powodowała na widowni omdlenia i zawały. 

I wcale nie chodzi o modę… 

Kobiecość została określona. Kobieta ma być delikatna, piękna, zwiewna, spolegliwa ( ach, jakież piękne i kobiece słowo), powinna urodzić sześcioro dzieci, prać, sprzątać, gotować. Może nie myśleć… 

Do niczego nie będzie jej to potrzebne. 

Oczywiście zdarzają się wynaturzenia… choćby te biedne nieszczęsne kobiety z doktoratami. 

Ale ja nie o tym, a o kobiecości, bo ona nie do końca jest taka znowu dowolna. 

Zapytałam więc jak to z tym jest i pewien znajomy mi powiedział. 

- Każda kobieta powinna być kobieca i pokazywać nogi! - odpowiedział. 

- Ale każda, każda? 

- Oczywiście pod warunkiem, że jest młoda i szczupła! 

Tak więc drogie panie... 

Nie wolno pokazywać „grubaśnych łyd”, tłustych wałków”, „chudych, starych szkit”, sutków, cyców, golizny… 

Jesteś zgrabna po czterdziestce? Po co ci to? Lepiej byś zajęła się czymś co bardziej ci przystoi, co prawda na 500+ już nie zarobisz, ale choć szarlotkę upiecz. Sąsiad się ucieszy. 


Wczoraj na jednym ze zdjęć z pewnej biblioteki pokazałam kawałek ramienia ( bez SUTKÓW i bez cycka, to było ramię) Fakt nagie… i to był przypadek. 

I co? 

- Ubierz się stosownie do wieku krowo!- przeczytałam w wiadomości prywatnej - W tym wieku to lepiej coś czarnego, długiego, a nie leginsy i świecenie golizną. 

Już wyobraziłam sobie siebie w burce… 

- Aleee o co pani chodzi? - odpisałam zaskoczona. 

- Kobiety mają się ubierać przywozicie i porządnie!  Długa czarna spódnica, jakiś golf a nie cycki na wierzchu!

Cycków nie zauważyłam, ale to, że pani rości sobie prawo do decydowania o moim życiu już tak.
- A pani ubiera się przywozicie? - zapytałam w sumie nie wiedząc jak zareagować.
- Jak pani śmie o to pytać! Oczywiście, że tak! – odparła kobieta 

- Proszę przesłać mi kserokopię zaświadczenia z Urzędu do Spraw Certyfikacji Przyzwoitości! - rzuciłam dla żartu, ale baba nie pojęła. 

- A to jest taki urząd? - zapytała mocno zaskoczona. 

- Nie ma! I dlatego będę się ubierać tak jak chcę, a rodzimym Talibom nic do tego! Wara od mojej szafy, moich spódnic, sutków, golizny i leginsów! 

Jak będę chciała to przejdę przez miasto w masce gazowej! 



poniedziałek, 29 października 2018

Trzy koperty - KOSZMARNA książka, którą TRZEBA przeczytać!



NIR HEZRONI

TRZY KOPERTY

Media Rodzina


Niesamowita, straszna, potworna, dwie noce koszmarów, uprzedzam – musicie przeczytać. 

Ta książka to tłumaczona z hebrajskiego opowieść o agencie 10483 – już jego numer może wskazać, że nie był on jedynym takim… kimś… 

Agentem? Zabójcą? Mordercą? 

Powiedzmy, że wywiady rożnych państw dokonują rożnych rzeczy w rożny sposób. Nie fascynuje mnie to, ale to istnieje. 

Wiemy o tym. Czasami takie teksty przebijają się do gazet. Wierzymy w nie? Powątpiewamy? Śmiejemy się z kolejnej teorii spiskowej? 

No to już nie będzie nam do śmiechu! Zaręczam! 

Ludzie zabijają z rożnych powodów, ideologicznych, finansowych, politycznych, ale są i tacy, którym sprawia to przyjemność. 

Znacie to powiedzenie, że jeżeli robisz to co kochasz, nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu? Cudne, prawda… No i wygląda na to, że można by powiedzieć, że „psychopata w służbie społeczeństwu...” 

Zresztą zawsze gdzieś znajdzie się jakiś paranoiczny, inteligentny dzieciak, który wyrośnie na kogoś takiego jak Derkacz z książki Oryks i Derkacz Margaret Atwood. Na kogoś takiego jak agent 10483.  Tylko, że tam to SF, a tu, czysta żywa groza...

Nie, stop! Nie o to chodzi. Ta książka to toś zupełnie innego. Chodzi bardziej o to kto to zrobił. NAPRAWDĘ kto to zrobił. Przecież młotek to tylko narzędziem jest prawda?

Narzędziem może być też człowiek, mózg, lek, lęk… 

Książka niesamowita i powiem wam, że nie mogę sobie z nią poradzić, bo już nie wiem kto jest naprawdę (ale tak naprawdę) tym psychopatycznym zabójcą, przy który Hannibal Lecter, to przedszkolak… 

Moich snów z pewnością byście mi nie pozazdrościli, ale dochodzi do tego lęk, jeżeli naprawdę tak można, to z każdego… to każdy… to nie wiem... 

Szkoda, że nie mogę wylać w tym miejscu rzeki słów, ale nie mogę. Czytajcie, a potem pogadamy, może przesadzam? Może za delikatna jestem? A może mam rację… 

Ta książka budzi gniew, lęk i grozę… 

Czy wolno ratując jednego człowieka zabić innego? Czy wolno zabić jednego ratując wielu? Czy życie za życie ma sens? 

I czym jedno istnienie jest lepsze od drugiego? 

Przyznam, że z moralnego punktu widzenia budzi to mój potworny sprzeciw. 

Czy rekrutacja tego akurat człowieka na agenta była błędem, czy może to zupełnie inna bajka? 

KOSZMARNA książka, którą

TRZEBA przeczytać!

niedziela, 28 października 2018

„Dziedzictwo” i „Kołysanka” - monumentalna opowieść o przeszłości

KRYSTYNA JANUSZEWSKA

DZIEDZICTWO
KOŁYSANKA


Krystynę Januszewską znam od lat ( także prywatnie), ale „z dziobków sobie nie pijemy”, Dlaczego? Bo ani ona, ani ja nie mamy takiego charakteru. 

Książki Krystyny Januszewskiej uwielbiam, ale nie są to książki łatwe. 

To jej nieco reymontowskie podejście do opowieści czasami ludzi zraża, a nie powinno, bo autorka, choć pisze powieści, które bywają wkładane do worka z powieściami obyczajowymi nie są takie jakby można się spodziewać. Po pierwsze są prawdziwe, a ich prawdziwość mierzy się losami ludzi, których opisuje. Pisze bowiem, o ludziach, którzy istnieli, żyli, gdzieś żyli, gdzieś zmarli, ale swoim istnieniem spowodowali istnienie innych ludzi. 

W jej powieściach nie znajdziecie łatwej akcji, zabawnej treści, ani rozmów o tzw. „dupie Maryni” ona pisze o życiu, o świecie, ale też o historii… Czasami o historii umierania. Bo przecież życie właśnie tym jest. 

Jednakże jej powieści nie są ani smutne, ani nudne, to powieściowe rzeki. Strumienie myśli. Osobność w każdym człowieku zebrana w mocny nurt trwania. 

Kiedy czytałam „Przytulać kamienie” byłam wręcz zazdrosna o to jak ona potrafi opisać najmniejszego nawet pajączka… 

To autorka o wiele bardziej wymagająca, o wiele bardziej literacka niż wiele innych współczesnych pisarek, bo… Bo nie koncentruje się na akcji, a na słowie. 

To jest jej wielka i niesamowita umiejętność. Zresztą w sumie, na tym właśnie powinna polegać literatura… 

Nie, nie deprecjonuję mówiąc to innych pisarek, po prostu doceniam kunszt. 

„Dziedzictwo” i „Kołysanka” to powieści właśnie z takiego nurtu. Trudne, choć lekkie, smutne, choć pogodne. 

Są pogodne życiem, smutne mijaniem, a przecież życie właśnie tym jest. Mijaniem pokoleń. 

Obie książki obrazują życie ( w dużej mierze, ale oczywiście nie zawsze udokumentowane) pewnej rodziny… Rodziny autorki. Opisuje, a właściwie pokazuje całą życiowa drogę od tych co kiedyś, do tych co teraz. Wyda wam się to nudne? 

Otóż nie! To jest piękne i pięknie napisane… 

Nie jest to może szaleństwo akcji, choć to co się w nich dzieje pędzi z pokolenia na pokolenie w szaleńczym tempie. 

Wielkie nadzieje, piękne miłości mrą jak kwiaty w ogrodzie życia, a w tle historia. 

Znamy ją, niestety niełatwa. 

Znajdziemy w tych książkach to co znamy z opowieści rodziców. To historia nas samych, naszych rodzin, dziadków… pradziadków… Tylko, że my sami nie umieliśmy słuchać, a ona słuchała, żeby napisać. 
Nie chcę smęcić. 

Te dwie książki, to przepiękna, wręcz monumentalna opowieść o przeszłości. Opowieść, która choć na chwilę wskrzesza ludzi, którzy przeminęli. 

Nie będę pisać o treści bo po pierwsze się nie da, pod drugie to byłoby bez sensu… To trzeba przeczytać. Tylko wtedy można docenić piękno słowa i treści. 

Inna sprawa to okładki, są trochę nieadekwatne. Sugerują zwykłe powieści obyczajowe, a przecież to nie tak, to są niezwykłe powieści ( może odrobinę) obyczajowe. 

W każdym razie ja zachęcam. Bardzo. 

To taka literatura, która otwiera oczy, serca, pamięć… i jest piękna!

sobota, 27 października 2018

Grupy fanowskie... Zło z łapanki!

Och, jakże trudno mi to pisać, ale szanowni koledzy ( choć bardziej koleżanki) po piórze, klawiaturze, laptopie, kompie i wszelkich nowoczesnych maszynach do pisania… PRZESTAŃCIE! 

Ja wiem, że grupy fanowskie to fajna sprawa. Wiem, że dobrze je mieć, choć ja takiej właściwie nie mam, była jedna, założona nawet bez mojej wiedzy, ale umarła śmiercią naturalną kilka lat temu, co na FB zdarza się nader często, ale…. 

Mogę być fanem tego, czy innego pisarza, ale wolałabym nie być fanem z łapanki! Mam wolną wolę… Tak jakby…. Choć czasami wydaje się to iluzją. 

Mogę być fanem, tej czy innej pisarki, ale zanim nim zostanę powinnam coś danego autora przeczytać! Cokolwiek, choć JEDNĄ książkę! Nie chce być fanem w ciemno i ciemnym jak tabaka w rogu i będąc w takiej grupie zaświadczać ( bo przecież tak jest), że autor, autorka pisze świetnie. Zaświadczę to jeżeli to prawda, ale żeby tego się dowiedzieć… MAM OBOWIĄZEK coś przeczytać. Dziwne? Moim zdanie logiczne, nie dziwne! 

Że przeceniam wartość grup fanowskich? 

Wcale nie! W kilku jestem z własnej woli i czuję się w nich świetnie. Do kilku mnie wrzucono jak śmiecia do kosza, bez pytania, bez powiadomienia, bez refleksji i jestem wściekła…. 

Jaka jest wartość takiego fana z łapanki? 

Liczbowa… 

Jest statystyką. 

Robi tłum, a czasem stanowi coś w rodzaju słupa ogłoszeniowego. Mnie się to nie podoba. Nie lubię być tak traktowana. 

Wiem, że pewnie, nie robią tego sami autorzy, a administratorzy w ferworze zachwytu, ale…. Drodzy administratorzy NIE IDŹCIE TĄ DROGĄ! 

To ślepy zaułek… 

Więcej to autorowi robi szkody niż pożytku. 

Gdyby ktoś napisał do mnie w stylu: 

- Jeżeli czytałaś coś mojego i podobało ci się, zapraszam do grupy fanowskiej. 

Nie byłoby to jakieś super inteligentne, ale do przyjęcia… 

Ale robienie z innych autorów swoich własnych fanów, bez ich wiedzy i zgody, a czasami wbrew logice ( skoro nie przeczytali nawet zakładki promującej książkę) jest mocno niefajne. 

A teraz drodzy, koledzy i koleżanki, możecie się na mnie obrazić, ale będę fanem tego autora którego pisarstwo pokocham, ( autor może być gruby, siwy, bezzębny i garbaty - nie będę fanem CZŁOWIEKA, ale jego pisarstwa), a grupy fanowskie będę sobie wybierać sama…

piątek, 26 października 2018

Flirtując z życiem - zupełnie inna bajka!

 DANUTA STENKA
ŁUKASZ MACIEJEWSKI

FLIRTUJĄC Z ŻYCIEM

ZNAK LITERANOVA

Aktorstwo nie jest równoważne z celebrytyzmem i to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, a zawód aktora to nie to samo co nieco „łapankowe” aktorstwo serialowe ( nie mówię to oczywiście o wszystkich aktorach) czy paradokumentalne, które bywa tak straszne, że komórki mózgowe wysyłają nam ultimatum, „albo to wyłączysz, albo popełnimy harakiri”. 

Nie jest to też tak modne teraz „granie” opierające się na tych czy innych walorach zewnętrznych , ale na pewno nie na wiedzy i umiejętnościach, czy emocjach. Mam zresztą nadzieję, że dla wielu ludzi jest zrozumiałe. 

Wszyscy oczywiście denerwują się na książki pisane przez osoby znane tylko z tego, że są znane, pisane pod nazwiskiem tychże osób przez ghost writerów wszelkiej maści. 

Taka teraz moda, że każdy bywa na ściance powinien na niej stanąć z własną autobiografią… 

Dobrze, że nie wszyscy w to wierzą! 

Danuty Stenki można nie lubić, nigdzie nie jest powiedziane, że każdy musi ja uwielbiać, ale nie można powiedzieć, że jest nudna, czy płytka. 

A książka? 

To nie jest drętwy panegiryk połączony z książką kucharską i podstawami jogi. ( Co niestety jest ostatnio powszechne). 

Ta książka to zupełnie inna bajka. To wywiad, zresztą świetnie przeprowadzony z aktorką wielkiej klasy, której osiągnięcia zna wielu z nas. 

I nie, nie jest to laurka, każdy inteligentny człowiek wie, że jeżeli ktoś opowiada bajki, w których nawet plastikowe kwiaty pachną fiołkami, to taki tekst jest i nudny i przesłodzony. 

Tu mamy wszystko. Wiele osiągnięć i trochę potknięć i… Co bardzo ciekawe… bardzo dużo o pracy, niewiele o życiu osobistym. 

To nie ekshibicjonizm jak w wielu przypadkach, gdzie rozmowy o rozmiarze biustu przeharatają się z rozmowami o menopauzie. To po prostu świetna opowieść o aktorstwie. 

Dla mnie fascynująca, bo nie ma tu ani plot, ani ploteczek, nie ma odkrywania cudzych tajemnic i żerowania na zamiłowaniu do sensacji. To opowieść o życiu. Ciekawym, wręcz fascynującym, może nie trudnym, ale też nie takie znów lekkie, opowieść o aktorstwie, które jest tu sprawą najważniejszą. O drodze życiowej, o której wielu marzy, ale mało kto dysponuje takim talentem by jej podołać. 

Świetnie napisana, lekka, ciekawa, fascynująca. Wręcz w wielu sprawach odkrywcza. 

Polecam miłośnikom tego typu książek, bo warto, a tym, którzy nie lubią sugeruję by spróbowali, bo mogą się zakochać w takiej literaturze. 

Jakby to brzmiało… Miłość od pierwszego wywiadu? 

Bo to taki flirt z życiem, z wywiadem, z czytelnikiem… Niewinny , ale też wciągający. 

Warto.