poniedziałek, 19 lutego 2018

O profesorze słów kilka...

 Julia Kalęba

PREZES SEKCJI GENIUSZY

Bardzo trudno recenzuje się – czy też jak kto woli pisze się opinię o książkach, które są zbiorami anegdot, bo, co oczywiste, choć mają treść i to bardzo ciekawą, nie posiadają akcji jako takiej, bo akcja w zamknięta jest w każdej anegdocie jak w mydlanej bańce, a przecież nie jest zadaniem recenzenta streszczanie( a wręcz przeciwnie, nie jest w recenzji ani dobre, ani mile widziane) czegokolwiek, a już tym bardziej opowiadanie, czy przytaczanie zawartych w publikacji anegdot.

Nie. To już dziedzina, w którą czytelnik wkroczyć musi sam. Nie można mu tej przyjemności odbierać.

Ponieważ jednak książka mimo, iż zatytułowana jest „Prezes Sekcji Geniuszy” ma też drugi tytuł, lub jak kto woli podtytuł,: „Portret Jerzego Vetulaniego”, trzeba odrobinę przybliżyć jej bohatera. Publikacja ta dotyczy anegdot zaczerpniętych z życia wspaniałego człowieka i genialnego neurobiologa oraz jednego z największych polskich uczonych naszych czasów, ale też człowieka, w którym był więcej niż obraz świata, więcej niż jeden geniusz, a także więcej niż jeden talent. Nie był ponurym, smętnym, nudnym naukowcem, Wyraźnie pokazywał, że można być naukowcem bez bycia smętnym i nudnym. Interesował się światem, a nie tylko swoją dziedziną, czuł się człowiekiem kultury, myślicielem, ale też zwykłym zjadaczem chleba i przyjacielem.

Tył okładki określa go takimi słowami jak: PROFESOR, ŁOBUZ, MĘDRZEC, BŁAZEN, GENIUSZ.

Prawda, że trudno sobie wyobrazić te wszystkie określenia razem i znaleźć kogoś do kogo by pasowały?

Tytuł zbioru anegdot, o którym mowa odnosi się do jednej z przytoczonych tu dowcipnych historyjek. Kiedy to od Piotra Skrzyneckiego w Piwnicy pod Baranami, gdzie jak twierdzą niektórzy w tym Wikipedia Vetulani bardzo się udzielał, w połowie lat 50 władza zażądała by podzielić pracujących tam artystów na sekcje, powstała wówczas między innymi Sekcja Zwłok i Sekcja Geniuszy, do której Vetulani wpisał także i siebie, twierdząc, że jest geniuszem, co rzeczywiście było prawdą.

Z książki dowiemy się jak profesor ratował koty, które były kupowane po to by na nich potem prowadzone były doświadczenia, jak potrafił bawić wszystkich, ale też równie często wszystkich wkurzać. Cenił ludzi nieposłusznych, ale myślących bardziej niż grzecznych i potulnych. Uważał, że w Polsce uczenie typu szkolnego w bardzo niewielkim stopniu ( o ile w ogóle) rozwija mózg, bo szkoła uczy posłuszeństwa i rozwiązywania testów, a życie w ogóle na tym nie polega.
 
Jego podejście do marihuany ukazane w książce „A w konopiach strach” książce – wywiadzie przeprowadzonym z profesorem Vetulanim przez Marię Mazurek zawsze było szczególne i wiele anegdot tego podejścia dotyczy, tak jak i samego wywiadu.

Profesor jako jedyny wspierał swoim nazwiskiem i autorytetem legalizację marihuany i działania stowarzyszenia Wolne Konopie.

Był bezkompromisowy i odważny.

Mówił, że nosi legginsy zamiast kalesonów, bo woli „wyglądać jak podstarzały paź niż umierający starzec”.( n 139)

Był osobą bardzo pozytywnie nastawioną do ludzi, dlatego też jak sądził odniósł sukces był też bardzo pracowity i ciekawy świata.

Zbiór anegdot poświęconych profesorowi Jerzemu Vetulaniemu opracowany został na podstawie wielu publikacji, których spis znajdziemy na ostatnich stronach książki.

W opowieściach o profesorze przewijają się wielcy naukowcy, ale też wielcy artyści, ludzie z pierwszych stron gazet, jak choćby papież Jan Paweł II, ale też pieśniarze jak Leszek Długosz oraz ludzie nauki.

Eksperyment z bombą jajeczną ...


Jak już się bombę ( jajeczną) dostało z dalekich, dalekich krajów ( w tym momencie moja mama zawsze dodaje daloko, daloko gdzie kaczajut tumany, a moja córka oświadcza, że tumany to koczują wszędzie) to trzeba ją wypróbować. 

Ja dostałam od Alicji ( kto wie, ten wie) takie dwie bomby, jedną nieco bardziej niebezpiecznie zębatą, która także obcina kiwi – ale nie jest do tego przeznaczona...

To tylko moja natura.
Zawsze usiłuję kombinować...

Otóż oświadczam, że jest to wynalazek wszech czasów, idealne, cudne, wspaniałe ustrojstwo bez którego nie wyobrażam sobie życia.

Inna sprawa, że ta bomba z kulką życie ułatwia niesamowicie!

Jajko jest tak wspaniale odcięte ( to znaczy skorupka), że szok!

Nie trzeba się obawiać, że kawałki skorupki wpadną do środka, że będą chrzęścić w zębach, że choćby zniechęcą dziecko do jedzenia jajka.
Idealna do jajek na miękko, półtwardo i twardo.


Bomba zębata, choć sadziłam, że gorsza jest równie genialna. JEST co dziwne OSTRA i odcina skorupki zamiast je miażdżyć.
Bardzo polecam !

A na dodatek zabawa przednia i wyobraźnia ma też wielkie pole do popisu.

Mnie udało się zdobić dzięki tej z kulką statek kosmiczny z jajka oraz planetę z pierścieniami jajecznymi :)
Wspaniałe.

Dostałam to od przyjaciółki, nie od żadnej firmy, więc tego... możecie być pewni mojego polecenia na 100%


czwartek, 15 lutego 2018

Kleszcz księgarniany potrzebny od zaraz...


Nie wiem jak to się nazywa, ani czy istnieje taka jednostka chorobowa, albo fobia, ale się boję.... sprzedawców. 


Tak, właśnie sprzedawców wszelkiej maści i wszelkiego typu, i wcale nie chodzi o te porządnie straszne peerelowskie sprzedawczynie z mięsnego, które jak rzuciły mięso na ladę i mięsem za mięsem, to aż uszy puchły, ale człowiek wiedział, że żyje.
I wcale nie chodzi o te porządnie wredne sprzedawczynie w sklepie ogrodniczym, gdzie czasami pojawiały się rajstopy, a dwa razy w roku plastry na odciski. Każdy cenił te kobiety, które warczały swojsko w stylu:
- Berze czy nie? Ludzie czekajom! - a groźba pobrzmiewająca w ich głosach budziła miły dreszczyk emocji i ożywienie w kolejce.
Tamte jakoś mnie nie przerażały, ja boje się tych obecnych, współczesnych sprzedawców. Bo w tej chwili wykształcił się u nas specyficzny rodzaj pracownika sklepowego – sprzedawca kleszcz.
Taki jak się przyczepi to nie opuści klienta nawet na chwilę. Będzie zagadywał, warował pod przebieralnią, proponowała kolejne towary, równocześnie patrząc wrogo w kierunku twojej torebki, jakby mówił „wyciągaj portfel albo nie udawaj, że chcesz coś kupić, pewnie i tak cię nie stać”.
Najgorsze są sklepy z ciuchami, ale w aptekach też bywa paskudnie.
- Może maść na pryszcze? Coś na porost włosów? Na siwienie, łysienie, drętwienie...
Uciekam z takich miejsc, ale... No po prostu czasami muszę robić jakieś zakupy. W marketach jest o wiele lepiej, one gwarantują święty spokój o ile nie robią jakiegoś cyrku z hostessami, które biegają za klientami z nabitymi na patyczki kawałkami zeschłych bułek i zwiędłych wędlin.
W każdym razie sprzedawca kleszcz obecny jest wszędzie. Zna towar, wie co gdzie jest, zanim zdążysz się odezwać oceni rozmiar buta, ilość centymetrów w pasie i zawartość portfela.
Jedynym jednak miejscem gdzie kleszcz by się przydał, a jakoś się nie umie zadomowić są księgarnie.
Miło by było, gdyby od razu od wejścia ktoś z inteligentnym uśmiechem wskazywał odpowiednią półkę, oceniwszy swoim księgarskim zmysłem, że dziś mamy chandrę, a na chandrę tylko Rudnicka, albo Rogoziński. Gdyby taki kleszcz zobaczył, że mamy mord w oczach szybko podsunąłby ostatniego Mroza, albo Lackberg, a gdyby oczy klientki świeciły miłością zza różowej mgiełki skierowałby ją wprost do działu z Mastertonem i Kingiem ( tak dla otrzeźwienia). Niestety to tylko marzenia...
Jakiś czas temu byłam w pewnym sklepie ksiegarniopodobnym ( takie też istnieją).
- Szukam dramatu „W małym dworku”.
- Kto to napisał?
- Witkiewicz.
Pani pogrzebała w swoim komputerku.
- Mieliśmy tylko „Czereśnie” - odparła – ale teraz nie ma.
- Ale to nie jego...
- Jak to nie jego? Witkiewicz zmieniła płeć? - dziewczynie oczy wyraźnie zaświeciły pudelkową radością. Szybko ją uspokoiłam i niestety rozczarowałam.
- Nie, to napisał Stanisław Ignacy Witkiewicz. Witkacy, facet – dodałam, dla pewności.
- No i widzi pani? Ludzie są beznadziejni, a już ci pisarze to szok! Jak tylko babka zrobiła karierę, to każdy się chce bujać na jej nazwisku.
- Ale on to napisał sto lat temu!
- Każdy może tak powiedzieć! Sto lat temu? To dlaczego wydał dopiero teraz? Ha?
I tak, wychodząc, ze sklepu ( księgarniopodobnego) i z szoku pomyślałam, że po raz pierwszy w życiu tęsknię za sprzedawcą kleszczem.
Życie czasami bywa nieprzewidywalne.


wtorek, 13 lutego 2018

Chńska bomba jajeczna...

Zapanowała u nas nowa... listonoszka, bo pani Zofia, którą znam od dwunastu lat rozchorowała się, po raz pierwszy na tak długo... I co mam powiedzieć, zmiany, zmiany, zmiany... 

Pani Zofia zawsze starała się jak mogła, pomóc, donieść ( nawet jeżeli nie był to polecony i ważył 3 kilo), ale znów powtarzam, do dobrego łatwo przywyknąć, a do niektórych zmian niestety bardzo trudno, od choćby do takiej, że w skrzynce jest awizo, choć... trzy osoby siedziały plackiem w domu.

( Pani Zofio, niech pani szybko wraca do zdrowia!)

Niestety takie czasy. Wiadomo. Awizowana paczka była ciężka. Naprawdę! Ważyła całe czternaście deko i miała gabaryty no,  w sumie kosmiczne jakieś 17 cm na 3. Rozumiem, że tej nowej ( i młodej listonoszce) musiało to bardzo przeszkadzać.

Poszłam więc z samego rana na pocztę. Oczywiście trafiłam na przerwę, ale to nie jest wina poczty, ja tak zawsze... Jak tylko jakieś biuro, urząd, czy placówka dowiaduje się, że idę natychmiast ogłasza przerwę. 

Wyczekałam więc te pół godziny – drugie okienko było czynne, ale przede mną dwadzieścia osób, jedna ze stosem listów i jakąś książką do wpisywania, inna z sześcioma rachunkami i trzema koleżankami
( które, wiecie panie wcześniej tu stały i każda miała szesnaście rachunków, pięć poleconych i ochotę na „jakąś ciekawą książkę kucharską siostry Anastazji, ale nie tę, i tę też nie, o może tamtą... Nie, też nie...)

Przetrwałam. Doszłam do okienka. Dostałam do reki tego giganta, którego nie mogła dostarczyć listonoszka.

I paczka, choć można by nazwać ją „paczunią” przyszła z Chin! Były tam na niej chińskie „krzaczki” więc pewnie zawierała jakieś zarazki, albo co? Może dlatego pani bała się jej tknąć?

W „macaniu” nie przypominała bomby, ale czy ja wiem jak w „macaniu” zachowują się bomby? Zwłaszcza chińskie?

Okazało się, że to „jajecznica” - ja tak to nazywam, takie coś do obcinania jaj... ( bez podtekstów – kurzych, kurzych) na miękko, od mojej kochanej Alicji.
No i teraz będę eksperymentować...

Pociąga się tę kulkę do góry, a potem łup w dół i to ma zadziałać.

Zdjęcie zrobiłam na „kurzym eksponacie surowym” za kulkę nie odważyłam się pociągnąć zwłaszcza, że eksperyment odbywał się przy komputerze, a jajka sadzone na klawiaturze to nie moja specjalność.

Pani Zofii, życzę szybkiego powrotu do zdrowia, bo bez niej oszaleję!







Znianawidzina i kochana...

Są tacy, którzy tę książkę lubią, są tacy, którzy odsądzają mnie za nią od czci i wiary, choć nie ma niej ani odrobiny seksu...
Recenzja, stara ale dla mnie właściwie nowa.


 PANI M

Zamknijcie psy i dzieci w pokoju, odłóżcie ostre przedmioty na bok. Nic nie pijcie i nie jedzcie, chyba, że chcecie opluć wszystko dookoła. Jesień za oknem, więc trzeba doładować swoje akumulatorki. Dziś będziemy się śmiać. Głośno i do rozpuku. Gotowi na Klątwę utopców?
Dagmara przez kilka dni musi zająć się swoim dziadkiem. Pomyślicie sobie, pikuś. Pogra z nim w karty, obejrzy parę seriali, zrobi mu coś do jedzenia, zabawi rozmową i wróci do domu zadowolona, że pomogła starszemu panu. Nic bardziej mylnego. Dziadek Dagi to specyficzny człowiek i za jego sprawą dziewczyna spędzi wakacje w zrujnowanym szpitalu psychiatrycznym na Roztoczu. Wszystko byłoby dobrze, w końcu sąsiedzi byli mili, gdyby nie to, że ktoś postanowił wymordować pół wioski. Na domiar złego okazuje się, że Dagmara może mieć z tym wszystkim coś wspólnego. Wygląda na to, że i ją dopadła słynna w tym miejscu klątwa utopców.
Nie znałam wcześniej nazwiska autorki. Nic mi ono nie mówiło i sięgnęłam po książkę w ciemno. Nieco obawiałam się tego, że specyficzny humor nie przypadnie mi do gustu. Na szczęście moje obawy były bezpodstawne. Mój egzemplarz książki nieco ucierpiał, gdy kilka razy poplułam go ze śmiechu. Nie wspomnę już o tym ile nakapało na niego łez podczas nagłych ataków, jak to mówi moja mama, chichrawki.
W książce króluje czarny humor. Autorka wyśmiewa pewne utarte stereotypy i robi to w naprawdę mistrzowski sposób. Nie ma tu ani krzty przesady, za co należy się jej głęboki ukłon z mojej strony. Klątwa utopców sprawiła, że za moim oknem na chwilę znów zaświeciło słońce. Dawno nie czytałam tak dobrej komedii kryminalnej z wyraźnie wykreowanymi postaciami. Dziadek Dagi po prostu rozwala system. Sama główna bohaterka też niewiele mu ustępuje i raczej trudno się z nią nudzić. Zastanawia mnie tylko to, co widziała w swoim narzeczonym, Filipie. Ja nie wytrzymałabym z nim ani jednego dnia i kopnęłabym go w siedzenie, otwierając drzwi, żeby szybciej przez nie wyleciał.
Jesteście ciekawi, kto postanowił wybić pół wioski? Ja też byłam. Autorka nie pozwoliła mi od razu odkryć tego, kim jest morderca. Nie potrafiłam odgadnąć kto stoi za tą krwawą jatką. I bardzo dobrze. Inaczej nie miałabym takiej przyjemności z czytania. Wolę być trzymana w niepewności, nie lubię, gdy wszystko jest od razu podane na tacy. Wtedy nie ciągnie mnie do lektury.
Klątwa utopców to moje pierwsze spotkanie z twórczością Iwony Banach. Bardzo udane. Mam nadzieję, że ta autorka zaserwuje czytelnikom jeszcze kiedyś jakąś powieść. Jeśli będzie podobna do tej – na pewno po nią sięgnę.
Polecam tę książkę fanom dobrego czarnego humoru. Odradzam tylko czytanie jej w środkach komunikacji publicznej. Uwierzcie mi, współpasażerowie nie patrzą się zbyt przychylnym okiem na osobę, która siedzi obok nich i dusi się ze śmiechu. Wiem to z własnego doświadczenia. Pozdrawiam przy okazji pewną starszą panią obrzucającą mnie zawistnym spojrzeniem, gdy starałam się zdusić chichot. To nie było zbyt miłe, że ostentacyjnie ciężko westchnęła i przesiadła się na inne miejsce, ale co tam. Przynajmniej dalej mogłam siedzieć nad książką i zaśmiewać się do łez. Dziękuję autorce za tę powieść. Oby więcej takich pozycji pojawiało się na naszym rynku wydawniczym.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Trochę tak, a trochę jednak nie...

IRENEUSZ CZESŁAW GLIŃSKI

WAUTYZMWZIĘCI

Tytuł „Wautyzmwzięci” zaintrygował mnie brzmieniem i odrobinę też swoja dwuznacznością. Taką na pograniczu zachwytu i uwięzienia co do autyzmu bardzo pasuje, szczególnie kiedy na to zaburzenie patrzeć z zewnątrz.

Dlatego też postanowiłam tę książkę przeczytać.

Autyzm to coś, co znam -  zaważył na moim życiu bardzo mocno, tak więc wiem o czym mowa. Rozumiem o czym pisze autor. Przeżyłam połowę tego, co o czym mowa w tej powieści. Połowę, bo nie każda osoba z autyzmem jest taka sama, ponadto nie wszystkie objawy są identyczne...

Z ciekawością więc zabrałam się do czytania tym bardziej, że autor sam doświadczył życia z autystycznym dzieckiem, a więc może nie jest „specjalistą”, (specjaliści od życia z osobami z autyzmem po prostu nie istnieją), ale jest jednak osobą, która doświadczyła tego o czym pisze, a to przecież ważne.

Ta książka to opowieść o opowieści. Dokładnie tak. Autor opowiada o tym, jak dwóch współlokatorów z turnusu rehabilitacyjnego rozmawia o autyzmie. Rozmowa rozciągnięta jest na kolejne wieczory i przeplatana zdarzeniami życia codziennego w uzdrowisku i dotyczy objawów, leczenia i wszelkich aspektów życia rodzica autystycznego dziecka, oraz samego życia z takim dzieckiem, nastolatkiem, a potem dorosłym człowiekiem.

Wszystko o czym opowiada autor jest prawdą, chodzi mi o to co dotyczy autyzmu, bo nie będę się odnosić do kwestii wiary. Wiara to sprawa intymna i każdy przeżywa ją inaczej.

Poznajemy więc dwóch mężczyzn, jeden z nich żyje od 25 lat z autystycznym dzieckiem ( i sądzę, że jest to alter ego autora), drugi podejrzewa, że jego wnuk też może być tym dotknięty, ale, ze względu na niezbyt dobry kontakt z córką, nie jest tego pewien.

To jest właściwie cała akcja powieści, która rozgrywa się podczas turnusu rehabilitacyjnego i w większej części ma miejsce w pokoju, ale przecież nie akcji po takiej książce powinniśmy się spodziewać.
Czego więc powinniśmy się spodziewać? To nie jest proste pytanie, ale książka trochę mnie rozczarowała. Zawarta w niej wiedza na temat tego zaburzenia bardzo się przyda osobom nie mającym do czynienia z autyzmem, a propagowanie jej jest bardzo ważne, ale...

Książka napisana jest w bardzo poprawny, ale niestety dość sztuczny sposób. Nie ma w niej ani cierpienia, ani ognia. Nie ma w niej życiowej rozterki... To znaczy może nie tak, to wszystko tam jest, ale ledwie się tli. Brakuje w tym jakiejś iskry, werwy, wyczucia emocji. Sposób pisania sprawia, że nie jesteśmy w stanie wejść w życie bohaterów.

Czytając tę książkę miałam wrażenie, że czytam coś w rodzaju beletryzowanego poradnika, albo pogadanki medycznej, a nie pełnokrwistą powieść, a przecież autor miał wszelkie szanse zrobić z tego bestseller bo temat ważny i rzadko poruszany. Należałoby się zastanowić, czy książka ta miała być powieścią czy poradnikiem? Jeżeli napisana została po to by propagować wiedzę o tym zaburzeniu to zupełnie co innego...

Dodatkowym atutem powinno być to, że problem opisany jest z „męskiej” strony, to bardzo rzadkie, bo mężczyźni często ( oczywiście nie zawsze) znikają z pola widzenia rodzin w takich sytuacjach, nie zawsze naprawdę, czasami po prostu znikają emocjonalnie, choć są obecni fizycznie.

Jednym słowem książka i potrzebna i pomocna, zapełniająca pewną lukę w literaturze, ale ( jako powieść) trochę niedopracowana, jako poradnik, poprawna ( pominę aspekty religijne, każdy musi tu decydować sam) .

Być może odebrałam tę książkę w ten, a nie inny sposób tylko dlatego, że sama mam doświadczenia związane z autyzmem. Być może inni odbiorą ją zupełnie inaczej. Ze względu na temat przeczytać warto.

niedziela, 11 lutego 2018

Poczucie humoru mile widziane.


Z polecaniem książek jest trochę tak jak z pytaniem skierowanym do kelnera: „Co pan dziś poleca”? Jeżeli kelnera nie znamy i nie mamy do niego zaufania możemy go podejrzewać o to ( i niestety często mieć rację), że wciska nam danie z kenozoiku, a sałatka wcale nie pochodzi ze szklarni tylko wyrosła sobie samodzielnie na mięsku zaraz po tym jak przeżuł je ostatni klient.

Tak samo może być z książkami, a szczególnie z komediami, bo poczucie humoru to coś takiego jak szczoteczka do zębów, bywa bardzo osobiste i nie zawsze wszystkim się podoba.

Jedni śmieją się z wypadków na skórce od banana inni z ataku zombie. Na szczęście humor nie został jeszcze poddany regulacjom prawnym ( a mówię tu o humorze, a nie o seksizmie, rasizmie czy zwykłym chamstwie) więc śmiejmy się do woli.

Właśnie przeczytałam dwie książki Evžena Bočka. „Ostatnia arystokratka” i „Arystokratka w ukropie”. Tak, były śmieszne, dla mnie, bo autor nieźle sobie „jeździ” po ludzkich przywarach, co bawi i śmieszy. Czasami czepia się „symboli” wielkości i narodowego podziwu, jakimi dla niektórych jest Helena Vondrackova, albo arystokracja. 

Śmieje się nieco zgryźliwie ze snobizmu i mód wszelakich, wycieczek szkolnych, hipochondrii, skąpstwa i zachłanności, oraz z ( niektórych) wielkich tego świata.

Te książki to coś w rodzaju dziennika Marii, a właściwie hrabianki Marii, która ma za zadanie nie dożyć dwudziestych urodzin, gdyż z pewnością przyciągnie to zwiedzających.

Maria patrzy na wszystko z pewnym dystansem, a dystans to coś co inni przyjmują wraz z prozakiem, którego walizkę przewiozła z USA hrabina Vivien Kostka.

Jest więc arystokratyczna rodzinka, jest zamek i są oczywiście pieniądze, to znaczy nie, rodzina jest średnio arystokratyczna, zamek dość zapuszczony, a pieniędzy nie ma wcale nawet na benzynę, o froterce do parkietu nie wspominając...

Rzeczywiście zapomniałam wspomnieć, że ci czescy arystokraci, który jakimś cudem zwrócono rodowy zamek, to też odrobinę Amerykanie, a ich amerykańskość ( nasilona w różny sposób u wszystkich członków rodziny) trochę im przeszkadza zaaklimatyzować się w czeskiej rzeczywistości i w jej arystokratycznej odmianie.

A obie książki wciągają i bawią, bo w tym gąszczu zdarzeń i dziwnych okoliczności jest się z czego naprawdę pośmiać.

Jeszcze jedna ważna uwaga. Biorę odpowiedzialność za to co piszę, ale nie za poczucie humoru innych, tak więc jest możliwe, że niektórym książka się nie spodoba.

Książek od nikogo nie dostałam, własnoręcznie wypożyczyłam je z biblioteki.

piątek, 9 lutego 2018

Diagnoza na recenzję??? A może jednak...

Wczoraj, przeglądając różne dziwne miejsca w sieci natknęłam się na recenzję jednej z moich komedii kryminalnych i dowiedziałam się, że jestem złą matką, co bardzo mnie ucieszyło, to znaczy nie to, że jestem złą matką, raczej to, że wreszcie wiem... Że ktoś mi to w końcu uświadomił!

Bo z tymi matkami to w sumie wcale nie jest tak, że w dziesięć minut po porodzie, (po cesarce też, choć niektórym się to nie podoba), kobieta oświadcza na papierze i podpisuje deklarację, że od tej chwili będzie złą matką. Nie, nie... Tak to nie działa. Ona po prostu nie wie i stąd potrzeba jakiejś zewnętrznej diagnozy, która takiej matce coś uświadomi!

Dlatego tak bardzo się ucieszyłam! 
Czyż to nie genialne?! Na podstawie jednej książki, nawet nie ostatniej ta pani, piszę „pani” bo osoba ukrywa się pod pseudonimem, ale używa jego żeńskiej formy, była w stanie zdiagnozować coś, co (pożal się boże „specjalistom”) zajęłoby całe godziny!

I tak pomyślałam, że tworzy nam się w naszym pisarskim świecie coś niesamowitego! Wręcz genialnego! Diagnoza na recenzję! Pomyślcie sobie - stan psychiczny, to pryszcz! ( psychikę i intelekt autora diagnozuje co drugi recenzent) Ta konkretna recenzentka jest w stanie zrobić o wiele więcej! Wyobraźmy sobie coś takiego! 

„Ze względu na zbyt częste używanie zdań podrzędnie złożonych oraz wielokropków u autora podejrzewa się kamicę nerkową, oraz łupież”.

„Całkowity brak użycia słowa pobrużdżony, oraz dwukrotne uczycie czasownika „gmerać” w formie imiesłowu przymiotnikowego czynnego, znamionuje zaćmę lewego oka, oraz zapalenie górnych dróg oddechowych”. 

Czyż to nie cudne?!

Zero kolejek do lekarzy! Zero płacenia... Nic tylko pisać! Ludzie, toż to cud! Wreszcie koledzy po piórze i klawiaturze będą mogli w spokoju oddać się pracy, zamiast tkwić bezczynnie w kolejkach do wszelkiej maści specjalistów.

Może to też pójść w drugą stronę.
 "Z informacji na FB wynika, iż dziecko autorki w tym roku przeszło operację wycięcia migdałków, stąd wniosek, iż mordercą w jej najnowszej książce będzie starszy brat, drugiej żony szwagra burmistrza"

Wierzę w możliwości recenzentki, tej, o której pisałam powyżej, ale i wielu innych, jestem pewna, że wkrótce powstaną wielobranżowe spółdzielnie recenzenckie specjalizujące się w takich tekstach.
Nic nie szkodzi zresztą, żeby poszło to dalej. Recenzje literacko medyczne, opisałam, powyżej, ale mogą być też literacko astrologiczne.

Na przykład takie: 

Stan skóry bohatera opisanego w książce pani B wskazuje, iż cotangens ascendensu przyniesie jej straty finansowe i nieoczekiwane spotkanie z... komornikiem”.
To może pójść też w kierunku mniej astrologicznym, a bardziej życiowym.

„Ilość literówek, oraz fakt, że autorka nadużywa słowa „który” we wszelkich jego formach wskazuje na zdradę męża. Plony marchewki w ogródki działkowym nie będą zadowalające.”

Teraz pewnie zrozumieliście dlaczego nie powiem, gdzie można znaleźć tę recenzentkę... Przecież zaraz by ją zawaliły tony książek, a ja w tym roku wydam kolejną i liczę, że dzięki wnikliwej recenzji tej pani będę mogła zrezygnować z kilku wizyt lekarskich, oraz z abonamentu u wróża Macieja.

Zastanawiam się też, czy mogłaby wypisywać recepty...
A może nawet pozwolenia na broń? Byłoby cudnie!

środa, 7 lutego 2018

Z humorem i bez zadęcia!


ALICJA KUBIAK
JAN KURZELA

OCZAMI DOS GRINGOS
Kuba, Kolumbia, Amazonia

Jestem pożeraczką literatury podróżniczej, oczywiście nie jakąś straszną znawczynią, ale przeczytałam wiele tego typu książek, nie ukrywam i lepszych i gorszych, jak to zawsze bywa. Są tak różne, jak miejsca, o których opowiadają, mają bardzo różną formę jak i podejście do tematu.

Niektóre skrajnie zbliżają się do dokumentu opisując wszystko starannie i obiektywnie, inne opowiadają jedynie o wysiłku, kłopotach i problemach żywieniowych autora lub autorów, jeszcze inne przybliżają nam historię i kulturę danego zakątka ziemi.

I każda z tych perspektyw jest ciekawa.

Książka „Oczami dos gringos, Kuba, Kolumbia i Amazonia” wyróżnia się jednak bardzo na ich tle. Po pierwsze nie ma w niej tego podróżniczego zadęcia, które często w tego typu książkach robi z autorów niemalże bohaterów, a ich wyczyny stawia na przeróżnych „piedestałach”.

Tutaj troje zwykłych ludzi, małżeństwo z nastoletnim synem postanawia wyjechać na wyciekę, tak, na ( prywatną) WYCIECZKĘ, a nie na WYPRAWĘ do Amazonii.

Nie sprzedają dobytku, nie zastawiają nic w lombardzie, po prostu wyszukują przez internet loty, hotele oraz przeróżne atrakcje na miarę swoich finansowych możliwości.

Tak (prawie przypadkiem) trafiają na Kubę, a potem do Kolumbii i Amazońskiej dżungli.

To co widzą, jedzą i przeżywają opisują z ogromnym dystansem do siebie. Nie snobując się na znawców tematu, poliglotów, ani skrajnie wytrzymałych wyczynowców pokazują nam swoje przygody, czyli perypetie trójki dziwnych „gringos”, którzy mają wiele szczęścia, ale i wiele kłopotów.

Tu nie umieją poradzić sobie z biurokracja, tam okazuje się, że zlikwidowano ich hotel, gdzieś indziej z rozkładu lotów znikła linia lotnicza, w której wykupili bilety przez internet.

Zdarzają się też choroby, zatrucia i inne drobne katastrofy. Nie są to jednak sprawy, które mogłyby zepsuć im radość z podróżowania. Ot, zwykłe niedogodności, z którymi przecież muszą sobie jakoś poradzić.
Ich przygody są naprawdę zabawne. Często komentowane przez nastoletniego syna, który urodzony w cywilizowanej Europie patrzy zachwyconym, ale i czasami niedowierzającym, wzrokiem na atrakcje dostępne w krajach, które zwiedzają.

Ponieważ ich znajomość języka hiszpańskiego też pozostawia wiele do życzenia, niektóre z ich przygód powodują naprawdę wybuchy śmiechu.

Ich kłopoty językowe bywają wprost komiczne na przykład wtedy, kiedy ktoś zrozumie, że jakaś kobieta ma dwunastu mężów, ale przecież nie tylko to bawi.

Bawi zderzenie naszego pojmowania świata z podejściem do życia autochtonów. Bawi brak pewnych podstawowych umiejętności, u nas zbędnych zaś w Amazonii koniecznych ( jak umiejętność jazdy na mule), zwyczaje, kuchnia, zwykłe codzienne życie.

Nie jest to opowieść w stylu Cejrowskiego, który wszystko wie i lubi nauczać, to opowieść zwykłych ludzi, którzy mieli odwagę, ochotę i możliwość zrealizować swoje marzenia.

Opowiadają o świcie i ludziach spotkanych podczas wycieczki w bardzo ludzki sposób. Potrafią żartować z siebie samych, co nie każdemu jest dane, w ten sposób opowieść staje się nie tylko bardzo zabawna, ale też po ludzku prawdziwa.

Książka, którą przeczytałam jednym tchem i z ogromną przyjemnością. W zasadzie lubię wszelkie rodzaje podróżniczych książek, ale ta daje czytelnikowi coś więcej niż inne. Pokazuje, że nie trzeba być „podróżnikiem z licencją”, żeby wyruszyć w świat, pokazuje, że nie trzeba być krezusem, czy supermenem, że wystarczy chcieć i zabrać się do tego w odpowiedni sposób.

Ostatni rozdział poświęcony jest poradom dla przyszłych podróżników - cennym i przydatnym, a na dodatek nie odstraszającym.

Dużym plusem są celne obserwacje na temat kondycji naszej cywilizacji w stosunku do „innych światów”, ale podane bez moralizowania czy zbędnej filozofii. Książkę świetnie się czyta i zamierzam przeczytać wszystko co napisali, w tej chwili to będzie „Oczami Dos Gringos: Meksyk, Gwatemala i Belize”.

Ponieważ książka spodobała mi się bardzo i sama opowieść i jej forma pozwalam sobie podać link to strony autorów jeżeli jesteście zainteresowani to kliknijcie TUTAJ -Świat oczami Dos Gringos

wtorek, 6 lutego 2018

O wstydzie... i o konkursie - hipotetycznym...

Konkursy to cud, miód i kilo pieprzu. Pieprz lubię, ale nie z miodem i nie wtedy kiedy się z niego robi czasownik ( ten dwuznaczny). 

Głośno ostatnio w sieci o konkursach... na książkę, roku, miesiąca... a może nawet wtorku, w każdym razie o konkursach na najlepszą książkę ( taką już napisaną i wydaną, a nawet, przez wielu, przeczytaną) i rozlewa się wokół tych konkursów plama wielobarwnego hejtu oraz rozgrzanej do czerwoności dyskusji.

Sypią się rady i porady dla organizatorów, mimo iż organizatorzy o nie nie proszą, bo jako organizatorzy sami wiedzą co robią i czego chcą.

Jedna z porad brzmi, żeby wykluczyć z konkursu dzieła „wielkich”, bo inaczej ci „mniejsi” się nie przebiją. Zamysł bardzo interesujący choć nieco chyba kontrowersyjny. W literaturze antonimem określenia „wielki” często wcale nie jest mały, ale „mierny”. Kto by chciał wówczas wziąć udział w takim konkursie? 

Już widzę dziesiątki smutnych buziek na Facebooku ogłaszających, że to straszne, nie wykluczyli mnie z konkursu, co ja powiem żonie?”, albo „Spotkała mnie życiowa tragedia, moja książka została zgłoszona!” „ Ktoś bezczelnie i po chamsku zniszczył mi karierę! Zgłosili mnie! Idę się pociąć. 
Już słyszę jak łamiącym się głosem ten czy ów autor błaga z płaczem, żeby go wykreślić. Bo on... Tak, tak jest wielki. Nie ważne co mówią inni i że tak nie można! Nie wolno! Nie wypada!

„Wielkość” w dziedzinie literatury jest mocno względna toteż można się spodziewać koszmaru. Ktoś przecież w konkursie musiałby startować. Byłyby to chyba pierwsze w historii konkursy do których pisarze szli by z łapanki”, albo za karę. Taki na przykład wydawca niepokornemu autorowi mógłby powiedzieć tak:
- Nie rzucaj się, podpisuj bo jak nie to zgłoszę twoją książkę do konkursu!
A jaki to byłby wtedy wstyd...
Oczywiście czysto hipotetyczny, ale jednak.

Najpierw jednak należałoby określić w miarę realistycznie na czym polega „wielkość”. Należałoby zadać sobie kilka ważnych pytań. 
Na przykład takich: 
Czy dwie powieści kwalifikują autora do określenia wielki? Ile muszą mieć stron? Czy liczą się e booki? A może autor powinien pokazać wyniki sprzedaży? 
Czy zasięg grup fanowskich na Facebooku jest brany pod uwagę?
No, a self? Czy powieści wydane ze współfinansowaniem liczą się do wielkości?
Wywiady w pismach, ale w jakich? Internetowe się liczą?
No i przydałoby się kilka zaświadczeń, od wydawcy, od kilku zaprzyjaźnionych bibliotek, może nawet od lekarza rodzinnego, w sumie pomóc nie pomoże, ale i nie zaszkodzi.

I jak w takim przypadku wyglądałoby ocenianie? W chwili obecnej konkursy tego typu wygrywają ( o ile nie ma jakiegoś konkretnego JURY) osoby, które mają dużą liczbą znajomych, nie zawsze czytelników, sami wiemy, że nie raz ludzie głosowali „po przyjaźni”, a nie „po przeczytaniu”. W ten sposób autor dostaje lajki i „żebrolajki”, jak to się często nazywa.

Tyle, że duża ilość lajków oznacza pewną „wielkość” autora, a więc automatyczne wykluczenie z konkursu. Jest więc możliwość, że wygrać powinien ten, kto lajków ma najmniej?

Już wyobrażam sobie ( hipotetyczną) rozmowę w bibliotece: 
- A tego Iksińskiego, to warto przeczytać? Dobry jest?
- No, nie wiem, nie wiem, w zaufaniu pani powiem, że zgłosili go do konkursu. Nigdy się po tym nie pozbierał.

W dobie internetu ludzie potrafią czepić się wszystkiego, nawet JURY. Bo ten zna tego, a tamten tamtego i w ogóle „lajkują sobie posty, no i mają siebie w znajomych! To niedopuszczalne!”
Ale JURY wybierające książkę w takim konkursie narażone byłoby na o wiele gorszą presję. Ponieważ żaden autor nie chciałby wygrać. Jego członkowie dostawaliby listy tej mniej więcej treści:

Zmarnowałeś mi życie draniu! Odwołaj to pierwsze miejsce bo inaczej...

Bo jaka na takiego pisarza czekałaby nagroda? Medal z napisem „Mierny pośród miernych”?

Jak wygrywać to z lepszymi od siebie, a nie „z miernymi naprzód iść” trawestując wieszcza. Niech organizatorzy sami sobie ustalają regulaminy konkursów, a my piszmy... To chyba umiemy najlepiej.







poniedziałek, 5 lutego 2018

Potworna, straszna, przerażająca...

Tomasz Sekielski

Smak Suszy

 

 

Potworna, straszna, przerażająca... Nie, nie książka jako dzieło literackie. Książka jako przepowiednia, wizja, albo jako obraz świata. Przeraziła mnie tematyka i to o czym pisze autor. Czytając „ Smak suszy” cały czas wmawiałam sobie, że to niemożliwe, nieprawdopodobne, a jednak...

 

Moje tłumaczenia nie miały zbyt wielkiej siły przebicia, w stosunku do siły przekazu.

„Political fiction” to ciężki gatunek, a jeżeli jeszcze powieść jest utkana z aluzji do osób i zdarzeń, które nie są nam obce,  jeżeli czytając wiemy do jakiej sprawy, czy osoby nawiązuje autor, to książka oddziałuje na wyobraźnię o wiele mocniej. I naprawdę zaczynamy się bać.

Bo co my tu mamy? Otóż w niedługim czasie mają się odbyć wybory, a tu nagle dochodzi do dwóch koszmarnych zamachów, w których ginie w sumie ponad sto sześćdziesiąt osób.
Panika ogarnia całe państwo. Dodajmy, że to państwo to Polska. Pytanie tylko jaka Polska. Polska za kilka lat? Polska sprzed kilku lat? A może właśnie teraźniejsza? 

Prezydent ogłasza stan wyjątkowy. Zaczynamy śledzić gierki polityczne obozu władzy, ale też i opozycji. Do korupcji już zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale jej skala pokazana w powieści naprawdę szokuje. Polityka to taka dziedzina życia, która przynosi czasami niezmierzone korzyści, a czasami śmierć, a władza to wprost genialny afrodyzjak. Jednak przecież nie tylko polityka jest ważna.

Mamy też środowiska przestępcze, które zawsze jakoś garną się do ludzi możnych, ale nie chodzi o te zwykłe środowiska, w których jakiś „Józek” zabija sąsiada za wino marki wino, o nie, to nie te rejony i nie ta klasa. Tu przestępczość jest nie tylko zamożna i zorganizowana. To środowisko osób na świeczniku, takich, które wiedzą co dobre i mają możliwość za to zapłacić. Co tu się liczy? Oczywiście broń, pieniądz i seks...
Mocno perwersyjny i wyuzdany. Gwałt to coś bardzo powszechnego w środowisku ludzi handlujących innymi ludźmi, a co za problem porwać dziewczynę z jakiegoś ukraińskiego miasteczka? Jeżeli jest popyt? Żaden.

Jest też medycyna i kuchnia. To chyba przeraziło mnie najbardziej. Kanibalizm? Ależ proszę bardzo! Polecam cynaderki z sześciomiesięcznego płodu, są genialnie smaczne w sosie z porto! Tylko nie trywializujmy, nie chodzi o zwierzęce płody, to już passé, chodzi o płody ludzkie specjalnie hodowane do celów kulinarnych w macicach nosicielek... Skąd się biorą nosicielki? No wiadomo, seks seksem, ale dziewczyny mogą się przydać do czegoś jeszcze.

Że niemożliwe? Wierzę, tak, wierzę, że autor przesadził, wierzę, że chciał zaszokować, tylko ta moja wiara nie jest specjalnie mocna, a autor jest świetnym dziennikarzem piszącym o polityce i niestety na tej polityce się zna...
I dlatego książka aż tak przeraża!

Że potem trudno zasnąć? Jasne, że trudno, bo ludzkość staje się jakoś koszmarnie nieludzka. Za to, te przerażające dania są bardzo „ludzkie”, spożywane na luksusowych zastawach w towarzystwie wielkich tego świata... I nie wiadomo co gorsze, to co jedzą? To że jedzą, czy to kim są?
Czasami ktoś skrzywdzony w dzieciństwie będzie krzywdził będąc dorosłym. Rozumiem tę zależność, ale nie chcę rozumieć tego jako usprawiedliwienia.
 
Polska opisana u Sekielskiego to prawie dokładnie to co każdy warszawiak widzi za oknem, a każdy inny Polak w telewizji. Tylko co widzimy? Grę pozorów, a nie to podskórne zło, które czai się w każdym, najmniejszym nawet zakamarku naszej rzeczywistości.
Oddając głos na tego czy innego polityka dajemy władze, ale to co ten człowiek z tą władzą zrobi nie leży już w naszej gestii, a może zrobić wszystko.

Książka dla ludzi o bardzo, bardzo mocnych nerwach i żołądkach, doskonale i co dziwne bardzo „lekko” napisana. Genialnie się ją czyta, ale przyrzekłam sobie, za żadne skarby świata nie przeczytam jej drugi raz ( nie zaraz natychmiast i nie wieczorem, ani nocą)

Już mówiłam, ta książka przewierca mózg i duszę. Przeraża. Autor igra z naszą wyobraźnią i lękami. Bawi się naszym przerażeniem. Jest jednak w tej książce coś co sprawia, że mimo szoku ( tak, szoku!) nie można nie przeczytać jej do końca!


niedziela, 4 lutego 2018

Lem, z tej i nie z tej... ziemi.


 

Wojciech |Orliński

LEM, ŻYCIE NIE Z TEJ ZIEMI

Wydawnictwo
CZARNE

Uwielbiam fantastykę naukową, właśnie tak, SF, choć lubię też jej młodszą siostrę fantasy, gdzie czasami wystarczy wziąć jakieś średniowieczne państewko, dodać trochę magii, kilka smoków i ozdobić to wszystko posypką z dziwnych imion, których wymówić się nie da.
Fantastyka jest bardziej wymagająca i mniej bajkowa. Fantastyka wymaga wiedzy, zamiłowania do nowinek technicznych, wyzwań dalekich światów i poważnych rozmyślań nad kondycją ludzkości i człowieczeństwa.

A jeżeli tak to oczywiście Lem!


Lema czytałam już jako nastolatka, wszyscy czytali Lema z różnych pobudek, niektórzy z zachwytu nad nowym u nas gatunkiem literackim jakim była fantastyka, niektórzy ze snobizmu, po prosu Lema nie wypadało nie czytać będąc ( ówczesnym) młodym i gniewnym nastolatkiem.

Inna sprawa, że Lem był trudny, to nie były jakieś tam bajania, to były poważne opowiadania i powieści, często z ogromnym ładunkiem aluzji politycznych i społecznych, ale zostało we mnie wiele z owych lektur poprawionych potem wielokrotnie powtórnym czytaniem.

Dlatego biografia Lema to była nie lada gratka. I przeczytałam ją z ogromnym zaciekawieniem, bo autor napisał tę książkę tak jakoś cudnie, że poplątał życie z powieścią i pokazał jak się przenikają w lemowskim świecie. Pokazał wiele niezauważonych przeze mnie wątków, dodał wiele informacji.

Uściślił co się dało i nieco uporządkował to co Lem celowo zagmatwał. Orliński pokazał Lema jako człowieka o wielu zainteresowaniach. Co ciekawe mnie Lem wydawał się o wiele bardziej megalityczno - matematyczny, wielki i całkowicie pomnikowy, a tu z książki Orlińskiego dowiaduję się, że umiał się bawić, że potrafił żartować, że uwielbiał robić ludziom psikusy... Że bywał przekorny i nerwowy, a także nieco hipochondryczny (czasami).

Opowieść o tym genialnym pisarzu i niemniej fascynującym człowieku napisana jest w bardzo przystępny sposób. Nie nudzi jak niektóre biografie, nie analizuje na siłę jego dzieł, a robi to tylko wtedy kiedy to coś wnosi do opowieści o życiu i pracy pisarza.

Przeczytałam w dwie zaledwie noce. Super wspaniała książka!

Szkoda, że biblioteczna, bo wymyśliłam sobie lemowski maraton z dodatkiem tej właśnie biografii w lekturach niejako równoległych i wyłapywanie wszystkich tych aluzji, o których pisał Orliński. To dopiero byłaby zabawa!

piątek, 2 lutego 2018

Klikalność - kłamliwy bożek internetu...


Jakoś tak ostatnio przyglądam się różnym reklamom i artykułom w sieci i ciągle widzę coś co mnie zadziwia, znajomi twierdzą, że się czepiam, przecież to tylko chwyt marketingowy, tłumaczą, a mnie coś trzęsie.
Dla mnie to nie chwyt marketingowy, tylko ściema, zwykła, czasami grubymi nićmi szyta ściema, czyli po polsku mówiąc kłamstwo. Dlaczego więc się na to zgadzamy? Podobno kłamstwo jest złe... Reklamom nie wolno wprowadzać widzów w błąd. 

Jeżeli tak, to ja czegoś tu nie rozumiem.

Widzę reklamę specyfiku, który „likwiduje objawy grypy” i tak się zastanawiam, objawy likwiduje, kaszel, może katar, ale na grypę to już nie działa. Dlaczego więc wszyscy myślą, że działa? Bo ludzie czytają między wierszami i znajdują to czego nie ma... Takie pobożne życzenia, które sprawiają, że reklamodawca właściwie nie kłamie, on tylko nie mówi prawdy.

Tyle, że zatajanie prawdy jest kłamstwem, skoro więc reklamom nie wolno wprowadzać widzów w błąd oni sami w ten błąd  muszą się wprowadzić, ale oczywiście trzeba im to jak najbardziej ułatwić.

Wchodzę na jeden z portali i widzę taki tekst:  

Znalazła dziecko, oddała je, grozi mu więzienie.

 

I nijak nie rozumiem. Jakaś kobieta znalazła dziecko i oddała je, a temu dziecku grozi więzienie?
Otóż nie, kobieta znalazła w szafie dziecko, które porwał jej konkubent i to temu konkubentowi grozi...
Ale zaraz idzie następny tekst:

Statek kosmiczny nad stolicą. 

 

Co rozumiem? No ktoś zobaczył jakieś UFO nad Warszawą.
Klikam, wchodzę, czytam i... Statek pasażerski stanął w płomieniach i spowodował kosmiczny słup dymu nad stolicą Rumunii...
Tytuł oczywiście nie jest kłamstwem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Szybko odkryłam zasadę.
Piszemy zwykły lead, a potem wybieramy jakieś dobre słowa... proszszszs!

„Bezdomny zjadł bułkę, zostawiając resztki dla psa, z którym mieszkał obok przystanku pod Pałacem Kultury.”  
Nieciekawy tekst. Nikt w to nie kliknie. Trzeba coś z tym zrobić! Przecież musi mieć jakiś klikalny potencjał!
„Bezdomny zjadł bułkę, zostawił trochę dla psa z którym mieszkał obok przystanku pod Pałacem Kultury.” I co z tego mamy?

Zjadł psa pod Pałacem Kultury!  


Genialne, prawda? A ile będzie wejść?! Tylko, że.... to też jest przecież to kłamstwo! Ktoś powie, chwyt marketingowy, ale...
Liczy się klikalność. Klik to coraz mocniejsza waluta, tylko po co tak debilnie oszukiwać czytelnika?
I teraz dla zabawy zrobię coś takiego: 

To opis jednej z moich powieści:

Hanka jest detektywem w biurze matrymonialnym. Pewnego dnia od swojej szefowej otrzymuje zadanie specjalne. Udaje się więc do małego miasteczka, by tam przeprowadzić śledztwo. Okazuje się, że w Zagubinie niedawno odkryto szkielet pogrzebany w pochówku wampirycznym. Mieszkańcy wykorzystują to do zorganizowania Wampiriady. W niesamowitych i zaskakujących wydarzeniach prym wiodą: zezowaty pies Zyzol, szalony profesor ufologii, Hanka i policjant Maciek.
Jaki wyczarujemy z niej tytuł?

Hanka to zezowaty pies pogrzebany w pochówku wampirycznym.

 


Nie jest to najlepsze, ale teraz przynajmniej mam kliki gwarantowane! Nakład wykupiony!  Chyba pójdę w to dalej i kiedy ogłoszę konkurs, bo w końcu kiedyś muszę to zrobić, będzie to konkurs na taki tekst i tytuł... Świetna zabawa gwarantowana. Co wy na to?

czwartek, 1 lutego 2018

"Dziwny jest ten świat... ale "Kraina Chichów" jeszcze dziwniejsza

 
Wczorajsze spotkanie DKK w jednym z moich liceów, choć szczególnym, w wielu pracowałam, uczyłam się tylko w jednym, a więc spotkanie odbyło się w moim I LO. Dyskusyjne kluby książki w każdej formie są super fajne i super ważne.
Od dawna nie jestem młodzieżą, opuściłam tę kategorię bez żalu, ( ba nawet wówczas z zachwytem) co teraz z „lekka” mnie dziwi w stylu „co ja miałam przeciw temu odrabianiu lekcji?”
ale potrafię docenić świeże spojrzenie na wszystko, w tym na literaturę, które to ( spojrzenie) na spotkaniu DKK jest o wiele bardziej swobodne niż na ( wielu – nie wszystkich) lekcjach języka polskiego.
Wczoraj rozmawialiśmy na temat „Krainy Chichów” Jonathana Carrolla.
Ciekawa powieść wzbudzająca skrajne emocje i wiele kontrowersji.
Dla mnie przy pierwszym czytaniu okropna i niestrawna, przy drugim magiczna i cudowna... Inaczej niż dla prowadzącej spotkanie Pani Doroty Chrzanowska-Florków, ona najpierw się zachwyciła, potem jej przeszło... Tak przecież też bywa!
Czy istnieje miłość od drugiego wejrzenia? Albo raczej czytania? Moim zdaniem tak!
Do autora lub do książki. U mnie to drugie, bo inne książki tego autora jakoś mniej mnie zachwyciły, może czekają „na drugie wejrzenie”, a Sama „Kraina Chichów?
Opowieść o tworzeniu i stwarzaniu o literackich światach. O Galen, ale czym naprawdę jest Galen? Miasteczko, które istnieje, ale też jest nie za bardzo takie jak inne?
Wirtualnym światem pisarza?
Jego chorobą?
Literackim bytem?
Domem dla lalek, który zbudował dla córki?
I dlaczego jest w nim tak dziwnie? Skąd ta jego ( autora) i ich wszystkich ( jego literackich bytów) zgoda na śmierć i równocześnie na zabijanie? Dlaczego wszystko się miesza? Czy autor uśmiercając w książce bohatera jest zabójcą?
U Carrolla to dość dosłowne pytanie.
Czy można ożywić takie literackie marzenie? Nie, nie o mordowaniu, o ożywianiu, o urzeczywistnianiu świata, który istnieje tylko w naszych głowach?

Czy to nie są takie jakby SIMS-y?
Rozmawialiśmy też o światach wirtualnych, tych, w których każdy, a tym bardziej młodzież siedzi teraz po uszy, ale może „uszy” nie są tu dobrym określenie, bo czasami ludzie w tych światach siedzą dosłownie po serce i duszę nie zauważając, że realny świat też istnieje ( jakkolwiek to brzmi).
„Kraina Chichów” urban fantasy, czyli zero smoków, ale za to bulteriery i dziwne inne stworzenia, proces twórczy, twórcze blokady.... Książka została opublikowana w 1980 roku, a wiec kiedy wirtualna rzeczywistość istniała o wiele mniej intensywnie ( o ile gdzieś w laboratoriach już istniała)...
Powieść ma też wątek polski podaję za Wikipedią „Powieść długo nie mogła znaleźć akceptacji wydawców, ukazała się dopiero dzięki poparciu Stanisława Lema, którego syna, Tomasza, Carroll uczył w Wiedniu.”

Ja zachęcam i do książki i do dyskusji!

środa, 31 stycznia 2018

Afryka jakiej już nie ma...


Halina Kalejta-Petrykowska

MOJA AFRYKA

Wydawnictwo SORUS

Albert Schweitzer był teologiem, filozofem, organistą, muzykologiem, luterańskim duchownym i lekarzem. Był człowiekiem, który przekształcił modlitwę w ciężką pracę, lekarzem, który porzucił wygodną i zamożną cywilizację by nieść pomoc medyczną afrykańskiej ludności Gabonu. W mieście Lambaréné stworzył z własnych i pozyskanych przez siebie, na ten cel funduszy szpital, który istnieje do dzisiaj.
„Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć” napisał w swojej książce „Moje życie” Był to jego program etyczny nawołujący do ratowania życia i łagodzenia cierpienia. Uważał też, że Europa jest zobowiązana pomagać mieszkańcom dawnych kolonii i ma to być zadośćuczynienie za cierpienia, które spowodował biały człowiek.

W swoim szpitalu zatrudniał wielu lekarzy z wielu krajów. W roku 1986, a więc kiedy w Polsce kwitł jeszcze PRL, autorka książki „Moja Afryka” polska kardiolog, Halina Kalejta-Petrykowska. Zdecydowała się dołączyć do grupy lekarzy pracujących w szpitalu Schweitzera. Miała tam pracować z mężem przez dwa lata, zostali oboje na sześć zafascynowani miejscem, ludźmi i niezwykle wymagającą pracą.

Książka Moja Afryka to bardzo osobiste spojrzenie na Afrykę, której już nie ma. I nie chodzi o Afrykę jako o kontynent podziałów, wojen i chorób, ale o Afrykę jako kulturę plemion i ludzi, o tradycje i wierzenia, które przemijają. Oczami Haliny Kalejty-Petrykowskiej patrzymy przecież na Gabon lat osiemdziesiątych, ale jest to spojrzenie człowieka, kobiety i lekarza. Każde inne i każde fascynujące.

Ta książka to piękna, pozbawiona niepotrzebnych ocen i czarno białego wartościowania, nomen omen w stosunku do ludzi, ale i w stosunku do zdarzeń.

Na okładce książki czytamy zdanie o tej opowieści, które chwyciło mnie za serce „Jest w niej mądrość, pokora i Afryka”. I to jest ważne, bo bez pokory i mądrości nie da się pokonać uprzedzeń i odnaleźć się w świecie tak odmiennym od naszego, w którym uratowanie komuś życia czyni cię automatycznie odpowiedzialnym za tego człowiek. Owszem, u nas też tak się mówi, ale jedynie mówi, tam, po uratowaniu komuś życia musisz łożyć na jego utrzymanie, bo stajesz się jego matką.

To też kraj zadziwiającej swobody seksualnej, gdzie panna z dzieckiem to nie przekleństwo a chluba i dostatek dla rodziny, gdzie domeną mężczyzn pozbawionych dobrodziejstw polowania stało się trwanie. Codzienne, śpiąco drzemiące trwanie w starym fotelu i gdzie Europa znajduje rynki zbytu na wszelkie śmieci, których nie może sprzedać na własnym terytorium, jak choćby czerwone wino … w proszku.

Cieniutka książeczka ( 122 strony) na jeden czytelniczy haust, świetnie napisana, może lekko już przebrzmiała, wszak świat się zmienia, lata lecą i Gabon też już nie jest taki sam jak trzydzieści lat temu, ale książka jest niesamowicie smakowita, obfituje w anegdoty, opowieści o zwyczajach rożnych grup etnicznych, jest bogata w opowieści o czarownikach i szarlatanach i o fascynującej mentalności ludzi, z którymi przyszło jej żyć i pracować.

Książka zaopatrzona jest także w ciekawe zdjęcia z okresu pracy autorki na czarnym kontynencie. To o czym pisze Halina Kalejta-Petrykowska nie dotyczy jedynie pracy i tematów około medycznych, autorka opowiada o ludziach, podróżach, kuchni i tysiącu drobnych spraw, które czynią życie życiem.

wtorek, 30 stycznia 2018

Im większa awantura tym lepiej?

Ostatnio byłam w małej, super klimatycznej knajpce, czymś co jednocześnie pełni funkcję kawiarni i restauracji. Knajpka, posiadająca mnóstwo odseparowanych od siebie, mniej lub bardziej, saloników doskonale nadawała się dla grup i grupek, tak, że każdy mógł pogadać, bez przeszkadzania innym gościom. 

I wyobraźcie sobie teraz, że siedzicie w takiej salce zagadani, uśmiechnięci, szczęśliwi, a tu nagle wchodzi zakapturzony facet, albo lalunia z maską na pyszczku i robi kupę na środku dywanu, a potem pluje wszystkim do kawy...

Niemożliwe? Z pewnością skończyłoby się to co najmniej lekkim uszkodzeniem fizjonomii delikwenta.

Coś wam to przypomina? Mnie to przypomina … Facebooka! Jego wirtualna przestrzeń podzielona jest na grupy i grupki. Tajne, zamknięte, dobrowolne, do których wpisuje się kogo popadnie bez wiedzy i zgody, na towarzystwa wzajemnej adoracji i kółka tematyczne... I jest miło. 

Tu młode matki udowadniają sobie, która lepsza i której dziecko nie ma urodzin, a wydobyciny, tam ktoś linczuje jakiegoś płaskoziemcę, jeszcze gdzieś indziej ludzie z rozkoszą pochylają się nad wadami i zaletami soku z surowych ziemniaków, jako antidotum na zdradę małżeńską, i nagle wchodzi ktoś...
Tak, troll, powiedzmy sobie otwarcie. Troll! 

Nie wiadomo jak wygląda, bo zamiast zdjęcia ma kotka, myszkę, pieseczka, zamiast nazwiska ciąg znaków, często bez jakiegokolwiek sensu, ale za to ma wiele do powiedzenia.

Zastanawiałam się nad tym zjawiskiem po wczorajszej goownoburzy na jednej z grup, bo o ile nie lubię tęczowego towarzystwa wzajemnej adoracji, picia z dzióbków i serduszkowych „achów, ochów” to nie znoszę też tej drugiej skrajności. I tak zdałam sobie sprawę, że trolli można jakoś podzielić na kategorie. Istnieje na przykład taki gatunek jak troll osobisty. Łazi za jedną osobą i gdzie tylko się da kontestuje wszystko co ta osoba powie. Czasami zmienia się w osobistego trolla piętrowego, wtedy kontestuje wszystkich w danej konwersacji. A... zapomniałam, taki torll, nie rozumie trudnych słów, takich jak kontestować, czy konwersacja... bo zazwyczaj ma jedenaście lat i lubi się bawić internetem, kiedy rodziców nie ma w domu. 

Jest też taki gatunek jak troll ideologiczny. Ten opluwa dla przyjemności. Zupełnie inaczej sprawa ma się z trollem fetyszystą, on działa dla idei. Własnych, ale jednak wielkich. Istnieje także gatunek trolla trefnisia. Ten wstawia gdzie popadnie memy lub posty „od czapy”. Na przykład w grupie poetyckiej wstawia reklamę środka na zatwardzenie. A ile ma przy tym radochy?!

Zaraz wszyscy się spinają. Zaczynają mu tłumaczyć, że kolego, hmmm.... to jakby nie tu! Problemy jelitowe, to grupa obok. On dokłada lewoskrętną witaminę F16. Ludzie spinają się jeszcze bardziej. Proszą, żeby przestał. On natychmiast wali w nich lakierem do podłóg, hybrydowym oczywiście.
Awantura przecudna. 

Troll z zasady pisze nieortograficznie, bo, co oczywiste, lubi szokować, kocha wyzwiska, ale nade wszystko dba o swoje dobre imię. On nie pozwoli się obrażać! O co to to nie! Zastosuje obrażanie wyprzedzające i... naprawdę dobrze się bawi.

Im większa awantura tym lepiej! Wpada na grupę kulinarną i oświadcza, że mięsożercy to mordercy, w chwilę potem jest u wegan z oświadczeniem, że porządny Polak trawy nie żre, u pisarzy oświadczy, że wszystkie ich książki wydane zostały po znajomości, bo to „szajs i dreck” w czystej formie, a u matek karmiących oburzy się na cycki, które wywalają bez potrzeby przy ludziach.

Czy da się go jakoś spacyfikować? Nie łudźmy się! To nie jest możliwe. Troll ma wiele, czasami bardzo wiele, kont i ogromną przyjemność z tej zabawy, szczególnie wtedy kiedy innym puszczają nerwy.
Co więc robić?

Nie karmić trolla, olać, to dla niego największa kara. Nie widząc odpowiedzi na swoje prowokacje szybko umrze z głodu i pójdzie szukać żeru gdzieś indziej, a poza tym, na litość, nie dołączajcie do grup na siłę kogo się da! Po co? Im więcej tym lepiej? Wcale nie!
Trolle lubią tłok!
I na litość, nie dokarmiajmy bestii, bo nas rozszarpią!

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Biografia na cztery ręce i wojnę w tle.

ULA RYCIAK

Artur i Nela koncert intymny Rubinsteinów


Wydawnictwo AGORA


"Artur i Nela koncert intymny Rubinsteinów" to z wielu względów dość nietypowa biografia. Po pierwsze ze względu na to, że opowiada o życiu dwóch osób, które nie zawsze były przecież razem, i z których każda miała swoją skomplikowaną osobowość i szaloną pasję.

Drugim nietypowym elementem jest narracja. Nie jest to rutynowy, często spotykany w biografiach suchy styl dokumentalny okraszony anegdotkami, ani czasami stosowany styl reportażowy. Ta książka napisana jest tęsknotą i poezją. Czasami opowiada o nim, czasami o niej, a czasami po prostu o nich obojgu. Często przywołuje okres sprzed zawieruchy pierwszej wojny światowej, rodzinną posiadłość, uwielbianego ojca Emila Młynarskiego i zaradną matkę. 

I muzykę, przede wszystkim muzykę, która snuje się pomiędzy słowami, jak poranna mgła.

Są też opowieści o kuchni, niezaprzeczalnej miłości Neli i Artura.On uwielbiał jeść ona kochała gotować

Autorka tej biografii na „cztery ręce i wojnę w tle” zaczyna swoją opowieść niejako od końca. Nelę, starszą już panią, spotykamy w Wenecji dokąd pojechała jesienią 83 roku. Nie minął jeszcze rok od śmierci męża, którego kochała, i z którym przeżyła prawie pięćdziesiąt lat.

Dlaczego wybrała Wenecję? Może po to, żeby poczuć jeszcze raz to co kiedyś tu z nim przeżyła kiedy był jeszcze jej narzeczonym? A może po to, żeby popatrzeć na swoje życie i swoja miłość innymi, wolnymi od zauroczenia oczyma?

Artur odszedł na zawsze, ale jego śmierć to nie było pierwsze rozstanie. Może ostateczne, ostatnie, ale nie pierwsze. Kilka lat wcześniej mąż porzucił ją dla młodszej kobiety. Banalne? Może... Porzucił ją dla swojej asystentki młodszej od niego o pięćdziesiąt osiem lat przekreślając całe ich życie i wszystko co Nela dla niego zrobiła.

Dopiero wówczas uświadomiono jej, że była ślepa i naiwna, że mogła inaczej ułożyć sobie życie.

Że jej oddanie odbierał jako oczywistość...

Nela kochała męża i wciąż obawiała się otaczających go wielbicielek. Jeździła, nawet zaniedbując dzieci, na wielomiesięczne tournée, była na każdym koncercie, a w międzyczasie ze skrawków czasu i przestrzeni budowała namiastkę domu dla niego i ich czworga dzieci.

W jej domu bywali wielcy tego świata, najwięksi z wielkich. I o tym też przeczytamy w tej biografii. Ten aspekt książki jest wręcz niesamowicie fascynujący bo w sposób anegdotyczny i niewymuszony opowiada o karierach i życiu miłosnym „crème de la crème ” ówczesnego świata kultury.

Rubinstein skrajnie skupiony na sobie i swojej karierze wymagał od żony bardzo wiele, a ona dla świętego spokoju godziła się na wszystko płacąc za to ogromną cenę.

„Dlaczego nie potrafiła mu się przeciwstawić? Gdy pytały ją o to dorastające dzieci, machała ręką. Nie rozumiały. Nie wszystko jest grą o honor. Istnieje cena chwilowego spokoju. Czasem przepłacasz bo nie masz siły inaczej.” (s.31)

Była naiwna, wierzyła, że mąż jej nie zdradza, to było dla niej bardzo ważne, ale on był zachłanny na życie i na kobiety.


Bywał okrutny i bezwzględny jak choćby wtedy, kiedy odchodząc do Anabelli powiedział, że tylko na nią, właśnie na tę młodszą o pięćdziesiąt osiem lat kobietę czekał przez całe życie. Nela już przestała się liczyć.

Był egoistą, ale był także geniuszem, pianistą, dla którego po brzegi wypełniały się sale koncertowe, a aplauz grzmiał jak salwy armatnie.

Opowieść snuje się pomiędzy Warszawą a Moskwą, Paryżem, Nowym Jorkiem Wenecją i Rio de Janeiro.

Pięknie opowiada o miłości i poświęceniu, o wojnie i muzyce, o kulturze...

Książka doskonale napisana, choć trzeba przeczytać kilka stron zanim wejdzie się w ten specyficznie poetycki ton narracji. Świetna.