piątek, 17 listopada 2017

Przebudzenie...

 Janusz Leon Wiśniewski
Wszystkie moje kobiety
ZNAK



Janusz Leon Wiśniewski to naukowiec i specjalista w wielu dziedzinach, i to wcale wcale nie humanistycznych. Jest magistrem fizyki, magistrem ekonomii, doktorem informatyki i doktorem habilitowanym chemii. Robi wrażenie, jakby tego było mało ten człowiek, z umysłem ( jestem prawie pewna) napakowanym liczbami, o jakich się nie śniło filozofom, pisarzom, a mnie przede wszystkim, pisze powieści. I to powieści niebanalne, których tłumaczenia ukazały się w 18 krajach. Czyż to nie fascynujące?
I do tego będąc niezaprzeczalnie mężczyzną ( do czego sam się przyznaje) pisze powieści dla kobiet i to takie powieści, które kobiety czytają, ba nawet kochają.

Co w tym niespotykanego? Chyba to, że J.L. Wiśniewski łamie stereotyp. Choćby ten typowo maskulinistyczny, który mówi, że mężczyzna powinien pisać o samochodach, pościgach, morderstwach, albo gwałtach, a jeżeli jest informatykiem, to o tym samym z dodatkiem odrobiny „Matrixa”, albo choć w stylu starej dobrej SF.

 

Książki Wiśniewskiego to powieści obyczajowe. Dzięki Bogu nie „typowe”. To dobre powieści, inteligentne, pełne ciekawych odniesień, interesujące i nie sprowadzające kobiety do „kłębka nerwów”, PSM i oczu wypłakanych podczas czytania romansu i to już powinno zachęcić do czytania najnowszej jego powieści, ale... Powiem więcej.

„Wszystkie moje kobiety” to powieść szczególna gdyż jej akcja pozornie nie istnieje. Jest wpleciona we wspomnienia, w rozmowy, w rozważania, ale nie istnieje w czasie rzeczywistym. Prawie,. W czasie rzeczywistym, przebudzony po kilku miesiącach śpiączki mężczyzna zaczyna odkrywać siebie na nowo. Odkrywa siebie w sferze bardzo fizycznej, bo będąc w śpiączce stracił wiele ze swoich umiejętności i możliwości jak choćby możliwość samodzielnego poruszania się ( oczywiście chwilowo).

Zaczyna więc myśleć o kobietach, które poznał, porzucił, pokochał... nie koniecznie w takiej konfiguracji oczywiście.
Myśli o byłej żonie, o córce, o tych wszystkich, które go kochały i które on kochał, ale nie do końca, nie do ostateczności. Myśląc o nich jest w stanie wejrzeć w siebie.
To co zachwyciło mnie w tej powieści to to, że jest napisana w sposób po prostu inteligenty, z szacunkiem dla wiedzy i aspiracji czytelnika, bez taniego grania na strunach emocji, choć emocje też się znajdą. Nie trzeba ton chusteczek higienicznych, to powieść raczej dla kobiet, ale mężczyzna też może ją przeczytać bez uszczerbku na zdrowiu. Powieść spokojna, bez fajerwerków i szaleństwa, napisana rozsądnie, realistyczna pokazująca życie takie jakim jest, nie podkolorowując go ani tęcza ani nie ukazując w czarnych barwach.
Ze względu na konstrukcję powieści i ze względu na sposób w jaki jest napisana nie można powiedzieć o niej za dużo, aby po prostu zbyt wiele nie zdradzić, ale miłośnicy, a w szczególności miłośniczki, dobrych powieści obyczajowych będą z pewnością zachwyceni.
Mimo, że ja sama powieści obyczajowych czytam mało, albo nawet bardzo mało i J.L Wiśniewskiego raczej omijałam to przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczona jego pisaniem i samą powieścią. To jest naprawdę warte przeczytania.

czwartek, 16 listopada 2017

Ogrom czystej, porażającej grozy.

Magdalena Kałużyńska

ALVETHOR
Białe Miejsce

wydawnictwo
Oficynka

 

Kiedy przeczytałam Alvethor „Białe miejsce” natychmiast zrozumiałam jaką krzywdę zrobiłam opowieści zaczynając czytanie od drugiego tomu, który nota bene był po prostu genialny, ale przecież jeszcze by zyskał, gdybym zachowała odpowiednia kolejność czytania. Inna sprawa, że jeżeli drugi tom obronił się bez pierwszego, mocno z nim związanego i wiele wyjaśniającego, to sam w sobie musi być majstersztykiem. Ciekawa jestem jakie wrażenie, a właściwie o ile lepsze i większe wrażenie wywrze na mnie teraz, kiedy przeczytam go jeszcze raz i będę mogła połączyć obie opowieści w całość.

To co uderzyło mnie w tej powieści, a mówię teraz o pierwszej części, czyli o książce „Alvethor. Białe miejsce” to niezwykłe podejście do wiedzy i poznania. Do tego co jest granicą wiedzy i jakie są granice poznania. Autorka zresztą sama się do tego odnosi i w pewnym cytacie zamieszczonym na pierwszej stronie ksiązki: „To co człowiek widzi, zależy zarówno od tego, na co patrzy, jak i od tego co nauczył się dostrzegać w swoim dotychczasowym doświadczeniu”. T.S Khun „Struktura rewolucji naukowych”

Nasza zdolność do pojmowania świata jest ograniczona.
Człowiek jest w stanie pojąć tylko to co już zna. Niestety tak to działa. Przez porównanie, analogię, przez jakieś przyporządkowanie... Tak i tylko tak. Jeżeli stajemy przed czymś całkowicie nieznanym, czymś bez żadnych odniesień - stajemy wobec tajemnicy. Wobec czegoś tak skrajnie odmiennego, że nie jesteśmy w stanie nie tylko tego pojąć, czy nazwać, ale czasem i zauważyć.
Ta książka to horror opowiadający o czystej grozie. Nie ma w nim duchów, zjaw, psychopatów, ludzi znęcających się nad innymi ludźmi jest tylko czysta, krwawa, potężna groza i groza ta zasadza się na czymś zupełnie normalnym, a nawet realnym. Na bardzo prostej zależności znanej każdemu. Żeby żyć musimy jeść. Inne gatunki też muszą, to oczywiste, człowiek jako jednostka bywał czasami pożywieniem, jako gatunek jeszcze nie, ale coś się zmieniło i nastał właśnie taki moment.
Już nie jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego. 

Lubicie skrzydełka z kurczaka? Uwielbiacie żabie udka? Kochacie wieprzowe nóżki? No cóż, im, tym istotom, które zaczynają atakować świat, a właściwie „białe miejsce” czyli nasz wszechświat, smakują nasze głowy. Odgryzają je i idą szukać następnych. Głód to głód, a pożywienie to po prostu pożywienie. Czy istnieje jakaś różnica? Może tylko taka, że to dotyczy właśnie nas, a nie innych istot żywych.

Jest ktoś, może coś, co może obronić „białe miejsce”, ale w tym celu musi zwerbować pewną grupę rekrutów, oczywiście upraszczam.
Książka pisana tak jakby „na zakładkę” nie jest to żaden profesjonalny termin literacki, po prostu ja tak nazywam ten sposób pisania. Każda scena widziana jest jakby dwukrotnie, raz oczami osób trzecich, raz oczami głównych bohaterów, niejako „raz z wierzchu i drugi raz od środka”, co pozwala dokładniej zrozumieć co się dzieje i jak się dzieje.
To co widzimy to początek katastrofy, której istoty nie da się tak po prostu zrozumieć.

To powieść dla miłośników dobrego, krwistego, makabrycznego horroru, to ogrom, czystej porażającej grozy, całe mnóstwo krwi, kałuże cuchnącej mazi, która posiada DNA ( i to niejedno) - „Białe miejsce” to horror oparty na wielopiętrowej tajemnicy. Coś się dzieje. W pewnym sensie wiemy co, ale to nie jest rozwiązanie. To czego się dowiadujemy stanowi jedynie czubek góry lodowej, którą autorka zatopiła w oceanie krwi.
Pośród tego bohaterowie literaccy, ale i rzeczywiści, żywi, ale odrobinę chyba martwi, zwyczajni, ale przerażający. Ludzcy, ale też nie zawsze i nie do końca...

Czy można ich polubić? Nigdy nie zastanawiałam się nad możliwością polubienia fryzjera, który morduje nożyczkami przechodniów, czy kobiety z dziurą w głowie, ale wierzcie mi, to jest możliwe. 

 

Genialnie logiczny, świetnie napisany, krwawy horror. Mało kto potrafi zachować taką konsekwencję językową i fabularną. Powieść po prostu niesamowita, pełna aluzji do popkultury.

Dla mnie wręcz genialna!

piątek, 10 listopada 2017

Zabrania się...


Zabrania się miłosnych ekscesów na progu stancji 

Autor:  SANCHEZ MAMEN


 MEDIA RODZINA

Zabranie się miłosnych ekscesów na progu stancji. No tak, zabrania się nie tylko tego, zabrania się wielu rzeczy, ale każdy kto prowadzi stancję wie, że lepiej zabronić, niż potem mieć kłopoty, inna sprawa, że samo zabranianie nie zawsze pomaga.
Około czterdziestoletnia kobieta w schemacie... Tak bym mogła zacząć, bo schemat tu jest. Ona nie najmłodsza, bezdzietna, zdradzana przez męża, rozwód i domek dziadków. Takich historii jest w literaturze kobiecej całkiem sporo. Książę też jest, choć nie jest księciem, ale mężczyzną po przejściach, a właściwie po dramatycznym wypadku.... I co?
I nic, szablon może i jest, ale w ramach tego szablonu - wzorca, i mimo tego, że istnieje, opowieść jest zupełnie inna, jakby sam ten wzorzec był lekkim przymrużeniem oka, zabawą z czytelnikiem, bo schemat nie zawsze jest czymś złym.
Cecylia Dueńas wyprowadza się domu, w którym mieszkała z mężem do domu zmarłych, jakiś czas temu, ukochanych dziadków. Postanawia otworzyć stancję dla grzecznych panienek bo z czegoś musi żyć, ale żeby to zrobić musi przeprowadzić remont domu.
Pojawia się nielegalny imigrant czarnoskóry Justice ( jakie ciekawe i wiele znaczące w tej opowieści imię), są dziewczyny, z pozoru wszystkie grzeczne i ułożone, a „pod spodem” każda inna. I medalion zamurowany w ścianie łazienki.
Co w tej książce jest niezwykłego? Pozornie to typowy romans obyczajowy podobny do wielu, oparty na często spotykanych schematach fabularnych. Pozornie, ale nie dajmy się tym pozorom zwieść.
Nie będę udowadniać, że to wielka filozofia przebrana za bajkę. Oczywiście, że nie, ale to świetna opowieść poruszająca całkiem poważne tematy. Owszem porusza je lekkim tonem, ale nie zamiata ich pod dywan, jak to bywa w romansach, gdzie książę z bajki nie może być bezrobotnym, czarnym, nielegalnym imigrantem, a księżniczka panią do towarzystwa ( oczywiście upraszczam)
W tej książce kobiety są różne i mają różne charaktery. To nie zbiór „pięknych kopciuszków” i „złych wiedźm”, każda z bohaterek ma przeszłość, jakieś własne życie i co jakiś życiowy dramat - nie jakiś łzawy „o Boże, on mnie zostawił”, ale problemy prawdziwe, takie, które niejednej kobiecie także i w realnym świecie rujnują życie. Każda z kobiet ma też swoją rolę i swoje znaczenie.
Mężczyźni są tu mniej ważni, co znamienne, bo autorką jest kobieta z kraju mocno naznaczonego wszechobecnym obrazem „macho” i totalnego kultu męskości, czyli z Hiszpanii. Są, żyją, kochają, ale nie grają w opowieści pierwszych skrzypiec.
Jest w powieści też trochę sensacji i tajemnicy i to ładnie podkreśla całą sytuację, w której znalazła się główna bohaterka, bo czy w zwyczajnym życiu nie ma tajemnic? Oczywiście, że są, tylko nie zawsze wychodzą na jaw.
I są tu poważne tematy, bo w tej powieści pod pozorem lekkiego czytadełka dostajemy wiele prawdy o życiu, możliwościach i marzeniach i ta prawda jest bardzo gorzka. Miłość nie zawsze jest łatwa, macierzyństwo nie każdemu dane, rodzice potrafią ranić. Nie ten jest dobrym człowiekiem kto wygląda na dobrego, a ten kto chce i umie pomóc.
Tytuły rozdziałów to kolejne zakazy, czyli to czego się zabrania, ale zakazy sobie, a życie sobie.
Zabrania się zamartwiać? Jasne... tylko jak? „Zabrania się uderzać w czułe punkty” łatwo powiedzieć, „Zabrania się wściubiać nos w nieswoje sprawy”, a to takie fascynujące...
Dodatkowo jest jeszcze Azucena i historia jej tułaczki... Tułaczki, która wpisuje się bardzo mocno w to co teraz przeżywa wiele z nas, wiele kobiet pracujących u starszych zamożnych Niemców i usiłujących wiązać koniec z końcem, ale nie obawiajcie się, Azucena nie ma w sobie za grosz goryczy czy zgryźliwości, to prawie anioł... Prawie.
Wspaniałe, budujące opowieści o dziadkach. Nie, zdecydowanie to nie jest byle jakie czytadło, to umiejętnie wpleciona w powieść obyczajową opowieść o życiu, trudnym smutnym i czasami okrutnym, które... bywa wspaniałe, cudowne i daje nam wszystko to czego możemy sobie zamarzyć, nie zawsze, ale warto czekać.

niedziela, 29 października 2017

Tajemnice też zabijają

Krzysztof Beśka

ORNAT z KRWI

Wydawnictwo OFICYNKA






„Ornat we krwi” to pierwszy tom trylogii Krzysztofa Beśki opisującej przygody dziennikarza Tomasza Horna. Tak się złożyło, że przeczytałam wszystkie trzy tomy, ale w odwrotnej kolejności. To znaczy zaczęłam od „Konstelacji zbrodni”. Poprawiłam „Kryptą Hindenburga”, a na deser zafundowałam sobie „Ornat we krwi” i to co powiem może zaskoczyć, ale wszystkie te powieści są napisane w taki sposób, że można je czytać w dowolnej kolejności i tak wszystkie są doskonałe. Jest to oczywiście specyficzny gatunek, to kryminał sesnasyjno-przygodowy z historią jako głównym elementem napędzającym akcję, będącym zarówno czymś w rodzaju pretekstu jak i ostatecznego wyjaśnienia.

Historia u Beśki jest żywa, prawdziwa, nieco może ubarwiona, ale nie przeinaczona. W „Ornacie” mamy ciekawe odniesienia do Kopernika (nie, nie do Mikołaja tym razem) i do świętego Wojciecha i to dość niezwykłe, oraz opowieść o grupie kleryków z seminarium w Pelplinie.

Już sam tytuł sugeruje iż powieść będzie miała jakiś związek z kościołem, wiarą i sprawami jakie czasami zostają zamknięte na tajemnicę spowiedzi i klasztorne mury, ale nie spodziewajcie się prostych rozwiązań.

Są jak to u Beśki (co teraz, po przeczytaniu trzech tomów mogę już powiedzieć) archeolodzy ( i ci uczciwi i ci mniej uczciwi) szukający grobu świętej, czy według innych tylko błogosławionej stygmatyczki Doroty z Mątowów, która najpierw wyszła za mąż i miała dziewięcioro dzieci, a potem została ostatnią zamurowaną w klasztornej celi mistyczką. Ciekawe prawda?. Jednak to nie wszystko, bo poszukiwania grobu świętej sprawiają, że archeolodzy wplątują się w coś o wiele gorszego.
Dziennikarz i pani archeolog muszą stawić czoła komuś, kto zabija jednego po drugim starszych księży i zostawia dziwne znaki, na dodatek szuka czegoś co mogłoby prawdopodobnie zainteresować też archeologów. Tylko nikt nie wie czego należy szukać i czy wszyscy szukają tego samego. Giną nie tylko księża.
W tej powieści nic nie jest oczywiste.
Wszystko tu jest zagmatwane i dziwnie mistyczne, a równocześnie logiczne i doskonale wyjaśnione.
Jest tu też coś więcej, coś, co bardzo przypomina atmosferę „Bastionu” Kinga, ale nie chodzi o masowe wymieranie ludzkiej populacji, jest coś, co przypomina też historię Dawida Koresha, jeżeli wiecie kto to jest to od razu skojarzycie o co chodzi, inna sprawa, że czytelnicy bardzo często porównują książki Beśki do opowieści o „panu Samochodziku”, albo do powieści Dana Browna. 

Co do „Samochodzika” to jednak się nie zgodzę, owszem, jest przygoda, jest historia, ale jest też sporo krwi i martwych ciał. Beśka pisze zdecydowanie dla doroślejszych czytelników. Inna sprawa jest z porównaniem do Dana Browna - nie czytałam jego książek więc nie powiem, czy porównanie to jest trafne, czy nie, ale z pewnością jest to wielka pochwała, a nie przygana.

Patrząc na popularność tego ostatniego i ilość sprzedanych książek oraz tłumaczenia na wiele języków, należałoby tego samego życzyć Krzysztofowi Beśce bo naprawdę na to zasługuje, nietety zajmuje się historią, która poza Polakami i może jeszcze Niemcami nikogo na świecie nie interesuje, a przecież szkoda.

piątek, 27 października 2017

Tannenberg-Denkmal - historia, która fascynuje

Krzysztof Beśka

KRYPTA HINDENBURGA

Wydawnictwo OFICYNKA


Urodziłam się i mieszkam w miejscu gdzie historia ma dwa oblicza, mówi dwoma językami i nie zawsze jest łatwa. Dolny Śląsk, o którym mówię, tak samo jak Prusy, a przynajmniej ta ich część, która teraz należy do Polski to właśnie takie dwoiste historycznie miejsca wywołujące wiele emocji w obu narodach, w tych, którzy mieszkali tu kiedyś i w tych, którzy żyją tu teraz, dość wspomnieć Erikę Steinbach i Związek Wypędzonych, rodzące się konflikty, wciąż coraz silniejsze nacjonalistyczne zapędy i to co w sercach u umysłach pozostawiały dwie wojny światowe.
Na takich właśnie sprawach Krzysztof Beśka oparł swoją książkę „Krypta Hindenurga”. Tytułowe mauzoleum – grobowiec Paula von Hindenburga ( Tannenberg-Denkmal ) - umiejscowione w okolicach Olsztynka nie dotrwało do naszych czasów, a mimo to na jego historii i legendzie z nim związanej autor oparł swoją niesamowitą powieść sensacyjną łączącą historię z teraźniejszością w sposób naprawdę fascynujący.
Główny bohater redaktor Tomasz Horn zostaje wplątany w niebezpieczną, międzynarodową intrygę związaną z zabójstwem ukraińskiej prostytutki, zabójstwem starszego mężczyzny, emeryta z z niemieckiej wycieczki i z dziwnym zaginięciem lwa, kamiennego lwa dłuta Pietrobellego.
Ponieważ w zabójstwo prostytutki jest zamieszany szkolny kolega redaktora, a obecnie europoseł sprzeciwiający się restytucji mienia byłym niemieckim właścicielom Horn, wierząc w niewinność przyjaciela postanawia pomóc mu się oczyścić z zarzutów i tym samym coraz bardziej wikła się w dziwne wydarzenia, które towarzyszą całej sprawie.
Wszystkie te wydarzenia maja jakiś związek z mauzoleum i z tym co kiedyś w nim było. Nie chodzi tu oczywiście o zwłoki, które Niemcy zabrali wycofując się w 1945 roku, ale o coś o wiele bardziej wartościowego.
Niemiecka policjantka Joana Klose, pani archeolog Ewa Rimmel, oraz były komandos starają mu się pomóc, ale sprawę komplikuje całkowity brak punktu zaczepienia.
Ginę ludzie, europoseł wikła się coraz bardziej, a to uwikłanie jest bardzo podejrzane - historia zaczyna ponownie komplikować losy mieszkańców tego kawałka ziemi.

Fascynująca warstwa historyczna nawet pozbawiona sensacji sama w sobie jest idealnym materiałem na powieść, wiedza autora sprawia, że czytelnik śledzi każde zdanie z zapartym tchem. Jeżeli dodamy do tego warstwę sensacyjną, okraszoną świetnymi postaciami i niebanalną zagadką, to mamy powieść, która naprawdę zachwyca.

Wielu autorów piszących tego typu powieści traktuje historię jako „ozdobę”, wymyślając zdarzenia, zmieniając (nawet podstawowe) fakty, po macoszemu traktując dokumenty, Beśka historię traktuje z szacunkiem i chyba nawet swego rodzaju „miłością” co ogromnie ponosi wartość powieści sprawiając, że jest nie tylko ciekawym „czytadłem”, ale też zostawia w człowieku głód wiedzy i ochotę na pogłębienie tematu we własnym zakresie. Oczywiście ta książka dokumentem nie jest, ale przytacza całe mnóstwo informacji, które wzbogacają naszą, często marną, wiedzę historyczną.

Czy to wszystkie atuty? Powiedziałabym, że nie. Jest jeszcze cała otoczka obyczajowa, dawkowana delikatnie, powoli i z umiarem i niesamowita przygoda. Jest to przygoda dla czytelnika dorosłego, ale za to świetnie napisana i świetnie poprowadzona. 
Nie znajdziemy niepotrzebnych wątków, byle jakich przemyśleń pseudofilozoficznych czy moralizatorstw. Ja czytając bawiłam się świetnie, a że historię kocham, miałam podwójną frajdę, ale nie obawiajcie się, nawet jeżeli historia nie była waszym ulubionym przedmiotem w szkole i nie bardzo ją lubicie. Historia w wydaniu Krzysztofa Beśki niewiele ma wspólnego z nudnymi lekcjami. On historię przedstawia tak, że każdy chce więcej! Uwierzcie mi, to warto przeczytać.

Okruchy życia

Aktorki. Odkrycia

Wydawnictwo: Znak





Aktorki to książka w pewnym sensie dokumentalna choć i poetycka zarazem. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak dokument poetycki, ( nie wiem zresztą po co miałby istnieć, w jakim celu miałby być stworzony), ale jednak to co się liczy to przede wszystkim tekst i to w jaki sposób został napisany. Wiedzę, tę podstawową, o aktorkach, którym poświęcona została ta publikacja moglibyśmy zdobyć na Wikipedii, jakieś dodatkowe informacje gdzieś w sieci, a przecież nie o to chodzi. Ta książka to bardzo osobiste rozmowy z kobietami z pierwszych stron gazet przeprowadzone w sposób po prostu przepiękny.
Tytułowe aktorki, ale też i odkrycia to Błęcka-Kolska, Bohosiewicz, Budnik, Dancewicz, Gniewkowska, Grabowska, Gruszka, Hajewska-Krzysztofik, Kolak, Kulig, Kożuchowska, Kulesza, Kuna, Muskała, Nieradkiewicz, Ostaszewska, Preis, Trzepiecińska kobiety piękne, uzdolnione, wyraziste, niezwykłe ale i silne.
Autor nie pisze ich dokładnych biografii, ale sprawia, że opowiadają o istotnych ważnych, ważkich a czasami trudnych momentach życia i kariery.
Zawód aktora postrzegany jest trochę inaczej niż inne zawody, nawet te związane z mediami. Tu i szczęście jest potrzebne i talent i samozaparcie, a czas trochę czasami krzyżuje aktorskie plany. Dodatkowo rola roli nierówna.
Rozmowy przeprowadzone przez autora w niczym nie przypominają wywiadów, które często pojawiają się w kobiecych pismach, nie ma tu szukania taniej sensacji, czy w ogóle sensacji, to raczej opowieść o czasie spędzonym na scenie, o mentorach, wielkich wyzwaniach, o życiu pomiędzy rolami trochę też, ale przede wszystkim o pasji, trwaniu i przemijaniu.
Poza warstwą oczywiście najważniejszą, czyli postaciami aktorek dostajemy też przepięknie napisane, inteligentnie przeprowadzone, pewne swoistej poezji opowieści, trochę może zwierzenia. Literacko dopracowane teksty, wspomnienia i rozważania o naturze zawodu, talentu i życia. Cudne.

niedziela, 22 października 2017

Marzenia o dobrym życiu.



Michelle Miller

EMISJA

WYDAWNICTWO MEDIA RODZINA

seria
Gorzka Czekolada



Są książki, którym „zawdzięczam” nieprzespane noce, ale wcale nie miewam im tego za złe choć niektóre robią to bez uprzedzenia, wcale nie licząc się z potrzebami mojego organizmu. Biorę na wieczór książkę, o której sadzę, że jest „bezpieczna” czyli, że przeczytam pewną ilość stron, a potem spokojnie odłożę ją by czytanie kontynuować nazajutrz. Niektóre jednak książki wyraźnie się temu sprzeciwiają i nie pozwalają się odłożyć. I taka właśnie jest „Emisja”. Gdyby ktoś powiedział mi, że coś takiego może mnie spotkać w odniesieniu do powieści dotyczącej korporacji po prosty bym go wyśmiała, albo delikatnie popukała się w czoło. Po pierwsze korporacje to nuda, po drugie ja w ogóle nie wiem „z czym to się je”, tym bardziej się więc zdziwiłam kiedy zorientowałam się, że książkę przeczytałam i że jest rano...
„Emisja” to opowieść o świecie pięknych pozorów. O pięknych ludziach, świetnych pensjach, genialnym życiu, wspaniałych koneksjach i milionach dolarów krążących w żyłach ludzi sukcesu.
Tak to wygląda przynajmniej z daleka. Z bliska, gdyby nam było dane wejść w to hermetyczne środowisko, zobaczylibyśmy nie pracę, a harówkę, życie bez czasu na życie, szklane sufity nie tylko dla kobiet, ale i dla innych pracowników nie mogących poszczycić się odpowiednią szkołą, urodzeniem, czy prezencją, a dookoła tylko alkohol i seks bez zobowiązań.
Bo dla pracowników Wall Street najważniejsza jest praca, a resztę można kupić. Seks transakcyjny, nie koniecznie płatny gotówką, to zaraza ale i przywilej tego świata.
Nic innego się tu nie liczy. Nie ma znaczenia. Nie istnieje.
„Hook” wirtualna platforma randkowa chce wejść na giełdę i jest to coś na czym można skorzystać. Dużo, niektórzy już liczą swoje wynagrodzenia w milionach, bo Hook, to nie jest byle aplikacja randkowa, to system, z którego korzysta 500 000 użytkowników! Nikt się nie przejmuje się niczym innym jak tylko lukami podatkowymi i cenami akcji. Gdzieś na kampusie jednej z uczelni ktoś znajduje martwą studentkę. Przedawkowanie narkotyków. Zaczyna się nagonka.
Czy te dwie rzeczy się ze sobą łączą? Tylko trochę, zmarła dziewczyna miała pracować w firmie L.Cecil, a ta właśnie firma ma zająć się emisją akcji Hooka. Wiadomo też, że dziewczyna i korzystała z aplikacji... Pojawia się pytanie o bezpieczeństwo danych użytkowników, odpowiedź na to pytanie może zagrozić całej sprawie.
Powoli ujawniają się wszystkie korporacyjne zależności i sztuczki.
W firmie Hook też wszystko zaczyna wrzeć. Śmierć nieznajomej dziewczyny właściwie nikogo nie obchodzi, ale ktoś odkrywa, że nie mogła być zwykłym przypadkiem przedawkowania, tylko co śmierć jakiejkolwiek, nawet niezwykłej dziewczyny może mieć za znaczenie wobec zarobku. Piękni ludzie zaczynają robić wszystko, żeby nie dopuścić do ujawnienia niewygodnych faktów.
Ważne są przecież przede wszystkim zysk i emisja. Debiut giełdowy. Temu trzeba podporządkować wszystko i wszystkich.
I nic nie ma znaczenia poza pozorami, ani ślub siostry, ani dzieci, ani instynkt macierzyński. Dzieci muszą sobie radzić same, jajeczka można zamrozić, a ślub siostry to przecież bzdurka...
I nagle zaczynamy się zastanawiać, czy ci piękni ludzie to jeszcze ludzie czy już tylko działające na wódce, seksie i dolarach korporoboty...
Z tej matni nie można się wyrwać.
Machlojki, przekręty, zdrady, nienawiść i wzajemne podgryzanie się, a śmierć? Śmierć nie ma znaczenia, o ile nie da się na niej zarobić.
Przerażająca powieść, którą mimo mojego całkowitego analfabetyzmu w zakresie wiedzy o giełdzie i jej działaniach, czy rządzących nią zasadach zrozumiałam doskonale! Nie wiem jakim cudem autorce udało się opisać ten giełdowy chaos w taki sposób żeby był zrozumiały nawet dla mnie.
Emisję” czyta się z zapartym tchem. Ta książka chwyta za serce i za kark, a potem trzyma aż do końca. Wtopieni w cały ten fałsz, w to życie bez życia, w to ugrzecznienie i upodlenie patrzymy na pracowników korporacji z coraz większym politowaniem i niedowierzaniem. Poznajemy wszystkich, od analityków po szefów, od informatyków po największych decydentów, widzimy powiązania, układy i naprawdę odczuwamy autentyczny strach przed robotem bezduszną maszyną do zarabiania pieniędzy jaką może stać się człowiek w świecie bez uczuć wyższych, nawet tych rodzinnych. Świetna, świetna, przerażająca, ale świetna.

poniedziałek, 9 października 2017

Uśmiechnieta i przekorna... fizyka!

 Martin Durrani, Liz Kalaugher

KUDŁATA NAUKA. Mądrość w świecie zwierząT

Wydawnictwo ZNAK



Martin Durrani to urodzony w Kanadzie, a wychowany w Birmingham dziennikarz z zawodu fizyk, zdolny do przedstawiania trudnych zagadnień w przystępny dla laika sposób. Liz Kalaugher to także dziennikarka zajmująca się sprawami nauki. Taki duet mógł stworzyć albo mocno naukowe i niezrozumiałe dla przeciętnego czytelnika dzieło, albo coś fascynującego i wciągającego.
„Kudłata nauka. Mądrość w świecie zwierząt” to książka popularnonaukowa z zakresu fizyki, biologii, chemii i ogólnie wszystkiego co w jakimś stopniu dotyczy zwierzęcych zachowań związanych z tymi dziedzinami. 

Może sie komuś wydawać, że co jak co, to jednak fizyka nie może mieć wiele wspólnego z krewetka, psem, czy japońskim szerszeniem. A jednak...

Wszystkie te zwierzęta, i wiele innych oczywiście wykorzystują do swoich potrzeb zasady tej nauki, nieświadomie to fakt, ale bardzo skutecznie. Czasami zwierzęta idą w tym dalej niż kiedykolwiek zaszedł człowiek.
Jak to możliwe? No cóż, natura jest bardzo zmyślna, potrafi obdarzyć swoje stworzenia wieloma przydatnymi umiejętnościami nawet jeżeli one same nie zdają sobie z nich sprawy.
Każdy może jednak pomyśleć, że jeżeli chodzi o fizykę, wszystkie te jej prawa, zasady i problemy, newtony, jule, ampery i inne „koszmarki” to książka musi być trudna, nie ma innego wyjścia, a jednak, autorzy jakoś to wyjście znaleźli... Oczywiście samej fizyki ułatwić się nie da, to byłoby karkołomne zadanie, ale przecież można ją „oswoić” co sprawi, że nawet ludzie tej nauki unikający jak ognia zaczną się jej przyglądać z zaciekawieniem.

Zresztą wiele jest takich osób, które lekcje fizyki wspominają bardzo źle, z różnych względów, ale samą fizyką się interesują, bo najzwyczajniej interesują się światem, a fizyka stanowi istotną tego świata część.

Sławne już, choć trochę „niesławne” stwierdzenie, dotyczące wielu szkolnych przedmiotów w tym też fizyki, czy chemii, a zawierające się w stwierdzeniu „Po co mi to? Przecież w życiu mi się to nie przyda” zostało w tej książce obalone po stokroć, bo autorzy pokazali na dziesiątkach ( o ile nie setkach przykładów), że fizyka nie tylko przydaje się w życiu, ale jest ważną jego częścią.
Zabrali się do tego w niespotykany sposób. Opisując pozornie zwyczajne zachowania zwierząt, a czasem ich niespotykane zwyczaje i niesamowite „możliwości” potrafili zainteresować tematem, ba, zainteresować to mało powiedziane, potrafili zafascynować. Ja książkę czytałam z prawdziwą przyjemnością i zachwytem.

Czy można czytać z zachwytem książkę popularnonaukową i to dotyczącą takiej tematyki? Można, choć przyznam, że napisanie takiej książki to, z pewnością, skrajnie trudna sprawa. Szkoda, że więcej takich nie ma, bo wtedy można by zdjąć odium nudy z wszystkich tych trudnych dziedzin i nielubianych przedmiotów szkolnych.

 

Nie jest to książka dla dzieci, a raczej dla młodzieży licealnej i ludzi dorosłych posiadających jakieś zręby wiedzy ogólnej i dużą ciekawość świata.
Opisuje ciekawe doświadczenia przeprowadzone na zwierzętach ( bezkrwawe – zaznaczam, takie też się przeprowadza).
Z książki podzielonej na rudziały o tytułach: CIEPŁO, SIŁY, PŁYNY, DŹWIĘK i MAGNETYZM, ŚWIATŁO oraz WSZECHŚWIAT I CAŁA RESZTA dowiemy się na przykład w jaki sposób pije kot, dlaczego pies otrząsa się z wody i jak to robi, dlaczego niektóre węże czasowo zmieniają płeć, jak komary radzą sobie z deszczem i że szerszenie mogą opanować mechanikę kwantową ( zazdroszczę tym szerszeniom, ja bym nie mogła).

Na dodatek książka jest napisana z humorem, pełna żartów i zabawnych, ale celnych spostrzeżeń. Po prostu świetna, jedna z tych, które najpierw czyta się jednym tchem, a potem po raz kolejny powoli i dokładnie z namysłem i rozmysłem, aby jak najwięcej się dowiedzieć i skorzystać.
Powinna znaleźć się w każdej szkolnej bibliotece, w rękach każdego licealisty i w domach wszystkich ludzi ciekawych świata. Szczerze polecam.

środa, 4 października 2017

Zła cisza



Jest życie po końcu świata

Joanna Kos-Krauze

Aleksandra Pawlicka

Wydawnictwo: Znak Literanova




Jest życie po końcu świata” to rozmowa, reportaż i wywiad w jednym. To trzy warstwy bardzo osobistej narracji dotyczącej traumy, ale nie w sensie faktu, a tak jakby tego co następuje „po fakcie” czyli przetrwania. Jest to rozmowa o Rwandzie, a o Rwandzie nie da się inaczej rozmawiać jak w kontekście ludobójstwa, jest to też rozmowa o śmierci ( i o odchodzeniu – co nie musi być jednoznaczne i w tym przypadku nie jest ) i oczywiście o filmach, jednak w dość zasadniczy sposób mimo tych trzech nurtów-wątków – jest to rozmowa o życiu po tym, co dla człowieka jest końcem jego świata – każdy z nas ma inny. 

Nie można jednak tej książki ograniczać jedynie do samej Rwandy i filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” - który jest oczywistą aluzją do książki Arkadego Fiedlera, ale też faktem, a jeżeli ktoś powie, że ptaki śpiewają wszędzie w tym wypadku może nie mieć racji, bo nie wszędzie i nie zawsze. 

Wiele czytałam o Rwandzie, między innymi „Maria Panna Nilu” Scholastique Mukasonga, czy „Złe wieści, Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie” Anjana Sundarama. Opowieść o ludobójstwie jest za każdym razem taka sama i inna, bo co chwila ma inną twarz, Joanna Kos-Krauze skupia się jednak o wiele bardziej na tym co stało się potem, na odwecie i na konieczności jakiegoś „współtrwania” potem, a to „potem” często miewa oczy szaleńca.
Każdy z filmów o których opowiada jest jakąś opowieścią o tym co „potem”, opowiada o utracie, żałobie i samotności. Każdy film jest osobisty w podtekście, książka zresztą też, bardzo pięknie mówi o życiu, ale nie „tapla” się w prywatności. Jest czytelna i doskonale dyskretna zarazem.
Poruszająca i okrutna, a jednak pokazuje, że można, trzeba, należy... że jest życie po końcu świata. Okrojone, osamotnione, niepełne, ale jednak jest.
Wywiad jest też ostrą krytyką sytego, białego świata, który w instytucjonalnym przebraniu, także religijnym, stosując starą zasadę divide et impera doprowadził do tego co się stało, a potem patrzył i nie reagował.
Innym elementem jest opowieść o zrobionych wspólnie z mężem filmach, o samotności życia reżysera i o prawie wyboru, nawet dotyczącego spraw ostatecznych.
Ciężka, okrutnie piękna książka. Otrząsnąć się z niej nie sposób, ale to dobrze, bo otwiera umysły no to o czym nie chcemy myśleć, a przecież trzeba.
Nie jestem pewna, czy każdy ją zrozumie, to nie jest ten rodzaj celebryckiego wywiadu, do którego przyzwyczaiły nas quasi pudelkowe publikacje. Do tej książki trzeba otwartego umysłu, serca i pewnej wrażliwości.

czwartek, 28 września 2017

Szlak zbrodni


 KRZYSZTOF BEŚKA

KONSTELACJA ZBRODNI

OFICYNKA




Czytanie książek Krzysztofa Beśki zaczęłam niechcący od „Konstelacji zbrodni”, bo zanim stałam się dumną posiadaczką całej trylogii, właśnie tę książkę kiedyś przeczytałam, a teraz ją tylko powtórzyłam i to z niemałą przyjemnością.
Pierwszą moją myślą po jej przeczytaniu było „zakwalifikowanie” jej do gatunku jakiegoś literackiego i tu ze zdumieniem zauważyłam, że do jednego się nie da.
„Konstelacja Zbrodni” jest książką wielowarstwową, wielowątkową i tak skonstruowaną, żeby każdy czytelnik znalazł w niej to czego mu trzeba. Jest to bowiem, oczywiście powieść kryminalna, ale z pewnością też powieść sensacyjna. Jest w niej dużo z powieści przygodowej i to wcale nie dla nastoletniego czytelnika, dorośli też lubią takie powieści. Jest tu także wątek, a nawet można powiedzieć watki historyczne, trochę powieści, hmmm... szpiegowskiej i romansu. No dobrze, romansu nie ma dużo i łzawy nie jest, ale to przecież zaleta. 

W tle „szlak kopernikowski”, czyli miejsca związane z życiem i pracą Mikołaja Kopernika, pokazany w sposób iście spielbergowski i wierzcie mi skojarzenie z Indianą Jonesem nie jest tu wcale nie na miejscu!

W powieści dzieje się wiele, ale wszystko jest tu doskonale ze sobą powiązane. I to jak powiązane? Ktokolwiek potrafi powiązać Mikołaja Kopernika i jego czasy z II Wojną światową, połączyć to logicznie i zasadnie z czasami nam współczesnymi, wpleść w to dzisiejsze problemy i uwarunkowania historyczne, dodać do tego zwykłe ludzkie losy i nie pogubić się w tym, a ponadto sprawić, żeby czytało się to jednym tchem - musi być genialny, ale i mieć ogromną wiedzę.
Nie twierdzę, że w powieści nie ma odrobiny „fantastyki historycznej”, jest, ale nie przeszkadza. Po pierwsze dlatego, że to jest powieść, a nie dokument, po drugie dlatego, że to zachęca do poszukiwań i budzi zaciekawienie czytelnika, zaciekawienie, które trwa jeszcze długo po tym jak przeczyta się ostatnie strony książki.

Tomasz Horn dziennikarz i po trosze ( także i odrobinę z wykształcenia) historyk, człowiek z pasją, ale i ogromnym „zamiłowaniem” do pakowania się w kłopoty dostaje zadanie zrelacjonowania uroczystości związanej z ponownym pochówkiem właśnie odnalezionych szczątków Mikołaja Kopernika. Pozornie prosta sprawa.

Jednak życie Kopernika, jego tajemnice, a nawet narodowość, bo i ona u niektórych budzi pewne „kontrowersje” sprawiają, że ta uroczystość staje się początkiem wielkich zawirowań, niesamowitych poszukiwań i zbrodni... Właśnie. Zbrodni. 

A wszystko to jest powiązane z astronomią... gwiazdami... Tak, tytuł jest dwuznaczny, ale i całkowicie adekwatny i wtedy, kiedy odczytuje się go dosłownie, jak i wówczas kiedy odczytuje się go jako aluzję.
Całość wciąga, bawi, fascynuje. Porywa.

niedziela, 24 września 2017

Elżbieta Rakuszanka - historia inteligentnego Kopciuszka


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 

 
Brzydka królowa. Elżbieta Rakuszanka żona Kazimierza Jagiellończyka

Wydawnictwo: Książnica





Powieść historyczna to gatunek niełatwy bo wciąż musi balansować między dokumentami, a pustką. Miedzy znanymi postaciami i ogromem tych, o których zapomniano, choć w danej chwili mieli jakieś znaczenie może nawet kluczowe. Zresztą zapomniano nie tylko o tym, ale o wszystkim innym, o czym pisząca powieść autorka musi mieć jakieś pojęcie. Co jedli bohaterowie, jak spędzali wolny czas, jak się czuli, co zaprzątało ich myśli... No i oczywiście jak świętowali, jak kochali i jak się bawili.

I tu w sukurs przychodzi „licentia poetica”. Czy zezwala na wszystko? Oczywiście, że nie. W tym momencie bardzo ważne jest by autor nie przesadzał, nie kombinował, nie udziwniał. Czy autorka tej powieść uległa takiej pokusie? Otóż nie.

 

Nie spodziewajcie się więc tu ani „romansu rycerskiego”, ani jakiekolwiek odmiany powieści z gatunku „płaszcza i szpady”, ta powieść istnieje na styku faktu i fikcji, ale z ogromną przewagą faktu, a fikcja wchodzi tylko tam, gdzie jest to konieczne, nie naginając znaczenia wydarzeń historycznych, nie mącąc w ich przyczynach, nie zaburzając ich biegu, dlatego może mniej spodobać się czytelnikowi, który lubi coś co ja na własny użytek nazywam „powieścią kostiumową” czyli powieścią obyczajową przebraną w „kostium” historii, natomiast miłośnicy historii i dobrej książki ( nie żebym miała coś przeciwko powieści „kostiumowej”) nie będą rozczarowani.

Powieść Victorii Gische czyta się bardzo dobrze. Książka wciąga, ciekawi, fascynuje, przybliża nieznane fakty z historii, a wszystko co udało mi się sprawdzić na temat jej bohaterki jest takie jakie powinno być. Zresztą książką ta nie aspiruje do roli dokumentu, więc wizja jaką snuje przed nami autorka jest całkiem zgrabna, trzyma się realiów i jest po prostu ciekawa. 

Nawet bardzo ciekawa. Przyznam, że historię kocham, chętnie i często czytuję biografie, nie mam jakiejś specjalnej wiedzy w tym zakresie, ale wcale to nie jest konieczne w tym przypadku. Powieść tę traktowałam jak właśnie POWIEŚĆ osnutą na materiale historycznym i jako taka sprawdziła się wręcz genialnie. Autorka sama wspomina, że obok postaci rzeczywistych wprowadziła do powieści kilka postaci fikcyjnych, ale zrobiła to tak gładko, że tego po prostu nie widać.

Elżbieta Rakuszanka podobno bardzo brzydka i zdeformowana ( nie wiadomo dokładnie jak wyglądała, zresztą kanony piękna bywają zmienne) potrafiła nie tylko doskonale poradzić sobie w małżeństwie, urodzić trzynaścioro dzieci i zostać matką czterech królów, w tym jednego świętego, potrafiła też wzbudzić szacunek poddanych i wpisać się trwale w wielką politykę swoich czasów. To postać niejednoznaczna, bardzo pobożna i wykształcona, ale też umiejąca walczyć o dobro swoich dzieci. 

Ważną postacią w powieści jest Helena piastunka i powiernica Elżbiety, a wcześniej zaufana jej matki. No i oczywiście król Kazimierz Jagiellończyk i dworskie intrygi począwszy od skandali na dworze Barbary Cylejskiej, babki Elżbiety, a skończywszy na śmierci głównej bohaterki, a w tle? Wojny, w tym i ta z Zakonem Krzyżackim. O fabule nie ma sensu pisać więcej. Powieść jest intrygująca, ma wyraziste, ciekawe tło i dopracowane szczegóły.
Książkę polecam ze względu na to, iż w interesujący sposób przybliża mało znane szerszemu ogółowi wydarzenia historyczne, jest intrygująca i bardzo dobrze napisana. Naprawdę warto po nią sięgnąć.

sobota, 23 września 2017

Białe kłamstwa?

Siracusa

Delia Ephron

Wydawnictwo: W.A.B



Kłamstwo jest konieczne do życia. Wiem, każdy mówi, że brzydzi się kłamstwem, ale czy te wszystkie „ładnie dziś wyglądasz”, „nie martw się, będzie dobrze”, czy „ładna fryzura” to nie są czasami zwykłe kłamstwa? Owszem, mówi się, że to tak zwane „białe kłamstwa” i mają inny, o wiele mniejszy ciężar gatunkowy, że szkodzą mniej, że...
No tak, ale to nadal są kłamstwa. Właściwie tylko dzieci bez pardonu mówią prawdę prosto w oczy, i co? Ktoś je chwali? Ależ skąd! Takie zachowanie powoduje dyskomfort...

A jednak, żeby przetrwać we współczesnym świecie trzeba kłamać i umieć to robić dobrze. Inaczej się nie da. 

 

I właśnie na tym założeniu Delia Ephron, amerykańska pisarka i scenarzystka oparła konstrukcję swojej powieści. Jej książka „Siracusa” to wielogłos składający się z wypowiedzi czwórki głównych bohaterów, a dotyczący tej samej sprawy, tego co, jak i dlaczego wydarzyło się podczas wakacji we Włoszech. Każda z postaci opowiada o tym samym, opisuje to samo wydarzenie, ale też wzbogaca opowieść o własny punkt widzenia i o własne doświadczenie życiowe.
Każdy z bohaterów nieco inaczej interpretuje to co się dzieje, a dzieje się pozornie niewiele, bo ta opowieść jest zanurzona w ludzkich wnętrzach i w ich postrzeganiu świata bardziej niż w rzeczywistości, zresztą co to jest rzeczywistość? Każdy na inną...

I wszyscy kłamią, okłamują wszystkich wokoło, ale i w stosunku do samych siebie nie są całkiem szczerzy. 

Dwa, pozornie zaprzyjaźnione ze sobą małżeństwa postanawiają spędzić kilka dni wspólnych wakacji we Włoszech, początkowo wydaje się to całkiem dobrym pomysłem, ale wkrótce okazuje się zupełną katastrofą. Wszystko rozbija się o drobiazgi, ale te drobiazgi tworzą świat. A właściwie odrębne światy bo każdy żyje w innym. W tle snuje się dziwna dziewczynka, Snow, jeszcze dziecko, ale już nastolatka zredukowana przez matkę, (dla której jest sensem istnienia) do roli marionetki, idealnej kopii rodzicielki. Snow jest bezosobowa, wciąż sterowana, bezwolna, a jednak frapująca.
Poznajemy Michaela pisarza z blokadą twórczą i kochanką, dla której zamierza porzucić żonę Lizzie, która desperacko szuka pracy walczy o niego jak lwica, Taylor, zaborczą matkę i elegantkę z pretensjami oraz jej męża Finna, właściciela knajpy i smakosza lekkoducha. Tylko czy naprawdę ich poznajemy?

Są jakby poskładani z odłamków. Niejednoznaczni, nie do końca zrozumiali, przerysowani i uładzeni zarazem.

 

Ponieważ narracja nie jest trzecioosobowa czytelnik pozbawiony wiedzy narratora gubi się w domysłach. Nie ma w tej powieści ani krzty obiektywizmu, narracja, a właściwie narracje pierwszoosobowe sprawiają, że wszystko, słowa, obrazy, interpretacje są subiektywne i tylko z tych subiektywnych odłamków rzeczywistości dowiadujemy się czegokolwiek, ale nie mamy pojęcia, kto mówi prawdę i jaka jest ta prawda.
Oczywiście szybko orientujemy się, że to co się dzieje doprowadzi do tragedii, tylko, że nie wiemy do jakiej...Rozwiązanie szokuje, ale tyle nie samym faktem ile podejściem ludzi do tego co się stało. Pokazuje małe ludzkie bagienko bez krzty moralności, współczucia i uczciwości.
Książka napisana i skonstruowana w sposób niezwykły. Fascynująca narracja sprawiająca, że opowieść narasta jak śniegowa kula, a śnieg to przecież „Snow”.
Nie wiem czy polubiłam bohaterów, ale nawet tego nie próbowałam, ja chciałam ich przede wszystkim zrozumieć i... nie. Nie ma łatwych odpowiedzi i wyjaśnień pozwalających zrozumieć dlaczego ten zdradza zonę, tamten czuje się jak „pies w klatce”, ktoś daje sobą manipulować, a ktoś inny...
Ta opowieść jest jak życie, tyle wiemy ile powiedzą nam bohaterowie, ale czy powiedzą nam wszystko?
Dla mnie fascynująca.
Skuście się!

poniedziałek, 11 września 2017

Diabeł osobisty, wróg ukochany.

JACEK PIEKIEŁKO

Ciemne siły

VIDEOGRAF



Tę książkę ktoś powinien jak najszybciej sfilmować, a sfilmowanie jej wcale nie byłoby takie trudne - mimo gatunku i tematu nie wymagałoby ogromu efektów specjalnych bo groza tej powieści, choć potworna jest „z tego świata”.

Tworzenie horroru to kreowanie jakiejś konkretnej rzeczywistości, codzienności, która mniej lub bardziej odnosi się do naszego zwykłego świata i praw nim rządzących, ale dodaje do niej elementy, które w sposób oczywisty do tej rzeczywistości nie przystają.

W tej powieści świat jest realistyczny, prawie całkowicie „normalny”, ale w niektórych momentach mocno oniryczny i nasycony niesamowitością.
Autor do budowy fabuły wykorzystał trzy elementy. Pierwszym z tych elementów jest sekta Chłystów istniejąca od siedemnastego wieku i propagująca poglądy podobne do wczesnochrześcijańskich herezji. Chłyści wierzyli w reinkarnację, preegzystencję dusz i możliwość nieskończonego, ciągłego wcielania się Boga w człowieka, a właściwie w rożnych ludzi. Zresztą wiedza na temat tej sekty jest bardzo skromna, na dodatek wierzenia jej wyznawców były bardzo niejednolite.
Założycielem sekty był żołnierz-dezerter pochodzący z chłopstwa Daniła Filipowicz. Ogłosił się wcielonym Bogiem. Wraz z "umiłowanym synem, Jezusa Chrystusa" Iwanem Susłowem głosił, iż pojawił się na ziemi jako Bóg, by przekazać ludzkości nowe dwanaście przykazań. Obu tych ludzi istniejących kiedyś rzeczywiście spotkamy w powieści.

Drugim mocno powiązanym elementem jest postać Gregorija Rasputina faworyta rodziny carskiej, podejrzanego o przynależność do tej właśnie sekty, jego pojawienie się, lub pojawienia – co bardziej oddaje treść książki, to mocny atut powieści.

Ostatnim, ale być może najważniejszym elementem jest ludzka wiara w „szarlatanerię”. We wszelkiego rodzaju energoterapeutów, uzdrowicieli i ludzi. I tu psychologiczny aspekt książki jest naprawdę świetny. Autor pokazuje jak oddając swój umysł, ciało, często w pewnym sensie „duszę” człowiekowi, którego intencji, wiedzy i możliwości nie jesteśmy w stanie sprawdzić możemy się stać ofiarami...

Sugestia i wiara w cuda to broń, która ktoś może obrócić przeciwko nam.

Książka zaczyna się opisem wyuzdanej „radienii” - orgiastycznego obrzędu Chłystów. Potem poznajemy całą resztę. Grupa archeologów jedzie do maleńkiej rosyjskiej wioski by tam szukać królewskich insygniów. Dziwne miejsce na insygnia, ale oni szukają, znajdują trumnę, a w niej...
Owszem pomysł może nie taki nowy czy świeży, ale tutaj został wykorzystany w zupełnie nowy sposób. Nikt nikogo nie pożera...
To co zaczyna się dziać działa o wiele głębiej, bardziej w umysłach i podświadomości ludzi, którzy znaleźli się na tym dzikim odludziu, niż w konkretnej rzeczywistości. Inna sprawa, że bardzo trudno tę rzeczywistość zrozumieć bo jest inna dla każdego i nieuchwytna, zmieniona przez postrzeganie, mocno osobista. Niewiarygodnie sugestywna, a jednak inna dla każdego.
Powoli, za pomocą wyrazistych migawek literackich autor przenosi nas w czasie i przestrzeni pozwalając nam zrozumieć bohaterów, ich przeszłość i dążenia, pozwala to poznać ich trochę bardziej, odkryć ich ciemne strony, uczynki i koszmary.
To bardzo pogłębia narrację. To co się dzieje podczas wykopalisk zaczyna łączyć wszystko i wszystkich, ale o tym nie będę pisać. To musicie odkryć sami.
Książka bardzo dobrze napisana, świetnie przejrzysta i logiczna! Logika w horrorze jest naprawdę ważna, a wielu autorów o tym zapomina załatwiając niewygodne wątki kolejnym „atakiem” jakiegoś potwora. Tu nie, tu wszystko ma przysłowiowe „ręce i nogi” każdy, najmniejszy nawet fakt jest uzasadniony, odpowiednio wprowadzony i wykorzystany.
To bardzo dobra powieść, świetnie się ją czyta i doskonale rozumie. Dodatkowym atutem jest to, że opiera się na pewnych realiach i wykorzystuje rodzimą kulturę, co nie jest bez znaczenia. Naprawdę polecam.

niedziela, 3 września 2017

Opowieść o pieknej duszy pieknego człowieka.

 AMOR TOWLES

 Dżentelmen w Moskwie

Wydawnictwo ZNAK

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 

 


Świat, wbrew pozorom, to coś bardzo osobistego, a jego wielkość bywa bardzo względna zależnie od okoliczności i duszy człowieka, który go postrzega. 

Są tacy, którzy swoją miałkością i małostkowością potrafią doprowadzić do kurczenia się wszystkiego wokół nich. Są tacy, którzy mają dusze tak wielkie i pojemne że potrafią umieścić wszechświat na kilku metrach kwadratowych celi więziennej, albo w pokoiku na poddaszu.

Przestrzeń bywa zmienna, nie zawsze, nie wszędzie, ale w hotelu Metropol w Moskwie na pewno. Sam ten hotel to wszechświat, w którym będzie musiał żyć hrabia Rostow skazany i nie skazany, uwięziony, choć w pewnym sensie wolny, pozbawiony wszystkiego co dotychczas stanowiło jego życie, musi odnaleźć jakiś sens. Wykształcony, obyty, mądry, hrabia jest człowiekiem, który wzbudza powszechny szacunek, ponieważ tego szacunku nie żąda. Po prostu nań zasługuje.

Lewituje w tym klaustrofobicznym świecie jak ktoś, kto nie przynależy ani tu, ani tam. Nie zabito, go, ale pozbawiono go życia.


Rosja carska i Rosja radziecka to zupełnie różne światy, oba krwiożercze i okrutne, ale każdy w inny sposób. On żyje w obu, łączy je. Spaja. W tej bańce mydlanej jaką jest hotel Metropol oddzielony jest, choć nie całkowicie od szaleństwa jakie ogarnia Rosję i świat.

Wewnątrz, z pomocą Niny, rezolutnej dziewięciolatki poznaje to co dotychczas nigdy nie było jego udziałem. Hotel od drugiej strony. Od podszewki. Jego drobne tajemnice i wielkie sekrety... Miejsca ukryte przed gośćmi. Miejsca tajemne. To rozszerza jego świat i pomaga mu przetrwać. W rzeczywistości, w której przyjaźń bywa bezcenna, a jedyną prawdziwą walutą jest uczciwość on sam pewnego dnia odpłaci się Ninie za jej bezcenną pomoc.

Hotelowy świat, klaustrofobiczny i zamknięty, kilkadziesiąt lat zakazu wychodzenia z hotelu i życie wśród obcych,którzy powoli stają się przyjaciółmi, mozolne, ciągłe krążenie po schodach, korytarzach pokojach i restauracjach to tło dla rozważań na wszelkie tematy, to genialna intelektualna uczta, od pierwszego przecinka, po ostatnią kropkę wypełniona sztuką, literaturą, filozofią i nauką.

To wspaniałe cytaty, żartobliwe przytoczenia, adekwatne odniesienia do wielkich twórców i ich niezniszczalnych dzieł ducha i sztuki.


Rzadko spotyka się powieść tak erudycyjną, a równocześnie tak przystępną i lekką. Jest w niej jakiś nieokreślony duch Sołżenicyna i jego „Oddziału chorych na raka”, bo i tu i tam autor pokazuje ludzkie postawy wobec rzeczywistości, przemian i tragedii, i tu i tam jest coś w rodzaju dumniej pokory i pogodzenia się z tym co odchodzi i z tym co nadchodzi nieubłaganie. To obraz prawdziwej życiowej mądrości ukazany na tle tragicznych losów jednostki, narodu i świata.

W książce wyczuwa się też ducha Bułhakowa punktującego absurdy i rosyjską pokrętną duszę, a także małość i głupotę niektórych wielkich tych, którzy już są u władzy i tych, którzy im sekundują.
Ta książka jest jak utwór symfoniczny zapisany słowami. Miejscami nostalgiczny, rzewny, miejscami mocny, wręcz grzmiący, ale całość, mimo trudnego tematu, jest pozornie leciutka jak piórko, pogodna i elegancka, pod spodem jednak pełna jest goryczy i słona od łez. Czaruje zapachami restauracyjnych uczt i więziennej tęsknoty za kawałkiem chleba. 

To echo dawnej świetności zbrukane przaśnością byle jakiego świata, ale i pean na temat wielkości człowieka i jego wewnętrznego bogactwa.


Książka napisana przepięknym językiem i łatwa i trudna zarazem, cudownie inteligentna, mądra, erudycyjna. Pełna wiedzy ogólnej i wiedzy życiowej, a wątek fabularny tak niezwykły, że zupełnie nie przypomina żadnej innej przeczytanej przeze mnie książki, a zaręczam czytam dużo. Ta książka pokazuje, że można wciąż napisać coś nowego, świeżego, wręcz niezwykłego. Polecam z całego serducha!

sobota, 2 września 2017

Nele Neuhaus "W lesie"

Nele Neuhaus
"W LESIE"

wydawnictwo
MEDIA RODZINA







Nele Neuhaus pisze świetne kryminały, a książka pod tytułem „W lesie” jest ósmym, wcale nie gorszym od poprzednich tomem serii, w której występuje policyjny duet Pia i Oliver. To jeden z tych kryminałów, które początkowo wydają się zwyczajne, może nawet mało obiecujące, a po chwili wciągają w wir domysłów, pokrętnych wskazówek i dziwnych zdarzeń.
Małe wioski ukryte pośród lasów bywają urokliwe i są niezaprzeczalnie przepiękne. Ktokolwiek widział niemiecką wioseczkę, czyściutką, obsadzoną kwiatami, elegancką i zadbaną będzie wiedział o czym mówię. Pocztówkowy widoczek, prawda? Niestety bardzo często to co widać na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z tym co dzieje się pod powierzchnią tego bajkowego obrazu. Tak jak wszędzie tak i tu ludzie mają swoje tajemnice, a tajemnice potrafią trzymać ludzi w szachu całymi latami, bo bardzo często to co niedopowiedziane, czy niewyznane stanowi dla jednych potworny balast dla innych prawdziwe zagrożenie.
Pożar na kempingu należącym do gospody „Dom Przyjaciół Lasu” nie jest jakiś bardzo dziwny, czy zaskakujący, gdyby nie to, że w zgliszczach policjanci znajdują zwłoki byłaby to sprawa jak każda inna. Początkowo nie jest to bardzo niepokojące, można przecież sądzić, że to przypadek, tyle, że zaraz potem w w okolicy dochodzi do kolejnych dwóch zabójstw i choć niby te sprawy pozornie się nie łączą, to jednak sprawa zaczyna wyglądać bardzo poważnie.
To co się dzieje jakimś dziwnym trafem wydaje się łączyć z bardzo starą sprawą z lat siedemdziesiątych, z zaginięciem pewnego jedenastoletniego chłopca. Czterdzieści lat wcześniej sprawy nie udało się rozwiązać, teraz nagle wszystko zdaje się z nią wiązać, tyle, że wszyscy milczą jakby poczucie winy, albo wyrzuty sumienia nic nie znaczyły wobec strachu przed karą.

W tej książce jest wiele warstw fabularnych bo opowieść wciąga nas pod powierzchnię zdarzeń, ukazuje zupełnie inne oblicza ludzi, pokazuje codzienność, prywatne sprawy, wyparte lęki, drobne przekłamania. Jak w soczewce skupia życie małej miejscowości, życie, ale też i patologie.

I nie jest to tylko sama intryga kryminalna, ale misterne studium zależności. Opowieść o tym jak ludzie wikłają się w tajemnicę, która uzależnia ich od innych, jak obezwładnia, zatruwa całą społeczność, jak niszczy życie na pokolenia.

 

Ta tajemnica jest jak trucizna. Co ciekawe, kiedy dochodzimy już do sedna sprawy widzimy, że można było tego wszystkiego uniknąć, choć nie naprawić. Ludzie bywają żądni władzy, pieniędzy sukcesu i potrafią w imię tego wiele poświęcić, często innych ludzi.
Ta książka to też studium lęku, zdrady i wyparcia. Wiedzy i niewiedzy. Tego czegoś co pozostaje w umyśle dziecka po traumie i niechętnie się z tego umysłu wydostaje.
Ta prawie siemiusetstronicowa książka w pierwszym momencie trochę mnie przestraszyła, ale co ciekawe zauważyłam, że czyta się ją bardzo lekko i bardzo szybko, a może nie tyle lekko i szybko ile z zaangażowaniem, bo wszystko tu jest ważne, opowieść wciąga bo mamy do czynienia z żywymi ludźmi, z bohaterami, którzy są niejednoznaczni i bardzo prawdopodobni.

Konstrukcja powieści to prawdziwa misterna pułapka na czytelnika, bowiem autorka bez pardonu komplikuje relacje między bohaterami, przytacza to co stało się przed czterdziestu laty z wielu niejednoznacznych punktów widzenia, zaskakuje, przeraża, odsłania zasady i metody działania ludzi, dla których konieczność uniknięcia konsekwencji jest sprawą najwyższą. Dla których liczą się tylko oni sami, ich komfort, status i majątek.

 

Sama powieść to nie jest jedynie kryminał. Gdyby nawet pozbawić ją wątku kryminalnego nadal byłaby prawdziwa, prawdopodobna i potworna. Tak, nawet bez morderstw także emanowałaby tą małomiasteczkową zmową milczenia, która oplątuje ludzi żelazną siecią zależności, układów i korzyści i kryje pod pozorami uprzejmej, eleganckiej codzienności tajemnice i ciemne strony charakterów powiązanych ze sobą mieszkańców. 

To wulkan czarnej lawy nienawiści, który wybucha tylko czasami, ale kiedy wybuchnie zmiata wszystko i zabija.


Świetna książka. Warto po nią sięgnąć bo to doskonały kryminał i efektowne studium psychologiczne dotyczące naszej codzienności, tak pozornie spokojnej i ciepłej, a tak niejednokrotnie zdradliwej.



wtorek, 22 sierpnia 2017

Trzy córki Chin

 
JUNG CHANG

„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin

Wydawnictwo ZNAK


„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin” to książka, która łączy w sobie i powieść i coś w rodzaju dokumentu, bo przytoczona w niej historia rodzinna jest jak najbardziej autentyczna. To opowieść o losach kobiet z jednej rodziny, losach związanych z Chinami ich tradycją kulturą i historią, a historia tego państwa jest bardzo skomplikowana i niejednoznaczna. Nie chodzi tu jedynie o Mao, ale też i o okupację japońską czy Kuomintang.
Inną zupełnie sprawą jest też tradycja, że wspomnę o krępowaniu nóg małym dziewczynkom, ale też sama pozycja dziecka – dziewczynki, a zaraz potem kobiety, żony, matki, konkubiny, czy siostry.

Przez lata wiele się zmieniło i zmienia nadal, ale wciąż w kulturze pozostają echa wieków. Autorka opowiada historię swojej rodziny, a właściwie trzech pokoleń, babki, matki i córki na tle wydarzeń w Chinach w XX wieku. To stulecie było dla Chin bardzo burzliwe pod każdym względem. To nie tylko wojny i rewolucja, choćby ta kulturalna, ale to cały ciąg przemian społecznych i politycznych, które odcisnęły piętno na wszystkim co chińskie, od poezji po ludzkie losy.

 

W tak ogromnym państwie, w którym jednostka nie ma żadnego znaczenia przetrwanie pojedynczego człowieka zależne jest od siły i woli walki. Przetrwanie rodziny od determinacji kobiet.
Ciekawe jest to, że na przykładzie losów tych trzech kobiet jesteśmy w stanie zobaczyć coś czasami niezauważalnego. Świat w trakcie trwania i świat w trakcie zmiany. Babka żyje jeszcze w Chinach cesarskich, matka maoistowskich, córka ( autorka książki) trochę w komunistycznych trochę we współczesnych, choć emigruje, to jednak zabiera te Chiny ze sobą.
Wszystkie one przechodzą przez maoistowską rewolucje i „wielki skok naprzód”, który miał przekształcić Chiny w mocarstwo gospodarcze, a doprowadził do śmierci głodowej co najmniej 10 milionów ludzi.

Cały ten komunistyczny „zgiełk”. Pranie mózgów i posłuszeństwo boskiemu Mao to nie był wybór, to był i przymus, ale i wola wyznawców wielkiego wodza.
Jak to w takich momentach historii bywa, partia stanowiła jedyny wyznacznik życia, była władzą absolutną, która hołubiła, ale i niszczyła, dawała, ale i odbierała.

Miliony ludzi wierzyły w Mao i w jego rewolucję, ten kto nie wierzył musiał te niewiarę zachować dla siebie inaczej czekał go smutny i straszny koniec.
Represje i wyroki śmierci, zabójstwa polityczne, tortury, LAOGAI czyli obozy pracy, wszystko to to historia państwa, ale też poszczególnych rodzin, a okrucieństwo czynów tym bardziej nas dotyczy im jest bliżej nas, im bardziej nas dotyka.

Ludzie, którzy mają twarze bolą nas bardziej niż statystyki bezimiennych tłumów, nawet tych liczonych w milionach.

Bardzo ciekawa książka. Przybliża nam świat, którego nie znamy, bo przecież wiedza o Chinach nie jest u nas wiedzą specjalnie powszechną, owszem coś tam się wie, ale to „coś tam” to często zaledwie marne stereotypy.

Książka fascynująca, ciekawie napisana, prawdziwa do bólu i nad wyraz obiektywna mimo tematu. Tytuły niektórych rozdziałów szokują, a ludzie, którzy gdzieś tam mieli okazje żyć w państwie takim jak PRL, czy w innym podobnym z pewnością doskonale zrozumieją aluzje i te właśnie tytuły jak choćby „Kiedy się chce potępić, dowody się znajdą” albo „Wąchanie pierdnięć obcokrajowców wśród zapewnień, że słodko pachną” - nauka angielskiego według Mao. To fascynująca opowieść o tym w jaki sposób jeden człowiek, Mao Zedong na oczach świata zniszczył życie jednej czwartej mieszkańców ziemi tylko dlatego, że miał taki kaprys.

Ciekawa, mądra fascynująca i pouczająca, przekazuje wiedzę nie przynudzając, ukazuje to co dla nas Europejczyków niepojęte i niezrozumiałe tak, aby stało się to dla nas fascynującą lekcją na temat Chin, na temat świata i natury ludzkiej! 

MNIE ZACHWYCIŁA, teraz wasza kolej!

niedziela, 13 sierpnia 2017

Armaty w kwiatach.

 Carla Mori

KOSTUSZKA

VIDEOGRAF





„(…) rzekomo sam Mikołaj I uznał i docenił muzykę Fryderyka Chopina tak bardzo, że uważał ją za niebezpieczną, mówił, że  utwory polskiego kompozytora są jak "armaty ukryte wśród kwiatów’’. Ta metafora cara dotyczyła konkretnie "Etiudy c-moll op. 10 nr 12", znanej jako "Etiuda rewolucyjna".( http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/armaty-wsrod-kwiatow/lkelm)

Dlaczego tu akurat przytaczam te słowa, bo pasują idealnie do książki Carli Mori „Kostuszka”. Dlaczego? Bo to thriller, genialna powieść psychologiczna ukryta w okładce horroru, albo jak kto woli powieści grozy.

 

I wcale nie jest to „przebranie” ta powieść to prawdziwa powieść grozy, takiej, że włos się jeży na na rekach i nogach, wcale nie tylko na głowie. Ta książka to kwintesencja opowieści o ludzkim okrucieństwie i bezmyślności, o tym jak bardzo jesteśmy bezbronni wobec bliskich, o tym co musimy znosić, jeżeli...

Nie, nie tylko jeżeli, ale zawsze kiedy nasi bliscy nie umieją patrzeć na nas jak na ludzi, a patrzą na nas jak na dzieci, zepsute zabawki, które trzeba wychować, ukształtować, czasami nawet zniszczyć, bo tak ma być i już. To ciąg ogromnej tragedii, która przekazana z pokolenia na pokolenia przechodzi z matki na córkę niszcząc i zabijając, może nie tak jak w powieści - fizycznie, ale choćby psychicznie.

Gdyby z tej książki odjąć jakiś niewielki procent niesamowitości, odjąć określenie „horror” zobaczylibyśmy genialną powieść psychologiczną, trudną, mocną, straszną i niestety na wskroś prawdziwą, na wskroś opisującą „tu i teraz”.

Kiedy się ją czyta człowiek czuje obezwładniające przerażenie... Trochę tu widać delikatny ukłon w kierunku matki z opowieści Carrie Kinga, ale delikatny i bardzo inteligentny.

Zacznijmy jednak od początku. Jest dziewczyna, która się zakochuje i za mężem wyjeżdża do Anglii. Nie tak miało być. Miało być inaczej, w końcu po co się rodzi dzieci? Przecież nie po to, żeby były samodzielne i szczęśliwe, maja służyć matce. Maja być jej opoką i własnością! I maja zamknąć gęby!
To chyba jest początek, ale z początkami jest tak, że nie zawsze są na początku, więc może to ten moment, kiedy własna matka wyrzuca tę dziewczynę z domu? Może jednak nie... ale tego dowiemy się z pamiętnika.

A może to wszystko rzeczywiście zaczyna się jeszcze wcześniej?

Może krzywda jest czymś w rodzaju posagu?


To właśnie w tej opowieści jest genialne. Nie mamy żadnej pewności. Żadnej wiedzy. Nie wiemy kto i co, ale wydaje nam się, że wiemy dlaczego. Choć też nie do końca. 

Mała Konstancja w wyniku tragicznych wydarzeń zostaje odesłana do innego kraju ( co prawda jest to kraj jej rodziców, ale ona go nie zna), do Polski, do babci ( oby inne babcie wybaczyły mi nazwanie tej osoby tak miłym określeniem) i zostaje tam „otoczona” babciną i ciociną opieką. Ta opieka to nie jest tragedia, to horror, właśnie tak, ale to nie wszystko, coś zaczyna się dziać i to coś jest fascynująco pocieszające (!!!), to odpowiedź na wszystkie złe rzeczy tego świata, to prawdziwe wyzwolenie.

To co się dzieje nie jest dobre. Nikt tego tak by nie nazwał, to koszmar, ale jest w tym jakiś pierwiastek zadośćuczynienia. Odpłaty, może nawet krwawej zemsty, a to w tym przypadku pociesza.
Pięknie napisana, z ogromem świetnych aluzji językowych, znaczeniowych, nieco bajarskich, choć nie bajkowych. Lekko oniryczna, znaczeniowo umieszczona w słowiańskości, a może i pod nią, głębiej.

Zdarza się, że książkę niektórzy czytelnicy odbierają za antykatolicką, ale ja nie znalazłam tam nic przeciwko katolicyzmowi, kościołowi czy Bogu natomiast znalazłam wiele przeciw kołtuństwu, a wierzę, że jednak to nie to samo.

 

Dla mnie to właśnie takie „armaty w kwiatach” - świetna książka psychologiczna, thriller, mocna opowieść o zranieniu, o obyczajowości i władzy matki nad dzieckiem, o potrzasku jakim bywa dzieciństwo i o tym jak bycie matką może się równać byciu katem.
Ważna książka. Nie lubicie horrorów, przeczytajcie jako powieść psychologiczną, lubicie horrory,
ubicie horrory, przeczytajcie jako horror, powieść w której groza sączy się ze słów tak, że mrozi krew w sercu, nie tylko w żyłach - w każdym razie PRZECZYTAJCE!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Uwaga nadchodzi KONIEC ŚWIATA

JUSTYNA POSŁUSZNA

JUTRO BĘDZIE KONIEC ŚWIATA


Wydawnictwo: Media Rodzina


„Jutro będzie koniec świata” to książka, która już w pierwszym momencie narzuca pewne nieodzowne moim zdanie skojarzenia literackie. Każdy oczywiście może mieć inne, ale ja natychmiast pomyślałam o książce „Małe eksperymenty ze szczęściem” Hendrika Groena i o prozie Stefana Themmersona, choć to dość dziwaczny pomysł, zaraz jednak wyjaśnię dlaczego. Groen z powodu głównego bohatera, a właściwie jednego z głównych bohaterów, starszego pana, który opowiada i oswaja swój świat tak jak i bohater, a zarazem autor „Małych eksperymentów ze szczęściem” Themmerson z powodu pewnej groteskowości, przerysowania, odrealnienia niektórych zdarzeń i motywów.

Autorka jako pretekstu użyła zderzenia dwóch światów. Jeden jest stary, drugi młody, jeden zamożny, drugi może nie biedny, ale jednak także nie specjalnie „zasobny”, jeden zasiedziały, tutejszy, żeby nie powiedzieć tubylczy, drugi imigracyjny.


Czy te dwa światy może coś łączyć poza ewentualną zależnością?
Henry ma osiemdziesiąt cztery lata, mieszka spokojnie w luksusowej dzielnicy Londynu Hampstead i ma poważną fobię społeczną oraz doskonale poukładany świat, który się rozpada na kawałki z bardzo błahego powodu. Jego długoletnia opiekunka zostawia go, żeby wyjechać do Australii. Nie jest albo choć nie powinien to być koniec świata, ale świat potrafi się kończyć na wiele sposobów, i nie, nie jest to ten tytułowy koniec świata, to taki codzienny, pomniejszy koniec, zdrada, która przewraca wszystko do góry nogami.
Paweł polski imigrant pracuje trochę gdzie popadnie choć jest po anglistyce. 

Każdy z nich ma swoje życie i swoje problemy. Każdy z nich ma też swoją historię. Nie chcą się zaprzyjaźniać ani integrować, każdy z nich jest osobny i tę osobność w sobie pielęgnuje.
Nie zmienia tego nawet przypadek, który krzyżuje ich losy.

Henry czeka na koniec świata. Taki wielki i wielowymiarowy. Czuje, iż ten się zbliża... Wyliczył go przez lata studiowania map pogodowych.
Zbliża się też śmierć i koszmar domu opieki, którego Henry nie chce brać nawet pod uwagę.
Paweł swój koniec świata przeżył dawno temu.

Tych dwóch mężczyzn coś jednak łączy. Ich koszmary i fobie. Lęki, o których nie chcą mówić, a z którymi powinni się jakoś uporać, Paweł żeby żyć dalej, Henry, żeby wyjść z domu i poczekać na katastrofę w jedynym miejscu, które jeszcze kocha. Na wyspie Wight.
Dokoła kłebi się życie, to angielskie i to imigranckie, kłębi się swoista „polaczkowatość”, bo autorka mocno i bez znieczulenia odmalowała specyfikę tego środowiska, ale nie oszczędziła też i „tubylców” ich zadufania w sobie graniczącego z chamstwem, przekonania o swojej wyższości i traktowania wszystkich imigrantów jak ludzie niepełnosprawnych intelektualnie. Te światy nie przenikają się i nie będą przenikać, współistnieją bo taka jest ich rola, jedni dają pracę inni pracują, ale na tym to się kończy.
Henry też nie polubi Pawła, Paweł nie zaprzyjaźni się z Henrym, ale...

W pewnym sensie będą dla siebie jedynym wyjściem, opoką i odnalezionym sensem. Jeden pomoże drugiemu choć nie tak jakby można się tego spodziewać.


„Jutro będzie koniec świata” to bardzo wielowymiarowa powieść, której w żadnym razie nie należy traktować zbyt lekko. To studium odrzucenia, samotności, czy wręcz osamotnienia w tłumie. Wyborów życiowych, dobrych czy złych, ale jednak znaczących.
To bardzo dobra, wymagająca powieść z gatunku tych, które zostają w pamięci na dłużej. Inteligentnie przerysowana, celowo pogmatwana, pozbawiona ckliwości, romantycznych uniesień i łatwych rozwiązań. Nie ma tu miejsca na idealizm, jest tylko życie i prognozy pogody, które mówią, że jutro nadejdzie koniec świata i że trzeba się nań przygotować.
Tyle, że każdy ma własny koniec świata i własną drogę do przejścia.
Serdecznie polecam, bo książka warta przeczytania.