sobota, 23 września 2017

Białe kłamstwa?

Siracusa

Delia Ephron

Wydawnictwo: W.A.B



Kłamstwo jest konieczne do życia. Wiem, każdy mówi, że brzydzi się kłamstwem, ale czy te wszystkie „ładnie dziś wyglądasz”, „nie martw się, będzie dobrze”, czy „ładna fryzura” to nie są czasami zwykłe kłamstwa? Owszem, mówi się, że to tak zwane „białe kłamstwa” i mają inny, o wiele mniejszy ciężar gatunkowy, że szkodzą mniej, że...
No tak, ale to nadal są kłamstwa. Właściwie tylko dzieci bez pardonu mówią prawdę prosto w oczy, i co? Ktoś je chwali? Ależ skąd! Takie zachowanie powoduje dyskomfort...

A jednak, żeby przetrwać we współczesnym świecie trzeba kłamać i umieć to robić dobrze. Inaczej się nie da. 

 

I właśnie na tym założeniu Delia Ephron, amerykańska pisarka i scenarzystka oparła konstrukcję swojej powieści. Jej książka „Siracusa” to wielogłos składający się z wypowiedzi czwórki głównych bohaterów, a dotyczący tej samej sprawy, tego co, jak i dlaczego wydarzyło się podczas wakacji we Włoszech. Każda z postaci opowiada o tym samym, opisuje to samo wydarzenie, ale też wzbogaca opowieść o własny punkt widzenia i o własne doświadczenie życiowe.
Każdy z bohaterów nieco inaczej interpretuje to co się dzieje, a dzieje się pozornie niewiele, bo ta opowieść jest zanurzona w ludzkich wnętrzach i w ich postrzeganiu świata bardziej niż w rzeczywistości, zresztą co to jest rzeczywistość? Każdy na inną...

I wszyscy kłamią, okłamują wszystkich wokoło, ale i w stosunku do samych siebie nie są całkiem szczerzy. 

Dwa, pozornie zaprzyjaźnione ze sobą małżeństwa postanawiają spędzić kilka dni wspólnych wakacji we Włoszech, początkowo wydaje się to całkiem dobrym pomysłem, ale wkrótce okazuje się zupełną katastrofą. Wszystko rozbija się o drobiazgi, ale te drobiazgi tworzą świat. A właściwie odrębne światy bo każdy żyje w innym. W tle snuje się dziwna dziewczynka, Snow, jeszcze dziecko, ale już nastolatka zredukowana przez matkę, (dla której jest sensem istnienia) do roli marionetki, idealnej kopii rodzicielki. Snow jest bezosobowa, wciąż sterowana, bezwolna, a jednak frapująca.
Poznajemy Michaela pisarza z blokadą twórczą i kochanką, dla której zamierza porzucić żonę Lizzie, która desperacko szuka pracy walczy o niego jak lwica, Taylor, zaborczą matkę i elegantkę z pretensjami oraz jej męża Finna, właściciela knajpy i smakosza lekkoducha. Tylko czy naprawdę ich poznajemy?

Są jakby poskładani z odłamków. Niejednoznaczni, nie do końca zrozumiali, przerysowani i uładzeni zarazem.

 

Ponieważ narracja nie jest trzecioosobowa czytelnik pozbawiony wiedzy narratora gubi się w domysłach. Nie ma w tej powieści ani krzty obiektywizmu, narracja, a właściwie narracje pierwszoosobowe sprawiają, że wszystko, słowa, obrazy, interpretacje są subiektywne i tylko z tych subiektywnych odłamków rzeczywistości dowiadujemy się czegokolwiek, ale nie mamy pojęcia, kto mówi prawdę i jaka jest ta prawda.
Oczywiście szybko orientujemy się, że to co się dzieje doprowadzi do tragedii, tylko, że nie wiemy do jakiej...Rozwiązanie szokuje, ale tyle nie samym faktem ile podejściem ludzi do tego co się stało. Pokazuje małe ludzkie bagienko bez krzty moralności, współczucia i uczciwości.
Książka napisana i skonstruowana w sposób niezwykły. Fascynująca narracja sprawiająca, że opowieść narasta jak śniegowa kula, a śnieg to przecież „Snow”.
Nie wiem czy polubiłam bohaterów, ale nawet tego nie próbowałam, ja chciałam ich przede wszystkim zrozumieć i... nie. Nie ma łatwych odpowiedzi i wyjaśnień pozwalających zrozumieć dlaczego ten zdradza zonę, tamten czuje się jak „pies w klatce”, ktoś daje sobą manipulować, a ktoś inny...
Ta opowieść jest jak życie, tyle wiemy ile powiedzą nam bohaterowie, ale czy powiedzą nam wszystko?
Dla mnie fascynująca.
Skuście się!

poniedziałek, 11 września 2017

Diabeł osobisty, wróg ukochany.

JACEK PIEKIEŁKO

Ciemne siły

VIDEOGRAF



Tę książkę ktoś powinien jak najszybciej sfilmować, a sfilmowanie jej wcale nie byłoby takie trudne - mimo gatunku i tematu nie wymagałoby ogromu efektów specjalnych bo groza tej powieści, choć potworna jest „z tego świata”.

Tworzenie horroru to kreowanie jakiejś konkretnej rzeczywistości, codzienności, która mniej lub bardziej odnosi się do naszego zwykłego świata i praw nim rządzących, ale dodaje do niej elementy, które w sposób oczywisty do tej rzeczywistości nie przystają.

W tej powieści świat jest realistyczny, prawie całkowicie „normalny”, ale w niektórych momentach mocno oniryczny i nasycony niesamowitością.
Autor do budowy fabuły wykorzystał trzy elementy. Pierwszym z tych elementów jest sekta Chłystów istniejąca od siedemnastego wieku i propagująca poglądy podobne do wczesnochrześcijańskich herezji. Chłyści wierzyli w reinkarnację, preegzystencję dusz i możliwość nieskończonego, ciągłego wcielania się Boga w człowieka, a właściwie w rożnych ludzi. Zresztą wiedza na temat tej sekty jest bardzo skromna, na dodatek wierzenia jej wyznawców były bardzo niejednolite.
Założycielem sekty był żołnierz-dezerter pochodzący z chłopstwa Daniła Filipowicz. Ogłosił się wcielonym Bogiem. Wraz z "umiłowanym synem, Jezusa Chrystusa" Iwanem Susłowem głosił, iż pojawił się na ziemi jako Bóg, by przekazać ludzkości nowe dwanaście przykazań. Obu tych ludzi istniejących kiedyś rzeczywiście spotkamy w powieści.

Drugim mocno powiązanym elementem jest postać Gregorija Rasputina faworyta rodziny carskiej, podejrzanego o przynależność do tej właśnie sekty, jego pojawienie się, lub pojawienia – co bardziej oddaje treść książki, to mocny atut powieści.

Ostatnim, ale być może najważniejszym elementem jest ludzka wiara w „szarlatanerię”. We wszelkiego rodzaju energoterapeutów, uzdrowicieli i ludzi. I tu psychologiczny aspekt książki jest naprawdę świetny. Autor pokazuje jak oddając swój umysł, ciało, często w pewnym sensie „duszę” człowiekowi, którego intencji, wiedzy i możliwości nie jesteśmy w stanie sprawdzić możemy się stać ofiarami...

Sugestia i wiara w cuda to broń, która ktoś może obrócić przeciwko nam.

Książka zaczyna się opisem wyuzdanej „radienii” - orgiastycznego obrzędu Chłystów. Potem poznajemy całą resztę. Grupa archeologów jedzie do maleńkiej rosyjskiej wioski by tam szukać królewskich insygniów. Dziwne miejsce na insygnia, ale oni szukają, znajdują trumnę, a w niej...
Owszem pomysł może nie taki nowy czy świeży, ale tutaj został wykorzystany w zupełnie nowy sposób. Nikt nikogo nie pożera...
To co zaczyna się dziać działa o wiele głębiej, bardziej w umysłach i podświadomości ludzi, którzy znaleźli się na tym dzikim odludziu, niż w konkretnej rzeczywistości. Inna sprawa, że bardzo trudno tę rzeczywistość zrozumieć bo jest inna dla każdego i nieuchwytna, zmieniona przez postrzeganie, mocno osobista. Niewiarygodnie sugestywna, a jednak inna dla każdego.
Powoli, za pomocą wyrazistych migawek literackich autor przenosi nas w czasie i przestrzeni pozwalając nam zrozumieć bohaterów, ich przeszłość i dążenia, pozwala to poznać ich trochę bardziej, odkryć ich ciemne strony, uczynki i koszmary.
To bardzo pogłębia narrację. To co się dzieje podczas wykopalisk zaczyna łączyć wszystko i wszystkich, ale o tym nie będę pisać. To musicie odkryć sami.
Książka bardzo dobrze napisana, świetnie przejrzysta i logiczna! Logika w horrorze jest naprawdę ważna, a wielu autorów o tym zapomina załatwiając niewygodne wątki kolejnym „atakiem” jakiegoś potwora. Tu nie, tu wszystko ma przysłowiowe „ręce i nogi” każdy, najmniejszy nawet fakt jest uzasadniony, odpowiednio wprowadzony i wykorzystany.
To bardzo dobra powieść, świetnie się ją czyta i doskonale rozumie. Dodatkowym atutem jest to, że opiera się na pewnych realiach i wykorzystuje rodzimą kulturę, co nie jest bez znaczenia. Naprawdę polecam.

niedziela, 3 września 2017

Opowieść o pieknej duszy pieknego człowieka.

 AMOR TOWLES

 Dżentelmen w Moskwie

Wydawnictwo ZNAK

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 

 


Świat, wbrew pozorom, to coś bardzo osobistego, a jego wielkość bywa bardzo względna zależnie od okoliczności i duszy człowieka, który go postrzega. 

Są tacy, którzy swoją miałkością i małostkowością potrafią doprowadzić do kurczenia się wszystkiego wokół nich. Są tacy, którzy mają dusze tak wielkie i pojemne że potrafią umieścić wszechświat na kilku metrach kwadratowych celi więziennej, albo w pokoiku na poddaszu.

Przestrzeń bywa zmienna, nie zawsze, nie wszędzie, ale w hotelu Metropol w Moskwie na pewno. Sam ten hotel to wszechświat, w którym będzie musiał żyć hrabia Rostow skazany i nie skazany, uwięziony, choć w pewnym sensie wolny, pozbawiony wszystkiego co dotychczas stanowiło jego życie, musi odnaleźć jakiś sens. Wykształcony, obyty, mądry, hrabia jest człowiekiem, który wzbudza powszechny szacunek, ponieważ tego szacunku nie żąda. Po prostu nań zasługuje.

Lewituje w tym klaustrofobicznym świecie jak ktoś, kto nie przynależy ani tu, ani tam. Nie zabito, go, ale pozbawiono go życia.


Rosja carska i Rosja radziecka to zupełnie różne światy, oba krwiożercze i okrutne, ale każdy w inny sposób. On żyje w obu, łączy je. Spaja. W tej bańce mydlanej jaką jest hotel Metropol oddzielony jest, choć nie całkowicie od szaleństwa jakie ogarnia Rosję i świat.

Wewnątrz, z pomocą Niny, rezolutnej dziewięciolatki poznaje to co dotychczas nigdy nie było jego udziałem. Hotel od drugiej strony. Od podszewki. Jego drobne tajemnice i wielkie sekrety... Miejsca ukryte przed gośćmi. Miejsca tajemne. To rozszerza jego świat i pomaga mu przetrwać. W rzeczywistości, w której przyjaźń bywa bezcenna, a jedyną prawdziwą walutą jest uczciwość on sam pewnego dnia odpłaci się Ninie za jej bezcenną pomoc.

Hotelowy świat, klaustrofobiczny i zamknięty, kilkadziesiąt lat zakazu wychodzenia z hotelu i życie wśród obcych,którzy powoli stają się przyjaciółmi, mozolne, ciągłe krążenie po schodach, korytarzach pokojach i restauracjach to tło dla rozważań na wszelkie tematy, to genialna intelektualna uczta, od pierwszego przecinka, po ostatnią kropkę wypełniona sztuką, literaturą, filozofią i nauką.

To wspaniałe cytaty, żartobliwe przytoczenia, adekwatne odniesienia do wielkich twórców i ich niezniszczalnych dzieł ducha i sztuki.


Rzadko spotyka się powieść tak erudycyjną, a równocześnie tak przystępną i lekką. Jest w niej jakiś nieokreślony duch Sołżenicyna i jego „Oddziału chorych na raka”, bo i tu i tam autor pokazuje ludzkie postawy wobec rzeczywistości, przemian i tragedii, i tu i tam jest coś w rodzaju dumniej pokory i pogodzenia się z tym co odchodzi i z tym co nadchodzi nieubłaganie. To obraz prawdziwej życiowej mądrości ukazany na tle tragicznych losów jednostki, narodu i świata.

W książce wyczuwa się też ducha Bułhakowa punktującego absurdy i rosyjską pokrętną duszę, a także małość i głupotę niektórych wielkich tych, którzy już są u władzy i tych, którzy im sekundują.
Ta książka jest jak utwór symfoniczny zapisany słowami. Miejscami nostalgiczny, rzewny, miejscami mocny, wręcz grzmiący, ale całość, mimo trudnego tematu, jest pozornie leciutka jak piórko, pogodna i elegancka, pod spodem jednak pełna jest goryczy i słona od łez. Czaruje zapachami restauracyjnych uczt i więziennej tęsknoty za kawałkiem chleba. 

To echo dawnej świetności zbrukane przaśnością byle jakiego świata, ale i pean na temat wielkości człowieka i jego wewnętrznego bogactwa.


Książka napisana przepięknym językiem i łatwa i trudna zarazem, cudownie inteligentna, mądra, erudycyjna. Pełna wiedzy ogólnej i wiedzy życiowej, a wątek fabularny tak niezwykły, że zupełnie nie przypomina żadnej innej przeczytanej przeze mnie książki, a zaręczam czytam dużo. Ta książka pokazuje, że można wciąż napisać coś nowego, świeżego, wręcz niezwykłego. Polecam z całego serducha!

sobota, 2 września 2017

Nele Neuhaus "W lesie"

Nele Neuhaus
"W LESIE"

wydawnictwo
MEDIA RODZINA







Nele Neuhaus pisze świetne kryminały, a książka pod tytułem „W lesie” jest ósmym, wcale nie gorszym od poprzednich tomem serii, w której występuje policyjny duet Pia i Oliver. To jeden z tych kryminałów, które początkowo wydają się zwyczajne, może nawet mało obiecujące, a po chwili wciągają w wir domysłów, pokrętnych wskazówek i dziwnych zdarzeń.
Małe wioski ukryte pośród lasów bywają urokliwe i są niezaprzeczalnie przepiękne. Ktokolwiek widział niemiecką wioseczkę, czyściutką, obsadzoną kwiatami, elegancką i zadbaną będzie wiedział o czym mówię. Pocztówkowy widoczek, prawda? Niestety bardzo często to co widać na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z tym co dzieje się pod powierzchnią tego bajkowego obrazu. Tak jak wszędzie tak i tu ludzie mają swoje tajemnice, a tajemnice potrafią trzymać ludzi w szachu całymi latami, bo bardzo często to co niedopowiedziane, czy niewyznane stanowi dla jednych potworny balast dla innych prawdziwe zagrożenie.
Pożar na kempingu należącym do gospody „Dom Przyjaciół Lasu” nie jest jakiś bardzo dziwny, czy zaskakujący, gdyby nie to, że w zgliszczach policjanci znajdują zwłoki byłaby to sprawa jak każda inna. Początkowo nie jest to bardzo niepokojące, można przecież sądzić, że to przypadek, tyle, że zaraz potem w w okolicy dochodzi do kolejnych dwóch zabójstw i choć niby te sprawy pozornie się nie łączą, to jednak sprawa zaczyna wyglądać bardzo poważnie.
To co się dzieje jakimś dziwnym trafem wydaje się łączyć z bardzo starą sprawą z lat siedemdziesiątych, z zaginięciem pewnego jedenastoletniego chłopca. Czterdzieści lat wcześniej sprawy nie udało się rozwiązać, teraz nagle wszystko zdaje się z nią wiązać, tyle, że wszyscy milczą jakby poczucie winy, albo wyrzuty sumienia nic nie znaczyły wobec strachu przed karą.

W tej książce jest wiele warstw fabularnych bo opowieść wciąga nas pod powierzchnię zdarzeń, ukazuje zupełnie inne oblicza ludzi, pokazuje codzienność, prywatne sprawy, wyparte lęki, drobne przekłamania. Jak w soczewce skupia życie małej miejscowości, życie, ale też i patologie.

I nie jest to tylko sama intryga kryminalna, ale misterne studium zależności. Opowieść o tym jak ludzie wikłają się w tajemnicę, która uzależnia ich od innych, jak obezwładnia, zatruwa całą społeczność, jak niszczy życie na pokolenia.

 

Ta tajemnica jest jak trucizna. Co ciekawe, kiedy dochodzimy już do sedna sprawy widzimy, że można było tego wszystkiego uniknąć, choć nie naprawić. Ludzie bywają żądni władzy, pieniędzy sukcesu i potrafią w imię tego wiele poświęcić, często innych ludzi.
Ta książka to też studium lęku, zdrady i wyparcia. Wiedzy i niewiedzy. Tego czegoś co pozostaje w umyśle dziecka po traumie i niechętnie się z tego umysłu wydostaje.
Ta prawie siemiusetstronicowa książka w pierwszym momencie trochę mnie przestraszyła, ale co ciekawe zauważyłam, że czyta się ją bardzo lekko i bardzo szybko, a może nie tyle lekko i szybko ile z zaangażowaniem, bo wszystko tu jest ważne, opowieść wciąga bo mamy do czynienia z żywymi ludźmi, z bohaterami, którzy są niejednoznaczni i bardzo prawdopodobni.

Konstrukcja powieści to prawdziwa misterna pułapka na czytelnika, bowiem autorka bez pardonu komplikuje relacje między bohaterami, przytacza to co stało się przed czterdziestu laty z wielu niejednoznacznych punktów widzenia, zaskakuje, przeraża, odsłania zasady i metody działania ludzi, dla których konieczność uniknięcia konsekwencji jest sprawą najwyższą. Dla których liczą się tylko oni sami, ich komfort, status i majątek.

 

Sama powieść to nie jest jedynie kryminał. Gdyby nawet pozbawić ją wątku kryminalnego nadal byłaby prawdziwa, prawdopodobna i potworna. Tak, nawet bez morderstw także emanowałaby tą małomiasteczkową zmową milczenia, która oplątuje ludzi żelazną siecią zależności, układów i korzyści i kryje pod pozorami uprzejmej, eleganckiej codzienności tajemnice i ciemne strony charakterów powiązanych ze sobą mieszkańców. 

To wulkan czarnej lawy nienawiści, który wybucha tylko czasami, ale kiedy wybuchnie zmiata wszystko i zabija.


Świetna książka. Warto po nią sięgnąć bo to doskonały kryminał i efektowne studium psychologiczne dotyczące naszej codzienności, tak pozornie spokojnej i ciepłej, a tak niejednokrotnie zdradliwej.



wtorek, 22 sierpnia 2017

Trzy córki Chin

 
JUNG CHANG

„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin

Wydawnictwo ZNAK


„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin” to książka, która łączy w sobie i powieść i coś w rodzaju dokumentu, bo przytoczona w niej historia rodzinna jest jak najbardziej autentyczna. To opowieść o losach kobiet z jednej rodziny, losach związanych z Chinami ich tradycją kulturą i historią, a historia tego państwa jest bardzo skomplikowana i niejednoznaczna. Nie chodzi tu jedynie o Mao, ale też i o okupację japońską czy Kuomintang.
Inną zupełnie sprawą jest też tradycja, że wspomnę o krępowaniu nóg małym dziewczynkom, ale też sama pozycja dziecka – dziewczynki, a zaraz potem kobiety, żony, matki, konkubiny, czy siostry.

Przez lata wiele się zmieniło i zmienia nadal, ale wciąż w kulturze pozostają echa wieków. Autorka opowiada historię swojej rodziny, a właściwie trzech pokoleń, babki, matki i córki na tle wydarzeń w Chinach w XX wieku. To stulecie było dla Chin bardzo burzliwe pod każdym względem. To nie tylko wojny i rewolucja, choćby ta kulturalna, ale to cały ciąg przemian społecznych i politycznych, które odcisnęły piętno na wszystkim co chińskie, od poezji po ludzkie losy.

 

W tak ogromnym państwie, w którym jednostka nie ma żadnego znaczenia przetrwanie pojedynczego człowieka zależne jest od siły i woli walki. Przetrwanie rodziny od determinacji kobiet.
Ciekawe jest to, że na przykładzie losów tych trzech kobiet jesteśmy w stanie zobaczyć coś czasami niezauważalnego. Świat w trakcie trwania i świat w trakcie zmiany. Babka żyje jeszcze w Chinach cesarskich, matka maoistowskich, córka ( autorka książki) trochę w komunistycznych trochę we współczesnych, choć emigruje, to jednak zabiera te Chiny ze sobą.
Wszystkie one przechodzą przez maoistowską rewolucje i „wielki skok naprzód”, który miał przekształcić Chiny w mocarstwo gospodarcze, a doprowadził do śmierci głodowej co najmniej 10 milionów ludzi.

Cały ten komunistyczny „zgiełk”. Pranie mózgów i posłuszeństwo boskiemu Mao to nie był wybór, to był i przymus, ale i wola wyznawców wielkiego wodza.
Jak to w takich momentach historii bywa, partia stanowiła jedyny wyznacznik życia, była władzą absolutną, która hołubiła, ale i niszczyła, dawała, ale i odbierała.

Miliony ludzi wierzyły w Mao i w jego rewolucję, ten kto nie wierzył musiał te niewiarę zachować dla siebie inaczej czekał go smutny i straszny koniec.
Represje i wyroki śmierci, zabójstwa polityczne, tortury, LAOGAI czyli obozy pracy, wszystko to to historia państwa, ale też poszczególnych rodzin, a okrucieństwo czynów tym bardziej nas dotyczy im jest bliżej nas, im bardziej nas dotyka.

Ludzie, którzy mają twarze bolą nas bardziej niż statystyki bezimiennych tłumów, nawet tych liczonych w milionach.

Bardzo ciekawa książka. Przybliża nam świat, którego nie znamy, bo przecież wiedza o Chinach nie jest u nas wiedzą specjalnie powszechną, owszem coś tam się wie, ale to „coś tam” to często zaledwie marne stereotypy.

Książka fascynująca, ciekawie napisana, prawdziwa do bólu i nad wyraz obiektywna mimo tematu. Tytuły niektórych rozdziałów szokują, a ludzie, którzy gdzieś tam mieli okazje żyć w państwie takim jak PRL, czy w innym podobnym z pewnością doskonale zrozumieją aluzje i te właśnie tytuły jak choćby „Kiedy się chce potępić, dowody się znajdą” albo „Wąchanie pierdnięć obcokrajowców wśród zapewnień, że słodko pachną” - nauka angielskiego według Mao. To fascynująca opowieść o tym w jaki sposób jeden człowiek, Mao Zedong na oczach świata zniszczył życie jednej czwartej mieszkańców ziemi tylko dlatego, że miał taki kaprys.

Ciekawa, mądra fascynująca i pouczająca, przekazuje wiedzę nie przynudzając, ukazuje to co dla nas Europejczyków niepojęte i niezrozumiałe tak, aby stało się to dla nas fascynującą lekcją na temat Chin, na temat świata i natury ludzkiej! 

MNIE ZACHWYCIŁA, teraz wasza kolej!

niedziela, 13 sierpnia 2017

Armaty w kwiatach.

 Carla Mori

KOSTUSZKA

VIDEOGRAF





„(…) rzekomo sam Mikołaj I uznał i docenił muzykę Fryderyka Chopina tak bardzo, że uważał ją za niebezpieczną, mówił, że  utwory polskiego kompozytora są jak "armaty ukryte wśród kwiatów’’. Ta metafora cara dotyczyła konkretnie "Etiudy c-moll op. 10 nr 12", znanej jako "Etiuda rewolucyjna".( http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/armaty-wsrod-kwiatow/lkelm)

Dlaczego tu akurat przytaczam te słowa, bo pasują idealnie do książki Carli Mori „Kostuszka”. Dlaczego? Bo to thriller, genialna powieść psychologiczna ukryta w okładce horroru, albo jak kto woli powieści grozy.

 

I wcale nie jest to „przebranie” ta powieść to prawdziwa powieść grozy, takiej, że włos się jeży na na rekach i nogach, wcale nie tylko na głowie. Ta książka to kwintesencja opowieści o ludzkim okrucieństwie i bezmyślności, o tym jak bardzo jesteśmy bezbronni wobec bliskich, o tym co musimy znosić, jeżeli...

Nie, nie tylko jeżeli, ale zawsze kiedy nasi bliscy nie umieją patrzeć na nas jak na ludzi, a patrzą na nas jak na dzieci, zepsute zabawki, które trzeba wychować, ukształtować, czasami nawet zniszczyć, bo tak ma być i już. To ciąg ogromnej tragedii, która przekazana z pokolenia na pokolenia przechodzi z matki na córkę niszcząc i zabijając, może nie tak jak w powieści - fizycznie, ale choćby psychicznie.

Gdyby z tej książki odjąć jakiś niewielki procent niesamowitości, odjąć określenie „horror” zobaczylibyśmy genialną powieść psychologiczną, trudną, mocną, straszną i niestety na wskroś prawdziwą, na wskroś opisującą „tu i teraz”.

Kiedy się ją czyta człowiek czuje obezwładniające przerażenie... Trochę tu widać delikatny ukłon w kierunku matki z opowieści Carrie Kinga, ale delikatny i bardzo inteligentny.

Zacznijmy jednak od początku. Jest dziewczyna, która się zakochuje i za mężem wyjeżdża do Anglii. Nie tak miało być. Miało być inaczej, w końcu po co się rodzi dzieci? Przecież nie po to, żeby były samodzielne i szczęśliwe, maja służyć matce. Maja być jej opoką i własnością! I maja zamknąć gęby!
To chyba jest początek, ale z początkami jest tak, że nie zawsze są na początku, więc może to ten moment, kiedy własna matka wyrzuca tę dziewczynę z domu? Może jednak nie... ale tego dowiemy się z pamiętnika.

A może to wszystko rzeczywiście zaczyna się jeszcze wcześniej?

Może krzywda jest czymś w rodzaju posagu?


To właśnie w tej opowieści jest genialne. Nie mamy żadnej pewności. Żadnej wiedzy. Nie wiemy kto i co, ale wydaje nam się, że wiemy dlaczego. Choć też nie do końca. 

Mała Konstancja w wyniku tragicznych wydarzeń zostaje odesłana do innego kraju ( co prawda jest to kraj jej rodziców, ale ona go nie zna), do Polski, do babci ( oby inne babcie wybaczyły mi nazwanie tej osoby tak miłym określeniem) i zostaje tam „otoczona” babciną i ciociną opieką. Ta opieka to nie jest tragedia, to horror, właśnie tak, ale to nie wszystko, coś zaczyna się dziać i to coś jest fascynująco pocieszające (!!!), to odpowiedź na wszystkie złe rzeczy tego świata, to prawdziwe wyzwolenie.

To co się dzieje nie jest dobre. Nikt tego tak by nie nazwał, to koszmar, ale jest w tym jakiś pierwiastek zadośćuczynienia. Odpłaty, może nawet krwawej zemsty, a to w tym przypadku pociesza.
Pięknie napisana, z ogromem świetnych aluzji językowych, znaczeniowych, nieco bajarskich, choć nie bajkowych. Lekko oniryczna, znaczeniowo umieszczona w słowiańskości, a może i pod nią, głębiej.

Zdarza się, że książkę niektórzy czytelnicy odbierają za antykatolicką, ale ja nie znalazłam tam nic przeciwko katolicyzmowi, kościołowi czy Bogu natomiast znalazłam wiele przeciw kołtuństwu, a wierzę, że jednak to nie to samo.

 

Dla mnie to właśnie takie „armaty w kwiatach” - świetna książka psychologiczna, thriller, mocna opowieść o zranieniu, o obyczajowości i władzy matki nad dzieckiem, o potrzasku jakim bywa dzieciństwo i o tym jak bycie matką może się równać byciu katem.
Ważna książka. Nie lubicie horrorów, przeczytajcie jako powieść psychologiczną, lubicie horrory,
ubicie horrory, przeczytajcie jako horror, powieść w której groza sączy się ze słów tak, że mrozi krew w sercu, nie tylko w żyłach - w każdym razie PRZECZYTAJCE!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Uwaga nadchodzi KONIEC ŚWIATA

JUSTYNA POSŁUSZNA

JUTRO BĘDZIE KONIEC ŚWIATA


Wydawnictwo: Media Rodzina


„Jutro będzie koniec świata” to książka, która już w pierwszym momencie narzuca pewne nieodzowne moim zdanie skojarzenia literackie. Każdy oczywiście może mieć inne, ale ja natychmiast pomyślałam o książce „Małe eksperymenty ze szczęściem” Hendrika Groena i o prozie Stefana Themmersona, choć to dość dziwaczny pomysł, zaraz jednak wyjaśnię dlaczego. Groen z powodu głównego bohatera, a właściwie jednego z głównych bohaterów, starszego pana, który opowiada i oswaja swój świat tak jak i bohater, a zarazem autor „Małych eksperymentów ze szczęściem” Themmerson z powodu pewnej groteskowości, przerysowania, odrealnienia niektórych zdarzeń i motywów.

Autorka jako pretekstu użyła zderzenia dwóch światów. Jeden jest stary, drugi młody, jeden zamożny, drugi może nie biedny, ale jednak także nie specjalnie „zasobny”, jeden zasiedziały, tutejszy, żeby nie powiedzieć tubylczy, drugi imigracyjny.


Czy te dwa światy może coś łączyć poza ewentualną zależnością?
Henry ma osiemdziesiąt cztery lata, mieszka spokojnie w luksusowej dzielnicy Londynu Hampstead i ma poważną fobię społeczną oraz doskonale poukładany świat, który się rozpada na kawałki z bardzo błahego powodu. Jego długoletnia opiekunka zostawia go, żeby wyjechać do Australii. Nie jest albo choć nie powinien to być koniec świata, ale świat potrafi się kończyć na wiele sposobów, i nie, nie jest to ten tytułowy koniec świata, to taki codzienny, pomniejszy koniec, zdrada, która przewraca wszystko do góry nogami.
Paweł polski imigrant pracuje trochę gdzie popadnie choć jest po anglistyce. 

Każdy z nich ma swoje życie i swoje problemy. Każdy z nich ma też swoją historię. Nie chcą się zaprzyjaźniać ani integrować, każdy z nich jest osobny i tę osobność w sobie pielęgnuje.
Nie zmienia tego nawet przypadek, który krzyżuje ich losy.

Henry czeka na koniec świata. Taki wielki i wielowymiarowy. Czuje, iż ten się zbliża... Wyliczył go przez lata studiowania map pogodowych.
Zbliża się też śmierć i koszmar domu opieki, którego Henry nie chce brać nawet pod uwagę.
Paweł swój koniec świata przeżył dawno temu.

Tych dwóch mężczyzn coś jednak łączy. Ich koszmary i fobie. Lęki, o których nie chcą mówić, a z którymi powinni się jakoś uporać, Paweł żeby żyć dalej, Henry, żeby wyjść z domu i poczekać na katastrofę w jedynym miejscu, które jeszcze kocha. Na wyspie Wight.
Dokoła kłebi się życie, to angielskie i to imigranckie, kłębi się swoista „polaczkowatość”, bo autorka mocno i bez znieczulenia odmalowała specyfikę tego środowiska, ale nie oszczędziła też i „tubylców” ich zadufania w sobie graniczącego z chamstwem, przekonania o swojej wyższości i traktowania wszystkich imigrantów jak ludzie niepełnosprawnych intelektualnie. Te światy nie przenikają się i nie będą przenikać, współistnieją bo taka jest ich rola, jedni dają pracę inni pracują, ale na tym to się kończy.
Henry też nie polubi Pawła, Paweł nie zaprzyjaźni się z Henrym, ale...

W pewnym sensie będą dla siebie jedynym wyjściem, opoką i odnalezionym sensem. Jeden pomoże drugiemu choć nie tak jakby można się tego spodziewać.


„Jutro będzie koniec świata” to bardzo wielowymiarowa powieść, której w żadnym razie nie należy traktować zbyt lekko. To studium odrzucenia, samotności, czy wręcz osamotnienia w tłumie. Wyborów życiowych, dobrych czy złych, ale jednak znaczących.
To bardzo dobra, wymagająca powieść z gatunku tych, które zostają w pamięci na dłużej. Inteligentnie przerysowana, celowo pogmatwana, pozbawiona ckliwości, romantycznych uniesień i łatwych rozwiązań. Nie ma tu miejsca na idealizm, jest tylko życie i prognozy pogody, które mówią, że jutro nadejdzie koniec świata i że trzeba się nań przygotować.
Tyle, że każdy ma własny koniec świata i własną drogę do przejścia.
Serdecznie polecam, bo książka warta przeczytania.

niedziela, 23 lipca 2017

Gdy ważne jest to co nieważne.

 
 MARTA REICH

"Sztuki i Sztuczki


 wydawnictwwo 
OFICYNKA


„Sztuki i Sztuczki” to tytuł, który jak rzadko kiedy doskonale wpisuje się w klimat powieści w sposób dosłowny i aluzyjny zarazem bo odnosi się do sztuki jako takiej, ale i do tej przez duże „s”. Ja nazwałabym tę powieść warstwową, bo co ciekawe powieść składa się jakby z trzech warstw, które choć doskonale do siebie pasują i świetnie się uzupełniają wyróżniają się pewną odrębnością.
Opis środowiska warszawskich artystów, a właściwie aktorów teatralnych i nie tylko, opis ich układów, utarczek, zależności i jest właśnie czymś takim, bo nawet bez wątku kryminalnego byłby mocno ciekawy, wręcz fascynujący.

Wszystko jest tak poukładane i opisane, że czytelnikowi wydaje się, iż widzi tu prawdziwych aktorów, tych których zna chociażby z telewizji czy reklam, autorka zresztą nie stawia ich na żadnym piedestale, pokazuje ich w różnych odsłonach nie do końca pozytywnych, nie do końca negatywnych, uwikłanych, złośliwych, okrutnych, ale czasami dobrych i mądrych. Pokazuje pewną „pudelkowatość” ich życia w świetle reflektorów, które z jednej strony jest piękne i wystawne, z drugiej trudne i często niebezpieczne. 

Czytając niektóre sceny, przyglądając się postaciom miałam czasami wrażenie, że autorka „zaszyfrowała” w niektórych z nich prawdziwych, istniejących w rzeczywistości aktorów. Nie nie jest to powieść z kluczem, ale czytając nie jesteśmy w stanie uniknąć pewnych oczywistych pytań i nieoczywistych odpowiedzi.

 

Tło powieści też jest specyficzne i ciekawie opisane, bo jest to Warszawa z kultowymi miejscami, znanymi ulicami, ważnymi odniesieniami i aluzjami do wydarzeń, które gdzieś tam w tle miały miejsce.
To wielki świat, może nie aż taki wielki jak się z daleka wydaje? Trochę w nim władzy, nie zawsze uczciwej i uczciwie zdobytej, trochę polityki tej nieco karykaturalnej, prawomyślnej - na użytek tłumów i zupełnie odmiennej w domowym zaciszu i trochę kultury, też nie do końca krystalicznie nieskazitelnej, ale przecież nie to jest najważniejsze, najważniejsza jest Pola Białohorska, która przez przypadek została wplątana w zabójstwo bardzo znanej i bardzo w środowisku nie lubianej aktorki. Zresztą trup ściele się gęsto, ale za to bardzo logicznie, niczego tak bardzo nie lubię jak nielogicznych nieboszczyków.

Autorka nie tylko morduje ale też i świetnie łączy rożne środowiska i wątki. Świetnie ukazuje także sprawy sercowe swojej głównej bohaterki i jej rozterki w nimi związane, a trzeba przyznać, że te rozterki są spore i uzasadnione, a przynajmniej tak się wydaje.

 

Ta książka to dobre 800 stron świetnej rozrywki i choć początkowo wydawało mi się to nieco przesadzone to szybko zorientowałam się, że to jednak ma sens. Ma sens bo taki jest właśnie sposób pisanie autorki, nie obawiajcie się, nie rozwlekły, raczej dogłębnie analityczny.
Po prostu czytając dokładnie widzimy co się dzieje, co myśli Pola, dlaczego postanawia zrobić to czy tamto, jak i dlaczego zamierza postąpić.
To ciekawy sposób pisania. Daje czytelnikowi dużo przyjemności i nie zostawia w konsekwencji niedomówień, które mogłyby zaszkodzić tekstowi.
Sama sprawa śledztwa poprowadzona jest naprawdę dobrze i przyznam, że nie udało mi się wytypować zabójcy, a zabiegi mylące jakie zastosowała autorka naprawdę znakomite. Aluzje i oczywiste odniesienia do Szekspira naprawdę celne. Bohaterowie ciekawi, żywi, barwni, czasami złośliwie nieco przerysowani.
To bardzo dobry, pełnokrwisty, wcale nie wydumany kryminał pełen aluzji, drobnych przytyków do rzeczywistości i odrobiny złośliwości w stosunku do nas samych jak i do różnych, niejednokrotnie prominentnych środowisk.

niedziela, 9 lipca 2017

Po nas choćby potop.... o miłości do miłości.

 ANN PATCHETT

DZIEDZICTWO

Wydawnictwo
Znak Literanova


Dziedzictwo to skomplikowana sprawa, tu także i jako powieść i jako tytuł, bo dziedzictwo kojarzy się właściwie z czymś dobrym, może nawet szlachetnym, choć prawdą jest że można odziedziczyć także długi, albo traumę... albo los.

Spotykamy ich na chrzcinach.
On ma troje dzieci, wkrótce urodzi się czwarte, ona ma  dwie córki. Jedna z nic jest właśnie chrzczona.

On właściwie nie powinien tam być, ale ochoczo uciekł z domu bo ma dość domowego zamętu, marudzenia żony i dziecięcych wrzasków.
Ona jest jak najbardziej na swoim miejscu. Przewija dziecko.
Małe środowisko, wielkie chrzciny, trochę niepotrzebnego zamieszania, przypadek, impuls, pocałunek i wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart, jedna rodzina, druga rodzina... Wszystkie te większe i mniejsze miłości, zresztą może tylko namiętności – jak zwał tak zwał... małżeństwa, rodziny, losy...

To opowieść w opowieści, ale i poniekąd opowieść o opowieści.
Anne Pattchet w swojej książce porusza problem pewnej odpowiedzialności życiowej z której nikt nie zdaje sobie sprawy choćby dlatego, że człowiek jako jednostka patrzy prawie zawsze tylko na swoje potrzeby ignorując to co nastąpi potem. Przyczyna i skutek, decyzja i konsekwencje.

Czy jeden pocałunek może zmienić świat kilkorga ludzi? Czy może zaważyć na życiu i śmierci?
W bajkach niejednokrotnie  tak jest.

Patchett opowiada nam więc swoją odrobinę pokrętną i prawdziwie realistyczną bajkę. Zaczyna od bajecznego, odrobinę bajkowego pocałunku na czymś w rodzaju „balu”, po którym powinno nastąpić „długo i szczęśliwie”, ale nie następuje. Autorka snuje swoją opowieść przez lata tak jakby chciała odrobinę złośliwie zażartować z tej odwiecznej sztampy, ze stereotypu wtłaczanego nam w głowy od dzieciństwa.


Opowieść pokazuje życie bohaterów z rożnych perspektyw i w rożnych życiowych momentach. Nie oszczędza swoich bohaterów.... Ich losy czasem pogmatwane, bo po prostu pogmatwane przez życie są też czasem trudne bo ciąży na nich właśnie to tytułowe „dziedzictwo”.

Czy to ten pocałunek? Ta chwila namiętności, dla której główni bohaterowie zapomnieli o szóstce dzieci?
A może po prostu znudzili się rolami, ale mimo wszystko wypadało być tym wygranym w walce o prawa do potomstwa? W walce o czas z dziećmi, którego w sumie nie bardzo mieli ochoty z dziećmi dzielić?
A może nie chcieli już nikogo i niczego tylko tak jakoś to wyszło. Mocno po amerykańsku, ale też zwyczajnie po ludzku.

Każda decyzja z tych setek, a może tysięcy podejmowanych codziennie zmienia coś w nas i w świecie. Dopóki dotyczy tylko nas i koloru pasty do zębów wszystko jest w porządku, inna sprawa kiedy dotyczy dzieci, które poznają świat poprzez rodziców w każdym sensie, poprzez ich słowa, obecność, nieobecność, miłość czy odrzucenie.


„ Dziedzictwo” to także tytuł powieści napisanej przez Leo Posena, jednego z bohaterów powieści długoletniego partnera Franny i tytuł filmu nakręconego na postawie tej powieści.
„Dziedzictwo” to też szczególne, naprawdę dziwne losy Albiego... a także tragiczny los jego starszego brata...

Można by powiedzieć, że wszystko w sensie symbolicznym jak i realnym jest w tej książce dziedzictwem, spuścizną, pozostałością po jednej chwili, która rozrosła się, zmieniła świat, wywróciła go do góry nogami i poraniła wszystkich dookoła. Bardzo dobra książka, choć przez niektórych zbyt powierzchownie traktowana jako obyczajowe czytadełko, warta jest przeczytania, a przemyślenia przychodzą same, potem nocą, bo autorka nie moralizuje, nie podpowiada, nie decyduje, to czytelnik po wejściu w gąszcz znaczeń sam zaczyna się zastanawiać, jak daleko sięga nasza życiowa wolność i czy dużo dalej niż wybór koloru pasty do zębów. Polecam bardzo bardzo.

piątek, 23 czerwca 2017

Horror nie może być bezpłciowy, ale nie ma płci!


 
 MAGDALENA KAŁUŻYŃSKA
ALVETHOR PANDEMIA

OFICYNKA


Horror to ostatnio coraz trudniejszy i coraz bardziej wymagający gatunek. Dlaczego? Bo stare strachy się opatrzyły, a nowych jakby brak. 

Zombiaki wyłażące z grobów właściwie już tylko śmieszą, duchy są dobre dla dzieci, demony i opętania mocno się przejadły, a wampiry po „Zmierzchu” Stephenie Meyer bardziej kuszą niż straszą, dlatego dobry, mocny i mroczny horror to teraz rzadkość nad rzadkościami bo lęk to sprawa intymna. Bardziej intymna nawet niż seks! O seksie się rozmawia, lepiej, gorzej, ale jednak tak, o leku? NIGDY!

 

Kiedyś zrobiłam sobie swój własny test psychologiczny ( ale załozyłam reakcje skrajnie prawdopodobne i prawdziwe, nie bajkowe) i wyobraziłam sobie, że wstaję z łóżka, spoglądam przez okno i widzę na trawniku całkiem pokaźnych rozmiarów statek kosmiczny...
Nie, nie on był przyczyną lęku, ale moje zdrowie psychiczne...
No przecież zwariowałam! Tego tam nie powinno być! Powinnam pójść do lekarza, ale wtedy lekarz coś znajdzie i skończę w wariatkowie i najpewniej nigdy stamtąd nie wyjdę. Zapytać kogoś? To mniej więcej to samo...
Ten aspekt rozważań jednego z bohaterów ( choć nie chodziło o statek kosmiczny, a o zdrowie psychiczne wydał mi się genialnie autentyczny) Niestety nie czytałam pierwszej części, więc nie do końca wiedziałam jak tę powieść ugryźć, z drugiej strony językowy, komunikacyjny aspekt narracji sprawił, że popadłam w totalny zachwyt.
Próbowaliście kiedyś wytłumaczyć człowiekowi, który nie widzi od urodzenia, co to jest kolor? Próbowaliście przekazać mu ideę czegoś takiego jak „czerwień” z pozoru błaha sprawa, ale tak naprawdę nie da się tego zrobić. Nie ma szans. Komunikujemy pewne rzeczy jedynie przez porównania, tyle, że żeby móc to zrobić przez porównania trzeba by interlokutor je znał, miał podobne doświadczenia, rozumiał...
Czyli co to jest czerwień? Co to jest w ogóle kolor? Co to jest myśl? Mamy miliony odniesień, które pomagają nam rozumieć nasz świat, a jeżeli trafiłaby się istota z innego świata? Taka, która tych odniesień nie posiada?

I tu moim zdaniem autorka pokazała nie klasę, a geniusz...

To jak skonstruowała warstwę narracyjną książki jest wprost niesamowite. Kiedy byłam dzieckiem zawsze zastanawiałam się dlaczego w filmach wojennych wszyscy Niemcy mówią po … angielsku, długo trwało zanim zrozumiałam, że jest to po prostu konwencja, zabieg ułatwiający zrozumienie. Tu autorka pokazała inne byty, które muszą porozumieć się z człowiekiem i nie poszła na łatwiznę. Co to to nie! Ona z tego wykreowała coś zupełnie innego i nie zamknęła tego w dwóch akapitach, ale umiała poprowadzić to przez całą powieść, tak żeby wkurzało, dawało do myślenia i mocno fascynowało.
Językowo cudna i wymagająca, a ja takie lubię, co ja mówię! Ja takie kocham! Jestem pewna, że gdyby spod pióra tej autorki „wydostał się” romans to też bym przeczytała ( a nienawidzę romansów) jednak język pisarza to coś takiego, że potrafi sprawić cuda.
I nagle zrozumiałam nasze ( ludzkie) romantyczne oczekiwania, i to co mówił Stephen Howking, to znaczy nie tyle zrozumiałam ile zobaczyłem, że inni tez to czują.
A co jeżeli? Co jeżeli ona ma rację? Co jeżeli to się dzieje? 

Czym jest ta książka? Horrorem? Horrorem też, ale takim z górnej półki (i wcale nie krew tu przeraża) i powieścią SF z genialnym nawiązaniem do „Robota” Snerga Wiśniewskiego, do Philipa Dicka i do G.R Martina i jego Piaseczników, trochę do Lema... jest też ukłonem w stronę slashera (takim nieco żartobliwym i niejednoznacznym – no piła mnie powaliła ), całkiem dobrym thrillerem. Zresztą opdniesień jest tam, że tak powiem „multum” i im więcej wiemy, tym więcej widzimy...

Podkreślam jednak, to nie są zapożyczenia, ale delikatne, inteligentne aluzje...

I to różni autorkę od epigonów.

 

Kosmologia mocno niejednoznaczna ( mnie trochę przekierowała na Prattcheta, ale li tylko na pojęcie Demiurga, a nie na prattchetowskie poczucie humoru) choć jest jemu moim zdaniem bliska.
Niektórzy twierdzą, że taka krwawa masakra w wydaniu kobiety to nowość... No nie wiem... A co to ma do rzeczy? Autorki nie odbieram płciowo, ma niesamowita wyobraźnię, genialny warsztat. Że kobieta i tyle krwi.... no w sumie... 
Horror nie może być BEZPŁCIOWY, ale nie ma płci! Jak jest dobry to nie ma wyjścia - jest dobry!

Oby biblioteka miała „Alvethor. Białe miejsce”. Ciekawa jestem jakie będzie moje wrażenie po przeczytaniu cyklu od początku, ale... jeżeli tekst broni się BEZ początku to ja chcę więcej!

piątek, 16 czerwca 2017

Cudna proza!

Zośka Papużanka

Świat dla ciebie zrobiłem


ZNAK








Bardzo lubię czytać książki Zośki Papużanki i wracam do nich je z ogromna przyjemnością, bo to ten rodzaj literatury, który moc czerpie bardziej z formy i języka niż z treści. Nie to, że treść jest nieważna, to stwierdzenie byłoby absurdem, ale jest nieco mniej ważna niż w innych powieściach, gdzie stanowi jedyny czasami punkt odniesienia i często jedyną wartość.
Papużanka pisze myślą, strumieniem myśli, skojarzeniami, aluzjami. Ona nie opisuje rzeczy ani sytuacji, a raczej reakcje na nie. Nie wyjaśnia, wyjaśnienia zostawia czytelnikowi.

Nie opisuje uczuć, ale je pokazuje. To sprawia, że czytelnik jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowany w tekst. Wiele razy czytając „Szopkę”, czy „On” miałam wrażenie, że autorka pokazuje moje myśli i odczucia... Moje, a nie swoje, a jeżeli moje to i innych czytelników, więc mocno uniwersalne...

W tej książce autorka serwuje nam nie jedną, a dwanaście historii zamkniętych w delikatnych jak choinkowe cacka opowiadaniach. Każde z nich inne, odrębne i pięknie refleksyjne, wszystkie są barwne językowo i napisane w bardzo osobisty sposób.
Poetyckie, refleksyjne, mocno „introwertyczne”, że tak powiem, bo pokazują świat od wewnątrz, od tego co bohater czuje, co myśli i jak widzi świat wokół siebie.

Opowiadania te są trochę jak „zadry pod paznokciem”, czuje się je bardziej niż rozumie, choć oczywiście są zrozumiałe, tyle tylko, że uczucie wypływa bardziej „na wierzch” i chciałby się naprawdę czasami wejść w nie i zobaczyć wszystko samemu.

Pełne niedopowiedzeń są jakby zindywidualizowane w stosunku do czytelnika, bo nie do końca określając intencje autorki mogą wywoływać rożne reakcje, a więc i być zupełnie inaczej pojmowane przez każdego.
Każde z opowiadań rożni się także i formą wypowiedzi, tak jak rożni się wewnętrzny świat każdego z nas. Jest nasze JA, a potem to co to ja czuje, rozumie i postrzega. Jestem zakochana w krótkich formach, uwielbiam opowiadania, szczególnie te nie całkiem zamknięte.
Opowiadanie to forma i łatwa i trudna zarazem, zależy od punktu widzenia. Nie każdy potrafi się w niej zmieścić i nie każdy jest w stanie zamknąć w tak małej przestrzeni literackiej swoje autorskie „ego”. Po za tym żeby opowiadanie było dobre trzeba pisać emocjami, a nie słowami.
Styl autorki jest i taki sam i zupełnie inny niż ten zastosowany choćby w Szopce. To rodzaj strumienia myśli, a więc zmienia się wraz z bohaterem, ale też jest bardzo rozpoznawalny.
Cudna proza, taka z zamysłem, z przesłaniem, ale właśnie literackim, językowym, opartym o formę. Nie jest to jednak książka łatwa. Trzeba pewnej wrażliwości, żeby ją przeczytać ale i odczytać. Ja kocham takie klimaty, wewnętrzne „rozlane mleko”, słowa, które zarezerwowane są tylko dla siebie, te, których nie powierza się nikomu, choć wyrywając się na „wolność” mogłyby ocalić relacje, ludzi, światy.

niedziela, 11 czerwca 2017

Książka kusząca lasem i zwłokami.



AGNIESZKA PRUSKA

Zwłoki powinny być martwe

OFICYNKA


Książka kusząca lasem i zwłokami.

Z książkami Agnieszki Pruskiej dotychczas jakoś nie miałam okazji się zetknąć osobiście. Znałam je, że tak powiem „tylko z widzenia”, kiedy więc wreszcie natrafiłam na zwłoki... a właściwie na książkę „Zwłoki powinny być martwe” naprawdę się ucieszyłam i to wcale nie tylko dlatego, że podzielam zawarte w tytule oświadczenie, ale lubię tego typu powieści. Pisanie kryminałów, tak samo tych przerażających jak i zabawnych to dla autora ciężka i bardzo wymagająca praca. Nie wiem nawet czy te wesołe, niby lekkie i łatwe kryminały, że tak powiem komediowe, nie są trudniejsze bo przy ich pisaniu obowiązują nie tylko tak podstawowe zasady jak wartka akcja, suspens i dobrze powiązane watki, ale czytelnik ponadto wymaga pewnej lekkości, zabawnych wątków i wyrazistych, ale niezbyt mrocznych postaci.
„Zwłoki powinny być martwe” to taki właśnie, może nie całkiem komediowy, ale lekki i zabawny kryminał z nutką romansu i ciekawym przesłaniem, i wierzcie mi, nie chodzi tu o przesłanie tytułowe.
Dwie nauczycielki na wakacjach nie jest to remat specjalnie ani komediowy ani makabryczny, ale te nauczycielki to kobiety po przejściach, a właściwie po przejściu przez całoroczny gimnazjalny magiel. Znają się na życiu i ludziach, muszą, inaczej by nie przetrwały w szkole. Są sprytne, inteligentne, przewidujące. Miesięczny odpoczynek w leśniczówce na Mazurach, to dla nich wyczekany czas spokoju.

I tu wielki pokłon w stronę kunsztu autorki. Nie wiem czy też czasami tak macie, ale kryminał, i to taki w którym czytelnik mógłby się dobrze odnaleźć wymaga stałych, konkretnych i łatwo zapamiętywanych punktów odniesienia, ulic, domów, kościołów czy innych bardzo konkretnych punktów orientacyjnych. Umieszczenie akcji w środku lasu, w leśniczówce pod Olsztynkiem i rozpisanie tego tak, żeby każdy czytelnik orientował się w topografii to nie lada sztuka, bo w lesie mało jest konkretnych punktów, tylko drzewa, krzaki, ścieżki, a mimo to akcja rozwija się bardzo plastycznie i naprawdę wiemy, co i gdzie się dzieje.

 

Cała sprawa zaczyna się od niefortunnych zwłok... Zostają znalezione w lesie pod krzakiem malin, ale kiedy pojawia się policja zwłok już nie ma. Poruszone do żywego tym, że policja nie za bardzo wierzy w te dziwne zwłoki, przyjaciółki postanawiają same jakoś tę sprawę rozwiązać. Tego rodzaju atrakcje, choć nieprzewidziane wprawiają w zachwyt nie tylko nauczycielki, które trochę obawiają się wakacyjnej nudy, ale i dzieciaki leśniczego. Od tego momentu rozwiązywanie zagadki kryminalnej będzie przeplatać się z o wiele trudniejszą sprawą, czyli z unikaniem cwanych, dość wścibskich i niezwykle domyślnych dzieciaków.
Bohaterowie, co cenię w dobrych książkach, mają zalety, ale też i wady i zachowują się logicznie, tak jak człowiek naprawdę zachowuje się w życiu. Nauczycielki robią wszystko by unikać dzieciaków, dzieciaki wyrzekają na szkołę, policjanci wzbraniają się przed ujawnianiem wyników dochodzeń postronnym, a porzucona żona zieje ogniem jak nie przymierzając smok.
Wszędzie snuje się zapach grzybów i soku ze świeżych malin. W tej książce las pachnie naprawdę!
I tu dochodzę do przesłania. Delikatnie wpleciona w śledztwo historia miasta i okolic bardzo wzbogaca opowieść i nie ma w niej ani krzty dydaktyzmu, a już opowieść związana z opuszczonym osiedlem – majstersztyk. Autentycznie miałam ciarki na plecach i ochotę by więcej się o tym dowiedzieć!
Powieść lekka, przyjemna, inteligentna, dobrze napisana z całą masą zabawnych akcentów i do samego końca trzyma w napięciu! Nie rozwiążecie tej zagadki zanim nie dojdziecie do końca, przynajmniej mnie się to nie udało. Ta książka zapewni i relaks i przyjemność, a kto wie czy nie coś więcej.

To idealna książka na lato bo lekka, na zimę, bo pachnąca, na jesień bo rozświetla słońcem ponure dni i na wiosnę, bo niesie obietnicę letniej przygody.


Szczerze polecam.

niedziela, 4 czerwca 2017

Kocham starą Słaboniową!

Stara Słaboniowa i Spiekładuchy - Łańcucka JoannaKażda kultura ma swoje baśnie, duchy i piekielne stwory, siedzą sobie w folklorze, w wiejskich bajaniach i zabobonach i spokojnie czekają, aż ktoś je na nowo odkryje. Przez wieki wyjaśniały to co niewyjaśnione, strzegły moralności i porządkowały świat, ale wypierane przez chrześcijaństwo, „nowoczesność” i modę na inne, mniej rodzime stwory pochodzące z innych kultur pochowały się po kątach świadomości kulturowej i egzystują jeszcze tylko w bajkach, ale czy na pewno?



Czytałam ostatnio dwie, trzy powieści (i to dobre także pani K.B. MIszczuk) bazujące na dawnych słowiańskich wierzeniach i przyznam, że było to dla mnie bardzo ciekawe i inspirujące czytelnicze doznanie.
„Starą Słaboniową i speikładuchy” poleciła mi koleżanka znająca moje literackie preferencje i rzeczywiście się nie pomyliła.
Ta powieść, to nie jest tylko i wyłącznie powieść o tytułowych „spiekładuchach”, ale także o ich trwaniu, pojmowaniu i funkcjonowaniu w wiejskiej kulturze przez lata.
Takich starych Słaboniowych z ich opowieściami i wiedzą jest coraz mniej, zastąpiło je Google i filmy o inwazji zombie, ale gdyby się dobrze przyjrzeć, to właśnie zombie są dla kultury choćby Haiti tym czym dla nas przez wieki były strzygi albo wąpierze.
Opowieść rozciąga się na lata i podzielona jest na rozdziały – opowiadania - z których każde dotyczy tej samej społeczności, ale innego wydarzenia. Połączone są one klamrą fabularną, stanowi ją historia samej Słaboniowej, która ( i kobieta i historia zarazem) jest mocno niebanalna i wcale nie taka znów sielsko-anielska.
Na samym początku poznajemy wieś i nie jest to miejsce stylizowane, nie ma tu nic z „urokliwości” przesłodzonych obrazków, to wieś prawdziwa, taka gdzie bywa zimno, głodno i paskudnie, gdzie każda zagroda podlana jest litrami gorzały i świeci podbitymi oczami „ukochanych żon i matek”.
Gdzie króluje paternalistyczne podejście do rodziny i dzieci, wiejskie poczucie „przyzwoitości”, które z przyzwoitością czasem niewiele ma wspólnego.
Ta wieś to wszechświat. Maleńki, swojski, swojsko groźny. Rustykalny, przaśny, ale też rozbuchany seksualnie, pełen pokus i mrocznych tajemnic. Reszta świata istnieje tylko w domyśle, na obrzeżu, w mieście, w radiu w starym telewizorze marki Rubin, a potem po latach w listach i opowieściach o Unii Europejskiej.
Te światy się nie przenikają. W pewnym sensie się nawet wykluczają.
Słaboniowa jest osobą „widzącą” i „wiedzącą”, wie i widzi bo umie patrzeć, to cecha dziś rzadka u ludzi wpatrzonych w ekrany smartfonów, umie też dodać dwa do dwóch. Potrafi pomagać. Wymyka się zwykłym ocenom, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy jest zła czy dobra, ona jest chyba obok wszelkiej klasyfikacji i to w tej postaci jest genialne, jest jak diament o wielu barwnych obliczach, może i błyszczący, ale twardy.
Dodatkową, a gwarantuję wam nie jedyną zaletą tej książki jest narracja prowadzona w mocno wiejskim, ale nie nużącym stylu. Ta narracja to nie tylko fakty i dialogi, ale też cała otoczka niezbędna by opowieść stała się czymś więcej niż tylko zapisem zdarzeń. Pięknie poprowadzona, lekka, cudnie wiejska, świetnie zrozumiała, a jednak inna od wszystkich.
Język przystosowany do miejsca i do bohaterów jest równocześnie lekki, płynny, piękny, niesamowicie plastyczny. Jest w nim lekka, leciutka nuta „Konopielki” Redlińskiego, ale to taki tylko posmak. Z opisów wydobywają się nie tylko słowa i obrazy, ale i zapachy czy dźwięki wydzierane „słowem” przez autorkę z głębi serc czytelników, z odległych miejsc, z wakacji spędzanych u dziadków na wsi, ze wspomnień jak z cudownych baśni.
Język tej powieści zasługuje na szczególną uwagę, bo nie sposób pisać o”spiekładuchach” słowami nadającymi się do opisywania najnowszego modelu laptopa. One zasługują na mowę bardziej intymną, na to co gra w duszy, na zaśpiew, na soczyste przekleństwo... Zasługują na by o nich mówić pięknie.
Książka wydana w 2013 roku, a więc stosunkowo dawno temu, w zalewie nowości jakoś słabo przebiła się do świadomości czytelniczej, czego bardzo żałuję. Szkoda, że takie perełki nikną gdzieś w czeluściach księgarń zamiast cieszyć oczy i dusze czytelników.

Wpisana do kategorii „horror” nie powinna jednak tam się znaleźć, to raczej poetycka opowieść grozy, a poetyckości w niej więcej niż grozy, no i groza jest tu inna niż w horrorach. Jest wiele bardziej inteligentna i przemawia do serca i duszy, a nie tylko do instynktów.

sobota, 22 kwietnia 2017

Cienie poza światłami...

EWA STACHNIAK
BOGINI TAŃCA
wydawnictwo
ZNAK


PRZEDPREMIEROWA recenzja GENIALNEJ książki!!!


Świat baletu to środowisko zamknięte, bardzo trudne i rządzące się specyficznymi prawami. Scena to tylko piękny, upragniony moment, mgnienie blasku, chwila zachwytu, a wokoło cień. Ciężka praca, mordercze ćwiczenia. Tu sam talent nie wystarczy. I jest jeszcze czas, który zdziera z ciała kolejne zasłony i nie każdemu go wystarcza na to umowne, wyczekane „pięć minut” sławy.

Kultura masowa omija balet bo za trudny, ale mimo wszystko większość ludzi zdaje sobie sprawę kim byli Diagilew, Niżyński, Isadora Duncan, Matylda Krzesińska czy „La Nijinska”.

Świat można opowiadać na wiele sposobów, słowem, kształtem, barwą czy gestem. Są i tacy, którzy świat opowiadają tańcem za pomocą jedynego instrumentu jaki posiadają - doskonale wyćwiczonego i cudownie giętkiego ciała. Bronisława Niżyńska „La Nijinska” jak nazywali ją Francuzi urodziła się w rodzinie dwojga tancerzy i od dziecka pragnęła tańczyć tak jak i jej starszy o dwa lata brat Wacław. Ich matka wszystko podporządkowała temu by dzieci miały jak najlepsze wykształcenie w tym kierunku. Dla nich poświeciła wszystko. Jak to w tym zawodzie bywa już samo ich urodzenie było nie lada poświęceniem.

Bronisława zawsze żyła trochę w cieniu brata, którego talent powalił na kolana pół Europy i odmienił postrzeganie roli tancerza w balecie. Żyła aby tańczyć nawet wtedy, kiedy pierwsza wojna światowa podpaliła Europę, a rewolucja październikowa Rosję. Żyła pomiędzy światami na pograniczu kultur - była Polką z serca i pochodzenia, ale Rosjanką z wychowania i życiowych wyborów, była też wielką osobowością, kimś kto żyje na scenie i dla sceny, ale musi jeść, spać i walczyć o przetrwanie.
Jej życie to opowieść niezwykła, opowieść o wytrwałości, miłości poświeceniu i pokonywaniu trudności.

Ewa Stachniak swoją powieść zaczyna niejako od końca. Jest październik 1939 roku, Niżyńska z córką płyną statkiem do Stanów. Trwa wojna... Bronisława otwiera notes i zaczyna pisać.
Po chwili zaczynamy poznawać jej życie od samego początku. Dziwne, smutne, ciekawe i tragiczne. Poznajemy dzieje jej rodziny, jej drogę do baletu, historię obu braci i nieobecnego ojca. Powoli pojawiają się wielkie sławy, które towarzyszyły tancerzom w ich artystycznej drodze, poznajemy ich cierpienie, walkę, kontuzje... Miłości.

Tancerz za chwilę chwały na scenie płaci bardzo wysoką cenę choć tego nie widać. To nie tylko ból, pot i łzy, to o wiele więcej. Rozdarte dusze, potargane losy, rozbite rodziny, a czasami coś jeszcze – utracony umysł. (Historia Wacława Niżyńskiego i jego choroba przewija się poprzez całą powieść, choć nie do końca wiadomo czym była i co ją spowodowało). Ta książka bardzo pięknie to uświadamia nam wszystkim wpatrzonym w światła sceny, a zapominającym o cieniach, które gromadzą się poza tymi światłami.

Przecudnie napisana książka! Opowieść się wije, zatacza kręgi, wiruje, wraca do początku, czasami wyrywa się mocno do przodu, pokazuje jakąś chwilę, zdarzenie, moment, wtrąca delikatna aluzję do przyszłości, po to by potem znów wrócić do podstawowego biegu narracji i pozostawić czytelnika w osłupieniu i oczekiwaniu na to co nastąpi. Nie znam się na balecie, choć bardzo tego żałuję, ale czytając miałam wrażenie, że ta narracja to jakby literacki odpowiednik tańca.


Jestem wprost zachwycona. Dawno nie czytałam czegoś równie mocnego. To niesamowite jak autorka zwykłą bądź co bądź biografię potrafiła przedstawić w tak fascynującej formie. Książka spodoba się każdemu, nawet tym, którzy nie interesują się baletem. Zachęcam bardzo, bardzo!

poniedziałek, 20 marca 2017

Kocham takie recenzje!



"Maski zła" to według mnie rewelacyjny thriller psychologiczny i choć opiera się na sprawdzonych schematach zamkniętej społeczności i tajemnicy sprzed lat, to znacznie się wyróżnia spośród innych książek z tej kategorii przede wszystkim metodą budowania napięcia oraz nietypową kreacją bohaterki. Polecam każdemu wielbicielowi gatunku oraz osobom, które pragną zgłębić i zrozumieć fenomen rozdwojenia jaźni. Genialna.
ZAPRASZAM:

Nowa recenzja mojej książki.
TUTAJ KLIK:

niedziela, 5 marca 2017

Tylko w sercu prawda...

Życie pasterza
James Rebanks
Wyd: ZNAK

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA!!!
W sprzedaży od 2017-03-20.

Jesteśmy zakładnikami sukcesu jako jedynego wyznacznika szczęścia i powodzenia pośród ludzi. Nic innego się nie liczy, tylko to jak wyglądamy w oczach innych, tylko ten „wyimaginowany” sukces, najgłupszy, najmniejszy, najbardziej bezsensowny, a jednak konieczny, byśmy patrząc na siebie oczami innych dostrzegli to co jest nam niezbędne. Podziw. Akceptację.
I tylko to jest szczęściem.
Bo kimże jestem jeżeli nie osiągnąłem sukcesu? Kimże jestem jeżeli nawet do niego nie dążę? Sukcesem może być wszystko, białe zęby, piękne ciało, zdolne dzieci, dobry mąż... Pieniadze.
A praca?
Praca przestała być dobrem, prawdą, powołaniem. Zniknął gdzieś tak mocno zakorzeniony w społeczeństwach protestanckich etos ciężkiej pracy, przywiązania do ziemi, do społeczności i do tradycji. Staliśmy się goniącym za sukcesem stadem samotnych ludzi, którzy dbają tylko o siebie i wszystko robią tylko dla siebie. Nic nie mając w sercu a wszystko w kieszeni.
Kraina Jezior to obszar w północno-zachodniej Anglii w hrabstwie Kumbria, jedno z najpopularniejszych obecnie miejsc wypoczynkowych w tym kraju. Paradoksalnie to także miejsce pracy i życia wielu mieszkających tam hodowców owiec.
„Życie Pasterza. Opowieść z Krainy Jezior”, to książka właśnie o tych dzikich wciąż jeszcze, ale pięknych i romantycznych według poety Williama Wordswortha terenach ( z tym romantyzmem autor mocno sarkastycznie polemizuje).
Autor jako hodowca owiec z dziada pradziada od dziecka żył na tym skrawku ziemi, gdzie najważniejszą sprawą zawsze były owce i psy pasterskie, gdzie najpierw karmiło się zwierzęta, potem pracujących, a na końcu dzieci, gdzie chodzenie do szkoły było samym złem i stratą czasu, a coś takiego jak moda nie miało znaczenia, opisuje życie farmera podporządkowane potrzebom ziemi i zwierząt, podporządkowane porom roku i mocno z nimi związane. W swojej opowieści pokazującej pasterskie życie, zwyczaje i magię codzienności. Przywiązanie i miłość. Klęski i kłopoty. Życie, które jest wyborem świadomym, a nie skazaniem. I to w tym tekście wysuwa się na plan pierwszy. Miłość, wybór i powołanie, a cała reszta idzie dopiero potem, a książka jest cudownie piękna. Napisana jakby mgłą, tęsknotą człowieka, który trochę się ucywilizował i widzi co traci, ale zawsze wraca tam gdzie jego serce, człowieka, który nie zgadza się na głupotę turystów, na beztroskę miastowych. Nie szukajcie tu skrajnego ekologizmu, wielkich słów na temat przyrody, czy życia w zgodzie z natura. Ta książka nie szafuje wielkimi słowami, ona mówi po ludzku o sprawach pięknych i prostych, albo trudnych, ale też często pięknych.
Podzielona na pory roku, opowiada historię dzieciaka, który robi wszystko aby oblać egzaminy w szkole bo chce zostać pasterzem, a mimo to idzie na Oksford, ale nadal jest pasterzem, jego dziadka i ojca, którzy prawie nie umieli czytać, a byli po ludzku mądrzy, mówi, o życiu ich żon i przede wszystkim zwierząt... Ukochanych psów, pięknych owiec i cudownie nieobliczalnych gór.
Miłośnikom sir Terrego Pratchetta powiem tylko, że w tej opowieści odnajdziecie całą tę miłość i szacunek do pasterskiego życia, jakie Pratchett zawarł w cyklu o Tyffany Obolałej, choć nie jest to powieść fantasy, nawet „babcia Obolała” tu się pojawia, tyle że jest prawdziwa.

Ja się w tej opowieści zakochałam! Tak cudnie napisanej, nostalgicznie złośliwej i żartobliwie pokrętnej opowieści nie czytałam już dawno. Z całej duszy polecam.

środa, 8 lutego 2017

Genialny metareportaż o świecie zza kamer.

Film dokumentalny bywa niesamowicie interesujący i fascynujący, ale jest bardzo niejednorodny. Może być narzędziem propagandy, opisem, albo lustrem świata i to ta ostatnia możliwość wydaje mi się najbardziej ciekawa i nośna, ale do tego trzeba człowieka, który umie schować się za tym światem i pokazać go takim jakim jest w oczach nie widza, ale bohatera.
Tak właśnie odbieram filmy Fidyka. Genialną, a zarazem przerażającą „Defiladę” widziałam jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, a obrazy z tego filmu nadal tkwią pod moimi powiekami, bo tego filmu nie da się zapomnieć. Zresztą innych także nie.
„Świat Andrzeja Fidyka” to dokument o dokumencie, taki „metareportaż” pokazujący od innej strony i za pomocą skrajnie innego środka wyrazu, to co widzimy w jego filmach.
Nie jest to objaśnienie tych filmów bo takowe nie jest po prostu potrzebne, to raczej opis rzeczywistości, która doprowadziła do powstania filmu w takiej, a nie innej formie. Książka ukazuje rozterki reżysera, problemy techniczne wszelkiej maści, kłopoty logistyczne, ale też i zawirowania polityczne, kulturowe, albo po prostu ludzkie dylematy związane z tym, czy innym zdarzeniem, tematem, czy kadrem.
Zawiera także wskazówki, może nie tyle dla przyszłych reżyserów, ale dla ludzi dokumentujących życie innych ludzi i są to uwagi bardzo trafne, najczęściej dotyczące swoistej etyki, kodu postępowania z bohaterem tak aby kamera go nie odczłowieczyła i nie skrzywdziła w wymiarze już tylko czysto ludzkim, żeby kiedy zgasną światła, nie doszło do tragedii.
Reportaże Fidyka to genialne obrazy z których „wyłazi” rzeczywistość i nie będzie to rzeczywistość widza, turysty, czy gapia, ale człowieka żyjącego w danej przestrzeni.
Książka jest podzielona na rozdziały dotyczące, każdy innego dokumentu, począwszy od genialnej „Defilady” poprzez „Diabła w Moskwie”, kóry pokazuje postradziecką seksualność nieporadnie wyzierającą zza kufajek i siermiężnej moralności. Opisuje też festiwal w Rio „Karnawał. Największe party świata” w którym kolorowa bieda i nadzieja zakwitają co roku na kilka dni. Opisuje doświadczenia z pobytu w Japonii ukazując w reportażu „Pocztówka z Japonii” KAROSHI zapracowywanie się na śmierć... Objazdowe kino w Indiach, które jest prawdziwsze niż sama prawda, pracę w Kazachstanie i różnice kulturowe pomiędzy Kazachami, a ludźmi zachodu, afrykański „Taniec Trzcin” z AIDS w tle, Białoruskiego Puszkina i Yodok, obóz koncentracyjny o którym mówią ocealeńcy, a który doprowadza autora do smutnych, ale niestety prawdziwych refleksji na temat przyszłości.

Rejestrując świat obrazem Fidyk powstrzymuje się od osobistych komentarzy, w książce nieco mocniej akcentuje siebie i opowiada ten świat nieco inaczej. Reportaż świetny, do połknięcia w jedną noc, ale i do studiowania. Teraz, kiedy w internecie można legalnie obejrzeć niektóre filmy aż kusi, żeby to zrobić jeszcze raz i zrozumieć więcej podpierając się lekturą tego świetnego dokumentu.

środa, 1 lutego 2017

Obozy się "nie przeterminowały"

Nie ma w Polsce rodziny, której nie dotknęłaby w jakiś sposób sprawa obozów koncentracyjnych. Mojej także to nie ominęło, dwie z sióstr mojej babci były w tych samych obozach co autorka książki, toteż odbieram ten wywiad rzekę bardzo osobiście i wierzę, ze wszelkich sił mojej wiary, że o obozach trzeba mówić, nadal, wciąż i jeszcze raz od nowa. One nie odeszły, one są, trwają jeszcze w pamięci rodzin, w snach ofiar, we wspomnieniach. One się „nie przeterminowały” niestety, taka jest natura człowieka, nadal istnieją gdzieś w Korei, gdzieś w Chinach, może w innych nieznanych zakątkach globu i będą tam nadal. Powstaną nowe, tak toczy się świat i tego uczy historia, zapominanie tylko jej ułatwia zadanie.

Ta książka, ten niesamowity wywiad to bardzo ciekawa opowieść o tym, że można mimo pamięci żyć nadal, nie wszystkim się to udało, wielu więźniów wybrało samobójstwo nie mogąc uporać się z przeszłością, bo tę przeszłość, to królestwo za mgłą zabrali ze sobą zamiast z niego wyjść.

Autorka opowiada o tym co w obozie było życiem, o ciągłym, nieustającym trwaniu. O tym jak bardzo istniało tylko tu i teraz, o teraźniejszości bez przeszłości, bo za bardzo boli i bez przyszłości bo może jej nie być.

Mówi o obozowych katach trochę inaczej, nie całkiem i nie zawsze źle, co wzbudza niechęć innych byłych więźniów obozu. Robi tak w imię prawdy, bo taka właśnie była ta jej prawda, której nie chce się zaprzeć. Jej niezgoda na generalizowanie, na utożsamianie każdego Niemca z bestią bardzo ją rożni od innych więźniów, mimo tego co przeżyła, nieludzkie warunki, koszmarnie ciężką pracę, wszechobecny głód, bestialstwo, rewir, brak leków i wiele chorób. Przeszła przez karną kompanię i medyczne eksperymenty, a mimo to, potrafi dostrzec też dobre chwile, jakie jej zdarzały się w Auschwitz. Pamięta o dobroci, której doznała, o ulotnych mgnieniach radości…

Bardzo pięknie napisana książka, poetycka choć tragiczna, w żadnym razie nie roszczeniowa, co często się zdarza u ofiar takich tragedii, pozytywna w swojej okrutnej wymowie, książka, którą czyta się jak tragiczną baśń, ale też przeczytać trzeba.


Wywiad, dodajmy że świetnie przeprowadzony, kulturalny i pozbawiony współczesnej nam nachalności, za pomocą której dziennikarze często wyciskają ze swoich rozmówców „ciekawe kąski” dotyczy nie tylko obozów, ale i czasów powojennych. Życia, śmierci, trwania, pisania i tworzenia, a także tego jak akt twórczy terapeutycznie może wpływać na zranioną dusze i pomóc jej uciec zza mgły, z królestwa za mgłą, z imperium strzeżonego przez rycerzy w czarnych mundurach. Warto przeczytać!