czwartek, 24 maja 2018

Okrutne dobro...


Anna Sakowicz

Na dnie duszy.

Edipresse


Powaliło mnie, i powiem to bez wstępów i bez zażenowania, pokonało mnie delikatne, międzywierszowe okrucieństwo tej powieści. Pochłonęłam ją wczoraj i to co mnie zaskoczyło to całkowita nieadekwatność okładki do treści, wiem wydawnictwo świetne, ale okładka... 

Przecież ta piękna skądinąd kobieta z okładki w książce nie występuje, bo kim miałaby być? Rozalią? W żadnym razie, Donatą? Nie ma szans, Ingą? Też nie…

To powieść jest niesamowita i nawet jeżeli umiejscowiona gdzieś na Kociewiu opowiada życie ludzkie niestety wielu innych miejsc, miasteczek, wsi.

Można by powiedzieć, że określenie „prosty człowiek” nie jest pejoratywne, a polska wieś jest miła, dobra i sielankowa no i taka swojsko tradycyjna.

Wiejska moralność ogranicza się mocno do „co ludzie powiedzą”, albo „ludzie będą gadać” , choć oczywiście nikt nie broni nikomu chlać, bić żony czy kraść, to przecież normalne, chłop pić musi, babę trzeba bić, żeby pokazać kto tu rządzi, a kradzież? Nie, no, jak ktoś umie zadbać o własne interesy, to co komu do tego?

Tak naprawdę wiejska moralność zajmuje się zaglądaniem w cudze majtki… I to w sposób okrutny. Potworny,  bestialski.

Dobra, jestem wściekła, ta książka pogrążyła mnie w otchłani! NAPRAWDĘ! Zabiłabym… Za Mariannę, za Rozalię, za Donatę…

Nie umiem przejść obok takiej tragedii bezrefleksyjnie…

Wiem, przemoc się dziedziczy, tak jak nienawiść, traumę, historię i długi, wiem, że ludzie, którzy to zrobili to wcale nie dobrzy ludzie dbający o moralność, ale paskudne bestie w ludzkiej skórze. Ojcowie, bracia, wujowie i matki… 

Rodzina nieświęta!

Wiem, moja opinia może nie jest bardzo tradycyjna, ale ja tę książkę przeżyłam naprawdę osobiście, dogłębnie i mocno…

To nie jest lekka powieść obyczajowa. To trudna książka o tym jak skomplikowane bywają rodziny i dlaczego takie są.

Nie usprawiedliwia, nie tłumaczy. Pokazuje.

Niesamowita lektura dla odważnych, mądrych, dobrych ludzi…

Ja jestem porażona prawdziwością i mocą tego tekstu.
Co kryje się na dnie duszy?
Ciemność… 

Pięknie opisana, trudna i wielowymiarowa. Co więcej powiedzieć? To po prostu trzeba przeczytać.

Trzeba, warto, należy!

środa, 23 maja 2018

Ochotniczki z poboru...


Luba Winogradowa

SNAJPERKI

ZNAK




Związek Radziecki miał od zawsze wiele twarzy, jedną „na zewnątrz” drugą do wewnątrz czyli zupełnie inaczej widział go obcy, a inaczej własny obywatel i nie było to bynajmniej przeoczenie, a raczej celowe czynności prowadzące do „ocieplenia” wizerunku w świecie.

Stosunek do kobiet był w Rosji radzieckiej także dość szczególny gdyż jak twierdziło wielu „ w ZSRR” seksu nie było, choć jak wiadomo jednak był, bo obywatele jedno a państwo drugie, były też wolna miłość w „usługowych komunach” w ramach tezy o obumieraniu rodziny. Był też prześmiewczy dekret o „uspołecznieniu pań i panienek”, który wzięty na poważnie proponował, by wszystkie kobiety od 18 do 50 roku życia uznać za własność państwową.

Dlaczego o tym piszę? Bo tak czy tak kobiety w ZSRR nie miały łatwo.

Snajperki to książka o kobietach walczących w szeregach armii w czasie II wojny światowej, a właściwie o snajperkach.

Powołane do armii, ale uznane za ochotniczki, żeby lepiej wyglądało nie miały w wojsku łatwego życia. Nie muszę mówić chyba dlaczego! Nawet teraz kobiety w armii ( w każdej, niezalezienie od państwa) narażone są na molestowanie, gwałty i szykany, a one, kobiety w radzieckim wojsku nie mogły nawet tego zgłosić, czy poskarżyć się przełożonym z wielu względów, także i dlatego, że to właśnie oni byli sprawcami. Wojna, to nie łąka pełna stokrotek.

Te, które przetrwały nie były witane z otwartymi rękami ani przez znajomych, ani przez rodziny, często traktowano je jak prostytutki. Wbrew pozorom istniała jakaś pozaradziecka moralność i to w co wierzyło państwo często nijak się miało do tego w co wierzył jego pochodzący z zapadłej wsi i w pewien sposób „konserwatywny” w sprawach damsko męskich obywatel, mąż, brat, ojciec…
Książka opisuje losy wielu kobiet żołnierek. Bardzo wielu. Nie wiem nawet czy ten ogrom postaci i nazwisk, imion i frontowych losów trochę nie przytłacza, niemniej jednak kilka postaci zostało pokazanych nieco bliżej, jak choćby Ludmiła Pawliczenko, której waleczność i frontowe dokonania tak promowane przez ZSRR autorka podaje w wątpliwość.

Opis jej propagandowej podróży do USA, Wielkiej Brytanii i Kanady byłby naprawdę zabawny, gdyby nie chodziło o wojnę, a ta w Europie trwała w najlepsze.

Radzieccy żołnierze, w tym i kobiety byli traktowani przez własną armię jak zwykłe „mięso armatnie” , bo armia zrezygnowała nawet z nieśmiertelników chcąc zaoszczędzić na pogrzebach…
A jednak książka nie jest jakimś manifestem przeciw ZSRR, a powie scia oddającą bohaterstwo kobiet, żołnierek, snajperek, które naprawdę przyczyniły się do zwycięstwa nad hitlerowcami. Kosztem życia, rodzin, odtrącenia i koszmarów, głodu i kalectwa…

To bardzo ciekawa książka, którą czyta się z ogromną fascynacją. To zapis losów ludzi zapomnianych, zapis ich decyzji, rozterek ( tak, wbrew pozorom i rozkazom kobiety radzieckie miewały rozterki choć nie wolno im było o tym mówić), a w końcu i powojennych losów niektórych z nich.

Powiem szczerze, że książka jest niesamowita, oczywiście dla czytelnika, który interesuje się i formą i tematem bo nie jest to powieść, a nie każdy kocha takie opracowania, reportaże historyczne, opowieści o ludziach, ich czasach, radościach i dylematach.

Dużym atutem książki jest ogrom przypisów z których możemy dowiedzieć się więcej i wykazują jak bardzo benedyktyńskiej pracy podjęła się autorka mierząc się z tym tematem.

Żałuje jednak, że przypisy zostały umieszczone z tyłu książki co odrobinę utrudnia jednak czytanie. Należę do osób, które przypisów nie omijają, stąd mój problem.

Na koniec ( choć we wstępie) Luba Winogradowa zadaje ciekawe pytanie.

„Jak wiele osób z mojego pokolenia, pokolenia dzieci pierestrojki poszłoby walczyć za ojczyznę i byłoby gotowych dla niej zabijać?"
Obyśmy nigdy nie poznali na nie odpowiedzi.
Książka warta ze wszech miar przeczytania!

piątek, 18 maja 2018

Czyżby reptilianie weszli w branżę wydawniczą?


Wiem, że zaraz kilka osób się na mnie wścieknie, kilka obrazi, a jeszcze kilka wulgarnie mówiąc „wypnie”, ale zauważyłam ostatnio tendencje do negowania, a nawet hejtowania pewnych zjawisk. 

Jednym z nich jest zgrozę budzący fakt, iż WYDAWCY CHCĄ ZARABIAĆ na wydawanych przez SIEBIE książkach.

Prawda, że straszne? Psim obowiązkiem wydawcy jest wydawać książki i na nich NIE zarabiać! Toż to skandal! O! Mają dokładać! 

Nie jestem wydawcą i nigdy nie będę, ale jakoś mi się to w głowie nie chce mieścić.

Idąc dalej tym tropem, wydawcy wydają TYLKO takie książki, które się sprzedają i to jest SKANDAL. Bo jakże to tak? Po co robią takie straszne rzeczy? Przecież powinni wydawać tylko takie, które zalegają na półkach!

Byłoby i miło i pożytecznie. Pełne półki, puste kieszenie wydawców i pełne kieszenie czytelników ( którzy nie musieliby kupować książek…) No i nikt by się za bardzo nie wzbogacił, a jest kilka osób, które całkiem nieźle zarabiają na swoich książkach… I to pisarzy!Zgroza, prawda? Jakże to tak? I wstyd, i nie wypada i skaranie boskie!

Pisarz powinien przymierać głodem, szczególnie ten wybitny, a nie zarabiać! Może potem, po marnej śmierci z przejedzenia, bo ktoś da mu „gryza” kanapki, zostanie wpisany do kanonu lektur, czyż to nie piękny los? Czyż to nie cudna perspektywa! I jaka smaczna, dostatnia śmierć!

Kolejna straszna rzecz to to, że wydawcy wydają tylko gnioty, i to po ZNAJOMOŚCI, bo tylko gnioty się sprzedają.

To interesująca definicja gniota, ale wiele osób przyjmuje ją za pewnik. Jeżeli książka jest bestsellerem MUSI być gniotem.

Bo co ciekawe wszystkie książki, które się sprzedają to gnioty, a wszystkie te, które nie mogą znaleźć wydawcy to arcydzieła…

Czy tylko ja czegoś tu nie rozumiem?

Mój kretynizm jak zwykle daje mi się we znaki bo wydaje mi się, że jeżeli wydawca zarabia, to zarabia też autor. Jeżeli autor zarabia to jest poczytny. Jeżeli kupują jego książki to jego książki nie są gniotami!

Oczywiście istnieje pewna grupa ludzi, często, aczkolwiek nie zawsze są to debiutanci, którzy wiedzą, widzą i czują, że każdy wydawca na złość wyda każdego gniota tylko nie jego książkę. Naprawdę, na złość!

I to nie będzie miało nic wspólnego z jakością, bowiem istnieje jeszcze jedna teoria, która mówi, że wydawcy OGŁUPIAJĄ społeczeństwo i SPECJALNIE drukują szmirę, żeby broń boże czytelnik nie zatęsknił za literaturą wyższą, bo jeszcze by w tym zakosztował, a nie powinien!
No nie wiem….

Wydawcy wydają to co się sprzedaje, sprzedaje się to co ludzie kupują, ludzie kupują to co chcą czytać i na co chcą wydać własne pieniądze ( WŁASNE – to ważne) więc o co chodzi?

Nich ludzie czytają i kupują to co chcą, a wydawcy niech na tym zarabiają to jest naturalna kolej rzeczy, a wszelkie teorie spiskowe, że wydawcy są kosmitami, którzy żywią się nienawiścią odrzuconych autorów są mocno przesadzone…. Naprawdę, choć, w sumie, jakby tak popatrzeć jednemu czy drugiemu w oczy, to jakieś takie żabie… wężowe…

Czyżby reptilianie weszli w branżę wydawniczą?

A jakie jest wasze zdanie? Zwariowałam? 


środa, 16 maja 2018

Brawurowy rajd przez czas, historię i pokolenia!



Agnieszka Pruska

SPADKOBIERCA

Oficynka


Agnieszkę Pruską poznałam ( oczywiście tylko literacko, a nie osobiście) jakiś czas temu przez książkę „Zwłoki powinny być martwe”, ale nie był to, jakby powiedzieć „główny nurt” jej twórczości. Była to książka lekka choć kryminalna, zabawna, choć przetykana poważnymi przemyśleniami i ciekawa pod względem historycznym, a to wielki plus.

Tu jest moja na jej temat opinia: Książka kusząca lasem i zwłokami.

Teraz trafiłam na jej najnowszą książkę zatytułowaną „Spadkobierca” i po raz pierwszy zetknęłam się z Agnieszką Pruską w wersji „hard”, oraz z Barnabą Uszkierem. Co trochę dziwi mnie samą bo, choć w tej serii ukazały się już trzy tomy, „Literat”, „Hobbysta” i „Żeglarz” w bibliotece jakoś na nie nie trafiłam.

Spadkobierca” to kryminał, którego tytuł zdawałoby się wszystko mówi, ale nie wyjaśnia zbyt wiele, a w ostatecznym rozrachunku i to bez przymrużenia oka, pokazuje czytelnikowi przysłowiową „figę” i wszystko okazuje się zupełnie inne niż się wydawało.

Autorka w brawurowy sposób pociągnęła wątek kryminalny przez pokolenia i naprawdę jest to zrobione doskonale, bo w takich długich i skomplikowanych wątkach łatwo o pomyłki, przekłamania, albo o nudę, a tu… nic z tych rzeczy.

Jak połączyć powojenny Gdańsk z czasami nam współczesnymi i sprawić, żeby akcja była logiczna? Mało kto by się tego podjął, a i tak nie każdy by podołał. Musze powiedzieć, że jestem pełna podziwu bo ten kryminał jest po prostu logiczny i prawdopodobny, może jestem małostkowa, ale logiki w kryminałach żądam i pożądam. Co NAJWAŻNIEJSZE to jest powieść kryminalna  z niecodziennym motywem zbrodni. Dlaczego to takie ważne?

Wśród autorów panują swoiste mody, często nieuświadomione powielanie pewnych schematów, ważnych i mocnych, ale jednak tych samych, zresztą faktem jest iż trudno wymyślić coś nowego, ale… Agnieszce Pruskiej się to udało!

Dodatkowo akcja toczy się na kilku przeplatających się płaszczyznach, gdzie niebagatelną rolę odgrywają swoiste przepychanki w komisariacie dotyczące pracujących tam ludzi. Nie, nie wszystkich, tylko niektórych. Z jednej strony pokazana jest tam przyjaźń i współpraca oraz lojalność w tym zawodzie nieodzowna, z drugiej kombinatorstwo i podpieranie się „plecami”. Ta część powieści jest naprawdę świetna. Dlaczego? Bo jest tam dużo prawdy psychologicznej i zwykłego, nie zawsze w książkach docenianego, realizmu. 

Ten realizm dotyczy także świetnych, niewymuszonych dialogów.
Piękny Gdańsk w tle i w samym sercu akcji, nawiązanie do trudnych czasów i nie zawsze właściwych postaw, rozgrywka kryminalna ciekawa, wręcz fascynująca. Kilka frapujących zwrotów akcji. Świetnie się czyta, choć nie jest to lektura do połknięcia w jedną noc, bo to powieść obszerna i dopracowana w każdym calu.

Powiem tak, to świetny kryminał policyjny. Kryminał doskonale napisany i logiczny. Ciekawy, mocny z bardzo dobrze ukazanym tłem historycznym. Warto przeczytać.

Słownictwo, adekwatne do sytuacji, nie ma potopu wulgaryzmów, choć scen drastycznych kilka się znajdzie, ale to przecież kryminał, więc nie ma się czemu dziwić.

I teraz mam problem, czy wolę Agnieszkę Pruską w wersji „light”, czy w wersji „hard”, otóż nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie, w obu wersjach jest świetna. Do zwłok, ( które powinny być martwe) wrócę na pewno, po Uszkiera też sięgnę, tym razem od pierwszego tomu, może wtedy zdecyduję?
Tak czy tak, to kryminał na świetnym poziome tak merytorycznym jak i literackim!


poniedziałek, 14 maja 2018

Gorzko o Kubie



Na Kubie nikt już nie czeka na śnieg

Grażyna Gołuchowska
Oficynka



Kuba, marzenie i wszechobecny w literaturze mit, stereotyp tak magiczny jak i polityczny, miejsce święte i świetne, o którym pisali wielcy, miejsce, które niewielu odwiedziło, a wielu kocha. Wyidealizowany kawałek świata bardzo mocno wrośnięty w literaturę współczesną, mimo, że dość niedostępny, a może właśnie dlatego.


Tytuł może być i pewnie jest aluzją do książki „Czekając na śnieg w Hawanie” Carlosa Eire, ale jest opowieść z zupełnie innego miejsca w życiu, w świecie i w czasie.

Czytałam wiele książek na temat Kuby, głównie reportaży, wiele też powieści rozgrywających się na tej tropikalnej wyspie magicznej i zauważyłam, że Kuba ma dwa oblicza, to piękne, kolorowe, podszyte nostalgią i bohaterstwem. Socjalistyczne i wierzące w Fidela jak w boga i to drugie, też nostalgiczne, zewnętrzne, spojrzenie ludzi, którzy przyjeżdżają, odjeżdżają, tęsknią, ale i idealizują traktując Kubę jako wakacyjne all inclusive, gdzie miłość, a nawet małżeństwo ( choć niezbyt szczęśliwe) wliczone są w cenę.

W książce Gołuchowskiej Kuba jest nieco inna, jest gorzka i smutna. Głodna, biedna, umęczona zakazami i nakazami, transakcyjno matrymonialna, prostytuująca się za mydełko i szampon, bez grosza przy duszy i bez szacunku dla samej siebie. Czy prawdziwa? Pewnie tak, w każdym razie odarta z mitu i romantyzmu, tak samo zresztą jak Barbara i Piotr. Oboje, choć każde z nich oddzielnie postanawiają spędzić Boże Narodzenie na Kubie. Piotr fotografuje, Barbara zbiera wspomnienia Polek, które za miłością wyjechały na Kubę i zostały tam już na zawsze.

Zdarzyło wam się kiedyś w zupełnie obcym mieście spotkać kogoś znajomego? Nawet jeżeli nie, to możemy być pewni, że gdzie obok, sąsiednią ulicą tego miasta, Paryża, Hawany czy Nowego Yorku przechadza się ktoś z naszej dalszej lub bliższej przeszłości, nieświadomie depcząc nam po piętach wzbudza kurz wspomnień i niewyraźnym odbiciem w szybie wystawowej porusza serce.

Ta książka nie jest właściwie powieścią obyczajową, to raczej powieść reportażowa. Konsekwentna fabularnie, ale przetykana jakby reportażową rzeczywistością świata, miasta, państwa bez naciągania, bez przekłamań, bez udawania. Zapis dwóch odrębnych, choć kiedyś przez chwilę splecionych dróg życiowych. Nostalgiczna, ale nie ckliwa, miejscami romansowa i romantyczna, miejscami gorzka, wręcz sarkastyczna.

Kuba nie jest tu pretekstem dla opowieści, jest naprawdę jej podstawą i to ona jawi się jako główna bohaterka tego bogatego w fakty tekstu. Kubę „opowiadają” jej mieszkańcy, a więc nie jest to li tylko obraz przesączony przez pryzmat zewnętrznego, turystycznego, czy choćby tylko europejskiego spojrzenia. Tekst zaopatrzony jest w 122 przypisy i te przypisy, wierzcie mi są istotne i ważne. Cześć z nich to tłumaczenia hiszpańskich zwrotów, inne wyjaśniają nazwy instytucji, jeszcze inne odnoszą się do aluzji muzycznych, teatralnych, czy historycznych, bez których zrozumienia tekst może być mało czytelny. Niestety poważnym utrudnieniem, żeby nie powiedzieć błędem wydawcy jest umieszczenie tych przypisów na końcu książki, zamiast po prostu na dole każdej strony. Moja znajomość hiszpańskiego ułatwiła mi czytanie bez konieczności ciągłego przeskakiwania na koniec tomu, ale i tak wiele rzeczy musiałam sprawdzać i nie byłam tym zachwycona.

To książka dla ludzie ciekawych świata. Takich, którzy spoza delikatnej zasłony powieści obyczajowej wyłuskają piękno obcego świata, dla tych, którzy poza reportażem i ogromem wiedzy w książce przemyconej zauważą ludzkie losy, ciekawe, choć nie proste, smutne, czasami tragiczne, ale też i piękne.
Zachęcam.


sobota, 12 maja 2018

Płatne recenzje, czyli kretynka miesiąca!


O tym, że jestem naiwna przekonałam się nie raz i nie dwa, ale mimo to wydawało mi się, że jeszcze nie zagrażam swoją naiwnością ani sobie, ani społeczeństwu, jednak ostatnio nadałam sama sobie szlachetną rangę kretynki miesiąca, a może nawet i roku, a jak zwykle poszło o książki.

Zaczęło się od tego, że jedno z wydawnictw poszukiwało recenzentów i ogłosiło to w sieci. Było to dość kuriozalne ogłoszenie, bo wydawnictwo w swoich wymaganiach ograniczyło się do tego, że kandydat powinien prowadzić blog i mieć duży zasięg. Ani słowa o pasji, o miłości do książek, ani o umiejętności pisania bez błędów - tak niedocenianej ostatnio przez wydawnictwa.

Trochę się zakotłowało w sieci, ludzie zaczęli się oburzać, ale ja naiwniaczka pomyślałam, że przecież jeżeli ktoś prowadzi blog książkowy i pisze recenzje, to chyba umie je pisać, a zasięg jest ważny bo przy sporym zasięgu recenzja dotrze do większej liczby osób i właściwie sprawa się dla mnie na tym skończyła.

No prawie… dzisiaj niechcący wlazłam w jakiś dziwny zakątek sieci i dotarłam do czegoś jednak tak kuriozalnego, że aż mnie zatkało.

Wiecie, że raz na jakiś czas wybucha na FB dyskusja na temat domniemanych zarobków recenzentów, nieuczciwych recenzji, tekstów napisanych językiem Kalego, który kochać jeść…
Byłam pewna, że stawiający takie tezy ludzie przesadzają…

A jednak nie zawsze!

Czy wiecie ( pewnie wiecie, to tylko ja jestem taką naiwniaczką), że niektórzy „pracują” i zarabiają na polecaniu książek i wcale nie chodzi o egzemplarze recenzenckie tak „wymawiane” blogerom przez niektórych czytelników. Chodzi o płatne polecenia książek.

Czy mnie to obrusza? Oczywiście, że tak, i to nie z zazdrości o czyjeś zarobki, ale z powodu prostego wydawałoby się faktu - płatna recenzja nie ma szans być obiektywna. A zarabia się tylko przez „zachętę” do zakupu, a więc wszystkie książki muszą być „świetne”, „wspaniałe” i „genialne”.

Czy wszystkie takie „recenzje” muszą być nieuczciwe? Chyba nie, ale część na pewno. Jak więc oddzielić ziarna od plew? Żadnych szans! Dlatego coraz częściej pojawia się niechęć do pozytywnych recenzji uznawana za hype, czyli sztucznie wywołane poruszenie związane z jakąś premierą.

Ja, kiedy komuś coś polecam mam zawsze koszmarny dylemat, a co jeżeli on/ona ma inny gust? A co jeżeli kupi polecaną przeze mnie powieść i się zawiedzie? A co jeżeli wyda pieniądze na coś co go znudzi i będzie na mnie wściekły? Dlatego staram się pisać obiektywnie i z wyczuciem, oraz ze wskazaniem komu książka mogłaby się spodobać. Kocham to co robię, ale na tym NIE ZARABIAM.

A co z tymi, którzy zarabiają?

Przeszukując sieć dowiedziałam się, że żeby polecać książki za pieniądze, „wcale nie trzeba lubić czytać”, „wcale nie musowo dużo czytać”, „wcale nie trzeba się wysilać”, wystarczy wejść w odpowiedni program, coś tam zainstalować i mieć jakiś dobry pomysł.

No tak. Dobry pomysł… Pomyślałam, że to coś w rodzaju:
No kurna, ale bajer książka, kupcie ja ziomale, będzie git! Normalnie krew się leje, jest suuupcio!”

albo:

Walnijcie matką tą ksiomzke pod choinkę bendom zachwycone, seksiaste scenki że palce lizac”

Co byście powiedzieli na taką promocję ulubionych książek?

Uprzedzam, błędy muszą być, to zwiększa wiarygodność.

Na próbę: „Krew się leje jak szlag, haluny, wściekła baba – warto kupić” - Makbet Szekspira – no i jak? Zachęciłam was?

Bo wiecie, bycie naiwną kretynką nie jest wcale takie miłe i nie musi być stanem permanentnym. Może uda mi się zmienić?

A wy co o tym sądzicie? Może niepotrzebnie się miotam?


czwartek, 3 maja 2018

REKLAMA - Szaleństwo, albo odciski na tyłku!

Mówią, że nic nie pobudza tak jak motyle w brzuchu? Otóż jest coś co pobudza tak bardzo, że człowiek tęsknie zerka na siekierę. To wrzask reklamy o drugiej w nocy, kiedy chcąc coś obejrzeć wchodzisz na stronę, a zapomniałeś o słuchawkach…

Sąsiedzi walą w ściany, rodzina rzuca groźby karalne z pokoju obok, a ty w panice usiłujesz wyłączyć ten wrzask, ale w międzyczasie musisz przecież się dowiedzieć jaki szampon pomaga na łysienie pośladków…

Druga forma reklamy to sposób na „szklarza” pojawia się toto na stronie, i jakbyś się nie ruszył nie da przeczytać niczego, ty w bok, ona w bok, ty w dół ona w dół, a krzyżyk do likwidacji tego paskudztwa, no gdzieś jest. Oczywiście, że jest, bo musi być, prawo tego wymaga, ale nikt nigdzie nie wspomniał, że musi być widoczny… 

Wpatrujesz się więc kilka minut w „taniec wesołej hemoroidy” żeby odkryć to miejsce z krzyżykiem od bólu głowy, bo jak go nie znajdziesz to po prostu dostaniesz szału i w końcu rozwalisz komputer, ale to niestety nie jest najgorsze.

Najgorsza jest „la cucaracha” - czyli sieciowe ADHD i drgawki razem wzięte.
Wiecie o co chodzi? Też to macie, czy tylko ja mam takie stany emocjonalne? Otóż wchodzę na stronę, jedną taką gdzie mam od lat założoną pocztę i chcę wejść na tę pocztę… Wtedy zaczynam swoje codzienne peregrynacje. Wielominutowe, czasami godzinne.

Ja naciskam znaczek poczty, a tu stronka hyc do góry i jestem na reklamie Mercedesa. Wracam, próbuję jeszcze raz, strona hyc w bok i zwiedzam biuro podróży, w chwilę potem jestem na telefonach, na tabletkach na odchudzanie, mleku modyfikowanym, spękanych piętach i szamponie, który pielęgnuje łupież, a likwiduje włosy, tylko na cholerną pocztę nie mogę wejść, bo jak tylko się przymierzam, najeżdżam myszką i postanawiam kliknąć, strona robi unik i znów jestem na reklamie… Tym razem rozstępy. 

Postanowiłam spróbować od innej strony, może gdy będę chciała wejść w reklamy, wtedy strona zrobi unik i znajdę się tam gdzie trzeba… nie. Tak to jednak nie działa.

Jasne, że nie! Kto chciałby ludziom ułatwiać życie? Przecież trzeba zarabiać na klikach! Ja tu, myszka tu, strona tam, tadam! Kolejny raz hemoroidy!

Zazwyczaj odpuszczam, a potem wracam i dawkuję sobie te reklamowe „przyjemności”, ale bywają momenty, kiedy odpuścić nie można, choćby wówczas, kiedy czeka się na super ważnego maila od wydawcy na przykład…
Próbowałam więc wytrwale.

Zaczęłam już nawet spisywać zasady, może to mi pomoże. Do 10 rano strona skakała w takiej kolejności, najpierw w górę, potem w prawo, potem trzy razy w dół, potem… zwymiotowałam.
Dostałam jakiegoś rozchybotania wewnętrznego, wszystko się we mnie trzęsie i cały czas mam wrażenie, że świat zrobi unik… W nocy idąc do łazienki zamiast wejść w drzwi wlazłam w ścianę. To w sumie nie było takie najgorsze. Gorzej było rano, obudziłam się i natychmiast musiałam położyć się na podłodze, bo cały czas miałam wrażenie, że łóżko planuje skoczyć w jakąś reklamową podprzestrzeń. Nie chciałam znaleźć się w reklamie z tym mimem i jego gazami jelitowymi, które tak pracowicie wachluje.

Lekko podrygując leżałam na podłodze i upajałam się jej stabilnością. Nic nie skakało.

Dobre wiadomości skończyły się kiedy zaczęłam szykować śniadanie. Ręka przeciążona myszą i szaleńcza pogonią by trafić w pocztę nabawiła się jakiegoś tiku. Trzymałam w ręku jajko, miało trafić na patelnię, jednak w chwilkę potem wylądowało na ścianie. Wytłukłam kubki na herbatę, kilka talerzy i szklanek. Kawę wypiłam z rondla.

W końcu córka coś pokombinowała i poczta z adehadetycznej, drgawkowej strony przesyłana jest na inną. Więcej tam nie wejdę i może już wkrótce przestanę spać na podłodze, bo odciski na tyłku koszmarnie mi dokuczają, ale jak na złość nikt nie reklamuje jeszcze żadnego specyfiku na taką koszmarną przypadłość.