piątek, 17 sierpnia 2018

Zmysłowa, szalona, zabawna i pełna empatii.



ANITA SCHARMACH

SUKCES RYSOWANY SZMINKĄ

(Koty książkowe w bolesławieckim wydaniu - Matylda to ten z prawej)

Istnieje teraz, a może i nie tylko teraz, ale istniał od zawsze pewien, nie do końca uświadomiony, i jakby narzucony zewnętrznie model szczęścia, do którego się dąży. Człowiek chce „dorobić” się tego co jest jego wyznacznikiem, nie zastanawiając się, czy ten obraz szczęścia odpowiada jego osobistym oczekiwaniom. 

Kiedyś nazywało się to „skóra, fura i komóra” teraz oczywiście wyznaczniki się zmieniły, teraz pewnie będzie to apartament na 30 piętrze jakiegoś gigantycznego wieżowca, super samochód… To zresztą też zależy od środowiska. 

Jest to niejako szczęście na pokaz, czy wszystko to co chcemy mieć, aby pokazać innym jaki osiągnęliśmy gigantyczny sukces. 

Tak właśnie jest z Julią, bohaterką książki Anity Scharmach. Jest szczęśliwa… odrobinę na pokaz, ale czegoś jej w życiu brakuje. Pewne sprawy dość oczywiste jakoś jej się układają, bo to szczęście na pokaz wcale nie jest takie znowu złe, jest tylko odrobinę samotne i trochę puste, bo koty wiele mogą, ale nie są w stanie „zagospodarować” całej samotności, jaką mają do dyspozycji. 

I nagle coś się zmienia. Wolta fabularna, którą serwuje nam autorka, może nie jest całkiem „nowatorska” za to jest świetnie przemyślana. I inteligentnie poprowadzona. 

Z czym kojarzyć się może tytuł „Sukces rysowany szminką” Z makijażem? Zapewne, może z pracą w telewizji, gdzie dobrze „zrobiona” dziewczyna odnosi sukces? 

Otóż nic z tych rzeczy. Tu chodzi o zupełnie inny sukces, choć szminka może i jest ta sama… 

Anita Scharmach pisze powieści obyczajowe, ale nie są one „romansowe”, choć romantyzm oczywiście wyziera zza zdarzeń i zrządzeń losu, nie są też łzawe co bardzo mi odpowiada. Owszem, nie ma powieści obyczajowych bez wzruszeń, ale też „nie samymi wzruszeniami te powieści stoją”, przynajmniej u tej autorki. Są pełne humoru, zabawnych sytuacji, poważnych przemyśleń, refleksji nad tym co się nam zdarza. 

Są też rozsądnie realistyczne czyli napisane tak, że nie ma w nich nielogicznych zdarzeń, czy naciąganych sytuacji. Wszystko co się w książce wydarza jest możliwe i ma prawo się wydarzyć, choć nie są to sytuacje łatwe. Autorka dość mocno „przyspieszyła akcję” bo wszystko dzieję się w zawrotnym tempie, ale z mojej strony to nie jest zarzut. Akcja książki jest wartka, a miejscami wręcz odrobinę szalona, czytelnikowi nuda nie grozi. 

Nie czytam za często powieści obyczajowych, ale jeżeli już czytam chciałabym aby były dobre, nie łzawe, rozwlekłe, bez odrobiny sensu czy seksu i ta właśnie taka jest. 

Zmysłowa, szalona, zabawna, pełna empatii, za to bez patosu i wielkich słów, bez moralizatorskich wstawek doskonała rozrywka z inteligentnym podtekstem. Ja szczerze polecam.

środa, 15 sierpnia 2018

Jagodziński - znacie? To poczytajcie!


 Tadeusz Jagodziński

 ŻYCIE TO CHWILA  JAWY

Wydawnictwo WAM

Tadeusz Jagodziński był dziennikarzem współpracującym z Tygodnikiem Powszechnym, a także pracował w polskiej sekcji BBC od 1988 do samego końca.


Przez lata pisał o Birmie i o rodzącej się tam powoli demokracji. Swój zawód, zawód dziennikarza uważał za wręcz „misyjny” i traktował bardzo poważnie wszelkie jego aspekty.
Był miłośnikiem dobrej muzyki i literatury.

Był też wnikliwym obserwatorem świata, który nas otacza albo niejednokrotnie wręcz nas osacza.

Książka „Życie to chwila jawy” jest to dokonany przez Janusza Poniewierskiego wybór tekstów Tadeusza Jagodzińskiego stanowiący skromny ślad jego myśli, zainteresowań i fascynacji, a także głębszych przemyśleń na bardzo poważne tematy.

Wymagał od siebie bardzo dużo, toteż tematy, które poruszał opracowywał dokładnie i dogłębnie nie akceptując obecnej w dziennikarstwie mody na powierzchowne traktowanie tematu. Na przygotowywanie materiałów po łebkach, na traktowanie widza, czy słuchacza jak klienta.

To zresztą opisuje w pierwszym z przedstawionych tu tekstów. Porusza w nim temat „inforozrywki” nowego zjawiska w mediach, które pojawiło się po zamachach z 11 września 2001 roku, kiedy to stacje informacyjne zaczęły robić wszystko, żeby zatrzymać widza i w ten sposób zdobyć korzyści z reklam. Od tego momentu zaczęły traktować widza nie jako widza, który pragnie informacji, ale jak klienta, którego trzeba za wszelką cenę rozbawić, przestraszyć, albo w jakikolwiek sposób, nie przebierając w środkach przyciągnąć.

Pisze też o wybiórczości w serwisach informacyjnych, wybiórczości nie podyktowanej czasem antenowym, który bywa bardzo ograniczony, a w radiu wręcz minimalny, ale innymi względami, takimi jak fakt, że są informacje, które bardziej się spodobają lub przyciągną większą grupę widzów czy słuchaczy.

Pisał o tym jak wiele książka, a tym bardziej dobra książka traci w „przekładzie” na język filmu a pisał to na podstawie książki Michaela Ondaatje, kanadyjskiego pisarza, który stworzył powieść „Angielski Pacjent”, która to powieść sfilmowana dostała aż dziewięć Oskarów.

Pisze o Theo Richmondzie i jego książce „Uporczywe echo. Sztetl Konin. Poszukiwanie”. W której celem autora był nie powrót do miasta, jakim jest teraz, ale do miasta sprzed lat, z opowieści, z magicznych wspomnień rodziców. Chciał sprawić żeby pamięć została przekazana - pamięć nie jako przekleństwo, czy skaza, ale jako błogosławieństwo.
Pisze o Orwellu i jego tajnej liście, w której notował ludzi, których podejrzewał o sympatie komunistyczne.

Pisze też o Salmanie Rushdiem i wielu innych pisarzach, ale w sposób zupełnie inny niż zwykle się o nich pisze. Jakoś bardziej osobiście, ciekawiej, dogłębniej.
Swoje teksty poświęcał nie tylko mediom czy dziełom literackim, pisał też o „Angielskiej chorobie”, czy o… footballu i o bezpieczeństwie na stadionach.

O nagrodzie bookera i o związanych z nią kontrowersjach. O Azji, która była jego ziemią obiecaną… W dodatku „Twarze Azji” znajdziemy zdjęcia wykonane przez autora na tym kontynencie, który go tak fascynował.

Opatrzone komentarzami jego przyjaciół Ks. Adama Bonieckiego, Piotra Mucharskiego, Wojciecha Jagielskiego teksty Jagodzińskiego czyta się z zachwytem nad jego kunsztem, wiedzą i przemyśleniami. Nie jest to lektura dla każdego. To zbiór tekstów trudnych, poważnych i wymagających dużego skupienia. Nie da się ich przeczytać jednym ciągiem, to raczej lektura na kilka wieczorów. Lektura zmuszająca do myślenia, ale i do szukania, do pogłębiania wiedzy, do poszerzania horyzontów.

Wszystkim zainteresowanym tematyką i piękną, choć wymagającą formą polecam.

Świeto ceramiki nie tylko bolesławieckiej - zapraszam :)


Dziś własnie zaczęło się bolesławieckie Święto Ceramiki. Pełno tu bud i budek z cudami. Ceramika z wielu zakątków Polski, a nawet z zagranicy.

JUTRO POKAŻĘ WIĘCEJ!


Tym, którzy myślą, że mieszkając w Bolesławcu można mieć całe ceramiczne zastawy, oraz szafy i kredensy wypełnione tymi cudami, odpowiem wrednie. Można, ale niestety mało kogo na to stać. 

To jest drogie, ale no cóż, wcale się nie dziwie, piękne rzeczy są drogie i tyle, to nie jest żadne odkrycie, tak jest i już, ale jeżeli dostatecznie często odwiedza się odpowiednie miejsca można sobie coś kupić i to wcale nie specjalnie drogo.

Pierwszego i ostatniego dnia święta zawsze warto pobuszować na straganach. Są produkty ze skazą, są przeceny, ale i tak warto, bo co się człowiek napatrzy to jego.
Miasto jakoś tak codziennie ( choć nie tak strasznie znowu wymarłe) jednak specjalnie nie tętni życiem na co dzień, więc dni kiedy zaczyna się ceramiczne szaleństwo warto tu być.
Dziś tylko ceramika, a więc budy ze "szlachetnymi" wyrobami, jutro, pojutrze miasto zarazi się plastikowymi balonami, szczekającymi robotycznie mechanicznymi pieskami, paskudnymi gadżetami, ale i tak każdy znajdzie coś dla siebie.

Kupiłam kilka drobiazgów, jutro zaszaleję bardziej. A teraz zobaczcie inna ceramika - wcale nie bolesławiecka, ale mnie się podoba.




 Te dziwne, ale niesamowicie inne ceramiczne wyroby z... uśmiejecie się, z ręcznie robionymi szydełkowaniami wstawkami z nici! Ale wszystko jest jak należy...





A co do cen, nie są wygórowane. patrzcie!
 
 Jeżeli myslicie, że 40 PLN to drogo za taki piękny dzbanek, to nie widzieliście kubków za 50 PLN






A to tu, to właśnie ceramika "dziergana"!
Kiedy w końcu kupię, a zamierzam, obfotografuję dokładniej!

wtorek, 14 sierpnia 2018

Opowieść o rzeczach strasznych i fascynujących... ZAPOWIEDŹ

Ja dziś będę czytała coś fascynującego...


VERA BUCK


RUNA


Wydawnictwo INITIUM



La Salpetriere. Fabryka prochu zamieniona na przytułek, wiezienie, zakład dla psychicznie chorych i dla prostytutek - tam własnie praktykował Jean-Martin Charcot, który zyskał sławę wywołując napady histerii poprzez hipnozę. Jego uczniem był miedzy innymi Sigismund Freud. Działy się tam dziwne rzeczy. Nawet bardzo dziwne - wiele o tym czytałam.


I te szczury, podobno były ich tam całe stada.

Teraz przeczytam RUNĘ.


Kogo jeszcze kusi ta książka?

Zazdrościcie mi odrobinkę?


Mnie fascynuje ta tematyka. Historia psychiatrii to historia okrucieństwa i potworności, ale też dająca nadzieję walka o człowieka i człowieczeństwo. Hydroterapia, elektrowstrząsy, lobotomia ubezwłasnowolnienie - teraz to wydaje się odległe, ale to zaledwie wiek... Tylko sto lat!


Recenzja jak tylko przeczytam!

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Nauczycielki, wychowawczynie czy służące to kobiety wyuzdanie i niebezpieczne.

Kamil Janicki
EPOKA MILCZENIA

ZNAK

Kamil Janicki to jeden z moich ulubionych autorów, a w tym temacie, kto wie czy nie najbardziej ceniony, choć jest i kilku innych interesujących się historią i o historii piszących. Jest historykiem z wykształcenia co ma dla mnie ( a podejrzewam, że nie tylko dla mnie) ogromne znaczenie, bo historii nie przeinacza, nie nagina, nie pomija niewygodnych faktów, słowem, wie o czym pisze, a to przecież najważniejsze.

Zajmuje się w dużym skrócie historią i obyczajowością przedwojennej polski, oraz opowieściami o niestety mało znanych, niedocenianych i często niesłusznie pomijanych w historii kobietach. 

Co fascynujące dużo uwagi poświęca życiu codziennemu i codziennym bolączkom epok, o których pisze, a także przeróżnym aspektom życia jakie wiedli nasi nieodlegli przecież przodkowie.

Czytam jego książki z autentycznym zachwytem, lubię takie tematy, cenię profesjonalizm autora, doceniam umiejętność ciekawego opowiadania o sprawach często mocno przyziemnych i to, że nie stara się zrobić ze swoich książek wybuchającej fajerwerkami anegdot papki dla tłumu.

Jego książki są doskonale opracowane i dopracowane, źródła podane jasno i wyraźnie, a odnośniki do nich nie przeszkadzają w czytaniu. 
Czytałam kilka jego książek, ale „Epoka Hipokryzji” i „Epoka Milczenia” poruszyły mnie najbardziej.

Epoka Milczenia, to książka opowiadająca o Polsce międzywojennej i o wszystkim tym o czym się wówczas nie mówiło i (żeby to stwierdzenie zostało dobrze zrozumiane), nie chodzi o to, że nie mówiło się o czymś co było nudne i stąd brak zainteresowania, albo że nie mówiło się o czymś co było marginalne, bez znaczenia i tak dalej. Chodzi o coś, co ze wszech miar było, jest, ba, zawsze będzie interesujące, powszechne i niestety obecne, ale o czym się nie mówiło gdyż temat był jakoś tak wstydliwy i nie wypadało.

To „nie mówienie” nie było ograniczone jedynie do tego, że o pewnych tematach kulturalny człowiek po prostu nie mówił, było znacznie gorzej, kulturalny człowiek nie mówił o pewnych zjawiskach, gdyż one po prostu nie istniały!
Piękna była ta nasza rzeczpospolita, a że zakłamana?

Wyobrażacie sobie, iż nie istniał problem gwałtów? W ogóle ich nie było! 
Te brutalnie, czasami poparte rękoczynami i mocno krwawe stosunki seksualne, które się zdarzały na każdym kroku były tylko i wyłącznie wymysłem kobiet, które chciały się zabawić, a potem naciągnąć biednych, bogu ducha winnych mężczyzna na jakieś odszkodowania…

Zresztą w dobrym towarzystwie takie rzeczy? Nigdy! Zostałaś zgwałcona choć należysz do lepszego towarzystwa? NIE ZDARZYŁO CI SIĘ TO! To się zdarza tylko pospólstwu!

Czego jeszcze w tym cudownym okresie nie było? No tak. Pedofilii. 
Nikt nikogo nie bił, nie zabijał, mężowie byli wzorem cnót, a kobiety… No cóż niewiele miały do powiedzenia, zresztą oczywiście kłamały, histeryzowały, siały panikę i w ogóle, kto by tam słuchał bab?!

W świecie biedoty do napastowania dochodziło prawie na każdym kroku, na ulicach w domach, na polu i w piwnicach, ale to to przecież był margines, Wśród „ludzi z towarzystwa” obowiązywała dyskrecja. Takie sprawy się po prostu tuszowało.

Zaczęto nawet chronić mężczyzn przed nadużyciami seksualnymi ze strony kobiet gdyż uważano, że nauczycielki, wychowawczynie czy służące to kobiety wyuzdanie i niebezpieczne.
A gwałty homoseksualne?
A molestowanie służących…

Autor pisze o tym wszystkim o czym za tamtych czasów się nie mówiło, o czym można było czasami przeczytać w brukowych gazetach jako o ciekawostkach wzbudzających zachwyt i niezdrową fascynacje i zwiększających nakład, ale nie rozwiązujących żadnych, nawet najmniejszych problemów.

Ta książka to opracowanie naukowe, ale napisane fascynująco lekkim językiem, i wierzcie mi autor porusza tak wiele ciekawych problemów, że książkę czyta się z wypiekami na twarzy.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Spirytyzm i Lalunia



DANUTA KOROLEWICZ

Lato z ciotką spirytystką

LUCKY


Małe miasteczka wbrew pozorom wcale nie są lepsze od tych dużych bardziej może tłocznych i kolorowych, ale kuszących nocnym życiem i pozorną całkowitą anonimowością. 

Małe miasteczka też mają swoje sekrety, swoich wariatów, szaleńców, możnych, ważnych i nieważnych mieszkańców, którzy znani wszystkim i pozornie czyści, aż przezroczyści żyją sobie spokojnie nie wadząc nikomu, a przynajmniej wszystkim tak się wydaje. 

W takim właśnie miasteczku Danuta Korolewicz umieściła akcję swojej powieści zatytułowanej „Wakacje z ciotką spirytystką”. Już sam tytuł sugeruje lekkie przymrużenie oka, trochę szaleństwa i wakacyjny spokój, choć uprzedzam, tego ostatniego w tej książce nie znajdziecie. 

A co znajdziecie? Ekscentryczną ciotkę - tak spirytystkę, ale nikt nie ośmieliłby się nazwać jej szaloną. Ona wbrew pozorom wcale nie jest niespełna rozumu, ona wie co robi i dlaczego to robi, choć nie bardzo chce o tym mówić. 

Jest tam też przewspaniała papuga Lalunia, od której szewcy powinni uczyć się kląć i dwie sympatyczne studentki. Spotkamy tu też bosko przystojnego wikarego i całą masę złoczyńców… 
Oraz poetę… 

Sami wiecie jak to jest. 

W miasteczku o nazwie Warba ( nie, nie tym położonym w Minnesocie), ale tym niewielkim, kilkutysięcznym umiejscowionym przez autorkę niedaleko Torunia ( aż ciekawa jestem, czy ma swój pierwowzór) jest wszystko, ratusz, biblioteka, nawet katolicka rozgłośnia radiowa. 

To bardzo sympatyczne miasteczko, a jednak pod powierzchnią zwykłego życia coś się kotłuje. Coś niebezpiecznego, i to niebezpieczeństwo wcale nie jest ani trochę przesadzone. Jest realne, choć trudno je powiązać z „objawieniami pewnego pijaka”, wierszami pewnego „prawie” poety i zagrodzonymi kratą i zamkniętymi na kłódkę korytarzami ratusza. 

Bardzo sympatyczny lekki kryminał. Jest tu nawet nieco romansu, trochę życiowych rozterek i moralnych dylematów. 

Początkowo trochę przeszkadzała mi zbytnia drobiazgowość w opisywaniu zdarzeń, miejsc i sytuacji, ale potem jakoś się wciągnęłam.
Książka jako kryminał trzyma w napięciu i NIE zgadniecie kto jak i dlaczego, a w kryminale to ważne!

Danuta Korolewicz to autorka, której książek jeszcze nie czytałam, tak więc jest to moje pierwsze z nią spotkanie i nawet całkiem udane. 

Polecam - letni relaks gwarantowany.

sobota, 11 sierpnia 2018

To, co dopuszczalne dla kobiet...


JENNIFER EGAN

MANHATTAN BEACH

ZNAK litera nova


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Tę książkę można odbierać na kilka sposobów, jako powieść, jako świadectwo czasu i zawieruchy wojennej, jako opowieść o zmianach społecznych, jakie kiedyś przecież musiały zajść, ale wszyscy i tak ich się tak strasznie boją, jakby to, że kobieta wzięła do reki młotek było świętokradztwem i zamachem na męską dominację w domu, w kraju, a nawet na kontynencie amerykańskim, tyle, że czasami życie nie jest czarno białe i nie da się go opisać w układach zero-jedynkowych typu, kobieta – gary, mężczyzna fabryka, bo życie, a czasami historia, (w tym wypadku głównie historia) ma inne pomysły. 

Wielki kryzys w latach 1929-1933 zmienił społeczeństwa i warunki w jakich żyły. 

Rodziny straciły podstawy bytu. Pracę. 

Mieszkańcy Nowego Yorku byli trochę podzieleni, może nie na getta, ale na grupy narodowościowe. Każda z tych grup usiłowała w tym okresie kryzysu ugrać coś dla siebie. „Makaroniarze”, „polaczki” i „irlandusy”… Nie kochali się, ( czasami pałali do siebie nienawiścią, czasami byli wobec siebie zaledwie pełni pogardy) starali się nie wchodzić ze sobą w zawiązki rodzinne, ani w inne interakcje, ale życie czasami miewa inne plany. 

Gdyby Manhattan Beach czytać tylko jako powieść, to jest to powieść dobra, ciekawa, ale nie jakoś skrajnie nowatorska, choć i tu nie mówię całej prawdy, bo jednak jest w niej coś co porusza do głębi i fascynuje, ale ta książka nie jest li tylko powieścią, a niesamowicie skomplikowanym obrazem tamtego świata, w którym, nie ten dobry, kto wydaje się dobry, nie ten mądry, kto dzierży jakąś, nawet najskromniejszą władzę. Autorka pokazuje meandry ludzkich motywacji i zachowań. 

Jest to okres, kiedy po wybuchu II Wojny światowej amerykańscy mężczyźni wyruszają na wojnę, a stanowiska w fabrykach muszą zostać obsadzone przez och żony i córki. To rewolucja kulturowa. Zamiast pichcić obiadki i pilnować maluchów kobiety idą do pracy. Muszą? Tak muszą, ale najczęściej chcą. Po raz pierwszy wypuszczone z kokonu domowych, ciasnych pieleszy bardzo sobie cenią ten okruch wolności i prawa do samostanowienia. 

Nie każdy to akceptuje. To nie jest proces prosty… Niektórzy myślą, że zaraz po zakończeniu wojny kobiety da się znów zagonić do garów… 

Nie mają racji. 

Anna główna bohaterka chce pracować jako nurek. To nie jest proste i właściwie jest prawie niemożliwe, ale ona daje sobie radę. 

Po co to robi? Z wielu względów, ale także chce dowieść sobie samej, że ojciec nie porzucił rodziny. Ukochany ojciec, który kilka lat wcześniej wyszedł z domu i nigdy nie dał już znaku życia. Czy był typowym mężczyzną porzucającym starzejącą się żonę i dwie córki… jedną kaleką, czy też coś się stało? 

Anna woli wierzyć w tą druga ewentualność. Kocha ojca aż za bardzo. 

Co odkryje? 

Wszystko krąży wokół doków, syndykatu i dziwnych i co tu dużo mówić nielegalnych makaroniarskich przedsięwzięć. Jest bieda, głód, wojna. Tak, wojna jest w sumie dość daleko od Nowego Yorku, ale wyczuwa się ją na każdym kroku… 

A kobiety zaczynają brać swój los we własne ręce… 

Fascynująca opowieść, ciekawa. Drążąca duszę. I ta niejednoznaczność postaw. To zachwycające jak autorka miesza w naszym pojęciu dobra i zła, jak pokazuje, że nic nie jest bez znaczenia, że nie ten dobry, kto dobry, nie ten zły kto dobry, a każdy po trochu i dobry i zły i okrutny... 

Takie przedstawienie świata nie pozwala nam stawiać się ( nam jako czytelnikom) po którejkolwiek stronie. Patrzymy, otwieramy oczy i czytamy dalej, z kolejnym zachwytem, zaciekawieniem, skurczem serca i gardła, na każdej kolejnej stronie.