czwartek, 14 lutego 2019

Kilka bardzo złośliwych rad na temat fantasy.

Wielu bardzo młodych ludzi, którzy chcą coś osiągnąć, a nie bardzo mają czas wyprawić się na Kilimandżaro, czy wstąpić do Legii Cudzoziemskiej, wszak w poniedziałek jest skrajnie niebezpieczna kartkówka z WF-u, postanawia napisać książkę, bo przy odrobinie rodzicielskich pieniędzy ( niektóre wydawnictwa każą sobie płacić) uzyskuje się o wiele więcej niż maturę, czyli szlachetny tytuł pisarza. 

Ci ( bardzo) młodzi ludzie pisać nie lubią, ale postanawiają się poświęcić ( oczywiście nie za bardzo) dlatego wybierają gatunek, który ( bardzo, bardzo niesłusznie) wydaje im się najprostszy. 
Fantasy

Dlaczego? 

Dlatego, że w fantasy mogą tworzyć własne światy, w których wszystko im wolno. I mają rację, wolno im naprawdę wszystko, ale nie zawsze potem da się to czytać. 

Świat na sto procent będzie musiał być podobny do średniowiecza. Średniowiecze jest fajne i krwawe, co prawda nie ma pryszniców i kibelków, ale kto by się tym przejmował, w książkach fantasy rzadko kto się myje. Ważni są rycerze, księżniczki, krwawe bitwy i wszechobecna broń. 

Warto pamiętać, że tobogan nie jest bronią, a balisty (mimo podobieństwa nazwy do bazuki) nie da się nosić na ramieniu. 

Rycerz z rewolwerem ( nawet magicznym)nie wygląda najlepiej, a naładowana kusza na plecach, może zagrażać życiu i zdrowiu bohatera, ale, to fakt, kontakt z lekarzem lub farmaceutą nie będzie już konieczny. 

W każdym świecie fantasy istnieją, smoki, trolle i wszelkie inne stwory. Nie warto sobie zaprzątać głowy, żeby istniały „po coś”, wystarczy, że raz na dziesięć stron wpiszemy, „autostradą przebiegł smok”, albo „przed bistrem, przy bankomacie leżał pijany elf” i będzie dobrze. 

Jeżeli ktoś zauważy, że w średniowieczu nie było autostrad czy bankomatów, należy mu uświadomić, że autostrada jest smocza, a bankomat magiczny. 

Zawsze kiedy coś nie trzyma się kupy można zaznaczyć, że jest magiczne i to zamyka wszystkim usta, w ten sposób możemy uzyskać całkiem ciekawe efekty. Średniowieczny magiczny konny GPS, albo magiczna średniowieczna kuchenka mikrofalowa są niezłe, ale mogą się nie sprawdzić. 

Dużym utrudnieniem jest to, że powieść nie może się składać z samych bitew i, że główni bohaterowie powinni jednak istnieć , można ich oczywiście potem zabić, ale lepiej zabijać ich na końcu książki, zrobienie tego na początku trochę utrudnia czytanie. 

Bruce Lee nie był średniowieczny rycerzem. 

Głównymi bohaterami powinni być wojownicy i czarownicy no i jakaś nieszczęsna księżniczka . W końcu fantasy to właściwie same bitwy i kule ognia, ale miłość też musi być. Najlepiej nieszczęśliwa – łatwiej opisać łzy samotności niż pocałunki. 

Seks, jeżeli o to chodzi, istniał także w średniowieczu choć utrudniały go zbroje i pasy cnoty. 

Bohaterowie mogą żywić się magią, ale od czasu do czasu powinni coś zjeść. 

Chipsy wynaleziono chyba w XIX wieku więc trzeba pamiętać, żeby nie zagłodzić bohaterów. 

Imiona muszą był niemożliwe do wymówienia i zawierać kilka podwójnych samogłosek i apostrofów, ale imię Aeeei’i’’’ouaua’aaia nadaje się jedynie dla teściowej, za bardzo wkurza! 

Uwaga OUIJA to nie jest imię. 

Jeżeli komuś wydaje się, że w średniowieczu nie istniały teściowe, to muszę go zmartwić. 

Dla niektórych nie istnieje pojęcie „zbyt duża ilość magii” ale warto się nad tym zastanowić, żeby książka nie skończyła się na pierwszym rozdziale. 

No i na koniec rzecz najważniejsza i najtrudniejsza, ludzie, nawet rycerze walczą ze sobą z jakichś powodów i nie może to być, ani niewłączony koński kierunkowskaz, ani złośliwy komentarz na ścianie pałacu. To musi być coś większego. Najlepsze będzie ratowanie świata tylko na litość Boską, nie przed antyszczepionkowcami i płaskoziemcami!

wtorek, 12 lutego 2019

Czarcie słowa...


GRZEGORZ WIELGUS

CZARCIE SŁOWA

INITIUM

Po przeczytaniu pierwszej powieści Grzegorza Wielgusa, „Pęknięta korona”, która bardzo mi się podobała, dowiedziałam się, (czego nie zauważyłam czytając książkę), że powieść w niektórych miejscach nie całkowicie jest zgodna z historią, ale raczej nie chodziło tu o fakty, czy zdarzenia, a raczej o tło, czyli o historie kultury materialnej oraz o stylizację językową. 
Tak więc kiedy czytałam „Czarcie słowa” specjalnie zwracałam uwagę na takie możliwe „nieścisłości” i… oczywiście ich nie znalazłam, nie znaczy to, że ich nie ma, a jedynie, że ja ich nie widzę. To dość logiczne, nie mam potrzebnej do tego wiedzy, tak samo jak połowa, albo nawet trzy czwarte czytelników i wcale mi to nie przeszkadza. 

Co to zmienia? Nic, po prostu czytając tę książkę czytałam ją jak powieść i inspirację, a nie jako źródło wiedzy, choć dotyczy ona wydarzeń, które naprawdę miały miejsce. 

Austria XIII wiek, Rudolf Habsburg po zakończeniu wojny o koronę Królestwa Niemiec każe zorganizować turniej rycerski, ale taki turniej z udziałem wielkiej liczby rycerzy z różnych krajów i sprzyjających różnym, tym mniejszym i tym większym władcom może być wielce niebezpieczny bo może stać się zarzewiem konfliktu zbrojnego, albo dać okazję do usunięcia tego, czy innego rywala. 

Dodatkowo w okolicy pojawiają się „rycerze rozbójnicy” - uzbrojone bandy rycerzy, (którzy z rabunku uczynili sobie intratny zawód) napadające na kupców i podróżnych. Takie bandy były w tamtym okresie plagą ( autor używa tu nazwy „raubritter”, ale ta nazwa pojawiła się w użyciu dopiero w XVIII wieku - ha, poszukałam znalazłam, niewiele to zmieniło!) 

Nie mniejszą zagadką są dziwne litery pojawiające się na pniach drzew ( choć nie tylko) i jakiś stwór - duch, człowiek, czy„ożywieniec”, który je na nich zostawia. Ludzie są niepiśmienni, a litery kojarzą  się z demonem słów  - Titivillusem. 
Słowa zwłaszcza te zapisane zawsze budziły lęk, te zapisane przez demona - przerażenie.

Z jednej strony mamy więc aferę polityczną i mocno sensacyjną choć w średniowiecznym klimacie, z drugiej polowanie na istotę magiczna i bardzo niebezpieczną. 

Czy te dwie sprawy się łączą? 

Powieść jest świetnie mroczna, odrobinę „przaśna”, czasami magicznie tajemnicza i momentami zabawna. Autor powoli odkrywa spiski i tajemnice, powoli pokazuje znaczenie różnych zdarzeń niejednokrotnie okrutnych, wszak to jednak średniowiecze i cena życia ludzkiego jest niewielka, a krwawe potyczki, bitwy i bijatyki są na porządku dziennym. 

Reasumując powieść podobała mi się bardzo. 

Polecam tym, którzy lubią mroczne klimaty, rycerskie turnieje i spiski osadzone w realiach historycznych i średniowieczny folklor. 

A Jaksa i Lambert oraz brat Gotfryd naprawdę potrafią być i ciekawi i zabawni i odważni. 

niedziela, 10 lutego 2019

Kiedy znów zaświeci słońce... czy na pewno?

MARLENA RYTEL

KIEDY ZNÓW
ZAŚWIECI SŁOŃCE

NovaeRes


„Kiedy znów zaświeci słońce” to tytuł poniekąd mylący, sugerujący lekką obyczajówkę, albo spokojny romans, a jednak ani z jednym ani z drugim nie ma zupełnie nic wspólnego. To opowieść o uzależnieniu i nie chodzi tu tylko o uzależnienie od alkoholu ( choć i o nim także jest mowa), ale przede wszystkim o zależność od drugiego człowieka. Taką, która z miłością ma niewiele wspólnego, o wiele więcej ze zniewoleniem. O wyborach nie zawsze własnych i nie zawsze dobrych i o odpowiedzialności. 

Kilka sytuacji życiowych, kilka traum, kilka kobiet. Opowieści o nich zamknięte są w oddzielne rozdziały, jakby samodzielne opowiadania, których bohaterowie, choć przede wszystkim bohaterki wydają się nie mieć ze sobą nic wspólnego, ale te „opowiadania” łączy pewien wspólny mianownik, jakaś trauma, jakaś tragedia, jakiś życiowy koszmar. 

Te pozornie niepowiązane ze sobą fragmenty powoli splatają się w całość i choć nie oferują „lukrowanego” happy endu, to jednak rozświetlają całość jakimś nieśmiałym promieniem nadziei. 

Emocjonalnie bardzo trudny i mocno drażniący tekst, odwołujący się podskórnie do ludzkiej solidarności i empatii, pokazuje pewne społeczne zachowania, na które często przymyka się oczy z powodu fałszywie pojętej zasady, że „lepiej się nie wtrącać”, że jak „sobie pościelesz tak się wyśpisz”, czy „wolnoć Tomku w swoim domku”. 

Książka jest napisana bardzo pięknym językiem, a sposób narracji sprawia, że idzie ona odrobinę w kierunku literackiej formy reportażu. Wszystkie zawarte w niej historie mają w sobie ogrom ludzkiej i życiowej prawdy i nawet jeżeli tutaj są tylko fikcją to jednak wydarzyły się gdzieś naprawdę już po wielokroć. Książka, mimo ładunku emocji jest dobrze wyważona i nie „przeckliwiona”. 

Nie czyta się jej lekko bo i tematyka i postaci bohaterów nie pozwalają na lekki odbiór, a jednak czyta się ją z ogromną ciekawością i przyjemnością. 

Jest to jedną z tych pozycji, które i warto i powinno się przeczytać z jednej strony dla siebie, z drugiej dla innych, bo uwrażliwia społecznie na pewne, zamiecione pod dywan problemy, a na dodatek jest ciekawie i bardzo dobrze napisaną, choć trudną, powieścią o życiowych wyborach i ich czasami dalekosiężnych konsekwencjach. 

I o tym, że warto czekać na chwilę „kiedy znów zaświeci słońce” i wierzyć, że ono czasami wychodzi zza chmur. 

Polecam.

Nie jest to powieść, która ma bawić i ciekawić, więc nie spodziewajmy się błyskotliwych zwrotów akacji i dowcipnych dialogów to raczej książka sumienie, opowieść o ludziach obok nas i zachęta do reakcji.

Warto przeczytać!

czwartek, 7 lutego 2019

Całe lato bez... Zbrodnią byłoby tego nie przeczytać!

ROMAIN PUÉRTOLAS

CAŁE LATO BEZ FACEBOOKA

SONIA DRAGA

Kilka dni temu w bibliotece trafiłam na książkę o dziwnie brzmiącym, choć (jak się okazało) nieco mylącym tytule „Całe lato bez Facebooka”, tytuł mnie zaciekawił, a książka powaliła. 

Lubicie czytać o czytaniu? Lubicie opowieści o wielkich pisarzach wrzucone w fabułę gęściej niż bakalie w keks? A zagadki kryminalne? A komediową parodię? 

No to zaczynamy. 

W miasteczku Nowy Jork w stanie Kolorado, gdzie nie ma zasięgu ani internetu, a Facebook jest prowadzony ręcznie na policyjnej korkowej tablicy, pracuje policjantka Agatha Crispies, która wolałaby kojarzyć się z Agathą Christie, ale i tak kojarzy się z płatkami śniadaniowymi. Na posterunku policji nic się nie dzieje do tego stopnia, że zakładają tam klub czytelniczy ( choć nie tylko), policjantów sponsoruje producent pączków firma „Słodka dziurka”, a zamiast radiowozu mają samochód z wielkim donutem na dachu ( nocą świeci). 

DAgatha dostaje, a właściwie zdobywa, zbrodnię do rozwiązania, którą interesuje się szeryf MacDonald, nazywany przez Agathę MacDrive. 
To tylko próbka, autor szaleje z niektórymi nazwiskami bardzo pozytywnie i bardzo literacko. Szaleje nie tylko z nazwiskami, miesza zbrodnię z literaturą tak genialnie, że chyba nie ma akapitu bez aluzji do jakiegoś dzieła czy autora. 

Nowy Jork ( w stanie Kolorado) jest miasteczkiem spokojnym, nie ma tu zbyt wiele pracy dla policji poza zaginięciami. Czasami giną drwale, a mniej więcej raz na miesiąc ginie kot pani Jennkins, który nie żyje od jakichś czterdziestu lat, ale policjanci nie chcąc martwić staruszki wciąż go jej odnajdują i przyprowadzają, choć kot często ma niewłaściwy kolor, płeć, wielkość, a czasami nawet szczeka. 

Są tu też radioaktywne wiewiórki. 

Bywają krwiożercze. 

Główna bohaterka w niczym nie przypomina Demi Moore, czego bardzo żałuje, gdyż jest otyłą Afroamerykanką o wielkim biuście i ogromnym tyłku. 

I co zachęciłam? 

Do tego jest zagadka kryminalna ( i mam wrażenie, że autor czytał naszą Joannę Chmielewską… pamiętacie szydełko w książce „Całe zdanie nieboszczyka”)? 

Zagadka jest naprawdę świetna, a zakończenie zaskakuje. 

A to nie wszystko, chętnie przepisałabym kilka stron zabawnych cytatów na temat literatury pracy w policji czy życia i Facobooka, ale wolałabym, żebyście odnaleźli je sami, bo ta książka potrafi rozbawić i zaskoczyć. 

To bardzo inteligentna i nie przeintelektualizowana opowieść, w której literatura i zbrodnia przeplatają się i uzupełniają. 

Jak nic skradnie każde czytelnicze serce! No, chyba, że szalejecie za Ulissesem Jamesa Joyce’a choć i wtedy warto spróbować. 


środa, 6 lutego 2019

Niewidzialność - dobrodziejstwo XXI wieku?


Dziś rano pisarka Anna Sakowicz na swoim blogu "Kura pazurem" TUTAJ napisała coś o niewidzialności, a mnie nagle po prostu olśniło! Ludzie!!! Przecież my JUŻ jesteśmy NIEWIDZIALNI! 

Tak, to prawda! 

Patrzcie! Dzięki Facebookowi możemy, nie będąc w żaden sposób widziani, podsłuchiwać rozmowy i pogaduszki znajomych i nieznajomych na całym świecie. 

Ubrani w jakieś „cudze piórka” czyli fałszywe tożsamości, z kwiatkiem, kotkiem czy wróbelkiem zamiast zdjęcia, z nazwą konta nie zawierająca nawet imienia, z nazwiskiem cudzym, albo bez nazwiska, możemy nie przemieszczając się fizycznie zajrzeć do kuchni w Białymstoku, do alkowy w Paryżu i do dziecięcej sypialni w Pcimiu Dolnym. 

Możemy napaskudzić, naszkodzić, namącić i NIKT, ale to absolutnie NIKT nas nie dostrzeże! Możemy też uprawiać bezsensowną, całkowicie darmową i nie wymagającą nawet odrobiny myślenia dobroczynność łańcuszkowo klikową i czuć w duszy ciepło swojej własnej dobroci bez poświęcenia choćby złotówki… 

Możemy ganić i chwalić. Kłamać i jątrzyć. Dowartościowywać się czyimś kosztem. 

Puszczać niesprawdzone ploty i „ratować” komuś życie udostępniając debilne posty, o tym, że jedzenie skarpetek leczy raka… 

Możemy wejść na konto znanej pisarki i zwyzywać ją od najgorszych, żeby przypadkiem nie pomyślała, że odniosła sukces, co to to nie! 

Możemy kraść cudze teksty i podawać je za własne, wtrącać się do cudzych małżeństw i wychowywania dzieci, podawać się za kogoś „wielkiego” i "uczonego" nie kłopocząc się o dyplomy i certyfikaty. 

Możemy wszystko, bo pozawala nam na to niewidzialność, którą zapewniają nam fakeowe konta mnożące się jak choroby po sześćdziesiątce, ale… Pamiętacie czego bali się niewidzialni ludzie we wszystkich filmach i kreskówkach? 

Bali się, że ktoś obleje ich wodą, obsypie mąką, a wtedy amerykańskie służby wywiadowcze złapią ich i w swoich laboratoriach będą prowadzić na nich eksperymenty medyczne, żeby wydrzeć im sekret niewidzialności. 

Taką wodą i mąką może być zwykłe IP komputera, a wtedy…. 

Może nie będą to amerykańskie służby wywiadowcze i eksperymenty, ale wstyd na długie lata… A czasami coś gorszego. Na szali można niechcący postawić pracę, małżeństwo i wolność. Bo za kratkami, chyba nie ma dostępu do Facebooka, a i tak czasami kończy się przygoda z wygodną niewidzialnością, to fakt rzadko, ale...

wtorek, 5 lutego 2019

Obczyzno moja - ojczyzno zastępcza?



ELIZA PIOTROWSKA

OBCZYZNO MOJA

Wydawnictwo MEDIA RODZINA

Polskość bywa inwazyjna i uciążliwa. Zaraz się ktoś na mnie obrazi, ale tak jest! Jesteśmy wychowani w narodowym umartwieniu zapachu kadzidła i świec nagrobnych, w przekonaniu, że oto my jesteśmy najbardziej uciemiężeni na świecie, najlepsi i najmądrzejsi. 

Zdolni do największych zrywów narodowych kiedy nas podleją wódką, śniący o ułańskich szarżach, utopieni we krwi powstańczej. 

Inaczej nie potrafimy.. 

A świat, ten zewnętrzny, polskością nie nasiąknięty jest zupełnie inny, radosny, szalony, umie kochać bez cierpiętnictwa i szanować swoją historię bez zadęcia. 

Ojczyzna i obczyzna to bardzo podobne słowa, trochę inaczej nacechowane emocjonalnie, ale też  w niektórych zestawieniach przewrotnie magiczne. „Obczyzno moja”, aż Mickiewicza tu słychać… No prawie, ale jednak. 

Książka „Obczyzno moja” Elizy Piotrowskiej to świetna wiwisekcja naszych narodowych przywar i zalet, naszego umiejscowienia w świecie, nie tylko geograficznego, ale i emocjonalnego, naszych lęków egzystencjalnych i powinności. 

To właśnie opowieść o rozdarciu polskiej duszy na to co w duszy łka i co w duszy śpiewa. Powieść emigracyjna, bardzo współczesna, w żadnym razie nie „wygnańcza” bo bohaterka emigrację wybiera i sama się z tego wyboru niejako przed swoją polskością spowiada, a równocześnie patrzy, albo stara się patrzeć na Polskę z zewnątrz. 

Usiłuje „dorosnąć” do szczęścia, tyle że najpierw musi to szczęście zdefiniować, a nie jest to łatwe. 

Ojczyzna Matka woli szczęście okupione cierpieniem smutne, chmurne, głodne i poetyckie, świat pokazuje szczęście ludzkie, dobre, radosne, zwyczajne. 

Ta powieść to opowieść o stopniowym „odcinaniu” pępowiny, o wewnętrznej wolności, i o tym jak trudno i jak dziwnie być Polakiem w świecie ludzi, którzy umieją się cieszyć tym co zwykłe zamiast się umartwiać. 

Cudna, ale wymagająca, erudycyjna i zwyczajna zarazem, powieść wspomnienie, powieść pamiętnik, powieść zbiór przemyśleń i obrazów, które łączą się ze sobą w przemyślnym, pełnym patosu zaprawionego żartem i goryczą, łańcuch wydarzeń. 

To powieść, której nie da się przeczytać „raz na zawsze”, ją można, a nawet trzeba czytać po wielokroć, i to nie tylko od początku do końca, ale i fragmentami… 

Nie ma w niej klasycznej intrygi ( choć jest ciąg wydarzeń) nie ma fabuły jak w powieści, ale fabuła istnieje pod i poza obrazami, dlatego książka przypadnie do gustu czytelnikowi lubującemu się bardziej w słowie, w metaforze i w opowieści, niż takiemu, który lubi klasyczne klimaty powieściowe. 

Mnie ta powieść zafascynowała trafnością spostrzeżeń, ironią, sarkazmem i pięknem aluzji literackich i językowych, tym jak autorka żongluje utartymi powiedzeniami, jak obdziera je ze znaczeń nadając im nowych. 

Dla mnie świetna. 

poniedziałek, 4 lutego 2019

Czy "hejtować każdy może"? TYLKO NIE TO!

Podobno świat nie znosi próżni, a to co się na nim pojawia po prostu MUSIAŁO zaistnieć ( mam wątpliwości co do kataru i kilku innych paskudnych chorób), tak więc hejterstwo podobno powstało jako wentyl bezpieczeństwa, a właściwie dwa: indywidualny i społeczny. 

Indywidualny sprawia, że jak już się wyprztykasz w internecie i dowartościujesz kosztem gorszych od siebie lepszych ludzi to przynajmniej nie stłuczesz żony i nie naubliżasz teściowej. 

Społeczny właściwie to samo, tylko bardziej. 

Bycie trollem to jednak bardzo trudna sprawa, a poziom hejterski wymaga nie tylko wielu wyrzeczeń, ale i wiedzy. Trzeba wiedzieć co i jak hejtować, żeby sobie zrobić przyjemność, a komuś napsuć krwi, a to nie zawsze idzie w parze. 

Niechcący możesz naprawdę napisać coś dobrego i komuś pomóc, a to wstyd! 

I tu jak w każdej dziedzinie obowiązuje specjalizacja. Wiem, nie każdy się do niej stosuje, są hejterzy, którzy odwalają fuszerkę i naprawdę psuja markę temu zawodowi… 

No, tak hejterstwo to jest zawód i można nieźle na nim zarobić, ale trudno się dostać na etatowego hejtera, ale zarobki bywają podobno bajeczne. 

Dlatego część ludzi hejtuje za darmo ( psując rynek) licząc, że ktoś tam, jakiś demon decyzyjny hejterskiego świata napisze do niego z wiadomością: 

„Jesteś świetny w tym co robisz, zatrudniam cię” , a wtedy klękajcie narody! Gińcie świnki skarbonki, nadchodzi czas pogłębiania kieszeni. 

Ale zanim to się stanie trzeba się wiele nauczyć. 

Po pierwsze jeżeli masz jakieś sumienie, przyzwoitość, trochę ogłady, zrezygnuj zanim zaczniesz – nie nadajesz się. Tu trzeba wilków, hien, a nawet hienołaków! 

Po drugie specjalizacja! Owszem można się wprawiać na nieznajomych znajomych z Facebooka, ale trzeba się na coś zdecydować! Inaczej hejtuje się głupie siksy, inaczej madki, inaczej przeciwników politycznych…( tu zalecam ostrożność, bywają mściwi) 

Dobrze jest wprawiać się na jakiejś grupie docelowej. Bo hejt śmieciowy, czyli na wszystkich robi złe wrażenie… Nikt nie potraktuje takiego hejtera poważne… Nie, nie. Tak się nie bawimy. Bawimy się profesjonalnie. 

Wybieramy sobie grupę docelową i poziom ( poziomami można żonglować do woli)! 

Poziom SMAKOSZ – lekki hejt na wagę, ( w stylu: no coś ci się przytyło) ciuchy ( w stylu: patrz, dwadzieścia lat temu też nie wyglądałaś w tym za dobrze), kiepskie zdjęcia ( w stylu: ten aparat na zęby, którym robisz zdjęcia nie ma lampy błyskowej?). 

Poziom ZNAWCA – cięższy hejt na wagę ( ty grubasie… ) na ciuchy ( w szmateksie lepsze sprzedają) na zdjęcia ( ty fotek lepiej nie wstawiaj, bo są kiblogenne) 

Pozom POŻERACZ – wszelki „ciężki hejt” z dodatkiem wycieczek osobistych, który zwyczajnemu internaucie przez klawiaturę nie chce przejść ( dlatego wysilcie wyobraźnię, bo ja nie daję rady) w każdym razie na poziomie POŻERACZ latają komentarze podpadające pod groźby karalne, zniesławienie i pomówienia. 

Dlatego kiedy już się bawimy, to oczywiście z fakeowych kont, bo inaczej to bywa niebezpieczne. 

A oto przykład. 

Jedna taka koleżanka, psiapsółka ukochana zapomniała się przelogować i nawtykała swojej odnoszącej sukcesy literackie koleżance… Oj … Nie było balu… Skończyły się kawki, herbatki i książki z autografami, skończyło się wszytko, tylko wyrok w zawieszeniu nadal trwa. I mąż odszedł, bo trochę się wstydził drugiego oblicza żony. 

Druga taka była tak skuteczna, agresywna i ostra, działała na tylu poziomach, że w końcu dostała upragnioną wiadomość. „Jesteś świetna w tym co robisz, zatrudniamy cię, napisz coś o sobie”. 

I już witała się z gąska, już pogłębiała kieszenie. Napisała. 

Nie dostała odpowiedzi. 

I tak w wieku jedenastu lat straciła złudzenia… 

A my nie traćmy złudzeń, bawmy się dobrze i na poziomie! - Nie koniecznie hejterskim!