wtorek, 22 sierpnia 2017

Trzy córki Chin

 
JUNG CHANG

„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin

Wydawnictwo ZNAK


„Dzikie łabędzie – trzy córki Chin” to książka, która łączy w sobie i powieść i coś w rodzaju dokumentu, bo przytoczona w niej historia rodzinna jest jak najbardziej autentyczna. To opowieść o losach kobiet z jednej rodziny, losach związanych z Chinami ich tradycją kulturą i historią, a historia tego państwa jest bardzo skomplikowana i niejednoznaczna. Nie chodzi tu jedynie o Mao, ale też i o okupację japońską czy Kuomintang.
Inną zupełnie sprawą jest też tradycja, że wspomnę o krępowaniu nóg małym dziewczynkom, ale też sama pozycja dziecka – dziewczynki, a zaraz potem kobiety, żony, matki, konkubiny, czy siostry.

Przez lata wiele się zmieniło i zmienia nadal, ale wciąż w kulturze pozostają echa wieków. Autorka opowiada historię swojej rodziny, a właściwie trzech pokoleń, babki, matki i córki na tle wydarzeń w Chinach w XX wieku. To stulecie było dla Chin bardzo burzliwe pod każdym względem. To nie tylko wojny i rewolucja, choćby ta kulturalna, ale to cały ciąg przemian społecznych i politycznych, które odcisnęły piętno na wszystkim co chińskie, od poezji po ludzkie losy.

 

W tak ogromnym państwie, w którym jednostka nie ma żadnego znaczenia przetrwanie pojedynczego człowieka zależne jest od siły i woli walki. Przetrwanie rodziny od determinacji kobiet.
Ciekawe jest to, że na przykładzie losów tych trzech kobiet jesteśmy w stanie zobaczyć coś czasami niezauważalnego. Świat w trakcie trwania i świat w trakcie zmiany. Babka żyje jeszcze w Chinach cesarskich, matka maoistowskich, córka ( autorka książki) trochę w komunistycznych trochę we współczesnych, choć emigruje, to jednak zabiera te Chiny ze sobą.
Wszystkie one przechodzą przez maoistowską rewolucje i „wielki skok naprzód”, który miał przekształcić Chiny w mocarstwo gospodarcze, a doprowadził do śmierci głodowej co najmniej 10 milionów ludzi.

Cały ten komunistyczny „zgiełk”. Pranie mózgów i posłuszeństwo boskiemu Mao to nie był wybór, to był i przymus, ale i wola wyznawców wielkiego wodza.
Jak to w takich momentach historii bywa, partia stanowiła jedyny wyznacznik życia, była władzą absolutną, która hołubiła, ale i niszczyła, dawała, ale i odbierała.

Miliony ludzi wierzyły w Mao i w jego rewolucję, ten kto nie wierzył musiał te niewiarę zachować dla siebie inaczej czekał go smutny i straszny koniec.
Represje i wyroki śmierci, zabójstwa polityczne, tortury, LAOGAI czyli obozy pracy, wszystko to to historia państwa, ale też poszczególnych rodzin, a okrucieństwo czynów tym bardziej nas dotyczy im jest bliżej nas, im bardziej nas dotyka.

Ludzie, którzy mają twarze bolą nas bardziej niż statystyki bezimiennych tłumów, nawet tych liczonych w milionach.

Bardzo ciekawa książka. Przybliża nam świat, którego nie znamy, bo przecież wiedza o Chinach nie jest u nas wiedzą specjalnie powszechną, owszem coś tam się wie, ale to „coś tam” to często zaledwie marne stereotypy.

Książka fascynująca, ciekawie napisana, prawdziwa do bólu i nad wyraz obiektywna mimo tematu. Tytuły niektórych rozdziałów szokują, a ludzie, którzy gdzieś tam mieli okazje żyć w państwie takim jak PRL, czy w innym podobnym z pewnością doskonale zrozumieją aluzje i te właśnie tytuły jak choćby „Kiedy się chce potępić, dowody się znajdą” albo „Wąchanie pierdnięć obcokrajowców wśród zapewnień, że słodko pachną” - nauka angielskiego według Mao. To fascynująca opowieść o tym w jaki sposób jeden człowiek, Mao Zedong na oczach świata zniszczył życie jednej czwartej mieszkańców ziemi tylko dlatego, że miał taki kaprys.

Ciekawa, mądra fascynująca i pouczająca, przekazuje wiedzę nie przynudzając, ukazuje to co dla nas Europejczyków niepojęte i niezrozumiałe tak, aby stało się to dla nas fascynującą lekcją na temat Chin, na temat świata i natury ludzkiej! 

MNIE ZACHWYCIŁA, teraz wasza kolej!

niedziela, 13 sierpnia 2017

Armaty w kwiatach.

 Carla Mori

KOSTUSZKA

VIDEOGRAF





„(…) rzekomo sam Mikołaj I uznał i docenił muzykę Fryderyka Chopina tak bardzo, że uważał ją za niebezpieczną, mówił, że  utwory polskiego kompozytora są jak "armaty ukryte wśród kwiatów’’. Ta metafora cara dotyczyła konkretnie "Etiudy c-moll op. 10 nr 12", znanej jako "Etiuda rewolucyjna".( http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/armaty-wsrod-kwiatow/lkelm)

Dlaczego tu akurat przytaczam te słowa, bo pasują idealnie do książki Carli Mori „Kostuszka”. Dlaczego? Bo to thriller, genialna powieść psychologiczna ukryta w okładce horroru, albo jak kto woli powieści grozy.

 

I wcale nie jest to „przebranie” ta powieść to prawdziwa powieść grozy, takiej, że włos się jeży na na rekach i nogach, wcale nie tylko na głowie. Ta książka to kwintesencja opowieści o ludzkim okrucieństwie i bezmyślności, o tym jak bardzo jesteśmy bezbronni wobec bliskich, o tym co musimy znosić, jeżeli...

Nie, nie tylko jeżeli, ale zawsze kiedy nasi bliscy nie umieją patrzeć na nas jak na ludzi, a patrzą na nas jak na dzieci, zepsute zabawki, które trzeba wychować, ukształtować, czasami nawet zniszczyć, bo tak ma być i już. To ciąg ogromnej tragedii, która przekazana z pokolenia na pokolenia przechodzi z matki na córkę niszcząc i zabijając, może nie tak jak w powieści - fizycznie, ale choćby psychicznie.

Gdyby z tej książki odjąć jakiś niewielki procent niesamowitości, odjąć określenie „horror” zobaczylibyśmy genialną powieść psychologiczną, trudną, mocną, straszną i niestety na wskroś prawdziwą, na wskroś opisującą „tu i teraz”.

Kiedy się ją czyta człowiek czuje obezwładniające przerażenie... Trochę tu widać delikatny ukłon w kierunku matki z opowieści Carrie Kinga, ale delikatny i bardzo inteligentny.

Zacznijmy jednak od początku. Jest dziewczyna, która się zakochuje i za mężem wyjeżdża do Anglii. Nie tak miało być. Miało być inaczej, w końcu po co się rodzi dzieci? Przecież nie po to, żeby były samodzielne i szczęśliwe, maja służyć matce. Maja być jej opoką i własnością! I maja zamknąć gęby!
To chyba jest początek, ale z początkami jest tak, że nie zawsze są na początku, więc może to ten moment, kiedy własna matka wyrzuca tę dziewczynę z domu? Może jednak nie... ale tego dowiemy się z pamiętnika.

A może to wszystko rzeczywiście zaczyna się jeszcze wcześniej?

Może krzywda jest czymś w rodzaju posagu?


To właśnie w tej opowieści jest genialne. Nie mamy żadnej pewności. Żadnej wiedzy. Nie wiemy kto i co, ale wydaje nam się, że wiemy dlaczego. Choć też nie do końca. 

Mała Konstancja w wyniku tragicznych wydarzeń zostaje odesłana do innego kraju ( co prawda jest to kraj jej rodziców, ale ona go nie zna), do Polski, do babci ( oby inne babcie wybaczyły mi nazwanie tej osoby tak miłym określeniem) i zostaje tam „otoczona” babciną i ciociną opieką. Ta opieka to nie jest tragedia, to horror, właśnie tak, ale to nie wszystko, coś zaczyna się dziać i to coś jest fascynująco pocieszające (!!!), to odpowiedź na wszystkie złe rzeczy tego świata, to prawdziwe wyzwolenie.

To co się dzieje nie jest dobre. Nikt tego tak by nie nazwał, to koszmar, ale jest w tym jakiś pierwiastek zadośćuczynienia. Odpłaty, może nawet krwawej zemsty, a to w tym przypadku pociesza.
Pięknie napisana, z ogromem świetnych aluzji językowych, znaczeniowych, nieco bajarskich, choć nie bajkowych. Lekko oniryczna, znaczeniowo umieszczona w słowiańskości, a może i pod nią, głębiej.

Zdarza się, że książkę niektórzy czytelnicy odbierają za antykatolicką, ale ja nie znalazłam tam nic przeciwko katolicyzmowi, kościołowi czy Bogu natomiast znalazłam wiele przeciw kołtuństwu, a wierzę, że jednak to nie to samo.

 

Dla mnie to właśnie takie „armaty w kwiatach” - świetna książka psychologiczna, thriller, mocna opowieść o zranieniu, o obyczajowości i władzy matki nad dzieckiem, o potrzasku jakim bywa dzieciństwo i o tym jak bycie matką może się równać byciu katem.
Ważna książka. Nie lubicie horrorów, przeczytajcie jako powieść psychologiczną, lubicie horrory,
ubicie horrory, przeczytajcie jako horror, powieść w której groza sączy się ze słów tak, że mrozi krew w sercu, nie tylko w żyłach - w każdym razie PRZECZYTAJCE!

wtorek, 8 sierpnia 2017

Uwaga nadchodzi KONIEC ŚWIATA

JUSTYNA POSŁUSZNA

JUTRO BĘDZIE KONIEC ŚWIATA


Wydawnictwo: Media Rodzina


„Jutro będzie koniec świata” to książka, która już w pierwszym momencie narzuca pewne nieodzowne moim zdanie skojarzenia literackie. Każdy oczywiście może mieć inne, ale ja natychmiast pomyślałam o książce „Małe eksperymenty ze szczęściem” Hendrika Groena i o prozie Stefana Themmersona, choć to dość dziwaczny pomysł, zaraz jednak wyjaśnię dlaczego. Groen z powodu głównego bohatera, a właściwie jednego z głównych bohaterów, starszego pana, który opowiada i oswaja swój świat tak jak i bohater, a zarazem autor „Małych eksperymentów ze szczęściem” Themmerson z powodu pewnej groteskowości, przerysowania, odrealnienia niektórych zdarzeń i motywów.

Autorka jako pretekstu użyła zderzenia dwóch światów. Jeden jest stary, drugi młody, jeden zamożny, drugi może nie biedny, ale jednak także nie specjalnie „zasobny”, jeden zasiedziały, tutejszy, żeby nie powiedzieć tubylczy, drugi imigracyjny.


Czy te dwa światy może coś łączyć poza ewentualną zależnością?
Henry ma osiemdziesiąt cztery lata, mieszka spokojnie w luksusowej dzielnicy Londynu Hampstead i ma poważną fobię społeczną oraz doskonale poukładany świat, który się rozpada na kawałki z bardzo błahego powodu. Jego długoletnia opiekunka zostawia go, żeby wyjechać do Australii. Nie jest albo choć nie powinien to być koniec świata, ale świat potrafi się kończyć na wiele sposobów, i nie, nie jest to ten tytułowy koniec świata, to taki codzienny, pomniejszy koniec, zdrada, która przewraca wszystko do góry nogami.
Paweł polski imigrant pracuje trochę gdzie popadnie choć jest po anglistyce. 

Każdy z nich ma swoje życie i swoje problemy. Każdy z nich ma też swoją historię. Nie chcą się zaprzyjaźniać ani integrować, każdy z nich jest osobny i tę osobność w sobie pielęgnuje.
Nie zmienia tego nawet przypadek, który krzyżuje ich losy.

Henry czeka na koniec świata. Taki wielki i wielowymiarowy. Czuje, iż ten się zbliża... Wyliczył go przez lata studiowania map pogodowych.
Zbliża się też śmierć i koszmar domu opieki, którego Henry nie chce brać nawet pod uwagę.
Paweł swój koniec świata przeżył dawno temu.

Tych dwóch mężczyzn coś jednak łączy. Ich koszmary i fobie. Lęki, o których nie chcą mówić, a z którymi powinni się jakoś uporać, Paweł żeby żyć dalej, Henry, żeby wyjść z domu i poczekać na katastrofę w jedynym miejscu, które jeszcze kocha. Na wyspie Wight.
Dokoła kłebi się życie, to angielskie i to imigranckie, kłębi się swoista „polaczkowatość”, bo autorka mocno i bez znieczulenia odmalowała specyfikę tego środowiska, ale nie oszczędziła też i „tubylców” ich zadufania w sobie graniczącego z chamstwem, przekonania o swojej wyższości i traktowania wszystkich imigrantów jak ludzie niepełnosprawnych intelektualnie. Te światy nie przenikają się i nie będą przenikać, współistnieją bo taka jest ich rola, jedni dają pracę inni pracują, ale na tym to się kończy.
Henry też nie polubi Pawła, Paweł nie zaprzyjaźni się z Henrym, ale...

W pewnym sensie będą dla siebie jedynym wyjściem, opoką i odnalezionym sensem. Jeden pomoże drugiemu choć nie tak jakby można się tego spodziewać.


„Jutro będzie koniec świata” to bardzo wielowymiarowa powieść, której w żadnym razie nie należy traktować zbyt lekko. To studium odrzucenia, samotności, czy wręcz osamotnienia w tłumie. Wyborów życiowych, dobrych czy złych, ale jednak znaczących.
To bardzo dobra, wymagająca powieść z gatunku tych, które zostają w pamięci na dłużej. Inteligentnie przerysowana, celowo pogmatwana, pozbawiona ckliwości, romantycznych uniesień i łatwych rozwiązań. Nie ma tu miejsca na idealizm, jest tylko życie i prognozy pogody, które mówią, że jutro nadejdzie koniec świata i że trzeba się nań przygotować.
Tyle, że każdy ma własny koniec świata i własną drogę do przejścia.
Serdecznie polecam, bo książka warta przeczytania.

niedziela, 23 lipca 2017

Gdy ważne jest to co nieważne.

 
 MARTA REICH

"Sztuki i Sztuczki


 wydawnictwwo 
OFICYNKA


„Sztuki i Sztuczki” to tytuł, który jak rzadko kiedy doskonale wpisuje się w klimat powieści w sposób dosłowny i aluzyjny zarazem bo odnosi się do sztuki jako takiej, ale i do tej przez duże „s”. Ja nazwałabym tę powieść warstwową, bo co ciekawe powieść składa się jakby z trzech warstw, które choć doskonale do siebie pasują i świetnie się uzupełniają wyróżniają się pewną odrębnością.
Opis środowiska warszawskich artystów, a właściwie aktorów teatralnych i nie tylko, opis ich układów, utarczek, zależności i jest właśnie czymś takim, bo nawet bez wątku kryminalnego byłby mocno ciekawy, wręcz fascynujący.

Wszystko jest tak poukładane i opisane, że czytelnikowi wydaje się, iż widzi tu prawdziwych aktorów, tych których zna chociażby z telewizji czy reklam, autorka zresztą nie stawia ich na żadnym piedestale, pokazuje ich w różnych odsłonach nie do końca pozytywnych, nie do końca negatywnych, uwikłanych, złośliwych, okrutnych, ale czasami dobrych i mądrych. Pokazuje pewną „pudelkowatość” ich życia w świetle reflektorów, które z jednej strony jest piękne i wystawne, z drugiej trudne i często niebezpieczne. 

Czytając niektóre sceny, przyglądając się postaciom miałam czasami wrażenie, że autorka „zaszyfrowała” w niektórych z nich prawdziwych, istniejących w rzeczywistości aktorów. Nie nie jest to powieść z kluczem, ale czytając nie jesteśmy w stanie uniknąć pewnych oczywistych pytań i nieoczywistych odpowiedzi.

 

Tło powieści też jest specyficzne i ciekawie opisane, bo jest to Warszawa z kultowymi miejscami, znanymi ulicami, ważnymi odniesieniami i aluzjami do wydarzeń, które gdzieś tam w tle miały miejsce.
To wielki świat, może nie aż taki wielki jak się z daleka wydaje? Trochę w nim władzy, nie zawsze uczciwej i uczciwie zdobytej, trochę polityki tej nieco karykaturalnej, prawomyślnej - na użytek tłumów i zupełnie odmiennej w domowym zaciszu i trochę kultury, też nie do końca krystalicznie nieskazitelnej, ale przecież nie to jest najważniejsze, najważniejsza jest Pola Białohorska, która przez przypadek została wplątana w zabójstwo bardzo znanej i bardzo w środowisku nie lubianej aktorki. Zresztą trup ściele się gęsto, ale za to bardzo logicznie, niczego tak bardzo nie lubię jak nielogicznych nieboszczyków.

Autorka nie tylko morduje ale też i świetnie łączy rożne środowiska i wątki. Świetnie ukazuje także sprawy sercowe swojej głównej bohaterki i jej rozterki w nimi związane, a trzeba przyznać, że te rozterki są spore i uzasadnione, a przynajmniej tak się wydaje.

 

Ta książka to dobre 800 stron świetnej rozrywki i choć początkowo wydawało mi się to nieco przesadzone to szybko zorientowałam się, że to jednak ma sens. Ma sens bo taki jest właśnie sposób pisanie autorki, nie obawiajcie się, nie rozwlekły, raczej dogłębnie analityczny.
Po prostu czytając dokładnie widzimy co się dzieje, co myśli Pola, dlaczego postanawia zrobić to czy tamto, jak i dlaczego zamierza postąpić.
To ciekawy sposób pisania. Daje czytelnikowi dużo przyjemności i nie zostawia w konsekwencji niedomówień, które mogłyby zaszkodzić tekstowi.
Sama sprawa śledztwa poprowadzona jest naprawdę dobrze i przyznam, że nie udało mi się wytypować zabójcy, a zabiegi mylące jakie zastosowała autorka naprawdę znakomite. Aluzje i oczywiste odniesienia do Szekspira naprawdę celne. Bohaterowie ciekawi, żywi, barwni, czasami złośliwie nieco przerysowani.
To bardzo dobry, pełnokrwisty, wcale nie wydumany kryminał pełen aluzji, drobnych przytyków do rzeczywistości i odrobiny złośliwości w stosunku do nas samych jak i do różnych, niejednokrotnie prominentnych środowisk.

niedziela, 9 lipca 2017

Po nas choćby potop.... o miłości do miłości.

 ANN PATCHETT

DZIEDZICTWO

Wydawnictwo
Znak Literanova


Dziedzictwo to skomplikowana sprawa, tu także i jako powieść i jako tytuł, bo dziedzictwo kojarzy się właściwie z czymś dobrym, może nawet szlachetnym, choć prawdą jest że można odziedziczyć także długi, albo traumę... albo los.

Spotykamy ich na chrzcinach.
On ma troje dzieci, wkrótce urodzi się czwarte, ona ma  dwie córki. Jedna z nic jest właśnie chrzczona.

On właściwie nie powinien tam być, ale ochoczo uciekł z domu bo ma dość domowego zamętu, marudzenia żony i dziecięcych wrzasków.
Ona jest jak najbardziej na swoim miejscu. Przewija dziecko.
Małe środowisko, wielkie chrzciny, trochę niepotrzebnego zamieszania, przypadek, impuls, pocałunek i wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart, jedna rodzina, druga rodzina... Wszystkie te większe i mniejsze miłości, zresztą może tylko namiętności – jak zwał tak zwał... małżeństwa, rodziny, losy...

To opowieść w opowieści, ale i poniekąd opowieść o opowieści.
Anne Pattchet w swojej książce porusza problem pewnej odpowiedzialności życiowej z której nikt nie zdaje sobie sprawy choćby dlatego, że człowiek jako jednostka patrzy prawie zawsze tylko na swoje potrzeby ignorując to co nastąpi potem. Przyczyna i skutek, decyzja i konsekwencje.

Czy jeden pocałunek może zmienić świat kilkorga ludzi? Czy może zaważyć na życiu i śmierci?
W bajkach niejednokrotnie  tak jest.

Patchett opowiada nam więc swoją odrobinę pokrętną i prawdziwie realistyczną bajkę. Zaczyna od bajecznego, odrobinę bajkowego pocałunku na czymś w rodzaju „balu”, po którym powinno nastąpić „długo i szczęśliwie”, ale nie następuje. Autorka snuje swoją opowieść przez lata tak jakby chciała odrobinę złośliwie zażartować z tej odwiecznej sztampy, ze stereotypu wtłaczanego nam w głowy od dzieciństwa.


Opowieść pokazuje życie bohaterów z rożnych perspektyw i w rożnych życiowych momentach. Nie oszczędza swoich bohaterów.... Ich losy czasem pogmatwane, bo po prostu pogmatwane przez życie są też czasem trudne bo ciąży na nich właśnie to tytułowe „dziedzictwo”.

Czy to ten pocałunek? Ta chwila namiętności, dla której główni bohaterowie zapomnieli o szóstce dzieci?
A może po prostu znudzili się rolami, ale mimo wszystko wypadało być tym wygranym w walce o prawa do potomstwa? W walce o czas z dziećmi, którego w sumie nie bardzo mieli ochoty z dziećmi dzielić?
A może nie chcieli już nikogo i niczego tylko tak jakoś to wyszło. Mocno po amerykańsku, ale też zwyczajnie po ludzku.

Każda decyzja z tych setek, a może tysięcy podejmowanych codziennie zmienia coś w nas i w świecie. Dopóki dotyczy tylko nas i koloru pasty do zębów wszystko jest w porządku, inna sprawa kiedy dotyczy dzieci, które poznają świat poprzez rodziców w każdym sensie, poprzez ich słowa, obecność, nieobecność, miłość czy odrzucenie.


„ Dziedzictwo” to także tytuł powieści napisanej przez Leo Posena, jednego z bohaterów powieści długoletniego partnera Franny i tytuł filmu nakręconego na postawie tej powieści.
„Dziedzictwo” to też szczególne, naprawdę dziwne losy Albiego... a także tragiczny los jego starszego brata...

Można by powiedzieć, że wszystko w sensie symbolicznym jak i realnym jest w tej książce dziedzictwem, spuścizną, pozostałością po jednej chwili, która rozrosła się, zmieniła świat, wywróciła go do góry nogami i poraniła wszystkich dookoła. Bardzo dobra książka, choć przez niektórych zbyt powierzchownie traktowana jako obyczajowe czytadełko, warta jest przeczytania, a przemyślenia przychodzą same, potem nocą, bo autorka nie moralizuje, nie podpowiada, nie decyduje, to czytelnik po wejściu w gąszcz znaczeń sam zaczyna się zastanawiać, jak daleko sięga nasza życiowa wolność i czy dużo dalej niż wybór koloru pasty do zębów. Polecam bardzo bardzo.

piątek, 23 czerwca 2017

Horror nie może być bezpłciowy, ale nie ma płci!


 
 MAGDALENA KAŁUŻYŃSKA
ALVETHOR PANDEMIA

OFICYNKA


Horror to ostatnio coraz trudniejszy i coraz bardziej wymagający gatunek. Dlaczego? Bo stare strachy się opatrzyły, a nowych jakby brak. 

Zombiaki wyłażące z grobów właściwie już tylko śmieszą, duchy są dobre dla dzieci, demony i opętania mocno się przejadły, a wampiry po „Zmierzchu” Stephenie Meyer bardziej kuszą niż straszą, dlatego dobry, mocny i mroczny horror to teraz rzadkość nad rzadkościami bo lęk to sprawa intymna. Bardziej intymna nawet niż seks! O seksie się rozmawia, lepiej, gorzej, ale jednak tak, o leku? NIGDY!

 

Kiedyś zrobiłam sobie swój własny test psychologiczny ( ale załozyłam reakcje skrajnie prawdopodobne i prawdziwe, nie bajkowe) i wyobraziłam sobie, że wstaję z łóżka, spoglądam przez okno i widzę na trawniku całkiem pokaźnych rozmiarów statek kosmiczny...
Nie, nie on był przyczyną lęku, ale moje zdrowie psychiczne...
No przecież zwariowałam! Tego tam nie powinno być! Powinnam pójść do lekarza, ale wtedy lekarz coś znajdzie i skończę w wariatkowie i najpewniej nigdy stamtąd nie wyjdę. Zapytać kogoś? To mniej więcej to samo...
Ten aspekt rozważań jednego z bohaterów ( choć nie chodziło o statek kosmiczny, a o zdrowie psychiczne wydał mi się genialnie autentyczny) Niestety nie czytałam pierwszej części, więc nie do końca wiedziałam jak tę powieść ugryźć, z drugiej strony językowy, komunikacyjny aspekt narracji sprawił, że popadłam w totalny zachwyt.
Próbowaliście kiedyś wytłumaczyć człowiekowi, który nie widzi od urodzenia, co to jest kolor? Próbowaliście przekazać mu ideę czegoś takiego jak „czerwień” z pozoru błaha sprawa, ale tak naprawdę nie da się tego zrobić. Nie ma szans. Komunikujemy pewne rzeczy jedynie przez porównania, tyle, że żeby móc to zrobić przez porównania trzeba by interlokutor je znał, miał podobne doświadczenia, rozumiał...
Czyli co to jest czerwień? Co to jest w ogóle kolor? Co to jest myśl? Mamy miliony odniesień, które pomagają nam rozumieć nasz świat, a jeżeli trafiłaby się istota z innego świata? Taka, która tych odniesień nie posiada?

I tu moim zdaniem autorka pokazała nie klasę, a geniusz...

To jak skonstruowała warstwę narracyjną książki jest wprost niesamowite. Kiedy byłam dzieckiem zawsze zastanawiałam się dlaczego w filmach wojennych wszyscy Niemcy mówią po … angielsku, długo trwało zanim zrozumiałam, że jest to po prostu konwencja, zabieg ułatwiający zrozumienie. Tu autorka pokazała inne byty, które muszą porozumieć się z człowiekiem i nie poszła na łatwiznę. Co to to nie! Ona z tego wykreowała coś zupełnie innego i nie zamknęła tego w dwóch akapitach, ale umiała poprowadzić to przez całą powieść, tak żeby wkurzało, dawało do myślenia i mocno fascynowało.
Językowo cudna i wymagająca, a ja takie lubię, co ja mówię! Ja takie kocham! Jestem pewna, że gdyby spod pióra tej autorki „wydostał się” romans to też bym przeczytała ( a nienawidzę romansów) jednak język pisarza to coś takiego, że potrafi sprawić cuda.
I nagle zrozumiałam nasze ( ludzkie) romantyczne oczekiwania, i to co mówił Stephen Howking, to znaczy nie tyle zrozumiałam ile zobaczyłem, że inni tez to czują.
A co jeżeli? Co jeżeli ona ma rację? Co jeżeli to się dzieje? 

Czym jest ta książka? Horrorem? Horrorem też, ale takim z górnej półki (i wcale nie krew tu przeraża) i powieścią SF z genialnym nawiązaniem do „Robota” Snerga Wiśniewskiego, do Philipa Dicka i do G.R Martina i jego Piaseczników, trochę do Lema... jest też ukłonem w stronę slashera (takim nieco żartobliwym i niejednoznacznym – no piła mnie powaliła ), całkiem dobrym thrillerem. Zresztą opdniesień jest tam, że tak powiem „multum” i im więcej wiemy, tym więcej widzimy...

Podkreślam jednak, to nie są zapożyczenia, ale delikatne, inteligentne aluzje...

I to różni autorkę od epigonów.

 

Kosmologia mocno niejednoznaczna ( mnie trochę przekierowała na Prattcheta, ale li tylko na pojęcie Demiurga, a nie na prattchetowskie poczucie humoru) choć jest jemu moim zdaniem bliska.
Niektórzy twierdzą, że taka krwawa masakra w wydaniu kobiety to nowość... No nie wiem... A co to ma do rzeczy? Autorki nie odbieram płciowo, ma niesamowita wyobraźnię, genialny warsztat. Że kobieta i tyle krwi.... no w sumie... 
Horror nie może być BEZPŁCIOWY, ale nie ma płci! Jak jest dobry to nie ma wyjścia - jest dobry!

Oby biblioteka miała „Alvethor. Białe miejsce”. Ciekawa jestem jakie będzie moje wrażenie po przeczytaniu cyklu od początku, ale... jeżeli tekst broni się BEZ początku to ja chcę więcej!

piątek, 16 czerwca 2017

Cudna proza!

Zośka Papużanka

Świat dla ciebie zrobiłem


ZNAK








Bardzo lubię czytać książki Zośki Papużanki i wracam do nich je z ogromna przyjemnością, bo to ten rodzaj literatury, który moc czerpie bardziej z formy i języka niż z treści. Nie to, że treść jest nieważna, to stwierdzenie byłoby absurdem, ale jest nieco mniej ważna niż w innych powieściach, gdzie stanowi jedyny czasami punkt odniesienia i często jedyną wartość.
Papużanka pisze myślą, strumieniem myśli, skojarzeniami, aluzjami. Ona nie opisuje rzeczy ani sytuacji, a raczej reakcje na nie. Nie wyjaśnia, wyjaśnienia zostawia czytelnikowi.

Nie opisuje uczuć, ale je pokazuje. To sprawia, że czytelnik jest bardzo mocno emocjonalnie zaangażowany w tekst. Wiele razy czytając „Szopkę”, czy „On” miałam wrażenie, że autorka pokazuje moje myśli i odczucia... Moje, a nie swoje, a jeżeli moje to i innych czytelników, więc mocno uniwersalne...

W tej książce autorka serwuje nam nie jedną, a dwanaście historii zamkniętych w delikatnych jak choinkowe cacka opowiadaniach. Każde z nich inne, odrębne i pięknie refleksyjne, wszystkie są barwne językowo i napisane w bardzo osobisty sposób.
Poetyckie, refleksyjne, mocno „introwertyczne”, że tak powiem, bo pokazują świat od wewnątrz, od tego co bohater czuje, co myśli i jak widzi świat wokół siebie.

Opowiadania te są trochę jak „zadry pod paznokciem”, czuje się je bardziej niż rozumie, choć oczywiście są zrozumiałe, tyle tylko, że uczucie wypływa bardziej „na wierzch” i chciałby się naprawdę czasami wejść w nie i zobaczyć wszystko samemu.

Pełne niedopowiedzeń są jakby zindywidualizowane w stosunku do czytelnika, bo nie do końca określając intencje autorki mogą wywoływać rożne reakcje, a więc i być zupełnie inaczej pojmowane przez każdego.
Każde z opowiadań rożni się także i formą wypowiedzi, tak jak rożni się wewnętrzny świat każdego z nas. Jest nasze JA, a potem to co to ja czuje, rozumie i postrzega. Jestem zakochana w krótkich formach, uwielbiam opowiadania, szczególnie te nie całkiem zamknięte.
Opowiadanie to forma i łatwa i trudna zarazem, zależy od punktu widzenia. Nie każdy potrafi się w niej zmieścić i nie każdy jest w stanie zamknąć w tak małej przestrzeni literackiej swoje autorskie „ego”. Po za tym żeby opowiadanie było dobre trzeba pisać emocjami, a nie słowami.
Styl autorki jest i taki sam i zupełnie inny niż ten zastosowany choćby w Szopce. To rodzaj strumienia myśli, a więc zmienia się wraz z bohaterem, ale też jest bardzo rozpoznawalny.
Cudna proza, taka z zamysłem, z przesłaniem, ale właśnie literackim, językowym, opartym o formę. Nie jest to jednak książka łatwa. Trzeba pewnej wrażliwości, żeby ją przeczytać ale i odczytać. Ja kocham takie klimaty, wewnętrzne „rozlane mleko”, słowa, które zarezerwowane są tylko dla siebie, te, których nie powierza się nikomu, choć wyrywając się na „wolność” mogłyby ocalić relacje, ludzi, światy.