czwartek, 18 października 2018

Dinozauryzacja albo masowe wymieranie... blogów.




Tak, przyznaję się, jestem wymierającym gatunkiem. Wymieram wielowarstwowo. Jako autorka ( ciut, ciut i aż szlag mnie trafia) jako osoba, (wszak wiek swój mam) i teraz jako blogerka, bo ogłoszono masowe wymieranie tego gatunku. 

Ja, po prawdzie nie za bardzo nawet zdążyłam się przyzwyczaić do blogowania, a tu takie kwiatki... 

Ponieważ jednak ostatnia dyskusja o wymieraniu blogów zboczyła nieco (w niektórych wypowiedziach) na tak zwaną promocję zaczęłam się nad tym (głęboko) zastanawiać. 

Wyszło na to, iż wszyscy byli ciekawi czy osoba biorąca pieniądze ( a o dużych pieniądzach mówimy) za promocję książki ma obowiązek być w tej promocji uczciwa, czy też, jeżeli jej zapłacą spokojnie może „gniota” wynieść na ołtarze? Wiele osób twierdziło, że skoro płatna promocja jest czymś w rodzaju reklamy, to trzeba traktować ją jak reklamę, czyli w stylu „prawda sobie, reklama sobie”, a to znaczy, że, reklama uczciwa być nie musi. 

Ba, chyba nawet być nie może... 

Doszło też do tego, iż wiele osób twierdziło, że blogerzy uczciwi być muszą gdyż… nikt im nie płaci (!), a poza tym i tak spokojnie już wymierają. 

A ja jakoś czytając to widzę w tym pewien paradoks. 

Ten kto robi za darmo, MUSI być uczciwy, ten kto za pieniądze NIE musi? I skąd te wymagania? Czy tylko mnie dziwi takie rozumowanie? 

Dochodzi do tego inne spostrzeżenie. No dobrze, blogi są na wymarciu, ale blogerzy starają się uczciwie opisywać swoje własne odczucia dotyczące książek? Podkreślmy tu słowa SWOJE WŁASNE ODCZUCIA… 

Czyli czytelnik, (a mówimy tu o czytelniku, nie o reklamodawcy czy autorze) wiedząc jak działa reklama nie będzie wolał przeczytać subiektywnego, ale jednak uczciwego tekstu czy opinii, a będzie wolał walące po oczach wszechobecne spoty? 

Odrzuci subiektywną aczkolwiek uczciwą opinię (o ile będzie ona uczciwa - wiadomo) na rzecz li tylko „reklamy”? Nie wierzę! 

Owszem. Może zmienią się układy wydawca – bloger. Jest możliwe, że wydawcy nie będą już wysyłać blogerom egzemplarzy recenzenckich, ale dla ludzi lubiących pisać o książkach nie będzie to problemem. Tyle, że blog książkowy stanie się jedynie sposobem na zabicie czasu, a nie na życie.
Nawet teraz są tacy zapaleńcy, którzy piszą recenzje książek z biblioteki… wcale nie czekając na „zapłatę” w formie egzemplarza recenzenckiego! 
Czyli co? Oni też wymrą? 

Nie wydaje mi się! Czy będą tacy, którzy czytają recenzje? Nie wydaje mi się, żeby mogło ich nie być… Jest ogromna grupa ludzi sceptycznie nastawionych do reklam i dla nich warto będzie pisać. 

Inna sprawa to kwestia wieku, stare ramole ( czyli ludzie w moim wieku) ulegną swoistej dinozauryzacji i chętniej pewnie przeczytają opinię niż skuszą się zdjęciem z instagrama. 

Znikną ci, którzy piszą nie dla pisania, a dla pozyskania nowości, czy książek, na które ich nie stać. 

Ludzie z pasją przetrwają. ( No dobra jestem idealistką!) 

Mogą jednak powstać inne twory… 

Pisarzy jest wielu, promocja kosztuje, nie każdego na nią stać, nie w każdego wydawnictwo włoży miliony… 

Niektórzy pisarze, mimo iż nie reklamowani piszą dobrze, ciekawie, wręcz fascynująco… Brak reklamy nie oznacza jeszcze, że książka jest kiepska, wielka reklama nie oznacza też, że jest genialna… (Choć nic tu niczego nie wyklucza.) 

Powstaną być może blogi parające się promocją literatury… Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale życie nie znosi próżni… 

A tu jest wielka próżnia. 

Tak czy tak, wymierając jak dinozaur na błoniu… ( to chyba miała być kobyła?) no, ale wymierając sądzę, ( albo mam po prostu nadzieję) że może jednak ta zapowiedź globalnego wymierania blogów jest odrobinę przedwczesna... 


wtorek, 16 października 2018

Lubię postapokalipsę, ale...



EMILY ST. JOHN MANDEL

STACJA JEDENAŚCIE

Papierowy Księżyc

Nie da się czytać „Stacji jedenaście” nie mając przed oczami „Bastionu” Kinga – wszak podobieństwa są niezaprzeczalne, choć występują też różnice. Straszna choroba pustoszy świat. Upada cywilizacja. Przy życiu pozostaje pewna grupa ludzi odpornych na „gruzińską grypę”. Autorka nie wchodzi w szczegóły, tak jest i już. Jedni umierają, inni nie. Ci, którzy przeżyli wędrują po terytorium dawnych Stanów Zjednoczonych pchani nie do końca określoną tęsknotą za lepszym życiem. 

Postapokalipsa? I tak, i nie. Lubię prozę z tego gatunku, ale spodziewałam się czegoś innego. Czegoś dużo mocniejszego, może w stylu właśnie „Bastionu” Kinga, „Ostatniego brzegu” Nevile'a Shute czy nawet – wymieniając któregoś z polskich autorów – powieści „S.Q.U.A.T” Konrada Kusmiraka, a dostałam właściwie wariację na temat znikomości życia i nieprzewidywalności losu oraz sporo zadumy nad człowieczeństwem, ubrane w kostium powieści postapokalitycznej. 

Opowieść rozwija się na trzech płaszczyznach. Przed, w trakcie i dwadzieścia lat po zagładzie. Przyznam, że nie bardzo do mnie przemawia taki układ. Życie i śmierć Arthura Leandera stanowią pewną klamrę fabularną i odniesienie dla wszystkich późniejszych zdarzeń, ale ta część jest nieporównywalnie bardziej rozbudowana niż część mówiąca o tym, co działo się po zagładzie. Ma to oczywiście jakiś sens, ale pozostawia niedosyt. Poza tym śmierć aktora, celebrowana przez pewną grupę, jest bez związku ze śmiercią dziewięćdziesięciu dziewięciu procent ludzi, którzy zmarli tuż po nim, ale też ma pewien sens. Część dotycząca komiksu, który dał tytuł całej powieści – jakby marzenie, wspomnienie o możliwościach – moim zdaniem wnosi najmniej do treści książki. 

Wędrująca Symfonia to grupa aktorów i muzyków; należy do niej m.in. Kirsten. Mottem tej grupy, ale i samej Kirsten jest stwierdzenie ze 122 odcinka filmu „Star Trek”: „Samo przetrwanie nie wystarcza”. Te słowa, czy z nimi się zgodzę, czy nie, stanowią jednak motyw działania ocalałych. Jedni szukają zrozumienia w wierze, naginając ją niejednokrotnie do swoich potrzeb, a w zrozumieniu – oparcia. Świat był zły, więc został ukarany, my przetrwaliśmy, bo byliśmy lepsi. Takie „rozumienie” zagłady prowadzi do wypaczeń. Są też tacy, którzy dążą do władzy. Inni pielęgnują pozostałości dawnego świata, zbierają artefakty i informacje. Taki jest ten świat. Najbardziej cierpią ci, którzy pamiętają. 
Wędrująca Symfonia przemieszcza się od osady do osady i wystawia sztuki Szekspira, bo żył on w podobnych warunkach: w świecie panowania zarazy, w świecie bez prądu, choć było mu jednak o niebo łatwiej, gdyż nie niósł ze sobą bagażu wspomnień innego świata. 

Opowieść dąży do pewnego zakończenia, rozwija się, zawraca, dziwi, czasami drażni, rozgrywa się na przestrzeni wielu lat, opowiada o różnych bohaterach, pozornie ze sobą niezwiązanych. Są tacy, których historie dotyczą okresu sprzed epidemii, ale też tacy z czasów po upadku całej cywilizacji. Zagłada stanowi dla autorki pretekst do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czym jest człowieczeństwo, w którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem? Kiedy traci miłość? Wiarę? Kiedy zabija? Kiedy traci kontakt ze sztuką? Kwestia trudna w miejscu i czasie, gdy zniknęły wszelkie odniesienia do pewnych dawnych wartości i trzeba wszystko budować od nowa. To, co było nie może już wystarczyć, trzeba szukać czegoś innego, znajdować nowe drogi i podejmować nowe wyzwania, a tym samym określać i znajdować nowe ideały. 

„Stacja jedenaście” nie jest książką słabą, o ile czytelnik nie będzie koncentrował się na wymogach gatunku, a da się wciągnąć opowieści, ale... No właśnie. Liczba literówek – koszmarna, choć to bym darowała, no trudno, jednak oczywiste błędy??? Trochę tego zbyt dużo jak na takie wydawnictwo. „(...) przyczepiali Arthura do noszy”[1] – nie! Przyczepiać można breloczek z „małym głodem”, a nie człowieka! „Czworo, czy pięcioro osób podeszło do drzwi”[2], czyli rzeczownik „osoba” przestał być rodzaju żeńskiego? Kiedyż to? „(...) na jego grzbiecie siedział jeźdźca”[3] – znaczy co? Ten jeźdźca? Nie ten jeździec? Moja żona jest bardzo skryta jeżeli chodzi o jej pracę – mówił Arthur – która nawet nie miała prawa jazdy”[4] Dziwna ta praca! Bez prawa jazdy??? 

Niestety jest tego o wiele więcej. Jeżeli więc pominąć literówki (po kilka na stronę), pozostaną błędy, a to już poważna sprawa. Zwłaszcza w tak porządnym wydawnictwie. 

Powieść polecam, bo dobra, wymagająca, mocna. 

( Wcześniej opublikowałam ją na stronie BiblioNETka)
--- 
[1] Emily St. John Mandel, "Stacja jedenaście", przeł. Magdalena Lewańczyk, wyd. Papierowy Księżyc, 2016, s. 14. 
[2] Ibidem, s. 59. 
[3] Ibidem, s. 110. 
[4] Ibidem, s. 123.

sobota, 13 października 2018

Niemiłość bezwarunkowa


JOANNA BARTOŃ

DRZAZGI

Miłość jako taka (o ile istnieje) jest dość mocno uwarunkowana społecznie, może nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy, ale istnieje ogrom nakazów i zakazów jej dotyczących. I nie chodzi mi tu o miłość erotyczną, bo ma zupełnie inny kontekst, ale o cały ten koszmar związany z miłością rodzicielską, a właściwie matczyną, bo matka MUSI kochać dziecko, nie ważne, że nie może, MUSI. 

Nie ważne, że dziecko jest psychopatycznym mordercą czy gwałcicielem, matka ma go kochać, bo to JEJ dziecko. Nie ważne, że tego nie akceptowała, że starała się nauczyć czegoś innego, a i tak ma kochać i musi zapłacić… 

No bo wiadomo, to jej wina! 

Te nakazy ( niestety) sprowadzają tę bardzo delikatną sprawę do hormonów ( czyli jak kto woli zwierzęcych instynktów, ale nawet zwierzęce matki czasami odrzucają swoje potomstwo) i pajęczej sieci spojrzeń i ocen. 

Spojrzeń ludzi, którzy uważają, że mają prawo osądzać... ( ochrona od nich powinna być wpisana do konstytucji). 

Ta matczyna miłość - niemiłość jest jakby „podskórnym” tematem książki. 

Ona, córka dziwnej matki jest też, albo była, z pewnych względów matką. Była, to ważne, bo przestała być. Nie z własnej woli, ale z postanowienia też. Dziecko, jakkolwiek często jest do matki ( rodziców) podobne. Jest też odrębną istotą, której się nie zna. Ma swoje własne światy i czasami te światy przerażają. 

Jeżeli ktoś zakłada, że matka ma obowiązek kochać dziecko, to „odmatcza” tę matkę, odbiera jej osobność i sprawia, że traktuje się ją jako coś w rodzaju biologicznego robota z wbudowanym programem, podczas gdy matka ( choć wiele osób nie chce tego przyznać) jest istotą ludzką. Obok obowiązków ma też prawa… 

Ta książka to literacka – bardzo pięknie literacka opowieść o tym co dzieje się w środku, o myślach, uczuciach, miłości i wrażliwości, oraz wszystkich tajemniczych ( a czasami strasznych) ogrodach, które każdy ma w swoim wnętrzu, ale nie chce albo nie umie się do nich przyznać. 

Opowieść o wrażliwości, cierpieniu i oswajaniu światów, wszystkich ludzkich światów dookoła, nawet tych do których nie ma się dostępu. 

To nie jest książka o dobrych wróżkach, jest ciężka, trudna, psychologicznie zrozumiała, ale mocno dająca do myślenia, dla czytelnika, dla wyrobionego czytelnika, który lubi literaturę w której ważna jest treść, ale i forma, i w której oba te czynniki wymagają od czytelnika skupienia. 

Zostaje w człowieku, nie pozwala spać, porusza bolesne struny… 

Książka dla wielu, ale nie dla wszystkich. Boleśnie dobra, cudnie okrutna. Wręcz wiwisekcyjna. 

Z pewnością do przeczytania kilka razy. 

Literacko bardzo dopracowana. To nie jest czytadło to bardzo wymagająca proza, która pochłania.

czwartek, 11 października 2018


Chris Colfer

Kraina Opowieści
( Zaklęcie życzeń)

Wydawnictwo MŁODZIEŻÓWKA

Nie lubię telewizji z wielu powodów. Chociażby dlatego, że to jeden wielki śmietnik pełen durnowatych reklam, bezdennie głupich programów i zepsutych, albo „popsutych” postaci w stylu Xenny, księżniczki od rozwolnienia, albo Czerwonego kapturka, który okazuje się Kubą rozpruwaczem, który zmienił płeć po tym jak ET odgryzł mu...głowę. 

Tak jakby twórcy seriali nie umieli nic wymyślić i musieli wszystko psuć. 

Lubię jednak książki, a te bywają wielką inspiracją. 

Bo czy można wejść w krainę baśni? Oczywiście, codziennie w nią wchodzimy i dla każdego jest nieco inna bo to przecież zależy od naszej wyobraźni. 

I o to w tym wszystkim chodzi. 

Dzieci ( rodzeństwo, a właściwie bliźnięta) mają kłopoty rodzinne, zwykłe, życiowe, smutne przejścia, jakie są udziałem wielu dzieci, ale nie są przez to wcale mniej przykre. Śmierć ojca, kłopoty finansowe, ciągła nieobecność zapracowanej matki i szkoła, w której trudno się odnaleźć dziewczynce, bo nie łatwo być prymuską, chłopcu bo trudno być bratem prymuski. 

Babcia na dwunaste urodziny daje im książkę zatytułowaną Kraina Opowieści. 
I ta książkę je wciąga… NAPRAWDĘ i dosłownie wciąga. I tu zaczyna się opowieść o świecie znanym i nieznanym zarazem, jest osadzona w świecie dobrze znanych nam bajek, ale idzie nieco dalej… Ile osób z was się nad tym zastanawiało? Przyznam, że ja tak. Zawsze fascynowało pytanie mnie takie pytanie jak… ile kurzu osiadło na śpiącej królewnie po stu latach, albo dlaczego głodujące dzieciaki, Jaś i Małgosia zaznaczały drogę okruszkami, jakby nie mogły narysować jakiegoś znaku na ścieżce... Opowiada co stało się dalej. Gdzie podziała się Zła Królowa? Co ze Złotowłosą? Co robi teraz Czerwony Kapturek? 

To taki świat, którego nie trzeba tłumaczyć i właśnie tu dzieciaki zaczynają swoja przygodę. Prymuska Alex i zdroworozsądkowy Conner muszą odnaleźć drogę do domu, owszem tak jest tu trochę schematów, ale pamiętajmy, to książka… a no tak jeszcze nie powiedziałam to książka dla dzieci tak około dziesięć dwanaście lat, ale bawi też i dorosłych, czego i ja na sobie doświadczyłam. 

Mamy więc motyw dziwnego pamiętnika, niebezpiecznych miejsc i fantów potrzebnych do tajemniczego zaklęcia, mamy motyw podroży przez nieznane światy, ale… 

To jest zupełnie inne, świeże spojrzenie. Takie trochę odkrywanie bajek na nowo, dopasowywanie ich do świata, rozumienie ich przesłania, które dla każdego może być inne, bo przecież dla jednych Kopciuszek to manifest antyfeministyczny, dla innych bajka o cierpliwym czekaniu na lepsze czasy. 

A dla dzieci? To zależy… 

Ta książka to trochę bajka pocieszajka, z przygodowym zacięciem, z współczesnymi odniesieniami, z rozumowaniem bardzo młodym, nieco dziecięcym, ale po dorosłemu ciekawym i skutecznym. 

Ładnie napisana, w miarę „straszna:, ale też i łagodna, szybko rozwiązująca niektóre sprawy, nie pozostawiająca zbyt traumatycznych zdarzeń bez wyjaśnienia, ale trzymająca w napięciu. 

Pięknie wydana, niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale to nie dotyczy bajek, a poza tym ta okładka po prostu cudna! 

Bardzo dobra książka dla dzieci, i tych co już dużo czytają i tych, które dopiero zaczynają interesować się czytaniem. Bai, ciekawi i… hmmm uczy! 

Bardzo interesująca. Moim zdaniem warto ją przeczytać, nawet jeżeli nie jest się dzieckiem, a tylko odrobinę rozmiłowanym w baśniach dorosłym.

wtorek, 9 października 2018

Ile obok nas przepływa piękna, grozy i życia?


BRITTA ROSTLUND

U STÓP MONTMARTRE

MARGINESY


Mówi się, że życie potrafi zaskakiwać, ale czy na pewno? Przyjrzyjmy się życiu i co widzimy? 

Rano kawka w ulubionym kubeczku, śniadaniowy rozruch na szybko, potem człap, człap do pracy, tam bezmiar nudy zakrapianej herbatą z dosypką ploteczek, potem dom, dzieci, szarobury obiad, wyszczerbiony talerz, podaj sól, plama na stole, nóż po lewej stronie, a marzenia na półce… 

Prawda? 

Prawdę powiedziawszy żyjemy jakby na autopilocie, nie zastanawiając się , ile tajemnic skrywają ludzie w domach obok, jakie szaleństwa kotłują się w głowach sąsiadów… 

A gdybyśmy tak podeszli do życia inaczej? Tak samo, ale inaczej. Tylko jak? Tak samo? Inaczej? Bo przecież nie trzeba zmieniać świata, żeby zmienić życie, wystarczy zmienić spojrzenie. 

Pewien niemłody już właściciel sklepu kolonialnego „u stóp Montmartre”, no prawie u stóp, zaczyna obserwować jednego z sąsiadów, gdyż dostaje takie… hmmm zlecenie. Żona, zdrada, jakieś dziwne zachowania. To obserwowanie sąsiadów bardzo go zmienia, bo stając się uważnym na jedno, staje się uważny na wszystko. 

Wszystko spowija ten nieokiełznany paryski urok, nie, nie ten cud z bąbelkami, raczej urok małej uliczki, gdzie wszyscy się znają… Tylko czy na pewno? 

Jednak nie tylko o tego człowieka tu chodzi. Jest jeszcze druga narracja, mocno psychodeliczna i jakby w klimacie „Kobiety z piątej ulicy” ( Douglas Kennedy), ale chodzi mi właśnie o klimat, a nie o akcję). 

Jest w niej też coś z klimatu „Perełki” Patricka Modiano. Ta tajemniczość, zagubienie... 

I to też nie jest wszystko, dookoła są przecież ludzie. Nie poznamy ich naprawdę, poznamy to co o nich myślą bohaterowie, cudze życia tak łatwo nie zdradzają swoich tajemnic. 

Połączone Paryżem, obie narracje zmierzają ku sobie, choć nie jest to ani oczywiste ani za bardzo początkowo widoczne. 

I wszystko się zmienia. Marzenia spadają z półek i rozsiadają się przy stołach psując to co dotychczas. Rutynę i działanie na autopilota. Nagle to co zwykłe i bezpieczne przestaje być pożądane. 

Szaleństwo wdziera się do domów i myśli… A może to wcale nie jest szaleństwo? 

Bardzo niezwykła książka i mimo pastelowej okładki nie jest to lekki romans, ( ani w ogóle romans) to coś o wiele ciekawszego i zarazem dziwniejszego. Ta książka wciąga, nie jest to zachwyt od pierwszego zdania, to takie… podstępne złapanie za ciekawość. Nie popuszcza do końca. 

Książkę wygrałam kilka dni temu i właściwie, ze względu na inne zobowiązania miałam jej jeszcze teraz nie czytać, niestety nieopatrznie wieczorem położyłam ją przy łóżku i noc diabli wzięli, ale… takich diabłów, a właściwie nocy wezmę chętnie więcej. 





poniedziałek, 8 października 2018

Uczciwie, choć nieuczciwie?


Będąc kiedyś we Francji spotkałam na swojej drodze cichutko przycupnięty sklep, owszem drogi, ale jednak niezbyt nachalnie umiejscowiony, był to sklep z wegańskimi ciuchami. 


Początkowo trochę się zdziwiłam, ( i nieopatrzenie powiedziałam o tym znajomej) bo przecież weganie ciuchów nie jedzą, zostałam jednak uświadomiona, że … to wyższa klasa odpowiedzialności społecznej, bo nie korzysta się z niczego co pochodzi od zwierząt. 


No i właściwie na tym się skończyła moja przygoda z „wyższą odpowiedzialnością społeczną” bo ta wyższa odpowiedzialność trochę mi podjeżdżała snobizmem. Weźmy pierwszy lepszy ciuch z Biedronki, żaden koło zwierzaka nawet nie leżał, a nie są aż tak drogie, no ale, snobizm to coś na czym się nieźle zarabia. 

Jeden z moich znajomych wie o tym doskonale. Ma w okolicy ( fakt, nie w samym mieście) sklep z ciuchami i… I całkiem dobrze sobie radzi. Większość to co prawda ciuchy nieco „wiejsko weselne”, ale wiadomo, klient nasz pan. Nie bywam tam często, ale raz się wybrałam i oczom uwierzyć nie mogłam. W sklepie tłumy… 


Na wystawie spodnie… bezglutenowe. 


Nie uwierzyłam, a jednak… 

- Przecież to oszustwo! – powiedziałam do znajomego trochę zbulwersowana, wiem jak działa handel, ale coś takiego? 

Znajomy tylko się uśmiechnął. 

- Czy uważasz, że te spodnie zawierają gluten? - zapytał podstępnie. 

- Oczywiście, że nie… - odpowiedziałam, chciałam dodać jeszcze kilka słów na ten temat, ale nie dał mi dokończyć. 


- Czyli te spodnie są naprawdę bezglutenowe… To czego chcesz? Tak właśnie działa reklama – uśmiechnął się z rozmarzeniem - Zamierzam wprowadzić do sklepu bluzki jedwabne bez laktozy i specjalną bieliznę bez GMO. 


- Tu już przesadzasz… 

- A gdzie tam! To będą zwykłe majtki z plastiku, jakim cudem miałyby być z GMO? Nikogo nie będę oszukiwał. Przecież to co mówię to sama prawda... 


I wiecie co? Z jednej strony jest O.K, facet nie kłamie, choć to jest oszustwo, z drugiej tak właśnie działa połowa sklepowych reklam… Chyba on jednak poszedł nieco za daleko…

wtorek, 2 października 2018

Uszczerbek na zdrowiu i życiu... internetowym.


Właściwie jestem osobą bardzo spokojną i nawet grzeczną, nie robię nikomu krzywdy. Klnę jak szewc, ale tyko w sytuacjach zagrożenia życia … internetowego. 

I nie chodzi, że jest to internetowe zagrożenie, ale że moje życie internetowe jest zagrożone i może doznać uszczerbku. Naprawdę powinno się jakoś to załatwić, bo dla wielu osób uszczerbek na zdrowiu i życiu internetowym to poważna sprawa… 
Podam przykład. 

Kilkadziesiąt razy dziennie dostaje od jakiegoś faceta gify. Naprawdę. Od drugiego całe pakiety gifów, od trzeciego debilne filmiki… 

Co chwila dochodzi mnie dźwięk powiadomienia ( muszę go mieć, bo czekam na ważne wieści) wchodzę i dostaję po oczach serią z czerwonych serduszek, przy których disco polo to sztuka wysokich lotów, w chwilę potem moje komórki mózgowe wiją się w śmiertelnej agonii z powodu dwóch szmacianych piesków z kwiatkiem. Kolory wołają o pomstę do nieba, albo miotacz płomieni ( biedne pieski) Podrygujące napisy życzą mi miłego poniedziałku, wspaniałego wtorku, cudnej środy… dobrej kawy i wzwodu. 

Po chwili penis w szydełkowym ubranku przelewa czarę goryczy. 

Grzecznie, żeby nie urazić delikwenta, proszę, żeby nie wysyłał mi śmiecia bo nie lubię tego typu „sztuki”. 

Facet mnie olewa totalnie i już po chwili jakaś zdzira wygina się do mnie jak paragraf przesyłając mi serduszkowego całusa. Z drugiego konta ktoś podsyła mi debilny kawał, że niby komar od kobiety różni się od kobiety tym, że wkur...wia chłopa tylko latem. 

Jasne, uwielbiam takie seksistowskie g...no. 

Zawiadamiam o tym faceta, nie reaguje. Zawiadamia mnie, że śniadanie na kacu jest jak przeszczep, albo się przyjmie albo nie. No k...wa, poważnie? Ja tu czekam na BARDZO ważne wieści, a tu... 

Debil wysyła mi jakieś kwiatki, mrugają tak, że można od nich dostać epilepsji. 

Nie jestem zupełnie normalna, dostaję tylko szału. 

„Przestań do mnie pisać, mam w d...pie twojego kaca i kwiatki też” zawiadamiam po kolei każdego z pojawiających się debili. 

Jak sądzicie? Zadziałało? Otóż nie... 

Dostaję gifa, że facet się, że życzy mi miłego podwieczorku, wieczora, nocy, dużo seksu, dużo miłości i każde z tych życzeń to kolejny obrzydliwy gif. I na dodatek się rusza… 

Wszystko się rusza, mam czerwone płatki przed oczami, tiki, mroczki, drżenia i wypryski na poczuciu dobrego smaku.

Serduszka jak zombie wyłażą z komputerowych okien. 

Mogłabym tych facetów wywalić ze znajomych, i już mam to zrobić, kiedy uprzedza mnie jakiś skądinąd śliczny kot wita mnie wesolutko i cieplutko i życzy mi stresu malutko

Rymy są tak okropne, że zaczyna mnie mdlić. Tak, mdli mnie, bolą mnie oczy i głowa… Nie wytrzymuję. 

„Przestań debilu dłużej tego nie zniosę, to śmietnik i syf...” – piszę, wysyłam do wszystkich delikwentów i natychmiast żałuję, bo jeszcze mnie pozwą. 

I wiecie co? Wreszcie dostaję jakąś rozsądną odpowiedź. 

„Droga pani, chciałam pani zaproponować zrecenzowanie naszej najnowszej powieści, ale skoro nasze wydawnictwo to dla pani śmietnik i syf, to nie będę już pani zawracać głowy”. 

- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! 

Dobrze, że żaden z nich nie mieszka w pobliżu, bo niechybnie trafiłabym do więzienia jako seryjna morderczyni. 

Od teraz wszystkich gifowych artystów blokuję od pierwszego wejrzenia w KAŻDY durny obrazek. Nie ma pomiłuj!

Zdrowie i życie internetowe jest dla mnie najważniejsze... Zresztą, czekam na ważne wieści, a drugi raz takiego  wstydu nie przeżyję.