niedziela, 17 czerwca 2018

Do czego SŁUŻY mama?


Znaleziony w sieci tekst teatrzyku dla maluchów pod tytułem „Do czego służy mama” tak mnie rozsierdził, że postanowiłam się nad tym „służeniem” nieco zastanowić.

Bo, że mama do czegoś służy? Jak ścierka do naczyń? Płyn do tkanin… szczoteczka do zębów?

( Zważcie, że w tych tworach językowych, oba człony są rzeczownikami… Czyli opisują przedmioty, a więc, mama jest przedmiotem? )

Właśnie dlatego postanowiłam zgłębić ten temat… No to zaczynamy… ( w konwencji tegoż tekstu, który placówka usunęła, a który dzięki Bogu i komputerowi zdołałam skopiować).

Postanowiłam się zastanowić do czego służymy my kobiety i efekt wypadł niezbyt dobrze.

Do czego służy kobieta? Do sprawiania przyjemności mężczyźnie, a jak już ją sprawi to zamienia się w żonę lub matkę, albo obie naraz, czasami też się nie zmienia i nadal pozostaje kobietą, tylko nieco lżejszych obyczajów, choć nie tak lekkich jak jeszcze kilka lat temu.

Niektórzy twierdzą, że kobieta służy też do rodzenia dzieci, otóż nie, błąd, to robi żona, tylko i wyłącznie. W każdym razie powinna.

I kiedy ta żona urodzi to zmienia się w matkę. Przemiana, ze wszech miar interesująca. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Do czego służy mama?
Tekst tutaj, linka nie podam, bo strona przestała działać, musicie mi wierzyć na słowo. Nie znam nawet autora dzieła ( ze względu na RODO usunęłam nawet imiona dzieci):

- Do prania, gotowania i garnków zmywania
- Do wiecznego upominania i narzekania
- Do wieszania i prania białych firanek
- Do tłuczenia zdenerwowanych szklanek
- Do smażenia kotletów i gotowania kapusty
- Do wprowadzania diety, gdy tata jest zbyt tłusty
- Do wydawania kasy na kosmetyki, nowe fryzury i kolczyki
- Do wiecznego biegania nawet, gdy jest zmęczona
Do tego służy mama dobrze oswojona!”


Ta „dobrze oswojona” ( jak wilczyca rozumiem) mama może po latach przejść w tryb teściowej, a jak wiadomo teściowa służy do różnych strasznych rzeczy, ale czemu się dziwicie?

Po całej tej tyradzie zaczęłam się zastanawiać do czego służy facet. Mąż, ojciec… w ogóle facet i trochę wyszło dziwnie, bo do czego służy mąż? No, do zarabiania pieniędzy, ktoś powie, ale kobiety też zarabiają i pracują, ojciec? Do klapsów. ale nie gruszek…

Jakiś seksistowski tekst zaczyna mi wychodzić. Jasne… Tak prawdę powiedziawszy przecież facet nie służy do niczego prawda?

I tu się mylicie.

Facet służy do odkręcania słoików…. To ciężka robota! Trwają prace nad specjalnymi słoikami, których nie trzeba będzie odkręcać, a wtedy biedny umęczony mężczyzna będzie mógł w spokoju zająć się swoimi sprawami uwolniony od tyranii i nadmiaru obowiązków, a kobieta, żona i matka w jednej osobie jak to służbabędzie mu służyć...

A teraz możecie nazwać mnie seksistką!



piątek, 15 czerwca 2018

Internetowy idol matrymonialny


Idol to istota prawie boska… I każdy chce go mieć, ale… No właściwie, posiadanie idola niewiele ma w sobie z posiadania, o ile nie jesteś stalkerem albo psychopatycznym mordercą. 

Taki piosenkarz, aktor czy inny literat jest odległy i w nimbie chwały rzadko spogląda pod swoje nogi, a nawet jeżeli spojrzy to i tak pośród kłębowiska ciał i głów nie zauważy tego jednego. Ciebie. Zresztą jakby miał cię zauważyć? I dlaczego akurat ciebie?

Na dodatek do idola nie ma dostępu. Piosenkarzy chronią kordony ochroniarzy, aktorzy sami chronią się w teatrach i limuzynach, a literaci, często chodząc z głową w chmurach nie wiedzą nawet, że istniejesz.

I co zrobić? No to proste stworzyć sobie idola… Internetowego. Znaleźć kogoś, pokochać, popodziwiać, popisać z nim, pospotykać się…

Albo lepiej. Sam zostań idolem!
To w końcu o wiele przyjemniejsze.

Internet daje ku temu wiele narzędzi. Przede wszystkim może nieco pozorną, ale jednak bezpieczną anonimowość. Wykreuj się…

Wystarczy kilka tekstów w stylu „ Ja NIGDY nie kłamię”( jasne, już to widzę), „Ja NIENAWIDZĘ hipokryzji” ( bla, bla, bla), „Ja jestem DOBRYM, UCZCIWYM człowiekiem” ( ha,ha) … Jest tego więcej.

Ważne są dwie rzeczy, podkreślanie „JA” - co znaczy, że jestem wyjątkowy, reszta już nie i nie wykazywanie ŻADNYCH słabości czy WAD. ( o co to to nie!)
To coś na kształt konkursu na „miss”. Wciskanie kitu obowiązkowe!!!
Tego nikt nie jest w stanie sprawdzić!

Ludzie mogą sprawdzić twój zawód, od biedy stan cywilny, ewentualnie finanse, uczciwości sprawdzić się nie da! A bajerowanie bajkami o niezłomnym internaucie, który chce zbawić świat, albo choćby swoje podwórko?

Ludzie to lubią, ludzie tego potrzebują, kochają to… To jest im POTRZEBNE, w tym złym, zgniłym świecie potrzebne są takie pozłacane idole.
Ale, ale…

Moja znajoma poznała przez internet faceta. Był ideałem. Właśnie takim wspaniałym, pięknym, dobrym człowiekiem, który muszce skrzydełek nie wyrwie, nie przeklina, i nie jest „małym wrednym sk...snem”.

I widzę jak już ostrzycie zęby, żeby się pośmiać. Niestety nie! Nic z tych rzeczy! Facet NIE okazał się kobietą, miał wszystkie zęby, wyglądał jako tako… więc co poszło nie tak?

Ano… mamusia.

I też nie macie racji. WCALE nie była wredna! Była wspaniała, tylko znajoma poczuła się jak na castingu na żonę. Pani wypytała o chęć posiadania dzieci, o zdolności kulinarne, o stosunek do pająków za szafą, wszystko poszło super i wtedy ona swobodnie stwierdziła:

- To wy tu sobie pogadajcie, a ja idę do kina.
I tu sprawa się rypła.
Skojarzenie z kinem koleżance bardzo się nie spodobało.

Nie miała ochoty na seks i pewnie by nawet uciekła wyobrażając sobie już faceta z siekierą za plecami, ale on po prostu się rozpłakał i powiedział:

- Nie odchodź. Ona mnie wykończy, dwie baby w tygodniu, trzy w weekend, pisze za mnie, zmusza mnie do kłamstwa, terroryzuje, a wszystko po to, żeby mnie wydać za żonę.
- Ożenić – poprawiła go, ale on się rozszlochał jeszcze bardziej.
- Nie, wydać za jakąkolwiek żonę, bo ona chce wyjść za mąż, a ja nie mam mieszkania.

Internetowy idol padł pod ciosami rzeczywistości.

Nie wierzcie IDOLOM, wszystkie są ledwie pozłacane, a te internetowe to całkiem pokaźna kupa kłamstw i chłamu. Wiem, ludzie często wypisują na swoich tablicach, że są uczciwi dobrzy i wspaniali...

I mają do tego prawo w imię zasady „pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej” (trawestując klasyka), ale nie każdy musi wierzyć w bajki!

czwartek, 14 czerwca 2018

Conradowskie doświadczenie bezkresu.


Mateusz Janiszewski

ORTODROMA

ZNAK LITERANOVA



Żyjemy w kulturze „obrazka”, powierzchownej obecności, bycia i niebycia gdzieś zarazem. Zaliczania miejsc i zdarzeń. Zdjęcia pokazują naszą fizyczną, chwilową obecność w „modnych” miejscach, ale podróż to też coś o wiele głębszego.

Ortodroma to poza znaczeniem czysto geograficznym dążenie do celu, najkrótsza, choć nie najprostszą droga. To podróż sama w sobie, przepiękna, mocna, podroż do granic ludzkiej wytrzymałości mieszcząca w sobie i samotność i drogę.

Literacko odniesiona do Melville’a czy Josepha Conrada, ale też do miejsc najważniejszych, tych, których znaczenie niesiemy w sobie.
Krótkie, intensywne teksty sprawiają, że człowiek czuje się jednostką w tłumie, obcym pośród obcych, opowiadają o przemijaniu i lodowej śmierci, o kaźni wielorybów i fok, o białym piekle i ludziach odchodzących w nicość.

O świecie, który niestrudzenie przypływa obok nas pozostawiając tylko złudzenie trwania.

Fascynująca i smutna, intensywna i genialnie napisana. Poetycka jak mało która, a jednak reportażowa. Pisana tak bardzo „od środka”, że jeszcze chwilę, a odsłoni duszę czytelnika.
Niesamowicie piękna.

Ta książka to zbiór opowieści o podroży, spójnych, krótkich, o nanizanych na ortodromę miejscach ważnych i nie ważnych, ludziach, obrazach z przeszłości.

O dawnych wyprawach i śladach tych wypraw w świecie, literaturze i nas samych.
To książka dla ludzi umiejących czytać między wierszami, szukających poezji wartości i znaczenia słowa nie tylko w nim, ale i poza nim.

Do powolnego delektowania się przy wieczornej lampce tęsknoty za prawdziwą podróżą, w której sensem nie jest zrobienie zdjęcia na instagrama, ale zachwyt nad światem w jego różnorodności, złowrogim pięknie, a czasami i okrucieństwie natury.
Autor to człowiek wielu zainteresowań i wielu talentów, leczy, tłumaczy, podróżuje.

wtorek, 12 czerwca 2018

Po co ludziom teorie spiskowe?


Zdrowy rozsądek, a właściwie rozsądek (bo nie istnieje coś co można by nazwać chorym rozsądkiem, albo choćby niezdrowym rozsądkiem) to bardzo ważna rzecz. Rozsądek albo jest, albo go nie ma. 

W każdej dziedzinie należy go szukać gdzieś po środku, z dala od wściekłych agitatorów, ale i zblazowanych „wszystkowiedzących wyjadaczy”

No właśnie, ostatnio przeglądając co ciekawsze strony na FB doszłam do wniosku, że nie ma nic niebezpieczniejszego niż żarliwy neofita.
W zależności od dziedziny będzie przekonywał cię do zdrowej żywności, szkodliwości szczepionek i chemitrailsów, albo do płaskoziemskosci…

Myślicie, że przynajmniej ci od zdrowej żywności nie są niebezpieczni? Są, możecie mi wierzyć. Ostatnio świat obiegła wiadomość, że matka została wyproszona z miejsca publicznego, za karmienie dziecka piersią. Okropne, prawda? Już wszyscy, albo prawie wszyscy zaczynają się oburzać, szkoda tylko, że nikt nie dodał, że dziecko miało sześć lat i trochę to dziwnie wyglądało w szkole, na przerwie, gdzie mama przyniosła mu drugie śniadanie w płynie… No i fakt i w ekologicznym opakowaniu… Sto procent biodegradowalnym i wielokrotnego użytku.

Ze wszystkim da się przesadzić!
A wiecie, kto jest najgorszym neofitą?

Możecie się ostro zdziwić. Babcie. Nie tylko te moherowe, zwykłe babcie, które dorwały się do internetu.

Wychowane w czasach, kiedy uważano, że jak coś jest napisane, to znaczy, że to prawda, bo przecież nikt by nie pozwolił pisać kłamstw, wierzą we wszystko co widzą w internecie…

Inna sprawa, że wszystko zależy od człowieka, nie wyobrażam sobie mojej własnej babci biegającej za ludźmi i krzyczącej, że od margaryny się ślepnie, to znaczy chodzi mi o kobiety, bo faceci ślepną o czegoś innego.

I tak się zastanawiam. Szczepionki nas trują, kiełbasa zabija, telewizja ogłupia, internet uzależnia…
Same nieszczęścia. Co gorsze, wciąż powtarzane z dużą dozą zachwytu, a czasami nawet błogości, nawet narkotyki i wódka nie mają takiego kiepskiego PR jak masło ( które tak naprawdę nie jest masłem, bo oni chcą nas zabić) i kostki rosołowe ( nadają się tylko do mycia ubikacji, bo oni chcą nas otruć).

Zastanawiam się w ogóle po co ludzie wymyślają te katastrofy, bo już o wiarę w nie pytać nie zamierzam.
Po co wyszukiwać wciąż nowe powody do strachu? Po co robić z codziennej wizyty w supermarkecie pole minowe? Czyżby ludzie lubili się bać?

Otóż lubić może nie lubią, ale strach, ten codzienny, wyłażący z każdego kąta i z każdej kromeczki chleba ( który do niczego się nie nadaje, bo oni chcą nas wszystkich wytruć) jest ludziom potrzebny, wręcz konieczny, do spokojnego życia.

Paradoks? Wcale nie… Weźmy choćby nasze podwórko. Na półkach pojawia się nowa, właśnie wydana książka. Dużo wokół niej szumu, tego oficjalnego... Nieoficjalnie jest do niczego, chłam, i w ogóle bo... wydawcy chcą nas ogłupić. Tylko o to im chodzi, bo im głupszy czytelnik tym więcej kasy wydaje na chłam.

Zapytać jednego czy drugiego samozwańczego krytyka, dlaczego w takim razie on sam nie napisze książki.

Owszem, mógłby, ale chłamu nie chce pisać. To dlaczego nie napisze świetnej książki, czegoś na NIKE? Oczywiście, że mógłby, jasne, jest zdolny, ale nikt mu tego nie wyda… Bo? Jak to? Bo wydawcy chcą nas ogłupić…
Dobrych rzeczy nie wydadzą. Nie ma szans. Nie ma po co pisać.

I to jest genialne w swojej prostocie, te lęki i teorie spiskowe pozwalają ludziom spokojnie nic nie robić! Pozwalają im wierzyć we własną wielkość i przeciwności paskudnego losu, a to daje całkiem wygodne kilka godzin dziennie przed telewizorem, usprawiedliwione, a jakże...

I świadomość, że gdyby nie „oni” bylibyśmy w drodze po odbiór nagrody Nobla z dziedziny medycyny, ale teraz te koncerny, robią wszystko, żeby ludzie chorowali, więc nie pozwolą na żadne przełomowe odkrycie...


czwartek, 7 czerwca 2018

Przekleństwo "Małej Miss".


 Wiktor Mrok

"MAŁA BALETNICA"

Initium


Widzieliście zapewne raz czy drugi programy z cyklu „Mała Miss”, w których kilkuletnie dziewczynki w strojach dorosłych panienek niezbyt „ciężkich” obyczajów robią zabawne minki, krygują się i wyginają „śmiało ciało” jak nie przymierzając maleńkie prostytutki.

Uczesane, umalowane, wytresowane wykonują gesty, które u dorosłych kobiet uznane byłyby za wyzywające.

Kogo to zachwyca? Z pewnością ich przyciężke i nieco oszołomione mamuśki, które chcą za wszelką cenę zrobić z nich mega lolitki.
Kogo jeszcze?
Pedofilów na pewno. Bo oto mają do swojej dyspozycji legalne zdjęcia prawie gołych dziewczynek fikających nóżkami, tak, że aż…
A przecież, że pedofilia nie jest legalna…
I o to chodzi.

Są jednak środowiska na pedofilię podatne szczególnie, pamiętacie sprawę jednego z chórów chłopięcych?

W książce „Mała baletnica” chodzi o zgoła inne środowisko. O bardzo sfeminizowane środowisko dziewczęcego baletu.( Choć nie tylko)

Przecież pedofil to nie musi zaraz być mężczyzna, może, ale nie musi.
No i trzeba oczywiście dodać, że na pedofilii da się zarobić krocie.


Ta książka z jednej strony mrozi krew w żyłach, z drugiej pokazuje zupełnie inny obraz tego co wydawałoby się znane.

Nie mogę więcej napisać o akcji, bo po prostu nie chcę zepsuć przyjemności czytania, bo mimo tematu książkę czyta się świetnie. Dobrze napisana, z niejednoznacznymi bohaterami, z rzeką zła płynącą pod powierzchnią życia…
Policja, polityka, pieniądze.

Te rzeczy jakoś się przenikają, a za pieniądze można kupić wszystko. Nawet usługi seksualne dwulatki? Owszem... Można też sprzedać choćby własne córki...
Popyt, podaż... W tej branży też to działa.

Oparta na faktach historia śledztwa w sprawie morderstwa, które zamienia się w śledztwo w sprawie afery pedofilskiej obejmujące wiele krajów, wielu ludzi i sprawy sprzed wielu lat.
Świetna książka.

Nieco z pewnością kontrowersyjna ukazuje inne oblicze tego „biznesu”, inne, nie znaczy niestety łagodniejsze.

W tle Rosja już nie radziecka, ale jeszcze mocno w swoją przeszłość uwikłana. Niby nowa, a w wielu aspektach wciąż taka sama. I wszechobecny bóg naszych czasów. Internet.
Zachęcam, książka świetna, choć zasnąć potem trudno, zwłaszcza kiedy ma się córki.

wtorek, 5 czerwca 2018

Reklama prawdę ci powie - czyli jak zostałam łysym facetem....


Wczoraj znowu dostałam mailową reklamę środków na powiększenie penisa. Nic nowego, pewnie większość z was tak ma, ale mnie to tym razem zaintrygowało, choć to nie pierwsza taka reklama w mojej skrzynce.

Zaraz, zaraz, skoro internet mnie śledzi, zapisuje wszystkie miejsca, w których byłam, strony, które odwiedziłam, sprawdza co mnie interesuje i podsuwa mi reklamy tego co chwilę wcześniej wyszukiwałam, to z czym na litość związana jest ta reklama? Ja nawet nie jestem facetem! 

Pobiegłam do lustra. Penisa nie mam… Może chodzi o te kilka marnych włosków nad górną wargą? Że niby…

Rzuciłam się do szczypczyków i zaczęłam je wyrywać z takim samozaparciem, że spuchłam ( nie w przenośni, dosłownie). Nic nie pomogło, kolejna penisowa reklama pojawiła się w mojej skrzynce, tym razem na innym koncie pocztowym.

W chwilę potem dostałam reklamę szamponu w czarnej tubie, oraz pożyczki w najbardziej znanej firmie pożyczkowej, dla ludzi bez zdolności kredytowych.
Że niby łysieję?

Zaraz, zaraz, z zakresu tych reklam wynika, że internet postrzega mnie jako łysego biedaka z bardzo małym interesem? Wstyd jak cholera!

A więc to tak? - zakrzyknęłam w duchu i postanowiłam zacząć odwiedzać jakieś typowo kobiece strony, choć modą się zupełnie nie interesuję.

Niby dotychczas nie oglądałam ani samochodów, ani porno, ani reklam piwa, więc co jest? Może trzeba jakieś AGD obejrzeć? Fatałaszki? Szminki?

Trochę mnie to zaintrygowało. Wlazłam szybciutko na stronę jakichś szalenie niebotycznych szpilek, potem pozwiedzałam sklepy z ciuchami i czekałam na reakcję…

Chwilę to trwało, ale dostałam w końcu reklamę typowo dla kobiet. „Sekret skutecznego odchudzania” „Wymarzona figura”, „Odchudzanie niezależne od reżymu” ( z tym „reżymem” to chyba jakaś polityczna zagrywka, ale ja w politykę nie wchodzę z zasady – skasowałam.) „Jak być szczęśliwą” - no tak, internet zaklasyfikował mnie do kategorii „nieszczęśliwa grubaska”, ale choć płci mi nie zmienił.

Pobiegłam do lustra, penisa nadal nie miałam, ale nie jestem gruba ani jakoś specjalnie nieszczęśliwa, choć może odrobinę wściekła.

Wróciłam do komputera zafascynowana możliwościami tego medium. Toż to lepsze niż wróż Maciej i wróżka Anuszka razem wzięci!

Po chwili otrzymałam wiadomość zatytułowaną: „Najlepszy środek na grzybicę pochwy”. Teraz byłam już na dobrej drodze do uściślenia wiedzy na swój własny temat, ale że grzybica pochwy?
Kolejna wiadomość dość szybko pojawiła się na moim koncie pocztowym. Tym razem „ Zaloguj się na gorącym portalu randkowym” .

Tu już naprawdę się wściekłam.

Kto rozsądny poszedłby na randkę z grzybicą pochwy?
Patrzcie, jednak ten internet jest nieodpowiedzialny…

I wiecie do jakiego wniosku doszłam? Internet jest SEKSISTOWSKI do szpiku… kabelka! ( no bo przecież nie kości). Wystarczy, że obejrzysz reklamę piwa, a już przyprawi ci „interes”. Obejrzysz szpilki, a już powinny cię zainteresować choroby przenoszone drogą płciową…

Po tym wszystkim najgorsza emocjonalnie okazała się reklama obroży, ponieważ ustalone już zostało, że jestem rodzaju żeńskiego, to czy internet uważa mnie za sukę?

Nie, zresztą nie, przepraszam, to nie była obroża dla psów...

niedziela, 3 czerwca 2018

Seks z bobrem? Ehhh...


HELENA HUNTING
"Pucked"
Wydawnictwo Szósty Zmysł

Ta książka jest dość szczególna i ta jej szczególność objawia się nawet w tytule, bo co to znaczy „pucked”? W sumie nic, ale „puck” ( dowiedziałam się tego dzięki anglojęzycznej koleżance – uwielbiam cię Alicjo ) to krążek do hokeja, a końcówka „ed” to w angielskim tzw, 3 forma, czyli imiesłów bierny (wiem, paskudna nazwa), ale to znaczyłoby, że główna bohaterka książki jest „wykrążkowana”, "zakrązkowana".. i co dalej, no, nic, ale gdyby zamienić pierwszą literę tytułu na „f” robi się ciekawej.

Bo książka jest i o jednym i o drugim… I o hokeju i o pieprzeniu.

Pucked to powieść mocno erotyczna. Nie mam nic przeciwko takim książkom, sama kilka podobnych powieści przetłumaczyłam i skądinąd wiem, że napisanie dobrych scen dotyczących seksu, czy nawet „zaledwie” erotyzmu, to sztuka nie lada.

Mało kto to potrafi.

W tej książce erotyzm i autoerotyzm grają dużą rolę i nie powiem, jest to ciekawe i bezpruderyjne, na dodatek ukazuje seks i potrzeby seksualne od strony kobiety, która nie tylko się tego nie wstydzi, ale i mówi o tym bez najmniejszego zażenowania. Novum? Raczej tak. Dotychczas te tematy poruszali zazwyczaj tylko męscy bohaterowie literaccy.

Erotyzm w tej powieści to nie kwiatki i bzy, (pszczółki odpadają), to opisy dorosłego seksu w dorosłym wydaniu i tu następuje problem.

W języku polskim rzeczywiście trudno o nazewnictwo erotyczne. Polskie nazwy organów rozrodczych zarówno męskich jak i żeńskich są albo medyczne, albo wulgarne – pomiędzy jest praktycznie pustynia, dlatego takie książki wymagają ogromnej wiedzy językowej… i... no cóż, „bóbr” (domyślcie się o jaką część ciała tu chodzi)jest w książce mocno obecny, nie wiem, czy nie za bardzo. Mimo , iż polszczyzna jest w tym zakresie uboga, można jednak w niej znaleźć kilka innych określeń równoznacznych i wcale nie gorszych.

Ogólnie rzecz biorąc, choć nie wiem, czy winić tłumacza czy redakcję, w książce jest wiele błędów językowych i to takich, które przy starannym przejrzeniu dałoby się wyłapać. Erotyzm erotyzmem, ale nawet o seksie można pisać poprawną polszczyzną.

Nie jest to książka dla grzecznych panienek, dla niewinnych „duszyczek” też raczej nie, ale nie jest to też „koniec świata, ruja i poróbstwo” . To książka dla dorosłych kobiet, które wiedzą o co chodzi i nie wstydzą się o tym czytać.

Zauważcie, że dotychczas nic nie wspomniałam o tym, że książka jest romansem, a nawet „gorącym romansem” - rzeczywiście „gorąca” jest, a romans to ledwie pretekst. 

Owszem są sportowcy „umięśnione tyłki”, NFL, wielki świat, ale i tak wszystko kończy się na „bobrze”, choć nie wiem, czy stara dobra „cipka” nie byłaby czasami lepsza. Owszem i ona się pojawia, ale…

Seks to seks, nie ma co dorabiać do niego specjalnej filozofii.
Po prostu przeczytajcie sami.