sobota, 25 listopada 2017

O pisarzach pod jemiołą

 Richard Paul
EVANS

"Hotel pod Jemiołą"

wydawnictwo
Znak Literanova




„Hotel pod jemiołą” to jedna z tych lekkich, sympatycznych książek, które można czytać o każdej porze dnia i nocy, nadaje się dla każdego i zachwyca czytelników choć nie wszyscy się do tego przyznają. Lekkie książki mają i zwolenników i przeciwników, często klasyfikowane są jako kobiece czytadła i jak wielu twierdzi nie ma w nich nic poza miłością, a przecież nawet uczucia można opisać w sposób ciekawy i nieszablonowy.

Richard Paul Evans jest amerykańskim pisarzem, a jego jedenaście powieści zostało uznanych za bestsellery. Pisze w taki sposób, że wiele czytelniczek przez dłuższy czas wierzyło, iż jest on kobietą piszącą pod męskim pseudonimem.

Jako pisarz przeszedł drogę jaką przechodzi wielu autorów. Ponieważ nikt nie chciał wydać jego pierwszej powieści – wydał ją sam. Dopiero po jakimś czasie stał się bardzo poczytnym i tym samym bardzo sławnym autorem.
„Hotel pod Jemiołą” to opowieść bożonarodzeniowa. Jak wiele tego typu powieści ma sympatyczne przesłanie. Pokazuje, że jeżeli nie tracimy wiary, wszystko jeszcze może się udać, a pozytywne myślenie naprawdę potrafi zdziałać cuda.
Kim Rossi przeszła w życiu wiele. Zakończona samobójstwem depresja matki, nieudane związki, życie małżeńskie którego nikt by nie życzył nawet wrogowi...
Kim ma marzenie, ale i ono jakoś nie chce się spełnić. Książka, którą Kim napisała nie podoba się wydawcom. Co w takim razie?
Dziewczyna postanawiania wziąć udział w warsztatach dla początkujących pisarzy, za które płaci jej ojciec.

Przyznam, że to w jaki sposób pisarz pokazuje środowisko, układy i niepowodzenia przyszłych pisarzy naprawdę mi się spodobało. Widać, że wie o czym mówi, a swoje doświadczenia opisuje z humorem i duża dozą sarkazmu. Tę część poleciłabym wszystkim przyszłym pisarzom, bo rozwiewa wiele nie tylko amerykańskich mitów i dale sporo nadziei.

Napisałam „tę część”, ale przeczytanie całej tej opowieści z pewnością nikomu by nie zaszkodziło.
Mimo iż jest to typowa literatura kobieca, to jednak jest w tej książce wiele poważnych tematów i życiowych problemów opisanych wcale nie po łebkach, jak choćby sprawa wojny, śmierci, litości czy depresji matki, o której Kim mówi tak: „ Kilku powiedziało jej, aby ‘wzięła się w garść’, co równało się powiedzeniu pacjentowi w ostatnim stadium raka, że mu przejdzie. No i były jeszcze nieznośne znajome, które wygadywały głupoty w stylu: „Ja też kiedyś miałam depresję. I poszłam na spacer” albo „Masz tyle rzeczy za które powinnaś być wdzięczna. Jak możesz być przygnębiona?” po czym odchodziły z uśmiechem samozadowolenia, jakby właśnie zrobiły dobry uczynek dla społeczeństwa” [*]
Tak jak oczywiście należy się spodziewać Kim Rossi spotka na swojej drodze miłość, ale... Nie będzie to takie łatwe jakby się mogło wydawać. Jej doświadczenia życiowe sprawią, że nie będzie umiała poradzić sobie z tym co się zdarzy, a zdarzy się wiele. Nie będą to szalone zwroty akcji, raczej zwyczajne życie, które niejednokrotnie rzuca ludziom kłody pod nogi, ale...

Nie jest to literatura skrajnie wymagająca czy twórcza, ale jest to dobra, lekka opowieść, jedna z tych, które czyta się z przyjemnością po to, aby się trochę oderwać od codziennych problemów i porządnie odstresować.
Dobra, lekka, przyjemna i niegłupia. Polecam.










* R.P. Evans, „Hotel pod jemiołą”, wyd. Znak, 2017, s.14

piątek, 17 listopada 2017

Przebudzenie...

 Janusz Leon Wiśniewski
Wszystkie moje kobiety
ZNAK



Janusz Leon Wiśniewski to naukowiec i specjalista w wielu dziedzinach, i to wcale wcale nie humanistycznych. Jest magistrem fizyki, magistrem ekonomii, doktorem informatyki i doktorem habilitowanym chemii. Robi wrażenie, jakby tego było mało ten człowiek, z umysłem ( jestem prawie pewna) napakowanym liczbami, o jakich się nie śniło filozofom, pisarzom, a mnie przede wszystkim, pisze powieści. I to powieści niebanalne, których tłumaczenia ukazały się w 18 krajach. Czyż to nie fascynujące?
I do tego będąc niezaprzeczalnie mężczyzną ( do czego sam się przyznaje) pisze powieści dla kobiet i to takie powieści, które kobiety czytają, ba nawet kochają.

Co w tym niespotykanego? Chyba to, że J.L. Wiśniewski łamie stereotyp. Choćby ten typowo maskulinistyczny, który mówi, że mężczyzna powinien pisać o samochodach, pościgach, morderstwach, albo gwałtach, a jeżeli jest informatykiem, to o tym samym z dodatkiem odrobiny „Matrixa”, albo choć w stylu starej dobrej SF.

 

Książki Wiśniewskiego to powieści obyczajowe. Dzięki Bogu nie „typowe”. To dobre powieści, inteligentne, pełne ciekawych odniesień, interesujące i nie sprowadzające kobiety do „kłębka nerwów”, PSM i oczu wypłakanych podczas czytania romansu i to już powinno zachęcić do czytania najnowszej jego powieści, ale... Powiem więcej.

„Wszystkie moje kobiety” to powieść szczególna gdyż jej akcja pozornie nie istnieje. Jest wpleciona we wspomnienia, w rozmowy, w rozważania, ale nie istnieje w czasie rzeczywistym. Prawie,. W czasie rzeczywistym, przebudzony po kilku miesiącach śpiączki mężczyzna zaczyna odkrywać siebie na nowo. Odkrywa siebie w sferze bardzo fizycznej, bo będąc w śpiączce stracił wiele ze swoich umiejętności i możliwości jak choćby możliwość samodzielnego poruszania się ( oczywiście chwilowo).

Zaczyna więc myśleć o kobietach, które poznał, porzucił, pokochał... nie koniecznie w takiej konfiguracji oczywiście.
Myśli o byłej żonie, o córce, o tych wszystkich, które go kochały i które on kochał, ale nie do końca, nie do ostateczności. Myśląc o nich jest w stanie wejrzeć w siebie.
To co zachwyciło mnie w tej powieści to to, że jest napisana w sposób po prostu inteligenty, z szacunkiem dla wiedzy i aspiracji czytelnika, bez taniego grania na strunach emocji, choć emocje też się znajdą. Nie trzeba ton chusteczek higienicznych, to powieść raczej dla kobiet, ale mężczyzna też może ją przeczytać bez uszczerbku na zdrowiu. Powieść spokojna, bez fajerwerków i szaleństwa, napisana rozsądnie, realistyczna pokazująca życie takie jakim jest, nie podkolorowując go ani tęcza ani nie ukazując w czarnych barwach.
Ze względu na konstrukcję powieści i ze względu na sposób w jaki jest napisana nie można powiedzieć o niej za dużo, aby po prostu zbyt wiele nie zdradzić, ale miłośnicy, a w szczególności miłośniczki, dobrych powieści obyczajowych będą z pewnością zachwyceni.
Mimo, że ja sama powieści obyczajowych czytam mało, albo nawet bardzo mało i J.L Wiśniewskiego raczej omijałam to przyznam, że jestem pozytywnie zaskoczona jego pisaniem i samą powieścią. To jest naprawdę warte przeczytania.

czwartek, 16 listopada 2017

Ogrom czystej, porażającej grozy.

Magdalena Kałużyńska

ALVETHOR
Białe Miejsce

wydawnictwo
Oficynka

 

Kiedy przeczytałam Alvethor „Białe miejsce” natychmiast zrozumiałam jaką krzywdę zrobiłam opowieści zaczynając czytanie od drugiego tomu, który nota bene był po prostu genialny, ale przecież jeszcze by zyskał, gdybym zachowała odpowiednia kolejność czytania. Inna sprawa, że jeżeli drugi tom obronił się bez pierwszego, mocno z nim związanego i wiele wyjaśniającego, to sam w sobie musi być majstersztykiem. Ciekawa jestem jakie wrażenie, a właściwie o ile lepsze i większe wrażenie wywrze na mnie teraz, kiedy przeczytam go jeszcze raz i będę mogła połączyć obie opowieści w całość.

To co uderzyło mnie w tej powieści, a mówię teraz o pierwszej części, czyli o książce „Alvethor. Białe miejsce” to niezwykłe podejście do wiedzy i poznania. Do tego co jest granicą wiedzy i jakie są granice poznania. Autorka zresztą sama się do tego odnosi i w pewnym cytacie zamieszczonym na pierwszej stronie ksiązki: „To co człowiek widzi, zależy zarówno od tego, na co patrzy, jak i od tego co nauczył się dostrzegać w swoim dotychczasowym doświadczeniu”. T.S Khun „Struktura rewolucji naukowych”

Nasza zdolność do pojmowania świata jest ograniczona.
Człowiek jest w stanie pojąć tylko to co już zna. Niestety tak to działa. Przez porównanie, analogię, przez jakieś przyporządkowanie... Tak i tylko tak. Jeżeli stajemy przed czymś całkowicie nieznanym, czymś bez żadnych odniesień - stajemy wobec tajemnicy. Wobec czegoś tak skrajnie odmiennego, że nie jesteśmy w stanie nie tylko tego pojąć, czy nazwać, ale czasem i zauważyć.
Ta książka to horror opowiadający o czystej grozie. Nie ma w nim duchów, zjaw, psychopatów, ludzi znęcających się nad innymi ludźmi jest tylko czysta, krwawa, potężna groza i groza ta zasadza się na czymś zupełnie normalnym, a nawet realnym. Na bardzo prostej zależności znanej każdemu. Żeby żyć musimy jeść. Inne gatunki też muszą, to oczywiste, człowiek jako jednostka bywał czasami pożywieniem, jako gatunek jeszcze nie, ale coś się zmieniło i nastał właśnie taki moment.
Już nie jesteśmy na szczycie łańcucha pokarmowego. 

Lubicie skrzydełka z kurczaka? Uwielbiacie żabie udka? Kochacie wieprzowe nóżki? No cóż, im, tym istotom, które zaczynają atakować świat, a właściwie „białe miejsce” czyli nasz wszechświat, smakują nasze głowy. Odgryzają je i idą szukać następnych. Głód to głód, a pożywienie to po prostu pożywienie. Czy istnieje jakaś różnica? Może tylko taka, że to dotyczy właśnie nas, a nie innych istot żywych.

Jest ktoś, może coś, co może obronić „białe miejsce”, ale w tym celu musi zwerbować pewną grupę rekrutów, oczywiście upraszczam.
Książka pisana tak jakby „na zakładkę” nie jest to żaden profesjonalny termin literacki, po prostu ja tak nazywam ten sposób pisania. Każda scena widziana jest jakby dwukrotnie, raz oczami osób trzecich, raz oczami głównych bohaterów, niejako „raz z wierzchu i drugi raz od środka”, co pozwala dokładniej zrozumieć co się dzieje i jak się dzieje.
To co widzimy to początek katastrofy, której istoty nie da się tak po prostu zrozumieć.

To powieść dla miłośników dobrego, krwistego, makabrycznego horroru, to ogrom, czystej porażającej grozy, całe mnóstwo krwi, kałuże cuchnącej mazi, która posiada DNA ( i to niejedno) - „Białe miejsce” to horror oparty na wielopiętrowej tajemnicy. Coś się dzieje. W pewnym sensie wiemy co, ale to nie jest rozwiązanie. To czego się dowiadujemy stanowi jedynie czubek góry lodowej, którą autorka zatopiła w oceanie krwi.
Pośród tego bohaterowie literaccy, ale i rzeczywiści, żywi, ale odrobinę chyba martwi, zwyczajni, ale przerażający. Ludzcy, ale też nie zawsze i nie do końca...

Czy można ich polubić? Nigdy nie zastanawiałam się nad możliwością polubienia fryzjera, który morduje nożyczkami przechodniów, czy kobiety z dziurą w głowie, ale wierzcie mi, to jest możliwe. 

 

Genialnie logiczny, świetnie napisany, krwawy horror. Mało kto potrafi zachować taką konsekwencję językową i fabularną. Powieść po prostu niesamowita, pełna aluzji do popkultury.

Dla mnie wręcz genialna!

piątek, 10 listopada 2017

Zabrania się...


Zabrania się miłosnych ekscesów na progu stancji 

Autor:  SANCHEZ MAMEN


 MEDIA RODZINA

Zabranie się miłosnych ekscesów na progu stancji. No tak, zabrania się nie tylko tego, zabrania się wielu rzeczy, ale każdy kto prowadzi stancję wie, że lepiej zabronić, niż potem mieć kłopoty, inna sprawa, że samo zabranianie nie zawsze pomaga.
Około czterdziestoletnia kobieta w schemacie... Tak bym mogła zacząć, bo schemat tu jest. Ona nie najmłodsza, bezdzietna, zdradzana przez męża, rozwód i domek dziadków. Takich historii jest w literaturze kobiecej całkiem sporo. Książę też jest, choć nie jest księciem, ale mężczyzną po przejściach, a właściwie po dramatycznym wypadku.... I co?
I nic, szablon może i jest, ale w ramach tego szablonu - wzorca, i mimo tego, że istnieje, opowieść jest zupełnie inna, jakby sam ten wzorzec był lekkim przymrużeniem oka, zabawą z czytelnikiem, bo schemat nie zawsze jest czymś złym.
Cecylia Dueńas wyprowadza się domu, w którym mieszkała z mężem do domu zmarłych, jakiś czas temu, ukochanych dziadków. Postanawia otworzyć stancję dla grzecznych panienek bo z czegoś musi żyć, ale żeby to zrobić musi przeprowadzić remont domu.
Pojawia się nielegalny imigrant czarnoskóry Justice ( jakie ciekawe i wiele znaczące w tej opowieści imię), są dziewczyny, z pozoru wszystkie grzeczne i ułożone, a „pod spodem” każda inna. I medalion zamurowany w ścianie łazienki.
Co w tej książce jest niezwykłego? Pozornie to typowy romans obyczajowy podobny do wielu, oparty na często spotykanych schematach fabularnych. Pozornie, ale nie dajmy się tym pozorom zwieść.
Nie będę udowadniać, że to wielka filozofia przebrana za bajkę. Oczywiście, że nie, ale to świetna opowieść poruszająca całkiem poważne tematy. Owszem porusza je lekkim tonem, ale nie zamiata ich pod dywan, jak to bywa w romansach, gdzie książę z bajki nie może być bezrobotnym, czarnym, nielegalnym imigrantem, a księżniczka panią do towarzystwa ( oczywiście upraszczam)
W tej książce kobiety są różne i mają różne charaktery. To nie zbiór „pięknych kopciuszków” i „złych wiedźm”, każda z bohaterek ma przeszłość, jakieś własne życie i co jakiś życiowy dramat - nie jakiś łzawy „o Boże, on mnie zostawił”, ale problemy prawdziwe, takie, które niejednej kobiecie także i w realnym świecie rujnują życie. Każda z kobiet ma też swoją rolę i swoje znaczenie.
Mężczyźni są tu mniej ważni, co znamienne, bo autorką jest kobieta z kraju mocno naznaczonego wszechobecnym obrazem „macho” i totalnego kultu męskości, czyli z Hiszpanii. Są, żyją, kochają, ale nie grają w opowieści pierwszych skrzypiec.
Jest w powieści też trochę sensacji i tajemnicy i to ładnie podkreśla całą sytuację, w której znalazła się główna bohaterka, bo czy w zwyczajnym życiu nie ma tajemnic? Oczywiście, że są, tylko nie zawsze wychodzą na jaw.
I są tu poważne tematy, bo w tej powieści pod pozorem lekkiego czytadełka dostajemy wiele prawdy o życiu, możliwościach i marzeniach i ta prawda jest bardzo gorzka. Miłość nie zawsze jest łatwa, macierzyństwo nie każdemu dane, rodzice potrafią ranić. Nie ten jest dobrym człowiekiem kto wygląda na dobrego, a ten kto chce i umie pomóc.
Tytuły rozdziałów to kolejne zakazy, czyli to czego się zabrania, ale zakazy sobie, a życie sobie.
Zabrania się zamartwiać? Jasne... tylko jak? „Zabrania się uderzać w czułe punkty” łatwo powiedzieć, „Zabrania się wściubiać nos w nieswoje sprawy”, a to takie fascynujące...
Dodatkowo jest jeszcze Azucena i historia jej tułaczki... Tułaczki, która wpisuje się bardzo mocno w to co teraz przeżywa wiele z nas, wiele kobiet pracujących u starszych zamożnych Niemców i usiłujących wiązać koniec z końcem, ale nie obawiajcie się, Azucena nie ma w sobie za grosz goryczy czy zgryźliwości, to prawie anioł... Prawie.
Wspaniałe, budujące opowieści o dziadkach. Nie, zdecydowanie to nie jest byle jakie czytadło, to umiejętnie wpleciona w powieść obyczajową opowieść o życiu, trudnym smutnym i czasami okrutnym, które... bywa wspaniałe, cudowne i daje nam wszystko to czego możemy sobie zamarzyć, nie zawsze, ale warto czekać.

niedziela, 29 października 2017

Tajemnice też zabijają

Krzysztof Beśka

ORNAT z KRWI

Wydawnictwo OFICYNKA






„Ornat we krwi” to pierwszy tom trylogii Krzysztofa Beśki opisującej przygody dziennikarza Tomasza Horna. Tak się złożyło, że przeczytałam wszystkie trzy tomy, ale w odwrotnej kolejności. To znaczy zaczęłam od „Konstelacji zbrodni”. Poprawiłam „Kryptą Hindenburga”, a na deser zafundowałam sobie „Ornat we krwi” i to co powiem może zaskoczyć, ale wszystkie te powieści są napisane w taki sposób, że można je czytać w dowolnej kolejności i tak wszystkie są doskonałe. Jest to oczywiście specyficzny gatunek, to kryminał sesnasyjno-przygodowy z historią jako głównym elementem napędzającym akcję, będącym zarówno czymś w rodzaju pretekstu jak i ostatecznego wyjaśnienia.

Historia u Beśki jest żywa, prawdziwa, nieco może ubarwiona, ale nie przeinaczona. W „Ornacie” mamy ciekawe odniesienia do Kopernika (nie, nie do Mikołaja tym razem) i do świętego Wojciecha i to dość niezwykłe, oraz opowieść o grupie kleryków z seminarium w Pelplinie.

Już sam tytuł sugeruje iż powieść będzie miała jakiś związek z kościołem, wiarą i sprawami jakie czasami zostają zamknięte na tajemnicę spowiedzi i klasztorne mury, ale nie spodziewajcie się prostych rozwiązań.

Są jak to u Beśki (co teraz, po przeczytaniu trzech tomów mogę już powiedzieć) archeolodzy ( i ci uczciwi i ci mniej uczciwi) szukający grobu świętej, czy według innych tylko błogosławionej stygmatyczki Doroty z Mątowów, która najpierw wyszła za mąż i miała dziewięcioro dzieci, a potem została ostatnią zamurowaną w klasztornej celi mistyczką. Ciekawe prawda?. Jednak to nie wszystko, bo poszukiwania grobu świętej sprawiają, że archeolodzy wplątują się w coś o wiele gorszego.
Dziennikarz i pani archeolog muszą stawić czoła komuś, kto zabija jednego po drugim starszych księży i zostawia dziwne znaki, na dodatek szuka czegoś co mogłoby prawdopodobnie zainteresować też archeologów. Tylko nikt nie wie czego należy szukać i czy wszyscy szukają tego samego. Giną nie tylko księża.
W tej powieści nic nie jest oczywiste.
Wszystko tu jest zagmatwane i dziwnie mistyczne, a równocześnie logiczne i doskonale wyjaśnione.
Jest tu też coś więcej, coś, co bardzo przypomina atmosferę „Bastionu” Kinga, ale nie chodzi o masowe wymieranie ludzkiej populacji, jest coś, co przypomina też historię Dawida Koresha, jeżeli wiecie kto to jest to od razu skojarzycie o co chodzi, inna sprawa, że czytelnicy bardzo często porównują książki Beśki do opowieści o „panu Samochodziku”, albo do powieści Dana Browna. 

Co do „Samochodzika” to jednak się nie zgodzę, owszem, jest przygoda, jest historia, ale jest też sporo krwi i martwych ciał. Beśka pisze zdecydowanie dla doroślejszych czytelników. Inna sprawa jest z porównaniem do Dana Browna - nie czytałam jego książek więc nie powiem, czy porównanie to jest trafne, czy nie, ale z pewnością jest to wielka pochwała, a nie przygana.

Patrząc na popularność tego ostatniego i ilość sprzedanych książek oraz tłumaczenia na wiele języków, należałoby tego samego życzyć Krzysztofowi Beśce bo naprawdę na to zasługuje, nietety zajmuje się historią, która poza Polakami i może jeszcze Niemcami nikogo na świecie nie interesuje, a przecież szkoda.

piątek, 27 października 2017

Tannenberg-Denkmal - historia, która fascynuje

Krzysztof Beśka

KRYPTA HINDENBURGA

Wydawnictwo OFICYNKA


Urodziłam się i mieszkam w miejscu gdzie historia ma dwa oblicza, mówi dwoma językami i nie zawsze jest łatwa. Dolny Śląsk, o którym mówię, tak samo jak Prusy, a przynajmniej ta ich część, która teraz należy do Polski to właśnie takie dwoiste historycznie miejsca wywołujące wiele emocji w obu narodach, w tych, którzy mieszkali tu kiedyś i w tych, którzy żyją tu teraz, dość wspomnieć Erikę Steinbach i Związek Wypędzonych, rodzące się konflikty, wciąż coraz silniejsze nacjonalistyczne zapędy i to co w sercach u umysłach pozostawiały dwie wojny światowe.
Na takich właśnie sprawach Krzysztof Beśka oparł swoją książkę „Krypta Hindenurga”. Tytułowe mauzoleum – grobowiec Paula von Hindenburga ( Tannenberg-Denkmal ) - umiejscowione w okolicach Olsztynka nie dotrwało do naszych czasów, a mimo to na jego historii i legendzie z nim związanej autor oparł swoją niesamowitą powieść sensacyjną łączącą historię z teraźniejszością w sposób naprawdę fascynujący.
Główny bohater redaktor Tomasz Horn zostaje wplątany w niebezpieczną, międzynarodową intrygę związaną z zabójstwem ukraińskiej prostytutki, zabójstwem starszego mężczyzny, emeryta z z niemieckiej wycieczki i z dziwnym zaginięciem lwa, kamiennego lwa dłuta Pietrobellego.
Ponieważ w zabójstwo prostytutki jest zamieszany szkolny kolega redaktora, a obecnie europoseł sprzeciwiający się restytucji mienia byłym niemieckim właścicielom Horn, wierząc w niewinność przyjaciela postanawia pomóc mu się oczyścić z zarzutów i tym samym coraz bardziej wikła się w dziwne wydarzenia, które towarzyszą całej sprawie.
Wszystkie te wydarzenia maja jakiś związek z mauzoleum i z tym co kiedyś w nim było. Nie chodzi tu oczywiście o zwłoki, które Niemcy zabrali wycofując się w 1945 roku, ale o coś o wiele bardziej wartościowego.
Niemiecka policjantka Joana Klose, pani archeolog Ewa Rimmel, oraz były komandos starają mu się pomóc, ale sprawę komplikuje całkowity brak punktu zaczepienia.
Ginę ludzie, europoseł wikła się coraz bardziej, a to uwikłanie jest bardzo podejrzane - historia zaczyna ponownie komplikować losy mieszkańców tego kawałka ziemi.

Fascynująca warstwa historyczna nawet pozbawiona sensacji sama w sobie jest idealnym materiałem na powieść, wiedza autora sprawia, że czytelnik śledzi każde zdanie z zapartym tchem. Jeżeli dodamy do tego warstwę sensacyjną, okraszoną świetnymi postaciami i niebanalną zagadką, to mamy powieść, która naprawdę zachwyca.

Wielu autorów piszących tego typu powieści traktuje historię jako „ozdobę”, wymyślając zdarzenia, zmieniając (nawet podstawowe) fakty, po macoszemu traktując dokumenty, Beśka historię traktuje z szacunkiem i chyba nawet swego rodzaju „miłością” co ogromnie ponosi wartość powieści sprawiając, że jest nie tylko ciekawym „czytadłem”, ale też zostawia w człowieku głód wiedzy i ochotę na pogłębienie tematu we własnym zakresie. Oczywiście ta książka dokumentem nie jest, ale przytacza całe mnóstwo informacji, które wzbogacają naszą, często marną, wiedzę historyczną.

Czy to wszystkie atuty? Powiedziałabym, że nie. Jest jeszcze cała otoczka obyczajowa, dawkowana delikatnie, powoli i z umiarem i niesamowita przygoda. Jest to przygoda dla czytelnika dorosłego, ale za to świetnie napisana i świetnie poprowadzona. 
Nie znajdziemy niepotrzebnych wątków, byle jakich przemyśleń pseudofilozoficznych czy moralizatorstw. Ja czytając bawiłam się świetnie, a że historię kocham, miałam podwójną frajdę, ale nie obawiajcie się, nawet jeżeli historia nie była waszym ulubionym przedmiotem w szkole i nie bardzo ją lubicie. Historia w wydaniu Krzysztofa Beśki niewiele ma wspólnego z nudnymi lekcjami. On historię przedstawia tak, że każdy chce więcej! Uwierzcie mi, to warto przeczytać.

Okruchy życia

Aktorki. Odkrycia

Wydawnictwo: Znak





Aktorki to książka w pewnym sensie dokumentalna choć i poetycka zarazem. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak dokument poetycki, ( nie wiem zresztą po co miałby istnieć, w jakim celu miałby być stworzony), ale jednak to co się liczy to przede wszystkim tekst i to w jaki sposób został napisany. Wiedzę, tę podstawową, o aktorkach, którym poświęcona została ta publikacja moglibyśmy zdobyć na Wikipedii, jakieś dodatkowe informacje gdzieś w sieci, a przecież nie o to chodzi. Ta książka to bardzo osobiste rozmowy z kobietami z pierwszych stron gazet przeprowadzone w sposób po prostu przepiękny.
Tytułowe aktorki, ale też i odkrycia to Błęcka-Kolska, Bohosiewicz, Budnik, Dancewicz, Gniewkowska, Grabowska, Gruszka, Hajewska-Krzysztofik, Kolak, Kulig, Kożuchowska, Kulesza, Kuna, Muskała, Nieradkiewicz, Ostaszewska, Preis, Trzepiecińska kobiety piękne, uzdolnione, wyraziste, niezwykłe ale i silne.
Autor nie pisze ich dokładnych biografii, ale sprawia, że opowiadają o istotnych ważnych, ważkich a czasami trudnych momentach życia i kariery.
Zawód aktora postrzegany jest trochę inaczej niż inne zawody, nawet te związane z mediami. Tu i szczęście jest potrzebne i talent i samozaparcie, a czas trochę czasami krzyżuje aktorskie plany. Dodatkowo rola roli nierówna.
Rozmowy przeprowadzone przez autora w niczym nie przypominają wywiadów, które często pojawiają się w kobiecych pismach, nie ma tu szukania taniej sensacji, czy w ogóle sensacji, to raczej opowieść o czasie spędzonym na scenie, o mentorach, wielkich wyzwaniach, o życiu pomiędzy rolami trochę też, ale przede wszystkim o pasji, trwaniu i przemijaniu.
Poza warstwą oczywiście najważniejszą, czyli postaciami aktorek dostajemy też przepięknie napisane, inteligentnie przeprowadzone, pewne swoistej poezji opowieści, trochę może zwierzenia. Literacko dopracowane teksty, wspomnienia i rozważania o naturze zawodu, talentu i życia. Cudne.