poniedziałek, 9 października 2017

Uśmiechnieta i przekorna... fizyka!

 Martin Durrani, Liz Kalaugher

KUDŁATA NAUKA. Mądrość w świecie zwierząT

Wydawnictwo ZNAK



Martin Durrani to urodzony w Kanadzie, a wychowany w Birmingham dziennikarz z zawodu fizyk, zdolny do przedstawiania trudnych zagadnień w przystępny dla laika sposób. Liz Kalaugher to także dziennikarka zajmująca się sprawami nauki. Taki duet mógł stworzyć albo mocno naukowe i niezrozumiałe dla przeciętnego czytelnika dzieło, albo coś fascynującego i wciągającego.
„Kudłata nauka. Mądrość w świecie zwierząt” to książka popularnonaukowa z zakresu fizyki, biologii, chemii i ogólnie wszystkiego co w jakimś stopniu dotyczy zwierzęcych zachowań związanych z tymi dziedzinami. 

Może sie komuś wydawać, że co jak co, to jednak fizyka nie może mieć wiele wspólnego z krewetka, psem, czy japońskim szerszeniem. A jednak...

Wszystkie te zwierzęta, i wiele innych oczywiście wykorzystują do swoich potrzeb zasady tej nauki, nieświadomie to fakt, ale bardzo skutecznie. Czasami zwierzęta idą w tym dalej niż kiedykolwiek zaszedł człowiek.
Jak to możliwe? No cóż, natura jest bardzo zmyślna, potrafi obdarzyć swoje stworzenia wieloma przydatnymi umiejętnościami nawet jeżeli one same nie zdają sobie z nich sprawy.
Każdy może jednak pomyśleć, że jeżeli chodzi o fizykę, wszystkie te jej prawa, zasady i problemy, newtony, jule, ampery i inne „koszmarki” to książka musi być trudna, nie ma innego wyjścia, a jednak, autorzy jakoś to wyjście znaleźli... Oczywiście samej fizyki ułatwić się nie da, to byłoby karkołomne zadanie, ale przecież można ją „oswoić” co sprawi, że nawet ludzie tej nauki unikający jak ognia zaczną się jej przyglądać z zaciekawieniem.

Zresztą wiele jest takich osób, które lekcje fizyki wspominają bardzo źle, z różnych względów, ale samą fizyką się interesują, bo najzwyczajniej interesują się światem, a fizyka stanowi istotną tego świata część.

Sławne już, choć trochę „niesławne” stwierdzenie, dotyczące wielu szkolnych przedmiotów w tym też fizyki, czy chemii, a zawierające się w stwierdzeniu „Po co mi to? Przecież w życiu mi się to nie przyda” zostało w tej książce obalone po stokroć, bo autorzy pokazali na dziesiątkach ( o ile nie setkach przykładów), że fizyka nie tylko przydaje się w życiu, ale jest ważną jego częścią.
Zabrali się do tego w niespotykany sposób. Opisując pozornie zwyczajne zachowania zwierząt, a czasem ich niespotykane zwyczaje i niesamowite „możliwości” potrafili zainteresować tematem, ba, zainteresować to mało powiedziane, potrafili zafascynować. Ja książkę czytałam z prawdziwą przyjemnością i zachwytem.

Czy można czytać z zachwytem książkę popularnonaukową i to dotyczącą takiej tematyki? Można, choć przyznam, że napisanie takiej książki to, z pewnością, skrajnie trudna sprawa. Szkoda, że więcej takich nie ma, bo wtedy można by zdjąć odium nudy z wszystkich tych trudnych dziedzin i nielubianych przedmiotów szkolnych.

 

Nie jest to książka dla dzieci, a raczej dla młodzieży licealnej i ludzi dorosłych posiadających jakieś zręby wiedzy ogólnej i dużą ciekawość świata.
Opisuje ciekawe doświadczenia przeprowadzone na zwierzętach ( bezkrwawe – zaznaczam, takie też się przeprowadza).
Z książki podzielonej na rudziały o tytułach: CIEPŁO, SIŁY, PŁYNY, DŹWIĘK i MAGNETYZM, ŚWIATŁO oraz WSZECHŚWIAT I CAŁA RESZTA dowiemy się na przykład w jaki sposób pije kot, dlaczego pies otrząsa się z wody i jak to robi, dlaczego niektóre węże czasowo zmieniają płeć, jak komary radzą sobie z deszczem i że szerszenie mogą opanować mechanikę kwantową ( zazdroszczę tym szerszeniom, ja bym nie mogła).

Na dodatek książka jest napisana z humorem, pełna żartów i zabawnych, ale celnych spostrzeżeń. Po prostu świetna, jedna z tych, które najpierw czyta się jednym tchem, a potem po raz kolejny powoli i dokładnie z namysłem i rozmysłem, aby jak najwięcej się dowiedzieć i skorzystać.
Powinna znaleźć się w każdej szkolnej bibliotece, w rękach każdego licealisty i w domach wszystkich ludzi ciekawych świata. Szczerze polecam.

środa, 4 października 2017

Zła cisza



Jest życie po końcu świata

Joanna Kos-Krauze

Aleksandra Pawlicka

Wydawnictwo: Znak Literanova




Jest życie po końcu świata” to rozmowa, reportaż i wywiad w jednym. To trzy warstwy bardzo osobistej narracji dotyczącej traumy, ale nie w sensie faktu, a tak jakby tego co następuje „po fakcie” czyli przetrwania. Jest to rozmowa o Rwandzie, a o Rwandzie nie da się inaczej rozmawiać jak w kontekście ludobójstwa, jest to też rozmowa o śmierci ( i o odchodzeniu – co nie musi być jednoznaczne i w tym przypadku nie jest ) i oczywiście o filmach, jednak w dość zasadniczy sposób mimo tych trzech nurtów-wątków – jest to rozmowa o życiu po tym, co dla człowieka jest końcem jego świata – każdy z nas ma inny. 

Nie można jednak tej książki ograniczać jedynie do samej Rwandy i filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” - który jest oczywistą aluzją do książki Arkadego Fiedlera, ale też faktem, a jeżeli ktoś powie, że ptaki śpiewają wszędzie w tym wypadku może nie mieć racji, bo nie wszędzie i nie zawsze. 

Wiele czytałam o Rwandzie, między innymi „Maria Panna Nilu” Scholastique Mukasonga, czy „Złe wieści, Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie” Anjana Sundarama. Opowieść o ludobójstwie jest za każdym razem taka sama i inna, bo co chwila ma inną twarz, Joanna Kos-Krauze skupia się jednak o wiele bardziej na tym co stało się potem, na odwecie i na konieczności jakiegoś „współtrwania” potem, a to „potem” często miewa oczy szaleńca.
Każdy z filmów o których opowiada jest jakąś opowieścią o tym co „potem”, opowiada o utracie, żałobie i samotności. Każdy film jest osobisty w podtekście, książka zresztą też, bardzo pięknie mówi o życiu, ale nie „tapla” się w prywatności. Jest czytelna i doskonale dyskretna zarazem.
Poruszająca i okrutna, a jednak pokazuje, że można, trzeba, należy... że jest życie po końcu świata. Okrojone, osamotnione, niepełne, ale jednak jest.
Wywiad jest też ostrą krytyką sytego, białego świata, który w instytucjonalnym przebraniu, także religijnym, stosując starą zasadę divide et impera doprowadził do tego co się stało, a potem patrzył i nie reagował.
Innym elementem jest opowieść o zrobionych wspólnie z mężem filmach, o samotności życia reżysera i o prawie wyboru, nawet dotyczącego spraw ostatecznych.
Ciężka, okrutnie piękna książka. Otrząsnąć się z niej nie sposób, ale to dobrze, bo otwiera umysły no to o czym nie chcemy myśleć, a przecież trzeba.
Nie jestem pewna, czy każdy ją zrozumie, to nie jest ten rodzaj celebryckiego wywiadu, do którego przyzwyczaiły nas quasi pudelkowe publikacje. Do tej książki trzeba otwartego umysłu, serca i pewnej wrażliwości.

czwartek, 28 września 2017

Szlak zbrodni


 KRZYSZTOF BEŚKA

KONSTELACJA ZBRODNI

OFICYNKA




Czytanie książek Krzysztofa Beśki zaczęłam niechcący od „Konstelacji zbrodni”, bo zanim stałam się dumną posiadaczką całej trylogii, właśnie tę książkę kiedyś przeczytałam, a teraz ją tylko powtórzyłam i to z niemałą przyjemnością.
Pierwszą moją myślą po jej przeczytaniu było „zakwalifikowanie” jej do gatunku jakiegoś literackiego i tu ze zdumieniem zauważyłam, że do jednego się nie da.
„Konstelacja Zbrodni” jest książką wielowarstwową, wielowątkową i tak skonstruowaną, żeby każdy czytelnik znalazł w niej to czego mu trzeba. Jest to bowiem, oczywiście powieść kryminalna, ale z pewnością też powieść sensacyjna. Jest w niej dużo z powieści przygodowej i to wcale nie dla nastoletniego czytelnika, dorośli też lubią takie powieści. Jest tu także wątek, a nawet można powiedzieć watki historyczne, trochę powieści, hmmm... szpiegowskiej i romansu. No dobrze, romansu nie ma dużo i łzawy nie jest, ale to przecież zaleta. 

W tle „szlak kopernikowski”, czyli miejsca związane z życiem i pracą Mikołaja Kopernika, pokazany w sposób iście spielbergowski i wierzcie mi skojarzenie z Indianą Jonesem nie jest tu wcale nie na miejscu!

W powieści dzieje się wiele, ale wszystko jest tu doskonale ze sobą powiązane. I to jak powiązane? Ktokolwiek potrafi powiązać Mikołaja Kopernika i jego czasy z II Wojną światową, połączyć to logicznie i zasadnie z czasami nam współczesnymi, wpleść w to dzisiejsze problemy i uwarunkowania historyczne, dodać do tego zwykłe ludzkie losy i nie pogubić się w tym, a ponadto sprawić, żeby czytało się to jednym tchem - musi być genialny, ale i mieć ogromną wiedzę.
Nie twierdzę, że w powieści nie ma odrobiny „fantastyki historycznej”, jest, ale nie przeszkadza. Po pierwsze dlatego, że to jest powieść, a nie dokument, po drugie dlatego, że to zachęca do poszukiwań i budzi zaciekawienie czytelnika, zaciekawienie, które trwa jeszcze długo po tym jak przeczyta się ostatnie strony książki.

Tomasz Horn dziennikarz i po trosze ( także i odrobinę z wykształcenia) historyk, człowiek z pasją, ale i ogromnym „zamiłowaniem” do pakowania się w kłopoty dostaje zadanie zrelacjonowania uroczystości związanej z ponownym pochówkiem właśnie odnalezionych szczątków Mikołaja Kopernika. Pozornie prosta sprawa.

Jednak życie Kopernika, jego tajemnice, a nawet narodowość, bo i ona u niektórych budzi pewne „kontrowersje” sprawiają, że ta uroczystość staje się początkiem wielkich zawirowań, niesamowitych poszukiwań i zbrodni... Właśnie. Zbrodni. 

A wszystko to jest powiązane z astronomią... gwiazdami... Tak, tytuł jest dwuznaczny, ale i całkowicie adekwatny i wtedy, kiedy odczytuje się go dosłownie, jak i wówczas kiedy odczytuje się go jako aluzję.
Całość wciąga, bawi, fascynuje. Porywa.

niedziela, 24 września 2017

Elżbieta Rakuszanka - historia inteligentnego Kopciuszka


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 

 
Brzydka królowa. Elżbieta Rakuszanka żona Kazimierza Jagiellończyka

Wydawnictwo: Książnica





Powieść historyczna to gatunek niełatwy bo wciąż musi balansować między dokumentami, a pustką. Miedzy znanymi postaciami i ogromem tych, o których zapomniano, choć w danej chwili mieli jakieś znaczenie może nawet kluczowe. Zresztą zapomniano nie tylko o tym, ale o wszystkim innym, o czym pisząca powieść autorka musi mieć jakieś pojęcie. Co jedli bohaterowie, jak spędzali wolny czas, jak się czuli, co zaprzątało ich myśli... No i oczywiście jak świętowali, jak kochali i jak się bawili.

I tu w sukurs przychodzi „licentia poetica”. Czy zezwala na wszystko? Oczywiście, że nie. W tym momencie bardzo ważne jest by autor nie przesadzał, nie kombinował, nie udziwniał. Czy autorka tej powieść uległa takiej pokusie? Otóż nie.

 

Nie spodziewajcie się więc tu ani „romansu rycerskiego”, ani jakiekolwiek odmiany powieści z gatunku „płaszcza i szpady”, ta powieść istnieje na styku faktu i fikcji, ale z ogromną przewagą faktu, a fikcja wchodzi tylko tam, gdzie jest to konieczne, nie naginając znaczenia wydarzeń historycznych, nie mącąc w ich przyczynach, nie zaburzając ich biegu, dlatego może mniej spodobać się czytelnikowi, który lubi coś co ja na własny użytek nazywam „powieścią kostiumową” czyli powieścią obyczajową przebraną w „kostium” historii, natomiast miłośnicy historii i dobrej książki ( nie żebym miała coś przeciwko powieści „kostiumowej”) nie będą rozczarowani.

Powieść Victorii Gische czyta się bardzo dobrze. Książka wciąga, ciekawi, fascynuje, przybliża nieznane fakty z historii, a wszystko co udało mi się sprawdzić na temat jej bohaterki jest takie jakie powinno być. Zresztą książką ta nie aspiruje do roli dokumentu, więc wizja jaką snuje przed nami autorka jest całkiem zgrabna, trzyma się realiów i jest po prostu ciekawa. 

Nawet bardzo ciekawa. Przyznam, że historię kocham, chętnie i często czytuję biografie, nie mam jakiejś specjalnej wiedzy w tym zakresie, ale wcale to nie jest konieczne w tym przypadku. Powieść tę traktowałam jak właśnie POWIEŚĆ osnutą na materiale historycznym i jako taka sprawdziła się wręcz genialnie. Autorka sama wspomina, że obok postaci rzeczywistych wprowadziła do powieści kilka postaci fikcyjnych, ale zrobiła to tak gładko, że tego po prostu nie widać.

Elżbieta Rakuszanka podobno bardzo brzydka i zdeformowana ( nie wiadomo dokładnie jak wyglądała, zresztą kanony piękna bywają zmienne) potrafiła nie tylko doskonale poradzić sobie w małżeństwie, urodzić trzynaścioro dzieci i zostać matką czterech królów, w tym jednego świętego, potrafiła też wzbudzić szacunek poddanych i wpisać się trwale w wielką politykę swoich czasów. To postać niejednoznaczna, bardzo pobożna i wykształcona, ale też umiejąca walczyć o dobro swoich dzieci. 

Ważną postacią w powieści jest Helena piastunka i powiernica Elżbiety, a wcześniej zaufana jej matki. No i oczywiście król Kazimierz Jagiellończyk i dworskie intrygi począwszy od skandali na dworze Barbary Cylejskiej, babki Elżbiety, a skończywszy na śmierci głównej bohaterki, a w tle? Wojny, w tym i ta z Zakonem Krzyżackim. O fabule nie ma sensu pisać więcej. Powieść jest intrygująca, ma wyraziste, ciekawe tło i dopracowane szczegóły.
Książkę polecam ze względu na to, iż w interesujący sposób przybliża mało znane szerszemu ogółowi wydarzenia historyczne, jest intrygująca i bardzo dobrze napisana. Naprawdę warto po nią sięgnąć.

sobota, 23 września 2017

Białe kłamstwa?

Siracusa

Delia Ephron

Wydawnictwo: W.A.B



Kłamstwo jest konieczne do życia. Wiem, każdy mówi, że brzydzi się kłamstwem, ale czy te wszystkie „ładnie dziś wyglądasz”, „nie martw się, będzie dobrze”, czy „ładna fryzura” to nie są czasami zwykłe kłamstwa? Owszem, mówi się, że to tak zwane „białe kłamstwa” i mają inny, o wiele mniejszy ciężar gatunkowy, że szkodzą mniej, że...
No tak, ale to nadal są kłamstwa. Właściwie tylko dzieci bez pardonu mówią prawdę prosto w oczy, i co? Ktoś je chwali? Ależ skąd! Takie zachowanie powoduje dyskomfort...

A jednak, żeby przetrwać we współczesnym świecie trzeba kłamać i umieć to robić dobrze. Inaczej się nie da. 

 

I właśnie na tym założeniu Delia Ephron, amerykańska pisarka i scenarzystka oparła konstrukcję swojej powieści. Jej książka „Siracusa” to wielogłos składający się z wypowiedzi czwórki głównych bohaterów, a dotyczący tej samej sprawy, tego co, jak i dlaczego wydarzyło się podczas wakacji we Włoszech. Każda z postaci opowiada o tym samym, opisuje to samo wydarzenie, ale też wzbogaca opowieść o własny punkt widzenia i o własne doświadczenie życiowe.
Każdy z bohaterów nieco inaczej interpretuje to co się dzieje, a dzieje się pozornie niewiele, bo ta opowieść jest zanurzona w ludzkich wnętrzach i w ich postrzeganiu świata bardziej niż w rzeczywistości, zresztą co to jest rzeczywistość? Każdy na inną...

I wszyscy kłamią, okłamują wszystkich wokoło, ale i w stosunku do samych siebie nie są całkiem szczerzy. 

Dwa, pozornie zaprzyjaźnione ze sobą małżeństwa postanawiają spędzić kilka dni wspólnych wakacji we Włoszech, początkowo wydaje się to całkiem dobrym pomysłem, ale wkrótce okazuje się zupełną katastrofą. Wszystko rozbija się o drobiazgi, ale te drobiazgi tworzą świat. A właściwie odrębne światy bo każdy żyje w innym. W tle snuje się dziwna dziewczynka, Snow, jeszcze dziecko, ale już nastolatka zredukowana przez matkę, (dla której jest sensem istnienia) do roli marionetki, idealnej kopii rodzicielki. Snow jest bezosobowa, wciąż sterowana, bezwolna, a jednak frapująca.
Poznajemy Michaela pisarza z blokadą twórczą i kochanką, dla której zamierza porzucić żonę Lizzie, która desperacko szuka pracy walczy o niego jak lwica, Taylor, zaborczą matkę i elegantkę z pretensjami oraz jej męża Finna, właściciela knajpy i smakosza lekkoducha. Tylko czy naprawdę ich poznajemy?

Są jakby poskładani z odłamków. Niejednoznaczni, nie do końca zrozumiali, przerysowani i uładzeni zarazem.

 

Ponieważ narracja nie jest trzecioosobowa czytelnik pozbawiony wiedzy narratora gubi się w domysłach. Nie ma w tej powieści ani krzty obiektywizmu, narracja, a właściwie narracje pierwszoosobowe sprawiają, że wszystko, słowa, obrazy, interpretacje są subiektywne i tylko z tych subiektywnych odłamków rzeczywistości dowiadujemy się czegokolwiek, ale nie mamy pojęcia, kto mówi prawdę i jaka jest ta prawda.
Oczywiście szybko orientujemy się, że to co się dzieje doprowadzi do tragedii, tylko, że nie wiemy do jakiej...Rozwiązanie szokuje, ale tyle nie samym faktem ile podejściem ludzi do tego co się stało. Pokazuje małe ludzkie bagienko bez krzty moralności, współczucia i uczciwości.
Książka napisana i skonstruowana w sposób niezwykły. Fascynująca narracja sprawiająca, że opowieść narasta jak śniegowa kula, a śnieg to przecież „Snow”.
Nie wiem czy polubiłam bohaterów, ale nawet tego nie próbowałam, ja chciałam ich przede wszystkim zrozumieć i... nie. Nie ma łatwych odpowiedzi i wyjaśnień pozwalających zrozumieć dlaczego ten zdradza zonę, tamten czuje się jak „pies w klatce”, ktoś daje sobą manipulować, a ktoś inny...
Ta opowieść jest jak życie, tyle wiemy ile powiedzą nam bohaterowie, ale czy powiedzą nam wszystko?
Dla mnie fascynująca.
Skuście się!

poniedziałek, 11 września 2017

Diabeł osobisty, wróg ukochany.

JACEK PIEKIEŁKO

Ciemne siły

VIDEOGRAF



Tę książkę ktoś powinien jak najszybciej sfilmować, a sfilmowanie jej wcale nie byłoby takie trudne - mimo gatunku i tematu nie wymagałoby ogromu efektów specjalnych bo groza tej powieści, choć potworna jest „z tego świata”.

Tworzenie horroru to kreowanie jakiejś konkretnej rzeczywistości, codzienności, która mniej lub bardziej odnosi się do naszego zwykłego świata i praw nim rządzących, ale dodaje do niej elementy, które w sposób oczywisty do tej rzeczywistości nie przystają.

W tej powieści świat jest realistyczny, prawie całkowicie „normalny”, ale w niektórych momentach mocno oniryczny i nasycony niesamowitością.
Autor do budowy fabuły wykorzystał trzy elementy. Pierwszym z tych elementów jest sekta Chłystów istniejąca od siedemnastego wieku i propagująca poglądy podobne do wczesnochrześcijańskich herezji. Chłyści wierzyli w reinkarnację, preegzystencję dusz i możliwość nieskończonego, ciągłego wcielania się Boga w człowieka, a właściwie w rożnych ludzi. Zresztą wiedza na temat tej sekty jest bardzo skromna, na dodatek wierzenia jej wyznawców były bardzo niejednolite.
Założycielem sekty był żołnierz-dezerter pochodzący z chłopstwa Daniła Filipowicz. Ogłosił się wcielonym Bogiem. Wraz z "umiłowanym synem, Jezusa Chrystusa" Iwanem Susłowem głosił, iż pojawił się na ziemi jako Bóg, by przekazać ludzkości nowe dwanaście przykazań. Obu tych ludzi istniejących kiedyś rzeczywiście spotkamy w powieści.

Drugim mocno powiązanym elementem jest postać Gregorija Rasputina faworyta rodziny carskiej, podejrzanego o przynależność do tej właśnie sekty, jego pojawienie się, lub pojawienia – co bardziej oddaje treść książki, to mocny atut powieści.

Ostatnim, ale być może najważniejszym elementem jest ludzka wiara w „szarlatanerię”. We wszelkiego rodzaju energoterapeutów, uzdrowicieli i ludzi. I tu psychologiczny aspekt książki jest naprawdę świetny. Autor pokazuje jak oddając swój umysł, ciało, często w pewnym sensie „duszę” człowiekowi, którego intencji, wiedzy i możliwości nie jesteśmy w stanie sprawdzić możemy się stać ofiarami...

Sugestia i wiara w cuda to broń, która ktoś może obrócić przeciwko nam.

Książka zaczyna się opisem wyuzdanej „radienii” - orgiastycznego obrzędu Chłystów. Potem poznajemy całą resztę. Grupa archeologów jedzie do maleńkiej rosyjskiej wioski by tam szukać królewskich insygniów. Dziwne miejsce na insygnia, ale oni szukają, znajdują trumnę, a w niej...
Owszem pomysł może nie taki nowy czy świeży, ale tutaj został wykorzystany w zupełnie nowy sposób. Nikt nikogo nie pożera...
To co zaczyna się dziać działa o wiele głębiej, bardziej w umysłach i podświadomości ludzi, którzy znaleźli się na tym dzikim odludziu, niż w konkretnej rzeczywistości. Inna sprawa, że bardzo trudno tę rzeczywistość zrozumieć bo jest inna dla każdego i nieuchwytna, zmieniona przez postrzeganie, mocno osobista. Niewiarygodnie sugestywna, a jednak inna dla każdego.
Powoli, za pomocą wyrazistych migawek literackich autor przenosi nas w czasie i przestrzeni pozwalając nam zrozumieć bohaterów, ich przeszłość i dążenia, pozwala to poznać ich trochę bardziej, odkryć ich ciemne strony, uczynki i koszmary.
To bardzo pogłębia narrację. To co się dzieje podczas wykopalisk zaczyna łączyć wszystko i wszystkich, ale o tym nie będę pisać. To musicie odkryć sami.
Książka bardzo dobrze napisana, świetnie przejrzysta i logiczna! Logika w horrorze jest naprawdę ważna, a wielu autorów o tym zapomina załatwiając niewygodne wątki kolejnym „atakiem” jakiegoś potwora. Tu nie, tu wszystko ma przysłowiowe „ręce i nogi” każdy, najmniejszy nawet fakt jest uzasadniony, odpowiednio wprowadzony i wykorzystany.
To bardzo dobra powieść, świetnie się ją czyta i doskonale rozumie. Dodatkowym atutem jest to, że opiera się na pewnych realiach i wykorzystuje rodzimą kulturę, co nie jest bez znaczenia. Naprawdę polecam.

niedziela, 3 września 2017

Opowieść o pieknej duszy pieknego człowieka.

 AMOR TOWLES

 Dżentelmen w Moskwie

Wydawnictwo ZNAK

RECENZJA PRZEDPREMIEROWA 

 


Świat, wbrew pozorom, to coś bardzo osobistego, a jego wielkość bywa bardzo względna zależnie od okoliczności i duszy człowieka, który go postrzega. 

Są tacy, którzy swoją miałkością i małostkowością potrafią doprowadzić do kurczenia się wszystkiego wokół nich. Są tacy, którzy mają dusze tak wielkie i pojemne że potrafią umieścić wszechświat na kilku metrach kwadratowych celi więziennej, albo w pokoiku na poddaszu.

Przestrzeń bywa zmienna, nie zawsze, nie wszędzie, ale w hotelu Metropol w Moskwie na pewno. Sam ten hotel to wszechświat, w którym będzie musiał żyć hrabia Rostow skazany i nie skazany, uwięziony, choć w pewnym sensie wolny, pozbawiony wszystkiego co dotychczas stanowiło jego życie, musi odnaleźć jakiś sens. Wykształcony, obyty, mądry, hrabia jest człowiekiem, który wzbudza powszechny szacunek, ponieważ tego szacunku nie żąda. Po prostu nań zasługuje.

Lewituje w tym klaustrofobicznym świecie jak ktoś, kto nie przynależy ani tu, ani tam. Nie zabito, go, ale pozbawiono go życia.


Rosja carska i Rosja radziecka to zupełnie różne światy, oba krwiożercze i okrutne, ale każdy w inny sposób. On żyje w obu, łączy je. Spaja. W tej bańce mydlanej jaką jest hotel Metropol oddzielony jest, choć nie całkowicie od szaleństwa jakie ogarnia Rosję i świat.

Wewnątrz, z pomocą Niny, rezolutnej dziewięciolatki poznaje to co dotychczas nigdy nie było jego udziałem. Hotel od drugiej strony. Od podszewki. Jego drobne tajemnice i wielkie sekrety... Miejsca ukryte przed gośćmi. Miejsca tajemne. To rozszerza jego świat i pomaga mu przetrwać. W rzeczywistości, w której przyjaźń bywa bezcenna, a jedyną prawdziwą walutą jest uczciwość on sam pewnego dnia odpłaci się Ninie za jej bezcenną pomoc.

Hotelowy świat, klaustrofobiczny i zamknięty, kilkadziesiąt lat zakazu wychodzenia z hotelu i życie wśród obcych,którzy powoli stają się przyjaciółmi, mozolne, ciągłe krążenie po schodach, korytarzach pokojach i restauracjach to tło dla rozważań na wszelkie tematy, to genialna intelektualna uczta, od pierwszego przecinka, po ostatnią kropkę wypełniona sztuką, literaturą, filozofią i nauką.

To wspaniałe cytaty, żartobliwe przytoczenia, adekwatne odniesienia do wielkich twórców i ich niezniszczalnych dzieł ducha i sztuki.


Rzadko spotyka się powieść tak erudycyjną, a równocześnie tak przystępną i lekką. Jest w niej jakiś nieokreślony duch Sołżenicyna i jego „Oddziału chorych na raka”, bo i tu i tam autor pokazuje ludzkie postawy wobec rzeczywistości, przemian i tragedii, i tu i tam jest coś w rodzaju dumniej pokory i pogodzenia się z tym co odchodzi i z tym co nadchodzi nieubłaganie. To obraz prawdziwej życiowej mądrości ukazany na tle tragicznych losów jednostki, narodu i świata.

W książce wyczuwa się też ducha Bułhakowa punktującego absurdy i rosyjską pokrętną duszę, a także małość i głupotę niektórych wielkich tych, którzy już są u władzy i tych, którzy im sekundują.
Ta książka jest jak utwór symfoniczny zapisany słowami. Miejscami nostalgiczny, rzewny, miejscami mocny, wręcz grzmiący, ale całość, mimo trudnego tematu, jest pozornie leciutka jak piórko, pogodna i elegancka, pod spodem jednak pełna jest goryczy i słona od łez. Czaruje zapachami restauracyjnych uczt i więziennej tęsknoty za kawałkiem chleba. 

To echo dawnej świetności zbrukane przaśnością byle jakiego świata, ale i pean na temat wielkości człowieka i jego wewnętrznego bogactwa.


Książka napisana przepięknym językiem i łatwa i trudna zarazem, cudownie inteligentna, mądra, erudycyjna. Pełna wiedzy ogólnej i wiedzy życiowej, a wątek fabularny tak niezwykły, że zupełnie nie przypomina żadnej innej przeczytanej przeze mnie książki, a zaręczam czytam dużo. Ta książka pokazuje, że można wciąż napisać coś nowego, świeżego, wręcz niezwykłego. Polecam z całego serducha!