poniedziałek, 10 grudnia 2018

Czy autor jest własnością czytelnika?




Ostatnio jedna z moich koleżanek po piórze została obrzucona przez czytelniczkę „wredną kuropatwą” gdyż jeden z bohaterów jej książki miał inne zdanie na temat dekomunizacji niż ta właśnie czytelniczka. Inna pisarka została zrugana za to, że niezbyt ładnie wyraziła się ( w roli narratora jak mniemam), o którejś ze swoich bohaterek, będącej o zgrozo kobietą ( no a poprawność polityczna wymaga żeby kobieta o kobiecie wyrażała się albo dobrze albo wcale, nawet jeżeli ta kobieta jest głupią pindą, albo wielokrotną morderczynią). 

Wyraźnie widać jak nagle do literatury, tej mniejszej i tej większej zaczęła wkradać się właśnie ta osławiona poprawność, ale… jak sobie z nią poradzić, przecież czytelników wielu, a cenzura jeszcze nie istnieje, to znaczy istnieje, ale nie jest zinstytucjonalizowana na tyle, żeby móc tam pójść i zapytać, jakie poglądy powinna mieć ta czy inna bohaterka, żeby czytelnik pan, bóg nasz i władca, wszelki element decyzyjny był zadowolony?

No oczywiście inteligentny pisarz pewne rzeczy wie. 

Nie pasuje na przykład, żeby matka dzieciom i Polka na dodatek była lewaczką, czy żeby nauczyciel był gejem!!! Nie, nie nie, na to się żaden czytelnik nie zgodzi! 

A wiemy, że dla pisarza czytelnik jest najważniejszy. 

Nie pasuje, żeby puszczająca się na prawo i lewo „sucz” była katoliczką, mowy nie ma, ani żeby Arab nie bił swojej żony, ma bić i koniec, od tego jest! 

Policjant ma być głupi, mąż dobry, żona marnotrawna… Prawda? I wszystko będzie O.K. Trzeba tylko wytyczyć pisarzom pewne granice i tyle. Może zrobić spis postaci i ich cech, autor będzie mógł sobie wybrać spośród kilku akceptowalnych. Nie będzie to co prawda bardzo kreatywne pisanie, ale wszyscy będą zadowoleni. 

Nie możemy przecież pozwolić na to, żeby po ulicach snuły się bandy niezadowolonych czytelników… podobnych do Annie Wilkes z Misery Kinga… 

Z siekierami, przekleństwami na ustach i z wydrukami w rękach będą gonić za autorami by ci wskrzeszali, albo mordowali wskazanych bohaterów tak jak im to pasuje, pod dyktando i już, natychmiast bo inaczej....

Stada żądnych zmian wielbicieli literatury z widłami i pochodniami w rękach oblegać będą domy i domki pisarzy ( albo klatki schodowe – pisarz wbrew pozorom rzadko mieszka w zamku, częściej w kawalerce na lewo od zsypu). 

Będą skandować wegańskie hasła ( bo bohaterka nie powinna jeść martwych zwierząt) , będą wykrzykiwać groźby karalne, bo autor zamordował nie tego co trzeba, żona nie powinna była zdradzić męża z jego najlepszym przyjacielem, a sekta seksualnych dzikusów nie powinna ( albo powinna – zdania mogą być podzielone) doprowadzić do ciąży mnogiej… z in vitro. 

I wszystko będzie cudnie, pisarze będą się chwalić na FB. 

„Szczęśliwy dzień dzisiaj, wreszcie dostałam z przydziału idiotkę do powieści. Rozumiecie? Prawdziwą idiotkę! Mogę ją wykorzystać w tekście i nikt się nie będzie czepiał” Mój czytelnik decyzyjny mi pozwolił!

Szlag, a ja tylko dobrych mężów i marnotrawne żony dostaję, może się wymienisz?" Mój decyzyjny zawsze idzie w romans, a potrzebuję odmiany...

I wszystkie książki będą ładne, słodkie, laurkowate i politycznie poprawne, żeby broń Boże nikogo nie uraziły. Będą nadzorowane  pospołu przez grupę czytelników decyzyjnych, których każdy autor dostanie z przydziału, każdą stronę trzeba będzie przedstawić im do akceptu i stosować się do wymagań...

Drodzy czytelnicy, jeżeli chcecie mieć wpływ na losy bohaterów w swoich ulubionych książkach… napiszcie je sobie sami może… Dajecie autorom trochę swobody i wolności, to też są ludzie… poza jednym chyba, który jest robotem i jednym kosmitą:) 



piątek, 7 grudnia 2018

Nevermoor - dla ludzi z wyobraźnią.


JESSICA TOWNSEND
 NEVERMOOR

PRZYPADKI MORRIGAN CROW 


MEDIA RODZINA


W literaturze młodzieżowej i dziecięcej przez jakiś czas było mniej więcej szaro, a potem rozbłysła super gwiazda Harrego Pottera. Natychmiast większość autorów rzuciła się w postpotterowskie epigońskie harce i powstały może nie takie same, ale bardzo podobne i wtórne dziełka o czarodziejach i ich szkołach. W pewnym momencie wydawało się już, że mały czarodziej tak zawładnął wyobraźnią pisarzy, że nie są w stanie napisać niczego co nie byłoby w jakiś sposób z nim związane, a tu szok. 

Tym szokiem jest Jessica Townsend i pierwszy tom cyklu Nevermoor, Przypadki Morrigan Crow. Dlaczego? Bo ta książka jest zupełnie inna. W żadnym razie nie przypomina i nie nawiązuje do potterowskiego widzenia świata, nie ma tu ani szkoły czarodziejów, ani różdżek ani eliksirów, choć świat nie jest całkiem zwyczajny. 

Dużym szokiem jest to, iż powieść zaczyna się od pogrzebu głównej bohaterki, ale nie obawiajcie się, nie jest to zapętlona opowieść zaczynająca się i kończąca na tym samym, to zupełnie inna bajka. 

W pewnej rodzinie we Wronim Dworze mieszka Corvus Crow. Corvus to po łacinie „wrona”, a crow to po angielsku… tak, też „wrona” i mieszka tam jego córka, która jest przeklęta… Zabija koty i ludzi, sprowadza nieszczęścia, podpala szkoły… No, przynajmniej niektórzy tak sadzą. I ta dziewczynka Morrigan ma umrzeć. Oczywiście wszyscy kiedyś… ale ona wie, że umrze w wieczór swoich jedenastych urodzin, czyli tak jakby za kilka godzin… 

Wszyscy już się z tym pogodzili, i ojciec i babcia i macocha… A ona sama? Koszmar prawda? 

Autorka jednak wychodzi z tego koszmaru bardzo obronną ręką, a właściwie opowieścią. 

Stwarza świat zupełnie niespotykany, trochę dobry, trochę zły – w końcu nie ma światów idealnych, a gdyby nawet były, byłyby koszmarnie nudne. Jej świat jest po prostu bajeczny, ale nie jest to tylko bajka, to o wiele więcej. 

Żaden dobry pisarz, a autorkę za takiego właśnie uważam, nie postawi na opowieść, która nie miałaby głębszego sensu, bo przecież opowiadając o jednym często mówi się o czymś zupełnie innym i tu też można wyczuć drugą, jakby podskórną warstwę tekstu, w którym autorka opowiada o inności, przesądach, postrzeganiu dobra i zła, ale nie bójcie się, nie jest to nachalnie moralizatorskie i nie „bije po oczach”! 

Książkę świetnie się czyta. Bajeczny świat zaskakuje odmiennością, wyobraźnia autorki - bogactwem, a sam pomysł niesamowitą spójnością… 
Sama postać głównej bohaterki ma niewiele cech wspólnych ze spotykanymi często bohaterkami książek. Jest wycofana, dociekliwa, nieco sarkastyczna i dość niepewna siebie. Budzi skrajne emocje. Nie od parady nosi nazwisko Crow. Jest jakby „małym wroniątkiem”, a wszyscy wiemy jak ludzie odnoszą się do wron… 

Książka zachwyciła mnie świeżością, fabułą, która nie jest „odgrzewanym kotletem”, pomysłem i realizacją, mnogością różnych stworzeń, które są zupełnie inne i nieoczekiwane, oraz magnifikotem. 

Dla kogo? Dla ludzi z wyobraźnią, pogubionych nastolatek, babć z parasolkami, mam z umęczonych codziennością, dla pokręconych chłopaków ( wcale ich tu nie brakuje), naprawdę dla wszystkich. Fantastyczna! Fantastyczna do kwadratu i formą i treścią!

sobota, 1 grudnia 2018

Flavia de Luce - zostałam przekonana i pokonana!


ALAN BRADLEY

FLAVIA de LUCE

wydawnictwo VESPER


Dzięki jednej z moich ukochanych i literacko niezastąpionych koleżanek pobiegłam do biblioteki i wypożyczyłam pięć tomów historii, a właściwie opowieści o przygodach Flavii de Luce.

Są to książki dla nastolatków, bo bohaterką jest jedenastoletnia Flavia zakochana w chemii dziewczynka, miedzy nami mówiąc spora dziwaczka, ale... jest genialna.

Genialna jest Flavia, genialne są opowieści ( które nie traktują nastolatków jak idiotów), genialne są zagadki kryminalne... bo...

No tak zapomniałam powiedzieć, to są kryminały!

Kryminały z "krwi i kości" oraz wszelkich możliwych koszmarów.

Ponieważ chemii nie lubię miałam trochę pod górkę ( na początku) ale potem pomyślałam, że to są świetne historie. Logiczne, mądre, choć brak w nich dydaktyzmu, jest za to dużo takiej rozsądnej dziecięcej ( dorosłej?) mądrości i świetnego ( choć pełnego konfliktów) świata.

Trzy siostry po śmierci (?) matki mieszkają w domu z surowym, dość pogubionym ojcem. Jedna kocha literaturę, druga muzykę, najmłodsza chemię...

Świetny pomysł na rodzinę... 

Opowieści są tak zajmujące i napisane tak dobrym językiem, że aż szkoda , że nie ma kolejnego tomu... To po prostu jest fascynujące!

Ja jestem zachwycona... Inna sprawa, czy nasze nastolatki byłyby zachwycone? Trzeba spróbować!
No i wlazłam na stronę wydawcy JEST! Jest kolejny tom!

Zdobędę i będę czytać! Szkoda, że książki tylko w dziale dla młodzieży ( znaczy w bibliotece) bo i dorosłych powinny zachwycić!

SĄ ŚWIETNE!!!



środa, 28 listopada 2018

Echo serca... Echo? Serca? - Przerażające!

PIOTR LIANA
ECHO SERCA

OFICYNKA


„Echo serca” to powieść groźna. Wcale nie dlatego, że odczuwamy grozę, choć to też, groźna, bo wżera się w tkankę rzeczywistości swoja potwornością. Autor wziął na warsztat… albo nie… inaczej… też nie… 

To jest inna, zupełnie inna sprawa. 

Szkoda, że to ten rodzaj powieści, o których akcji powiedzieć nie wolno zbyt wiele, bo jednak byłoby ciekawie porozmawiać, a jednak to jest niemożliwe… 

Ta książka to kryminał bardzo inny. Każdy, kto doczyta do końca zrozumie co mam na myśli. Inny, a jednak osadzony potwornie dobrze w naszej rzeczywistości, to aż przerażające w jaki sposób autorowi udało się to opisać. 

Bardzo trudno jest o tej powieści pisać, żeby nie zdradzić toku akcji ( a wierzcie mi jest niesamowita). 

Niby można by powiedzieć, że w jakiś sposób wychodzi od schematu, ale po kilkunastu stronach orientujemy się, że to tylko „podpucha” wszystko jest inne niż się wydaje. ( no i przyznam, bardzo, bardzo „odwraca kota ogonem”, tak, że już nie wiemy ile kot ma ogonów, a ile głów i gdzie one są) Wszystko jest nie takie… Choć całość bardzo dobrze, wręcz doskonale trzyma się pomysłu i trzyma nas w napięciu. 
Nie wykorzystuje strachu, ogranych elementów fabuł kryminalnych, które ostatnio wylewają się rzeką na półki księgarń, ( choć udaje, że ma taki zamiar), ale pokazuje coś zdecydowanie innego, ta inność oczywiście nie polega na tych „zdarzeniach”, ale w jakiś sposób na ich interpretacji. 

I tak naprawdę, gdyby nie mocny akcent kryminalny, który ma sens i to wielki, to także jest to powieść mocno społeczna i piętnująca pewne nasze … słabostki? Raczej nie słabostki, a potworności społeczne, niestety mówiąc jakie zdradziłabym zbyt wiele… 

Książka, moim zdaniem wywraca obecną literaturę kryminalną do góry nogami ( ale, ale, nie czytałam wszystkich kryminałów, nie bijcie, mówię to na podstawie tego co czytałam! I tak właśnie uważam) 

Jest mocna i INNA! A to należy cenić. Żadnych niedoróbek, żadnych potknięć fabularnych… Żadnej ckliwości i takiego, jak to teraz czasem się zdarza, dorabiania rzeczywistości do fabuły… 
Żadnego bajdolenia, bajdurzenia, dziubdziania… 

No cóż… Moim zdaniem TRZEBA przeczytać, tym bardziej, że autor nie bierze jeńców … ( a jak zacznie to ja się piszę na kolejną książkę!) 
Wierzcie mi!

niedziela, 25 listopada 2018

Amerykańskie szaleństwo w polskim, małomiasteczkowym wydaniu.

Black Friday w polskim wydaniu ominął mnie całkowicie, albo prawie, gdyż miałam go w domu, był koszmarnie czarny i nie polegał na wyprzedaży, ale na czarnej rozpaczy z powodu durnego piecyka, który postanowił mi się zepsuć. Teraz, przed świętami…. Świnia! 

I to zrobił to bezczelnie. Nie tak, że wiecie, jakoś, tam, trochę… jakby powiedzieć, po taniości, ale gdzież tam! Postanowił się zepsuć całkowicie i do tego tak bezsensownie, że musiałam, z braku ciepłej wody myć się własnymi łzami. Pozbawiona finansów musiałam (jednak) zajrzeć do pewnego sklepu, w którym jest właściwie wszystko, poza chlebem, bo marmoladę też czasami można tam znaleźć. 

I zostałam bezlitośnie po raz drugi potraktowana przez Black Friday z kopa… a tak. Mimo, że ja na niego zwracać uwagi nie chciałam i nie mogłam ( z powodu braku kasy), on postanowił się na mnie zemścić za to w dwójnasób… 

Otóż weszłam do sklepu w celu zakupu czegoś czym okleiłabym skrzyneczkę po owocach, w której postanowiłam trzymać książki. W sklepie wiadomo. Tłum miota się pomiędzy pudłami i pudełkami. Starsza pani ciągnie za sobą wieszak z ubraniami. 

- Niech minie ktoś odczepi! – krzyczy do stojącego przy niej faceta. Ten jednak nadal ogląda buty. Podchodzę. Babka ma na sobie płaszcz wiszący na wieszaku… 

- Musi pani to zdjąć. 

- Nic z tego! Zabiorą! – odpowiada zdesperowana – Tamta baba ukradła mi pudło bombek i kalosze. 

W tej chwili do sklepu wbiega kilkanaście mam ciążowych i kieruje się na drugi koniec, mieli podobno rzucić nosidełka, tratują stoisko ze świecznikami, kilka ciągnie za sobą dzieci. Dzieci wrzeszczą, chcą do reniferów, od prawej nadciąga grupa nastolatków, no tak, duża przerwa, nastolatki walą do kąta z czipsami, tratują kilka plastikowych Mikołajów i zrzucają na ziemię spodnie z dziurami, nie ma gdzie się ruszyć, jedna dziewczyna potyka się o pudło z towarem, zwala sprzedawczynię z drabinki i rozbija sobie łokieć. Patrzą na to wszystko z zachwytem, bo to normalnie PRL-bis, tylko towaru jakby więcej, ale takie kolejki i bójki to ja nieraz widziałam i to nie tylko w ciuchach, żebyście widzieli co się działo jak schab rzucili! Córka sąsiadki z dawnego mieszkania do dziś ma bliznę na policzku, nie zrobili odcisku zębów więc nie wiadomo kto gryzł, ale psów do sklepu nie wpuszczali. 

Rozglądam się i widzę kolorowe okleiny… Coś dla mnie. 

Nagle słyszę coś jak zew krwi, przedwieczny jęk, okrzyk bojowy. 

- Jajka rzucili. Jajka są! 

Przez chwilę myślałam, że ten debilny czarny piątek rzucił mnie w kolejkę… do czasów PRL-u zaczęłam więc szukać jakiegoś dogodnego miejsca, żeby nie zostać stratowaną. 

Kobiety ruszyły… Nie, nie wszystkie. Raczej te starsze. 

- A cholesterol - pomyślałam? 

One jednak rwały naprzód. Nagle poczułam straszliwy ból z tyłu pleców i zgięłam się wpół, ktoś dowalił mi koszykiem w nerkę, potem w głowę. 

- Szybciej, ruszaj się! – krzyknęła chodzikowa starowinka rozjeżdżając mi palce u ręki, kiedy chciałam wstać. 

- Ta dzisiejsza młodzież to straszne słabeusze! - wydyszała druga waląc mnie laską przez łeb 

Nie chciałam im tłumaczyć, że słowo „młodzież” nie dotyczy osób w moim wieku, ale tylko skuliłam się i oddreptałam na czworakach do działu ze świąteczną drobnicą, nie patrzyłam jak idę, zresztą i tak nic nie było widać, walnęłam głową w stos pudeł z bombkami, pod którymi zostałam pogrzebana. Żywcem… 

Tymczasem jajeczny tłum zwalił się na kasę przesuwając nieco stolik przyparł trzy sprzedawczynie do ściany. Ścianka była chyba z tektury… Zakołysała się i padła. Na szczęście w kierunku zaplecza. Podcięła nogi sprzedawczyniom, które teraz wywijały tymi nogami ukazujące części ciała, których okazywać się nie godzi. 

Jajeczne babcie ze stosami jajek-niespodzianek przecenionych o 11 groszy każde zaczęły wysupływać drobniaki. 

Przeczołgałam się do bielizny damskiej. Siedział już tam jakiś facet… Nie zachowywał się normalnie. 

Rzuciłam się do ucieczki. Facet za mną… Rzuciłam w niego koszykiem. 

Dopadł mnie! Zaczęłam wrzeszczeć. Okazało się, że to ochroniarz, a ja jestem trochę pokrwawiona, chciał tylko pomóc. 

O mało nie spaliłam się ze wstydu… I to wszystko z powodu 11 groszy...

Nigdy więcej!

piątek, 23 listopada 2018

Ja, ty i biała laska - z humorem też można.

TOMASZ MATCZAK
JA,TY i BIAŁA LASKA


„Ja, ty i biała laska” to książka o świecie, może nie innym, ale jednak nieznanym, bo pokazanym z punktu widzenia ( jakkolwiek to zabrzmi) osoby, która nie widzi. To swoisty i genialnie humorystyczny przewodnik po meandrach tego świata. 

Autor napisał tę książkę bazując na własnych doświadczeniach, ale jeżeli ktoś teraz zapyta, jakie doświadczenia może mieć człowiek, który nie widzi, (a więc na pewno siedzi w domu i ewentualnie słucha radia), to mocno się zdziwi… 

Jeżeli jednak spodziewacie się jojczenia, czarnowidztwa (nomen omen) rozpaczy ( czarnej czy jakiejkolwiek), albo łzawych scen czy opisów, to nie jest to książka dla was. Nic takiego tu nie znajdziecie, znajdziecie za to trochę sarkazmu, dużo ironii i sporo zdrowego podejścia do rzeczywistości. 

Ten człowiek to kopalnia pomysłów i niesamowita osobowość, a opis meczu Legii czy skoku ze spadochronem są po prostu świetne, choć do teraz się zastanawiam czy wyprawa tramwajem i metrem nie bywa o wiele bardziej niebezpieczna w niektórych momentach. 

Autor opowiadając o sprawach, bardzo przecież poważnych, przedstawia te sprawy w „zwyczajny” sposób potrafi zażartować z sam z siebie i ze swojej życiowej przypadłości… 

Po drodze obala kilka mitów ( oj tak, tak!), wyjaśnia kilka spraw, które niby oczywiste, a jednak budzą kontrowersje. 

Uświadamia, czy, kiedy i w jaki sposób pomagać osobie z dysfunkcją wzroku… 

Bezlitośnie znęca się nad poprawnością polityczną i językową ( w tym zakresie), a w szczególności nad tym co nazywa się tyflo językiem. 

Można by uważać tę książkę za coś w rodzaju przewodnika dla widzących po świecie, tych, którzy wzroku są pozbawieni. Można by, ale to byłoby nieporozumienie bo tę książkę czyta się jak najlepszą humorystyczną powieść sensacyjną. Tak humorystyczną i sensacyjną zarazem! 

Po jej przeczytaniu nigdy już tak samo nie spojrzycie na panele dotykowe w windach, na komunikację miejską, na domofony i całe mnóstwo innych rzeczy, ale przestaniecie mieć problemy językowe w stylu: 

Czy wypada do niewidomego powiedzieć choćby „do zobaczenia”? 

Nie wiem, czy to było bardzo nieodpowiednie z mojej strony, ale ja przy tej książce świetnie się bawiłam i śmiałam… Tak, śmiałam się śmiać, ale co w tym złego? Autor opisuje przeróżne, życiowe sytuacje w taki właśnie zabawny, choć dosadny sposób, że inaczej się nie da! 

Sądzę, że to o wiele lepszy sposób dotarcia do czytelnika niż smętne smęcenie, które zanim o czymkolwiek opowie to uśpi i zanudzi. 

Ta książka ma o wiele więcej zalet niż tylko opisanie świata, w którym żyje autor. To po prostu wspaniała opowieść. Inteligentna, zabawna, pouczająca i napisana świetnym językiem! Po prostu warto ją przeczytać. 

Słyszałam też, że autor zamierza w swoim pisaniu pójść nieco dalej i w innym, bardziej powieściowym kierunku. Wcale się nie dziwię, z takim warsztatem i podejściem… Będę czekać. Przeczytam na pewno, a do tej książki zachęcam każdego. 

Nawet jeżeli w życiu nie spotkaliście osoby niewidomej to i tak przeczytajcie, jest po prostu świetnie napisana, zabawna, mądra i naprawdę z „jajem”. 

Zachęcam.

środa, 21 listopada 2018

Tajemnica pod jemiołą - kategorie zjadliwości czytelniczej :)

 RICHARD PAUL EVANS

TAJEMNICA POD JEMIOŁĄ


Książki obyczajowe, a szczególnie te świąteczne to miła odskocznia od rzeczywistości, taka troszeczkę bajka dla dorosłych, choć zdecydowanie grzecznych dziewczynek, ale nie wszystkie (i książki dziewczynki) są takie same, ja książki z chęcią przyrównałabym do ciasta z kremem i podzieliłabym na trzy kategorie. 

Kategoria I 
( niezjadliwa zgroza) 

Ciasto z kremem kajmakowym i solonym dorszem – to książki, które mimo iż słodkie, a czasami nawet przesłodzone pełne są dziwnych pomysłów, nie pasujących motywów, paskudnie urwanych wątków i zupełnie niepotrzebnych ( a co gorsze nielogicznych ) zwrotów akcji. 

Kategoria II ( może NIE lekko, ale strawna) 

Ciasto z kremem waniliowym i zielonym groszkiem – powieści nie takie znów przesłodzone, raczej logiczne, choć zielony groszek gdzieniegdzie chrzęści w zębach ( i mózgu) jakimiś usterkami, niedoróbkami czy, nie daj Boże rozwiązaniami w stylu „deus ex machina” co niestety często się zdarza. 

Kategoria III ( najlepsze czytelnicze pyszności) 

Ciasto z kremem waniliowym i malinami, bez groszku i dorsza – książki idealne, lekkie i pięknie napisane, logiczne i z sensem, takie, które się czyta bez zeza zbieżnego i hiperwentylacji od czytelniczej zgrozy. 

Taka właśnie jest książka „Tajemnica pod jemiołą” - cudnie logiczna, świetnie napisana, pełna fascynujących bohaterów, którzy mimo iż poboczni, nie plączą się po kartkach powieści bez celu. Fabuła jest sensowna, niewymuszona i nie udziwniona na siłę. 

I twierdzi to ktoś, kto nie lubi obyczajówek! 

Tyle, że ta książka jest dobra, lekka, zabawna choć trochę smutna i do tego z przesłaniem. 


O tym, że żona rzuciła głównego bohatera dowiemy się już z opisu, żeby dowiedzieć się czegoś o tym dlaczego to zrobiła i jak on sobie z tym poradził musimy zagłębić się w akcję, a wchodząc w nią zagłębiamy się w bożonarodzeniową, cudną opowieść, którą trudno by nazwać bajką. 

Każdy z bohaterów to człowiek z krwi i kości, ma wady, zalety i śmiesznostki. Pani burmistrz robi zdjęcia seryjnym mordercom, miejscowy ranczer strzela do hippisów, Thelma piecze przepyszne tarty, pewna staruszka skutecznie roznosi plotki, ale mimo pozorów ci ludzie się wspierają i kochają, a historia coraz bardziej się komplikuje, zazębia, urzeczywistnia, pokazuje, że warto czasami zaryzykować, warto mieć zasady, ale trzeba też być otwartym na świat i ludzi. 

Bardzo mi się spodobała. Polecam naprawdę każdemu.