środa, 31 października 2018

Golizna ściśle kontrolowana!


Wczoraj był obchodzony w Polsce „dzień spódnicy”, która została obwołana ostoją tak zwanej „kobiecości”, gdyż, kobiecość to pokazywanie „nóżek”, które tak się męskim oczom podobają… 

Na stronie jakiejś szkoły tak napisali, nie przytoczę, szukając spódnicy ( jakiejkolwiek) w mojej szafie zgubiłam część mózgu, tak już mam… 

Nagle zdałam sobie sprawę, że kobiecość wcale kobieca nie jest. Jest oczywiście męska. Tylko i wyłącznie męska, bo do mężczyzn należy, i nie, nie podejrzewajcie mnie o jakieś „gendery” czy inne propagandy, ja stwierdzam jedynie fakt… 

Przecież to mężczyźni decydują co jest kobiece, prawda? 

Kiedyś miałyśmy być „rubensowsko” płodne, - choć o Rubensie jeszcze nikt nie słyszał, potem zakryte od góry do dołu, tak, że pokazanie kostki było wykroczeniem przeciw moralności, a odsłonięta łydka u teatralnych aktorek powodowała na widowni omdlenia i zawały. 

I wcale nie chodzi o modę… 

Kobiecość została określona. Kobieta ma być delikatna, piękna, zwiewna, spolegliwa ( ach, jakież piękne i kobiece słowo), powinna urodzić sześcioro dzieci, prać, sprzątać, gotować. Może nie myśleć… 

Do niczego nie będzie jej to potrzebne. 

Oczywiście zdarzają się wynaturzenia… choćby te biedne nieszczęsne kobiety z doktoratami. 

Ale ja nie o tym, a o kobiecości, bo ona nie do końca jest taka znowu dowolna. 

Zapytałam więc jak to z tym jest i pewien znajomy mi powiedział. 

- Każda kobieta powinna być kobieca i pokazywać nogi! - odpowiedział. 

- Ale każda, każda? 

- Oczywiście pod warunkiem, że jest młoda i szczupła! 

Tak więc drogie panie... 

Nie wolno pokazywać „grubaśnych łyd”, tłustych wałków”, „chudych, starych szkit”, sutków, cyców, golizny… 

Jesteś zgrabna po czterdziestce? Po co ci to? Lepiej byś zajęła się czymś co bardziej ci przystoi, co prawda na 500+ już nie zarobisz, ale choć szarlotkę upiecz. Sąsiad się ucieszy. 


Wczoraj na jednym ze zdjęć z pewnej biblioteki pokazałam kawałek ramienia ( bez SUTKÓW i bez cycka, to było ramię) Fakt nagie… i to był przypadek. 

I co? 

- Ubierz się stosownie do wieku krowo!- przeczytałam w wiadomości prywatnej - W tym wieku to lepiej coś czarnego, długiego, a nie leginsy i świecenie golizną. 

Już wyobraziłam sobie siebie w burce… 

- Aleee o co pani chodzi? - odpisałam zaskoczona. 

- Kobiety mają się ubierać przywozicie i porządnie!  Długa czarna spódnica, jakiś golf a nie cycki na wierzchu!

Cycków nie zauważyłam, ale to, że pani rości sobie prawo do decydowania o moim życiu już tak.
- A pani ubiera się przywozicie? - zapytałam w sumie nie wiedząc jak zareagować.
- Jak pani śmie o to pytać! Oczywiście, że tak! – odparła kobieta 

- Proszę przesłać mi kserokopię zaświadczenia z Urzędu do Spraw Certyfikacji Przyzwoitości! - rzuciłam dla żartu, ale baba nie pojęła. 

- A to jest taki urząd? - zapytała mocno zaskoczona. 

- Nie ma! I dlatego będę się ubierać tak jak chcę, a rodzimym Talibom nic do tego! Wara od mojej szafy, moich spódnic, sutków, golizny i leginsów! 

Jak będę chciała to przejdę przez miasto w masce gazowej! 



poniedziałek, 29 października 2018

Trzy koperty - KOSZMARNA książka, którą TRZEBA przeczytać!



NIR HEZRONI

TRZY KOPERTY

Media Rodzina


Niesamowita, straszna, potworna, dwie noce koszmarów, uprzedzam – musicie przeczytać. 

Ta książka to tłumaczona z hebrajskiego opowieść o agencie 10483 – już jego numer może wskazać, że nie był on jedynym takim… kimś… 

Agentem? Zabójcą? Mordercą? 

Powiedzmy, że wywiady rożnych państw dokonują rożnych rzeczy w rożny sposób. Nie fascynuje mnie to, ale to istnieje. 

Wiemy o tym. Czasami takie teksty przebijają się do gazet. Wierzymy w nie? Powątpiewamy? Śmiejemy się z kolejnej teorii spiskowej? 

No to już nie będzie nam do śmiechu! Zaręczam! 

Ludzie zabijają z rożnych powodów, ideologicznych, finansowych, politycznych, ale są i tacy, którym sprawia to przyjemność. 

Znacie to powiedzenie, że jeżeli robisz to co kochasz, nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu? Cudne, prawda… No i wygląda na to, że można by powiedzieć, że „psychopata w służbie społeczeństwu...” 

Zresztą zawsze gdzieś znajdzie się jakiś paranoiczny, inteligentny dzieciak, który wyrośnie na kogoś takiego jak Derkacz z książki Oryks i Derkacz Margaret Atwood. Na kogoś takiego jak agent 10483.  Tylko, że tam to SF, a tu, czysta żywa groza...

Nie, stop! Nie o to chodzi. Ta książka to toś zupełnie innego. Chodzi bardziej o to kto to zrobił. NAPRAWDĘ kto to zrobił. Przecież młotek to tylko narzędziem jest prawda?

Narzędziem może być też człowiek, mózg, lek, lęk… 

Książka niesamowita i powiem wam, że nie mogę sobie z nią poradzić, bo już nie wiem kto jest naprawdę (ale tak naprawdę) tym psychopatycznym zabójcą, przy który Hannibal Lecter, to przedszkolak… 

Moich snów z pewnością byście mi nie pozazdrościli, ale dochodzi do tego lęk, jeżeli naprawdę tak można, to z każdego… to każdy… to nie wiem... 

Szkoda, że nie mogę wylać w tym miejscu rzeki słów, ale nie mogę. Czytajcie, a potem pogadamy, może przesadzam? Może za delikatna jestem? A może mam rację… 

Ta książka budzi gniew, lęk i grozę… 

Czy wolno ratując jednego człowieka zabić innego? Czy wolno zabić jednego ratując wielu? Czy życie za życie ma sens? 

I czym jedno istnienie jest lepsze od drugiego? 

Przyznam, że z moralnego punktu widzenia budzi to mój potworny sprzeciw. 

Czy rekrutacja tego akurat człowieka na agenta była błędem, czy może to zupełnie inna bajka? 

KOSZMARNA książka, którą

TRZEBA przeczytać!

niedziela, 28 października 2018

„Dziedzictwo” i „Kołysanka” - monumentalna opowieść o przeszłości

KRYSTYNA JANUSZEWSKA

DZIEDZICTWO
KOŁYSANKA


Krystynę Januszewską znam od lat ( także prywatnie), ale „z dziobków sobie nie pijemy”, Dlaczego? Bo ani ona, ani ja nie mamy takiego charakteru. 

Książki Krystyny Januszewskiej uwielbiam, ale nie są to książki łatwe. 

To jej nieco reymontowskie podejście do opowieści czasami ludzi zraża, a nie powinno, bo autorka, choć pisze powieści, które bywają wkładane do worka z powieściami obyczajowymi nie są takie jakby można się spodziewać. Po pierwsze są prawdziwe, a ich prawdziwość mierzy się losami ludzi, których opisuje. Pisze bowiem, o ludziach, którzy istnieli, żyli, gdzieś żyli, gdzieś zmarli, ale swoim istnieniem spowodowali istnienie innych ludzi. 

W jej powieściach nie znajdziecie łatwej akcji, zabawnej treści, ani rozmów o tzw. „dupie Maryni” ona pisze o życiu, o świecie, ale też o historii… Czasami o historii umierania. Bo przecież życie właśnie tym jest. 

Jednakże jej powieści nie są ani smutne, ani nudne, to powieściowe rzeki. Strumienie myśli. Osobność w każdym człowieku zebrana w mocny nurt trwania. 

Kiedy czytałam „Przytulać kamienie” byłam wręcz zazdrosna o to jak ona potrafi opisać najmniejszego nawet pajączka… 

To autorka o wiele bardziej wymagająca, o wiele bardziej literacka niż wiele innych współczesnych pisarek, bo… Bo nie koncentruje się na akcji, a na słowie. 

To jest jej wielka i niesamowita umiejętność. Zresztą w sumie, na tym właśnie powinna polegać literatura… 

Nie, nie deprecjonuję mówiąc to innych pisarek, po prostu doceniam kunszt. 

„Dziedzictwo” i „Kołysanka” to powieści właśnie z takiego nurtu. Trudne, choć lekkie, smutne, choć pogodne. 

Są pogodne życiem, smutne mijaniem, a przecież życie właśnie tym jest. Mijaniem pokoleń. 

Obie książki obrazują życie ( w dużej mierze, ale oczywiście nie zawsze udokumentowane) pewnej rodziny… Rodziny autorki. Opisuje, a właściwie pokazuje całą życiowa drogę od tych co kiedyś, do tych co teraz. Wyda wam się to nudne? 

Otóż nie! To jest piękne i pięknie napisane… 

Nie jest to może szaleństwo akcji, choć to co się w nich dzieje pędzi z pokolenia na pokolenie w szaleńczym tempie. 

Wielkie nadzieje, piękne miłości mrą jak kwiaty w ogrodzie życia, a w tle historia. 

Znamy ją, niestety niełatwa. 

Znajdziemy w tych książkach to co znamy z opowieści rodziców. To historia nas samych, naszych rodzin, dziadków… pradziadków… Tylko, że my sami nie umieliśmy słuchać, a ona słuchała, żeby napisać. 
Nie chcę smęcić. 

Te dwie książki, to przepiękna, wręcz monumentalna opowieść o przeszłości. Opowieść, która choć na chwilę wskrzesza ludzi, którzy przeminęli. 

Nie będę pisać o treści bo po pierwsze się nie da, pod drugie to byłoby bez sensu… To trzeba przeczytać. Tylko wtedy można docenić piękno słowa i treści. 

Inna sprawa to okładki, są trochę nieadekwatne. Sugerują zwykłe powieści obyczajowe, a przecież to nie tak, to są niezwykłe powieści ( może odrobinę) obyczajowe. 

W każdym razie ja zachęcam. Bardzo. 

To taka literatura, która otwiera oczy, serca, pamięć… i jest piękna!

sobota, 27 października 2018

Grupy fanowskie... Zło z łapanki!

Och, jakże trudno mi to pisać, ale szanowni koledzy ( choć bardziej koleżanki) po piórze, klawiaturze, laptopie, kompie i wszelkich nowoczesnych maszynach do pisania… PRZESTAŃCIE! 

Ja wiem, że grupy fanowskie to fajna sprawa. Wiem, że dobrze je mieć, choć ja takiej właściwie nie mam, była jedna, założona nawet bez mojej wiedzy, ale umarła śmiercią naturalną kilka lat temu, co na FB zdarza się nader często, ale…. 

Mogę być fanem tego, czy innego pisarza, ale wolałabym nie być fanem z łapanki! Mam wolną wolę… Tak jakby…. Choć czasami wydaje się to iluzją. 

Mogę być fanem, tej czy innej pisarki, ale zanim nim zostanę powinnam coś danego autora przeczytać! Cokolwiek, choć JEDNĄ książkę! Nie chce być fanem w ciemno i ciemnym jak tabaka w rogu i będąc w takiej grupie zaświadczać ( bo przecież tak jest), że autor, autorka pisze świetnie. Zaświadczę to jeżeli to prawda, ale żeby tego się dowiedzieć… MAM OBOWIĄZEK coś przeczytać. Dziwne? Moim zdanie logiczne, nie dziwne! 

Że przeceniam wartość grup fanowskich? 

Wcale nie! W kilku jestem z własnej woli i czuję się w nich świetnie. Do kilku mnie wrzucono jak śmiecia do kosza, bez pytania, bez powiadomienia, bez refleksji i jestem wściekła…. 

Jaka jest wartość takiego fana z łapanki? 

Liczbowa… 

Jest statystyką. 

Robi tłum, a czasem stanowi coś w rodzaju słupa ogłoszeniowego. Mnie się to nie podoba. Nie lubię być tak traktowana. 

Wiem, że pewnie, nie robią tego sami autorzy, a administratorzy w ferworze zachwytu, ale…. Drodzy administratorzy NIE IDŹCIE TĄ DROGĄ! 

To ślepy zaułek… 

Więcej to autorowi robi szkody niż pożytku. 

Gdyby ktoś napisał do mnie w stylu: 

- Jeżeli czytałaś coś mojego i podobało ci się, zapraszam do grupy fanowskiej. 

Nie byłoby to jakieś super inteligentne, ale do przyjęcia… 

Ale robienie z innych autorów swoich własnych fanów, bez ich wiedzy i zgody, a czasami wbrew logice ( skoro nie przeczytali nawet zakładki promującej książkę) jest mocno niefajne. 

A teraz drodzy, koledzy i koleżanki, możecie się na mnie obrazić, ale będę fanem tego autora którego pisarstwo pokocham, ( autor może być gruby, siwy, bezzębny i garbaty - nie będę fanem CZŁOWIEKA, ale jego pisarstwa), a grupy fanowskie będę sobie wybierać sama…

piątek, 26 października 2018

Flirtując z życiem - zupełnie inna bajka!

 DANUTA STENKA
ŁUKASZ MACIEJEWSKI

FLIRTUJĄC Z ŻYCIEM

ZNAK LITERANOVA

Aktorstwo nie jest równoważne z celebrytyzmem i to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, a zawód aktora to nie to samo co nieco „łapankowe” aktorstwo serialowe ( nie mówię to oczywiście o wszystkich aktorach) czy paradokumentalne, które bywa tak straszne, że komórki mózgowe wysyłają nam ultimatum, „albo to wyłączysz, albo popełnimy harakiri”. 

Nie jest to też tak modne teraz „granie” opierające się na tych czy innych walorach zewnętrznych , ale na pewno nie na wiedzy i umiejętnościach, czy emocjach. Mam zresztą nadzieję, że dla wielu ludzi jest zrozumiałe. 

Wszyscy oczywiście denerwują się na książki pisane przez osoby znane tylko z tego, że są znane, pisane pod nazwiskiem tychże osób przez ghost writerów wszelkiej maści. 

Taka teraz moda, że każdy bywa na ściance powinien na niej stanąć z własną autobiografią… 

Dobrze, że nie wszyscy w to wierzą! 

Danuty Stenki można nie lubić, nigdzie nie jest powiedziane, że każdy musi ja uwielbiać, ale nie można powiedzieć, że jest nudna, czy płytka. 

A książka? 

To nie jest drętwy panegiryk połączony z książką kucharską i podstawami jogi. ( Co niestety jest ostatnio powszechne). 

Ta książka to zupełnie inna bajka. To wywiad, zresztą świetnie przeprowadzony z aktorką wielkiej klasy, której osiągnięcia zna wielu z nas. 

I nie, nie jest to laurka, każdy inteligentny człowiek wie, że jeżeli ktoś opowiada bajki, w których nawet plastikowe kwiaty pachną fiołkami, to taki tekst jest i nudny i przesłodzony. 

Tu mamy wszystko. Wiele osiągnięć i trochę potknięć i… Co bardzo ciekawe… bardzo dużo o pracy, niewiele o życiu osobistym. 

To nie ekshibicjonizm jak w wielu przypadkach, gdzie rozmowy o rozmiarze biustu przeharatają się z rozmowami o menopauzie. To po prostu świetna opowieść o aktorstwie. 

Dla mnie fascynująca, bo nie ma tu ani plot, ani ploteczek, nie ma odkrywania cudzych tajemnic i żerowania na zamiłowaniu do sensacji. To opowieść o życiu. Ciekawym, wręcz fascynującym, może nie trudnym, ale też nie takie znów lekkie, opowieść o aktorstwie, które jest tu sprawą najważniejszą. O drodze życiowej, o której wielu marzy, ale mało kto dysponuje takim talentem by jej podołać. 

Świetnie napisana, lekka, ciekawa, fascynująca. Wręcz w wielu sprawach odkrywcza. 

Polecam miłośnikom tego typu książek, bo warto, a tym, którzy nie lubią sugeruję by spróbowali, bo mogą się zakochać w takiej literaturze. 

Jakby to brzmiało… Miłość od pierwszego wywiadu? 

Bo to taki flirt z życiem, z wywiadem, z czytelnikiem… Niewinny , ale też wciągający. 

Warto.

wtorek, 23 października 2018

Życiorys PRL-em malowany, a jednak nie przerysowany.





LUCYNA KLEJNERT

ŻYCIORYS PRL- EM MALOWANY


Zauważyłam, że ostatnio wszyscy traktują PRL jak wszawicę, albo wstydliwą chorobę weneryczną przenoszoną (oczywiście) drogą płciową! Nikt NIGDY nie miał z nią nic wspólnego. Wie, o co chodzi, bo znajoma, znajomego, znajomej… 

A tymczasem wiele osób po pięćdziesiątce z tą „chorobą”, albo w tej „chorobie” przeżyło najlepszy okres swojego życia, czyli młodość. Ten czas, kiedy śmierć jeszcze nie zaglądała w oczy, o cenę kostki masła martwili się rodzice, jedynym problemem była dwója z matmy ( jedynek nie było), a i tak można było poprawić. W dali ( sinej) majaczyła matura, ale kto by się nią przejmował? 

I właśnie o czymś takim pisze Lucyna Klejnert. Nie o PRL-u jako historycznej zaszłości politycznej, ale o PRL-u jako okresie, w którym żyła. 

Bez ocen. Z nostalgią. Ktokolwiek myślałby, że to nostalgia za ustrojem będzie w błędzie, to nostalgia, za czasem nastoletniej beztroski. Fakt trochę te czasy siermiężne były, ale też każdy, kto umiał, potrafił wyciągnąć z nich wszystko co tylko było możliwe. ( Wykształcenie, życie, przyjaźnie, dzieciństwo, młodość i nadzieje na potem). Cóż powiedzieć, czasy jak czasy, w tamtym okresie innych nie mieli na składzie. 

Bez apoteozy, ale z uczciwym wyważeniem autorka opowiada o swoim życiu i o życiu swoich bliskich nie ferując politycznych wyroków. 

Opowiada o paradoksach, które wówczas były na porządku dziennym, o sprawach, które współczesnym ( nie tylko nastolatkom) wydają się ciekawsze niż obecny Matrix. 

„Właściwie to teraz się zastanawiam, co do diabła było z tym papierem toaletowym, że go nie było?” ( s.229) - pisze autorka, a ja wspominam inne paradoksy tamtych czasów. To na przykład, że w Białymstoku w każdym sklepie była herbata ulung, a w innych miastach tylko grzebienie. 

Autorka pisze nie o PRL-u jako takim, ale o miastach, miejscach i zdarzeniach. 

„Chorzów, śląskie miasto, które przed wielu laty zaoferowało mi dom i pokazało inne wartości. Etos pracy, ciepło pod szorstkimi manierami ludzi pogodnych (…) które naprawdę zapadły mi w serce.”(s.151) 

Ta książka naprawdę przypadła mi do serca, dlatego do niej wracam. To opowieść-wspomnienie. Jej, moje, wielu osób, które wtedy były nastolatkami, to wspomnienie zapachów, obrazów, dźwięków i takich rzeczy, których już dziś nie ma. Trzepaków pełnych dzieci, rozmów twarzą w twarz, biesiad bez zasłaniania się najnowszymi modelami smartfonów. 

Przyznam, że bardzo polecam. 

Ta książka jednak, muszę to wyznać, ma jedną niewielką wadę, czy powiedzmy, kilka drobnych potknięć. Redakcja kuleje. To nie są błędy, które przeszkadzają w odbiorze treści, można ich nawet nie zauważyć, ale można było ich uniknąć. Szkoda, że tak ciekawa pozycja, nie znalazła prawdziwie profesjonalnego wydawcy… podejrzewam jednak, że jeszcze nic straconego.

poniedziałek, 22 października 2018

Dziewczyny z Dubaju - bo to co nas podnieca...




PIOTR KRYSIAK

DZIEWCZYNY Z DUBAJU


Dawno temu w Paryżu poznałam prywatnie dwie prostytutki, jedna z nich miała wówczas 69 lat i wciąż nieźle zarabiała, obie były zwykłymi prostytutkami pracującymi na ulicy, ale nawet gdyby chciały ( ta starsza nie chciała) nie byłyby w stanie wykupić się od swojego sutenera. 
Nie wybrały tego zajęcia, to był tragiczny zbieg okoliczności, który zaważył na całym ich życiu, zresztą i tak nie miały ani gdzie, ani po co wracać.

Dużo mi opowiadały o tej pracy, bo w końcu to praca choć NIE jak każda inna. 

Kilka dni temu dorwałam w bibliotece książkę „Dziewczyny z Dubaju” i przeczytałam ją z dużym zainteresowaniem, choć bez wypieków na twarzy. 


Ta książka to zapis rozmów z prostytutkami i ich sutenerkami. Ot zwykłe sprawy między klientami, szefowymi i pracownicami, oczywiście są to rozmowy o pieniądzach i seksie. Co w tym dziwnego? Chyba tylko to, że prostytutkami są dziewczyny z pierwszych stron tabloidów, celebrytki „misski”, aktorki… 

Szokuje też skala i zasięg. Kiedy się czyta o setkach kobiet zarabiających w ten sposób, to powstaje pytanie, która tego NIE robiła. Która z tych pięknych, zadbanych, zamożnych i znanych nie brała w tym procederze udziału... 

Aspekt moralny zupełnie mnie nie rusza. Prostytucja karalna nie jest ( przynajmniej w Polsce) one są dorosłe, wiedzą co robią, to ich sprawa i decyzja, ich ciało i życie. Nikomu nic do tego. 
Co dziwi? To całe zakłamanie. Bo z jednej strony widzimy na ściankach celebrytki, które „ciężko” pracują, do wszystkiego doszły „własna pracą”, nigdy nie „poprawiały natury” i są czyste jak łza świętego Franciszka, a pod spodem… 

Niektórzy czytelnicy zarzucają książce voyeuryzm i miałkość literacką, ale nie jestem w stanie się z tym zgodzić. To po prostu relacja. ( Zresztą autor większość tekstu przytacza bo są to po prostu zapisy rozmów bohaterek) Język powieści, zważywszy na środowisko ( choć wszystkie bohaterki są wykształcone i obyte w świecie) nie jest jednak językiem poetycko czystym i wielu może razić, ale nie można odmówić mu adekwatności. 

Moim zdaniem jest to opowieść o tym jak pewne sprawy wyglądają „od spodu”, o tym, że śliczne obrazki z życia gwiazd i piękne zdjęcia na okładkach magazynów to tylko złudzenie, któremu nie warto ulegać, a przecież wiele młodych dziewcząt mu ulega. 

Wpatrzone w te cuda nastolatki za tę ułudę często płacą potem wygórowaną cenę. 

Seks za pieniądze to nie jest wymysł ani naszych czasów, ani nawet naszych celebrytek. Tak było, tak jest i tak będzie, więc nie ma się czemu dziwić, czy jakoś specjalnie szokować. Zaskakuje jednak to, kto w tym „biznesie” pracuje, bo nie są to osoby, którym brakuje na chleb, ani takie, które nie mają innego wyjścia. 

W książce nie padają konkretne nazwiska, ale podobno ( jestem zbyt mało obyta w pudelkowych plotkach aby mieć na ten temat jakieś zadnie) podkreślam, podobno każdy kto zechce odnajdzie bez trudu bohaterki tej afery. 

Czy warto przeczytać tę książkę? 

Warto, szczególnie kiedy jest się rodzicem nastolatki zapatrzonej w blask gwiazd… Tych telewizyjnych, a poza tym książka jest zwyczajnie ciekawa, poza tym odbrązawia współczesne , już i tak nieco „plastikowe” idole, a to bardzo istotne. 





niedziela, 21 października 2018

Wściekła asertywność? Tak?


Nie jestem asertywna, niestety, a ta wada w obecnych czasach to nawet nie wada. To katastrofa życiowa, a może nawet i facebookologiczna. 

Słaba odporność na hejt i wszelkie tego typu zagrania automatycznie człowieka eliminuje ze społeczności sieciowej. Co komu po takim mazgaju, który po kilku ledwie „bydlakach” zaczyna się mazać? 

Niestety ja właśnie do takich mniej więcej należę. 

Ktoś wylał na mnie wiadro kłamstw doprawionych pomyjami? Jasne… nawet się nie odezwę. Rynsztok to nie jest moje środowisko naturale. Usiądę sobie cicho w kąteczku i popłaczę. 

Oszczerstwa i pomówienia? Czemu nie… Co ja mogę ? Co prawda odchodzi kilku ważnych przyjaciół, ale cóż, skoro nie chce im się myśleć samodzielnie… muszę to znieść. 

Ktoś mnie oczernia w żywe oczy? 

No i co z tego, takie mamy czasy. 

Właściwie mogłabym pójść na kurs asertywności, ale z rożnych względów to niestety niemożliwe i nagle… OLŚNIENIE. Doznałam go niedawno i poraziło mnie swoją skutecznością. 

A zaczęło się to jakoś tak kilka miesięcy temu zaraz po sześciu penisach, kilku scenach seksu oralnego, trzystu sześćdziesięciu ośmiu misiach, serduszkach i delfinkach oraz dwóch groźbach karalnych. 

Fakt, przyznaję, że waga wku...wu w stosunku do penisów, czy gróźb karalnych nie jest taka sama jak przy misiach i serduszkach, które walą po oczach jakby tamtędy chciały się dostać do mózgu i tam dokonać krwawej masakry, ale jednak też się liczy. ( Nie od razu Kraków zbudowano, jak to mówią) 

Otóż, kiedy dostałam pierwszego, czy drugiego penisa grzecznie prosiłam nadawcę, by nie wysyłał mi takich treści, bo ich nie lubię. 

„A co lubisz głupia pindo?” - odpowiedział mi grzecznie nadawca penisa w kolorze różowym i dosłał podobnego, ale tym razem czarnego. Widocznie miał ich mnóstwo na składzie. 

Przeprosiłam i zablokowałam. 

Po scenie seksu oralnego tak samo przeprosiłam i poprosiłam, żeby nie wysyłano mi takich filmików. 

Zostałam wyzwana od „starych cip” i „niewyżytych wywłok” 

Przeprosiłam, zablokowałam

Gróźb karalnych przytaczać nie zamierzam, każdy je zna, są typowo internetowe… 

I nagle iście po amerykańsku... „coś we mnie pękło”, oczywiście najpierw cicho popłakałam sobie w kątku, ale potem nie wytrzymałam… 

Zamiast przepraszać, zaczęłam się wściekać. 

Najwięcej w sumie dostało się biednym misom, bo na nich (z racji wprost nieograniczonych możliwości) najwięcej ćwiczyłam. 

Nie, jeszcze wtedy nie odważyłam się do nikogo napisać, „nie wysyłaj tego chłamu debilu”. 

Nie jestem jeszcze na tym etapie, ale… JEST LEPIEJ i… 

ZROZUMIAŁAM! 

Messenger może człowiekowi takiemu jak ja służyć za darmowy program do ćwiczenia asertywności! I są już u mnie widoczne efekty! 

Coraz mniej płaczę po kątach, już potrafię warknąć, nawet tekstowo. Czuje, że niedługo tekst w stylu „Ty chamie” będzie w stanie przejść przez moja klawiaturę. 

Słowo „spadaj” weszło na stałe do mojego słownika. 

Na kolejnego słodkiego misia odpowiedziałam znalezionym w necie rozbebeszonym i zakrwawionym misiaczkiem. 

HA! 

Codziennie blokuję kilku misiaczkowych dręczycieli i… czuję się nieco bezpieczniej. 

Zastanawiam się tylko, czy o taką asertywność mi chodziło. 


piątek, 19 października 2018

DRUGI LEGION - pierwsza liga fantasy.


RICHARD SCHWARTZ
DRUGI LEGION

INITIUM


Muszę przyznać, że na tę książkę czekałam od dawna, bo… bo byłam ciekawa co autor znowu wymyśli… 

Poważnie! Kiedy kończył się pierwszy tom sytuacja była już klarowna, sprawa wyjaśniona, bohaterowie dobrze znani i poznani. Dopracowani choć niejednoznaczni. Było co prawda leciutko otwarte zakończenie, ale nic nie zapowiadało, tego co zdarzyło się w drugim tomie. A właściwie zapowiadało, tylko autor to umiejętnie i dokładnie ukrył… 

I co ciekawe, zaczynając czytać drugi tom, właściwie znajdujemy się w tym samym miejscu i czasie, a jednak jest inaczej. 

Bardzo po ludzku, (choć powieść dotyczy też innych ras), po euforii zwycięstwa, kiedy emocje i radość powoli się opadają, a życie wraca na właściwie tory ( co moim zdaniem jest momentem najtrudniejszym tak w życiu jak i w powieściach) wszyscy zaczynają snuć palny na przyszłość. Ten moment właśnie mocno łączy „Drugi legion” z „Pierwszym Rogiem”, ale nie tylko. Wszyscy są właściwie tacy sami, ale kluczowym słowem będzie tu „właściwie” bo po trochu opadają z nich łuski pozorów. Niby są ci sami i tacy sami, ale do końca. 

Wyruszają razem, ale to „razem” jest nieco inne. 

I powieść jest nieco inna. Zamiast klaustrofobicznej gospody w okowach mrozu autor oferuje nam bliskowschodnie klimaty z aluzjami do wypraw krzyżowych. 

Daleką niebezpieczną wyprawę. Tajemniczy pierścień. Nadzieję. 

Ta część jest, jak pisałam nieco inna. Jest zaskakująco niezwykła. Pokazuje tę samą grupę osób w innym zupełnie świetle, inaczej, ale co zachwycające, zaskakująco spójnie! 

Tu przygody i wydarzenia nie będąc mniej ciekawe wchodzą na zupełnie inny poziom. 

Jestem pod ogromnym wrażeniem umiejętności pisarskich autora. W książkach fantasy prawdziwym horrorem bywają niedomknięte, „dyndające” wątki, postaci bez znaczenia i przeznaczenia, niepotrzebne ( bo nie wnoszące nic do fabuły) krwawe jatki na miecze i kule ognia, oraz dialogi, które do niczego nie są potrzebne, bo ani nie objaśniają świata, ani nie posuwają akcji naprzód. 

Tu wszystko ma sens i przeznaczenie, mimo iż wiemy, że książka nie jest zamkniętą całością i będzie miała kontynuację to jednak wszystko jest doskonale połączone, sensowne, dopięte na ostatni guzik i logiczne. Myślicie, że w fantasy logika jest zbędna? Otóż wcale nie! Tak jak w każdym tekście jest NIEODZOWNA! 

Zakończenie jest w pewien sposób zamknięte, z drugiej jednak strony, z pewnych względów otwarte. 

A fabuła nieoczywista i w żaden sposób nie sztampowa. Po prostu świetna książka. 

Nie będę opisywała samej fabuły, bo nie chcę innym psuć przyjemności czytania, a wszystko ma tu znaczenie, nawet wydawałoby się nic nieznaczące szczegóły. 

Powiem tylko, że od książki nie można się oderwać, a sposób w jaki autor zakończył powieść, a właściwie drugi tom opowieści to czysty sadyzm. Czekanie na kolejny tom cyklu będzie prawdziwą torturą.

czwartek, 18 października 2018

Dinozauryzacja albo masowe wymieranie... blogów.




Tak, przyznaję się, jestem wymierającym gatunkiem. Wymieram wielowarstwowo. Jako autorka ( ciut, ciut i aż szlag mnie trafia) jako osoba, (wszak wiek swój mam) i teraz jako blogerka, bo ogłoszono masowe wymieranie tego gatunku. 

Ja, po prawdzie nie za bardzo nawet zdążyłam się przyzwyczaić do blogowania, a tu takie kwiatki... 

Ponieważ jednak ostatnia dyskusja o wymieraniu blogów zboczyła nieco (w niektórych wypowiedziach) na tak zwaną promocję zaczęłam się nad tym (głęboko) zastanawiać. 

Wyszło na to, iż wszyscy byli ciekawi czy osoba biorąca pieniądze ( a o dużych pieniądzach mówimy) za promocję książki ma obowiązek być w tej promocji uczciwa, czy też, jeżeli jej zapłacą spokojnie może „gniota” wynieść na ołtarze? Wiele osób twierdziło, że skoro płatna promocja jest czymś w rodzaju reklamy, to trzeba traktować ją jak reklamę, czyli w stylu „prawda sobie, reklama sobie”, a to znaczy, że, reklama uczciwa być nie musi. 

Ba, chyba nawet być nie może... 

Doszło też do tego, iż wiele osób twierdziło, że blogerzy uczciwi być muszą gdyż… nikt im nie płaci (!), a poza tym i tak spokojnie już wymierają. 

A ja jakoś czytając to widzę w tym pewien paradoks. 

Ten kto robi za darmo, MUSI być uczciwy, ten kto za pieniądze NIE musi? I skąd te wymagania? Czy tylko mnie dziwi takie rozumowanie? 

Dochodzi do tego inne spostrzeżenie. No dobrze, blogi są na wymarciu, ale blogerzy starają się uczciwie opisywać swoje własne odczucia dotyczące książek? Podkreślmy tu słowa SWOJE WŁASNE ODCZUCIA… 

Czyli czytelnik, (a mówimy tu o czytelniku, nie o reklamodawcy czy autorze) wiedząc jak działa reklama nie będzie wolał przeczytać subiektywnego, ale jednak uczciwego tekstu czy opinii, a będzie wolał walące po oczach wszechobecne spoty? 

Odrzuci subiektywną aczkolwiek uczciwą opinię (o ile będzie ona uczciwa - wiadomo) na rzecz li tylko „reklamy”? Nie wierzę! 

Owszem. Może zmienią się układy wydawca – bloger. Jest możliwe, że wydawcy nie będą już wysyłać blogerom egzemplarzy recenzenckich, ale dla ludzi lubiących pisać o książkach nie będzie to problemem. Tyle, że blog książkowy stanie się jedynie sposobem na zabicie czasu, a nie na życie.
Nawet teraz są tacy zapaleńcy, którzy piszą recenzje książek z biblioteki… wcale nie czekając na „zapłatę” w formie egzemplarza recenzenckiego! 
Czyli co? Oni też wymrą? 

Nie wydaje mi się! Czy będą tacy, którzy czytają recenzje? Nie wydaje mi się, żeby mogło ich nie być… Jest ogromna grupa ludzi sceptycznie nastawionych do reklam i dla nich warto będzie pisać. 

Inna sprawa to kwestia wieku, stare ramole ( czyli ludzie w moim wieku) ulegną swoistej dinozauryzacji i chętniej pewnie przeczytają opinię niż skuszą się zdjęciem z instagrama. 

Znikną ci, którzy piszą nie dla pisania, a dla pozyskania nowości, czy książek, na które ich nie stać. 

Ludzie z pasją przetrwają. ( No dobra jestem idealistką!) 

Mogą jednak powstać inne twory… 

Pisarzy jest wielu, promocja kosztuje, nie każdego na nią stać, nie w każdego wydawnictwo włoży miliony… 

Niektórzy pisarze, mimo iż nie reklamowani piszą dobrze, ciekawie, wręcz fascynująco… Brak reklamy nie oznacza jeszcze, że książka jest kiepska, wielka reklama nie oznacza też, że jest genialna… (Choć nic tu niczego nie wyklucza.) 

Powstaną być może blogi parające się promocją literatury… Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ale życie nie znosi próżni… 

A tu jest wielka próżnia. 

Tak czy tak, wymierając jak dinozaur na błoniu… ( to chyba miała być kobyła?) no, ale wymierając sądzę, ( albo mam po prostu nadzieję) że może jednak ta zapowiedź globalnego wymierania blogów jest odrobinę przedwczesna... 


wtorek, 16 października 2018

Lubię postapokalipsę, ale...



EMILY ST. JOHN MANDEL

STACJA JEDENAŚCIE

Papierowy Księżyc

Nie da się czytać „Stacji jedenaście” nie mając przed oczami „Bastionu” Kinga – wszak podobieństwa są niezaprzeczalne, choć występują też różnice. Straszna choroba pustoszy świat. Upada cywilizacja. Przy życiu pozostaje pewna grupa ludzi odpornych na „gruzińską grypę”. Autorka nie wchodzi w szczegóły, tak jest i już. Jedni umierają, inni nie. Ci, którzy przeżyli wędrują po terytorium dawnych Stanów Zjednoczonych pchani nie do końca określoną tęsknotą za lepszym życiem. 

Postapokalipsa? I tak, i nie. Lubię prozę z tego gatunku, ale spodziewałam się czegoś innego. Czegoś dużo mocniejszego, może w stylu właśnie „Bastionu” Kinga, „Ostatniego brzegu” Nevile'a Shute czy nawet – wymieniając któregoś z polskich autorów – powieści „S.Q.U.A.T” Konrada Kusmiraka, a dostałam właściwie wariację na temat znikomości życia i nieprzewidywalności losu oraz sporo zadumy nad człowieczeństwem, ubrane w kostium powieści postapokalitycznej. 

Opowieść rozwija się na trzech płaszczyznach. Przed, w trakcie i dwadzieścia lat po zagładzie. Przyznam, że nie bardzo do mnie przemawia taki układ. Życie i śmierć Arthura Leandera stanowią pewną klamrę fabularną i odniesienie dla wszystkich późniejszych zdarzeń, ale ta część jest nieporównywalnie bardziej rozbudowana niż część mówiąca o tym, co działo się po zagładzie. Ma to oczywiście jakiś sens, ale pozostawia niedosyt. Poza tym śmierć aktora, celebrowana przez pewną grupę, jest bez związku ze śmiercią dziewięćdziesięciu dziewięciu procent ludzi, którzy zmarli tuż po nim, ale też ma pewien sens. Część dotycząca komiksu, który dał tytuł całej powieści – jakby marzenie, wspomnienie o możliwościach – moim zdaniem wnosi najmniej do treści książki. 

Wędrująca Symfonia to grupa aktorów i muzyków; należy do niej m.in. Kirsten. Mottem tej grupy, ale i samej Kirsten jest stwierdzenie ze 122 odcinka filmu „Star Trek”: „Samo przetrwanie nie wystarcza”. Te słowa, czy z nimi się zgodzę, czy nie, stanowią jednak motyw działania ocalałych. Jedni szukają zrozumienia w wierze, naginając ją niejednokrotnie do swoich potrzeb, a w zrozumieniu – oparcia. Świat był zły, więc został ukarany, my przetrwaliśmy, bo byliśmy lepsi. Takie „rozumienie” zagłady prowadzi do wypaczeń. Są też tacy, którzy dążą do władzy. Inni pielęgnują pozostałości dawnego świata, zbierają artefakty i informacje. Taki jest ten świat. Najbardziej cierpią ci, którzy pamiętają. 
Wędrująca Symfonia przemieszcza się od osady do osady i wystawia sztuki Szekspira, bo żył on w podobnych warunkach: w świecie panowania zarazy, w świecie bez prądu, choć było mu jednak o niebo łatwiej, gdyż nie niósł ze sobą bagażu wspomnień innego świata. 

Opowieść dąży do pewnego zakończenia, rozwija się, zawraca, dziwi, czasami drażni, rozgrywa się na przestrzeni wielu lat, opowiada o różnych bohaterach, pozornie ze sobą niezwiązanych. Są tacy, których historie dotyczą okresu sprzed epidemii, ale też tacy z czasów po upadku całej cywilizacji. Zagłada stanowi dla autorki pretekst do poszukiwania odpowiedzi na pytanie, czym jest człowieczeństwo, w którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem? Kiedy traci miłość? Wiarę? Kiedy zabija? Kiedy traci kontakt ze sztuką? Kwestia trudna w miejscu i czasie, gdy zniknęły wszelkie odniesienia do pewnych dawnych wartości i trzeba wszystko budować od nowa. To, co było nie może już wystarczyć, trzeba szukać czegoś innego, znajdować nowe drogi i podejmować nowe wyzwania, a tym samym określać i znajdować nowe ideały. 

„Stacja jedenaście” nie jest książką słabą, o ile czytelnik nie będzie koncentrował się na wymogach gatunku, a da się wciągnąć opowieści, ale... No właśnie. Liczba literówek – koszmarna, choć to bym darowała, no trudno, jednak oczywiste błędy??? Trochę tego zbyt dużo jak na takie wydawnictwo. „(...) przyczepiali Arthura do noszy”[1] – nie! Przyczepiać można breloczek z „małym głodem”, a nie człowieka! „Czworo, czy pięcioro osób podeszło do drzwi”[2], czyli rzeczownik „osoba” przestał być rodzaju żeńskiego? Kiedyż to? „(...) na jego grzbiecie siedział jeźdźca”[3] – znaczy co? Ten jeźdźca? Nie ten jeździec? Moja żona jest bardzo skryta jeżeli chodzi o jej pracę – mówił Arthur – która nawet nie miała prawa jazdy”[4] Dziwna ta praca! Bez prawa jazdy??? 

Niestety jest tego o wiele więcej. Jeżeli więc pominąć literówki (po kilka na stronę), pozostaną błędy, a to już poważna sprawa. Zwłaszcza w tak porządnym wydawnictwie. 

Powieść polecam, bo dobra, wymagająca, mocna. 

( Wcześniej opublikowałam ją na stronie BiblioNETka)
--- 
[1] Emily St. John Mandel, "Stacja jedenaście", przeł. Magdalena Lewańczyk, wyd. Papierowy Księżyc, 2016, s. 14. 
[2] Ibidem, s. 59. 
[3] Ibidem, s. 110. 
[4] Ibidem, s. 123.

sobota, 13 października 2018

Niemiłość bezwarunkowa


JOANNA BARTOŃ

DRZAZGI

Miłość jako taka (o ile istnieje) jest dość mocno uwarunkowana społecznie, może nawet sobie z tego nie zdajemy sprawy, ale istnieje ogrom nakazów i zakazów jej dotyczących. I nie chodzi mi tu o miłość erotyczną, bo ma zupełnie inny kontekst, ale o cały ten koszmar związany z miłością rodzicielską, a właściwie matczyną, bo matka MUSI kochać dziecko, nie ważne, że nie może, MUSI. 

Nie ważne, że dziecko jest psychopatycznym mordercą czy gwałcicielem, matka ma go kochać, bo to JEJ dziecko. Nie ważne, że tego nie akceptowała, że starała się nauczyć czegoś innego, a i tak ma kochać i musi zapłacić… 

No bo wiadomo, to jej wina! 

Te nakazy ( niestety) sprowadzają tę bardzo delikatną sprawę do hormonów ( czyli jak kto woli zwierzęcych instynktów, ale nawet zwierzęce matki czasami odrzucają swoje potomstwo) i pajęczej sieci spojrzeń i ocen. 

Spojrzeń ludzi, którzy uważają, że mają prawo osądzać... ( ochrona od nich powinna być wpisana do konstytucji). 

Ta matczyna miłość - niemiłość jest jakby „podskórnym” tematem książki. 

Ona, córka dziwnej matki jest też, albo była, z pewnych względów matką. Była, to ważne, bo przestała być. Nie z własnej woli, ale z postanowienia też. Dziecko, jakkolwiek często jest do matki ( rodziców) podobne. Jest też odrębną istotą, której się nie zna. Ma swoje własne światy i czasami te światy przerażają. 

Jeżeli ktoś zakłada, że matka ma obowiązek kochać dziecko, to „odmatcza” tę matkę, odbiera jej osobność i sprawia, że traktuje się ją jako coś w rodzaju biologicznego robota z wbudowanym programem, podczas gdy matka ( choć wiele osób nie chce tego przyznać) jest istotą ludzką. Obok obowiązków ma też prawa… 

Ta książka to literacka – bardzo pięknie literacka opowieść o tym co dzieje się w środku, o myślach, uczuciach, miłości i wrażliwości, oraz wszystkich tajemniczych ( a czasami strasznych) ogrodach, które każdy ma w swoim wnętrzu, ale nie chce albo nie umie się do nich przyznać. 

Opowieść o wrażliwości, cierpieniu i oswajaniu światów, wszystkich ludzkich światów dookoła, nawet tych do których nie ma się dostępu. 

To nie jest książka o dobrych wróżkach, jest ciężka, trudna, psychologicznie zrozumiała, ale mocno dająca do myślenia, dla czytelnika, dla wyrobionego czytelnika, który lubi literaturę w której ważna jest treść, ale i forma, i w której oba te czynniki wymagają od czytelnika skupienia. 

Zostaje w człowieku, nie pozwala spać, porusza bolesne struny… 

Książka dla wielu, ale nie dla wszystkich. Boleśnie dobra, cudnie okrutna. Wręcz wiwisekcyjna. 

Z pewnością do przeczytania kilka razy. 

Literacko bardzo dopracowana. To nie jest czytadło to bardzo wymagająca proza, która pochłania.

czwartek, 11 października 2018


Chris Colfer

Kraina Opowieści
( Zaklęcie życzeń)

Wydawnictwo MŁODZIEŻÓWKA

Nie lubię telewizji z wielu powodów. Chociażby dlatego, że to jeden wielki śmietnik pełen durnowatych reklam, bezdennie głupich programów i zepsutych, albo „popsutych” postaci w stylu Xenny, księżniczki od rozwolnienia, albo Czerwonego kapturka, który okazuje się Kubą rozpruwaczem, który zmienił płeć po tym jak ET odgryzł mu...głowę. 

Tak jakby twórcy seriali nie umieli nic wymyślić i musieli wszystko psuć. 

Lubię jednak książki, a te bywają wielką inspiracją. 

Bo czy można wejść w krainę baśni? Oczywiście, codziennie w nią wchodzimy i dla każdego jest nieco inna bo to przecież zależy od naszej wyobraźni. 

I o to w tym wszystkim chodzi. 

Dzieci ( rodzeństwo, a właściwie bliźnięta) mają kłopoty rodzinne, zwykłe, życiowe, smutne przejścia, jakie są udziałem wielu dzieci, ale nie są przez to wcale mniej przykre. Śmierć ojca, kłopoty finansowe, ciągła nieobecność zapracowanej matki i szkoła, w której trudno się odnaleźć dziewczynce, bo nie łatwo być prymuską, chłopcu bo trudno być bratem prymuski. 

Babcia na dwunaste urodziny daje im książkę zatytułowaną Kraina Opowieści. 
I ta książkę je wciąga… NAPRAWDĘ i dosłownie wciąga. I tu zaczyna się opowieść o świecie znanym i nieznanym zarazem, jest osadzona w świecie dobrze znanych nam bajek, ale idzie nieco dalej… Ile osób z was się nad tym zastanawiało? Przyznam, że ja tak. Zawsze fascynowało pytanie mnie takie pytanie jak… ile kurzu osiadło na śpiącej królewnie po stu latach, albo dlaczego głodujące dzieciaki, Jaś i Małgosia zaznaczały drogę okruszkami, jakby nie mogły narysować jakiegoś znaku na ścieżce... Opowiada co stało się dalej. Gdzie podziała się Zła Królowa? Co ze Złotowłosą? Co robi teraz Czerwony Kapturek? 

To taki świat, którego nie trzeba tłumaczyć i właśnie tu dzieciaki zaczynają swoja przygodę. Prymuska Alex i zdroworozsądkowy Conner muszą odnaleźć drogę do domu, owszem tak jest tu trochę schematów, ale pamiętajmy, to książka… a no tak jeszcze nie powiedziałam to książka dla dzieci tak około dziesięć dwanaście lat, ale bawi też i dorosłych, czego i ja na sobie doświadczyłam. 

Mamy więc motyw dziwnego pamiętnika, niebezpiecznych miejsc i fantów potrzebnych do tajemniczego zaklęcia, mamy motyw podroży przez nieznane światy, ale… 

To jest zupełnie inne, świeże spojrzenie. Takie trochę odkrywanie bajek na nowo, dopasowywanie ich do świata, rozumienie ich przesłania, które dla każdego może być inne, bo przecież dla jednych Kopciuszek to manifest antyfeministyczny, dla innych bajka o cierpliwym czekaniu na lepsze czasy. 

A dla dzieci? To zależy… 

Ta książka to trochę bajka pocieszajka, z przygodowym zacięciem, z współczesnymi odniesieniami, z rozumowaniem bardzo młodym, nieco dziecięcym, ale po dorosłemu ciekawym i skutecznym. 

Ładnie napisana, w miarę „straszna:, ale też i łagodna, szybko rozwiązująca niektóre sprawy, nie pozostawiająca zbyt traumatycznych zdarzeń bez wyjaśnienia, ale trzymająca w napięciu. 

Pięknie wydana, niby nie powinno się oceniać książki po okładce, ale to nie dotyczy bajek, a poza tym ta okładka po prostu cudna! 

Bardzo dobra książka dla dzieci, i tych co już dużo czytają i tych, które dopiero zaczynają interesować się czytaniem. Bai, ciekawi i… hmmm uczy! 

Bardzo interesująca. Moim zdaniem warto ją przeczytać, nawet jeżeli nie jest się dzieckiem, a tylko odrobinę rozmiłowanym w baśniach dorosłym.

wtorek, 9 października 2018

Ile obok nas przepływa piękna, grozy i życia?


BRITTA ROSTLUND

U STÓP MONTMARTRE

MARGINESY


Mówi się, że życie potrafi zaskakiwać, ale czy na pewno? Przyjrzyjmy się życiu i co widzimy? 

Rano kawka w ulubionym kubeczku, śniadaniowy rozruch na szybko, potem człap, człap do pracy, tam bezmiar nudy zakrapianej herbatą z dosypką ploteczek, potem dom, dzieci, szarobury obiad, wyszczerbiony talerz, podaj sól, plama na stole, nóż po lewej stronie, a marzenia na półce… 

Prawda? 

Prawdę powiedziawszy żyjemy jakby na autopilocie, nie zastanawiając się , ile tajemnic skrywają ludzie w domach obok, jakie szaleństwa kotłują się w głowach sąsiadów… 

A gdybyśmy tak podeszli do życia inaczej? Tak samo, ale inaczej. Tylko jak? Tak samo? Inaczej? Bo przecież nie trzeba zmieniać świata, żeby zmienić życie, wystarczy zmienić spojrzenie. 

Pewien niemłody już właściciel sklepu kolonialnego „u stóp Montmartre”, no prawie u stóp, zaczyna obserwować jednego z sąsiadów, gdyż dostaje takie… hmmm zlecenie. Żona, zdrada, jakieś dziwne zachowania. To obserwowanie sąsiadów bardzo go zmienia, bo stając się uważnym na jedno, staje się uważny na wszystko. 

Wszystko spowija ten nieokiełznany paryski urok, nie, nie ten cud z bąbelkami, raczej urok małej uliczki, gdzie wszyscy się znają… Tylko czy na pewno? 

Jednak nie tylko o tego człowieka tu chodzi. Jest jeszcze druga narracja, mocno psychodeliczna i jakby w klimacie „Kobiety z piątej ulicy” ( Douglas Kennedy), ale chodzi mi właśnie o klimat, a nie o akcję). 

Jest w niej też coś z klimatu „Perełki” Patricka Modiano. Ta tajemniczość, zagubienie... 

I to też nie jest wszystko, dookoła są przecież ludzie. Nie poznamy ich naprawdę, poznamy to co o nich myślą bohaterowie, cudze życia tak łatwo nie zdradzają swoich tajemnic. 

Połączone Paryżem, obie narracje zmierzają ku sobie, choć nie jest to ani oczywiste ani za bardzo początkowo widoczne. 

I wszystko się zmienia. Marzenia spadają z półek i rozsiadają się przy stołach psując to co dotychczas. Rutynę i działanie na autopilota. Nagle to co zwykłe i bezpieczne przestaje być pożądane. 

Szaleństwo wdziera się do domów i myśli… A może to wcale nie jest szaleństwo? 

Bardzo niezwykła książka i mimo pastelowej okładki nie jest to lekki romans, ( ani w ogóle romans) to coś o wiele ciekawszego i zarazem dziwniejszego. Ta książka wciąga, nie jest to zachwyt od pierwszego zdania, to takie… podstępne złapanie za ciekawość. Nie popuszcza do końca. 

Książkę wygrałam kilka dni temu i właściwie, ze względu na inne zobowiązania miałam jej jeszcze teraz nie czytać, niestety nieopatrznie wieczorem położyłam ją przy łóżku i noc diabli wzięli, ale… takich diabłów, a właściwie nocy wezmę chętnie więcej. 





poniedziałek, 8 października 2018

Uczciwie, choć nieuczciwie?


Będąc kiedyś we Francji spotkałam na swojej drodze cichutko przycupnięty sklep, owszem drogi, ale jednak niezbyt nachalnie umiejscowiony, był to sklep z wegańskimi ciuchami. 


Początkowo trochę się zdziwiłam, ( i nieopatrzenie powiedziałam o tym znajomej) bo przecież weganie ciuchów nie jedzą, zostałam jednak uświadomiona, że … to wyższa klasa odpowiedzialności społecznej, bo nie korzysta się z niczego co pochodzi od zwierząt. 


No i właściwie na tym się skończyła moja przygoda z „wyższą odpowiedzialnością społeczną” bo ta wyższa odpowiedzialność trochę mi podjeżdżała snobizmem. Weźmy pierwszy lepszy ciuch z Biedronki, żaden koło zwierzaka nawet nie leżał, a nie są aż tak drogie, no ale, snobizm to coś na czym się nieźle zarabia. 

Jeden z moich znajomych wie o tym doskonale. Ma w okolicy ( fakt, nie w samym mieście) sklep z ciuchami i… I całkiem dobrze sobie radzi. Większość to co prawda ciuchy nieco „wiejsko weselne”, ale wiadomo, klient nasz pan. Nie bywam tam często, ale raz się wybrałam i oczom uwierzyć nie mogłam. W sklepie tłumy… 


Na wystawie spodnie… bezglutenowe. 


Nie uwierzyłam, a jednak… 

- Przecież to oszustwo! – powiedziałam do znajomego trochę zbulwersowana, wiem jak działa handel, ale coś takiego? 

Znajomy tylko się uśmiechnął. 

- Czy uważasz, że te spodnie zawierają gluten? - zapytał podstępnie. 

- Oczywiście, że nie… - odpowiedziałam, chciałam dodać jeszcze kilka słów na ten temat, ale nie dał mi dokończyć. 


- Czyli te spodnie są naprawdę bezglutenowe… To czego chcesz? Tak właśnie działa reklama – uśmiechnął się z rozmarzeniem - Zamierzam wprowadzić do sklepu bluzki jedwabne bez laktozy i specjalną bieliznę bez GMO. 


- Tu już przesadzasz… 

- A gdzie tam! To będą zwykłe majtki z plastiku, jakim cudem miałyby być z GMO? Nikogo nie będę oszukiwał. Przecież to co mówię to sama prawda... 


I wiecie co? Z jednej strony jest O.K, facet nie kłamie, choć to jest oszustwo, z drugiej tak właśnie działa połowa sklepowych reklam… Chyba on jednak poszedł nieco za daleko…

wtorek, 2 października 2018

Uszczerbek na zdrowiu i życiu... internetowym.


Właściwie jestem osobą bardzo spokojną i nawet grzeczną, nie robię nikomu krzywdy. Klnę jak szewc, ale tyko w sytuacjach zagrożenia życia … internetowego. 

I nie chodzi, że jest to internetowe zagrożenie, ale że moje życie internetowe jest zagrożone i może doznać uszczerbku. Naprawdę powinno się jakoś to załatwić, bo dla wielu osób uszczerbek na zdrowiu i życiu internetowym to poważna sprawa… 
Podam przykład. 

Kilkadziesiąt razy dziennie dostaje od jakiegoś faceta gify. Naprawdę. Od drugiego całe pakiety gifów, od trzeciego debilne filmiki… 

Co chwila dochodzi mnie dźwięk powiadomienia ( muszę go mieć, bo czekam na ważne wieści) wchodzę i dostaję po oczach serią z czerwonych serduszek, przy których disco polo to sztuka wysokich lotów, w chwilę potem moje komórki mózgowe wiją się w śmiertelnej agonii z powodu dwóch szmacianych piesków z kwiatkiem. Kolory wołają o pomstę do nieba, albo miotacz płomieni ( biedne pieski) Podrygujące napisy życzą mi miłego poniedziałku, wspaniałego wtorku, cudnej środy… dobrej kawy i wzwodu. 

Po chwili penis w szydełkowym ubranku przelewa czarę goryczy. 

Grzecznie, żeby nie urazić delikwenta, proszę, żeby nie wysyłał mi śmiecia bo nie lubię tego typu „sztuki”. 

Facet mnie olewa totalnie i już po chwili jakaś zdzira wygina się do mnie jak paragraf przesyłając mi serduszkowego całusa. Z drugiego konta ktoś podsyła mi debilny kawał, że niby komar od kobiety różni się od kobiety tym, że wkur...wia chłopa tylko latem. 

Jasne, uwielbiam takie seksistowskie g...no. 

Zawiadamiam o tym faceta, nie reaguje. Zawiadamia mnie, że śniadanie na kacu jest jak przeszczep, albo się przyjmie albo nie. No k...wa, poważnie? Ja tu czekam na BARDZO ważne wieści, a tu... 

Debil wysyła mi jakieś kwiatki, mrugają tak, że można od nich dostać epilepsji. 

Nie jestem zupełnie normalna, dostaję tylko szału. 

„Przestań do mnie pisać, mam w d...pie twojego kaca i kwiatki też” zawiadamiam po kolei każdego z pojawiających się debili. 

Jak sądzicie? Zadziałało? Otóż nie... 

Dostaję gifa, że facet się, że życzy mi miłego podwieczorku, wieczora, nocy, dużo seksu, dużo miłości i każde z tych życzeń to kolejny obrzydliwy gif. I na dodatek się rusza… 

Wszystko się rusza, mam czerwone płatki przed oczami, tiki, mroczki, drżenia i wypryski na poczuciu dobrego smaku.

Serduszka jak zombie wyłażą z komputerowych okien. 

Mogłabym tych facetów wywalić ze znajomych, i już mam to zrobić, kiedy uprzedza mnie jakiś skądinąd śliczny kot wita mnie wesolutko i cieplutko i życzy mi stresu malutko

Rymy są tak okropne, że zaczyna mnie mdlić. Tak, mdli mnie, bolą mnie oczy i głowa… Nie wytrzymuję. 

„Przestań debilu dłużej tego nie zniosę, to śmietnik i syf...” – piszę, wysyłam do wszystkich delikwentów i natychmiast żałuję, bo jeszcze mnie pozwą. 

I wiecie co? Wreszcie dostaję jakąś rozsądną odpowiedź. 

„Droga pani, chciałam pani zaproponować zrecenzowanie naszej najnowszej powieści, ale skoro nasze wydawnictwo to dla pani śmietnik i syf, to nie będę już pani zawracać głowy”. 

- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! 

Dobrze, że żaden z nich nie mieszka w pobliżu, bo niechybnie trafiłabym do więzienia jako seryjna morderczyni. 

Od teraz wszystkich gifowych artystów blokuję od pierwszego wejrzenia w KAŻDY durny obrazek. Nie ma pomiłuj!

Zdrowie i życie internetowe jest dla mnie najważniejsze... Zresztą, czekam na ważne wieści, a drugi raz takiego  wstydu nie przeżyję.