wtorek, 15 stycznia 2019

KUGLARNIA - dla zakochanych w słowie.


ANDRZEJ TURCZYŃSKI
KUGLARNIA
Wydawnictwo JanKa

„Kuglarnia” to książka niesamowicie wymagająca i żądająca maksymalnego skupienia uwagi, oraz dość dużego oczytania. Nie znosi rozproszenia myśli, bo wtedy tekst ucieka. Tu każde słowo jest ważne, każdy element ma sens, ale i czasami przewrotne znaczenie. 

Nieprzeciętna erudycyjność tego tekstu wprawia w zachwyty i zarazem przenosi czytanie na zupełnie inny poziom bo w tej książce, o ile akcja jest, (bo jest) to jednak nie ona jest najważniejsza. Najważniejsze jest piękne, cudownie cyzelowane, eleganckie słowo, zaklęte w piękne zdania. 

Zdania jak muzyczne frazy, bo i muzyka ma tu nieprzeciętne znaczenie. 

Nie sposób tej książki czytać zbyt szybko, to raczej tekst do smakowania, delektowania się, czerpania przyjemności z odkrywania tego co zakryte i tego, co to zakryte odkrywa. 

Słownictwo, co teraz rzadko się zdarza, w tej powieści (nie) powieści ma nie tylko wartość, ale i znaczenie, bo przenosi nas niejednokrotnie w czasie, tu ważny jest też sam język, a autor okrasza, ozdabia go przepięknie innymi językami, genialnie adekwatnymi wstawkami z łaciny, niemieckiego, francuskiego czy włoskiego. 

Aluzje do dzieł wielkich i tych mniejszych rozsianych po literaturze i czasie ( a to ważne) sprawiają, że czytelnik odnajduje je i w tekście i w sobie. A aluzje są tu przeróżne. Inna sprawa, że im więcej literatury w sobie gdzieś zachowaliśmy, tym więcej odniesień i literackich „smaczków”odnajdziemy w książce. 

Czas w tej powieści istnieje inaczej. Jest poplątany, zagmatwany, zazębiony i poskręcany choć właściwie to tylko kilka ostatnich dni adwentu i oczekiwanie na Boże Narodzenie, a świat jest zarazem i rzeczywisty i zmyślony. Miasteczko En istnieje jakoś inaczej. Wszystko tu przenika duch czasu, albo raczej czasów. Jest tu i posmak średniowiecza i romantyzm i złote karty Visa, odniesienia do Rosji radzieckiej, to po prostu „teraz” w każdym czasie… 

I są tu przedziwni bohaterowie. Spotkamy ich wielu, nie każdy jest tym kim być powinien, są to postaci historyczne, pisarze, poeci, muzycy w towarzystwie często swoich własnych, bo przez siebie stworzonych bohaterów literackich. Jest Woland Bułhakowa i Don Juan Moliera i Droselmajer Hoffmanna. Jest muzyka, trochę czasami niema, i obywatele Bieslandii, jak choćby Boruttha, diabeł, trochę swojski bo łęczycki, ale nieco podrobiony. 

Jest Małgorzata, Gocha, Gośka, posługaczka, która nie do końca jest tą którą jest, zresztą ludzie ( i nie tylko ludzie) tu ulegają pewnym przemianom. Sennym, a może nie tylko sennym przeobrażeniom. 

Całe miasteczko En jest wielkim tyglem jawy i snu. Nic tu nie jest całkowicie pewne, wszystko może zaistnieć, wszystko może się zdarzyć, czasami się zresztą zdarza, zaś najważniejszym miejscem, obiektem, ale też odniesieniem jest teatr. 

Bo życie to w dużej mierze teatr i maski, otaczające nas przedmioty, które stanowią dekoracje, oniryczne majaki, prywatne diabły, wielkie marzenia i upadki. 

Ta książka jest po prostu przecudna, to uczta duchowa, literacka i intelektualne, choć z pewnością jedynie wyrobiony czytelnik będzie umiał się w niej rozsmakować. 

Ja ją POKOCHAŁAM, bo ma jeszcze jedną właściwość, ona jest w stanie zmieniać się wraz ze mną, bo im bardziej ja się zmienię, im więcej przeczytam, pochłonę wiedzy i literatury, tym będę w stanie ją bardziej  zrozumieć. Bardziej, a może inaczej? 

Wszystkim zakochanym w pięknie języka, w słowie, w cudzie literatury polecam.

niedziela, 13 stycznia 2019

O bardzo bezpiecznych - niebezpiecznych recenzjach.... wrednie!


Ostatnio czytałam trochę recenzji w sieci i zdałam sobie sprawę, że istnieje grupa ludzi, przede wszystkim początkujących, którzy recenzje piszą „bezpiecznie”, to znaczy tak, aby nikogo nie wkurzyć. Dopiero zaczynają więc nie chcą nikomu nadepnąć na odcisk nieprzychylną, albo (o tak, tak) za bardzo przychylną recenzją. Poza tym nie są pewni, czy książka powinna im się spodobać czy też nie…. 

A kogo mogą wkurzyć? 

Autora, oczywiście rodzimego, bo obcojęzycznym to „dynda obojętnym kalafiorem”, ale rodzimy autor może być groźny, zieje ogniem, grozi paluchem, siecze słowem jak nożem, a słowa potrafią ranić! ( Nie każdy autor oczywiście, ale lepiej uważać) 

Można wkurzyć blogerów, i to bardzo, bo oni najczęściej potrafią pisać, o język dbają i jak ktoś napisze w tekście coś takiego „ nie którzy faceci, na prawdę oboje bali się pszes półtorej roku” - to wszystkich skręca. Szczególnie blogerów, bo oceniani są często hurtem w stylu, patrzcie, patrzcie jak to blogerzy nie potrafią pisać po polsku! 

Można wkurzyć wydawcę, ale to się też nie opłaca, bo książkę dostać by się chciało. Jakąś, kiedyś...Może… 

Istnieją oczywiście internetowi znajomi. Ich wkurzyć też można, choć nie należy, A przecież pani A "nienawidzi pani B, ta zaś nie poleca książek pani X bo pani Z powiedziała, że kiepskie, jest też pani G, która nienawidzi wszystkich i pani F, która wszystkich opluwa, bo sama jest najlepsza. Są też inne A,B,C,D,E,F,G,H… - zbieżność inicjałów przypadkowa. A wiadomo jak ktoś kocha H to nie może lubić K. To logiczne. Tu trzeba rozważyć bieg przez płotki i slalom. 

I napisać co w stylu: 

Książka nie najlepsza ( brawa od pani A), ale można ją jakoś przeczytać ( brawa od pani G) choć czytało się lekko i przyjemnie ( zgroza w oczach pani Z) to jednak coś tu nie gra ( wszyscy zadowoleni i cały alfabet bije brawo)”

Nie należy wkurzać literackich bojówek, które pójdą w bój na pierwsze skinienie ulubionego autora. Potrafią rozszarpać na strzępy każdy profil internetowy. 

Stąd zapewne takie kwiatki, które postaram się przetłumaczyć: 

Książka nie była genialna, ale dało się przeczytać” - to coś w stylu, „Nie dali kawioru, musiałam jeść kaszankę!”. 

Nie czytam takich książek, ale postanowiłam spróbować i strasznie się zawiodłam” - w wolnym tłumaczeniu na język kulinarny: „Jestem weganką, ale postanowiłam zjeść schabowego i o zgrozo okazało się, że on jest z mięsa!” 

Nie lubię książek tej autorki, ale postanowiłam dać jej szansę” - tym razem język modowy: „ Noszę rozmiar 54, postanowiłam przymierzyć spodnie w rozmiarze 36, nie pasowały, więc wzięłam ten sam rozmiar tylko czerwone i wiecie co?! To szok, były za małe!” 

Książka nudna, ale dobrze się czytało” - „Żarcie bez smaku, dzięki Bogu się nie otrułam”. 

Zazwyczaj nie czytam takich lekkich powieści, ale wpadła mi w ręce...” - to coś w stylu, „O mój Boże! Trzy lata diety, a teraz skusiłam się na lody! Zaraz utyję!” 

Stanowczo za dużo dialogów, a za mało charakterystyk postaci oraz opisów” - „O, autorka nie napisała „Nad Niemnem”, coś podobnego, przecież tak nie wolno!” 

Czy prosto jest trafić w czyjeś poczucie humoru? Bynajmniej. Tym samym podziwiam autorów, którzy próbują, mimo że nie zawsze są ze mną kompatybilni” - w dowolnym tłumaczeniu – „Autorze, chcesz napisać komedię, najpierw napisz do mnie podanie o zezwolenie, sprawdzimy kompatybilność, co?” 

A przecież takich „kwiatków” jest więcej… każdy ma swoje. No więc, podzielicie się?! I NIE CHODZI mi o recenzje, dobre czy złe, ale o takie właśnie cudeńka.

piątek, 11 stycznia 2019

Mia i biały lew - moje kolejne tłumaczenie.


MIA  I  BIAŁY LEWautor:Prune de Maistre
przekład:Iwona Banach






A teraz opowiem wam o pewnej wspaniałej książce.Wyjdzie już niedługo, to w tej chwili tylko zapowiedź, ale gwarantuje, że książka jest świetna i mogą ją czytać ludzie w każdym wieku, choć niby ( ale to naprawdę tylko 'niby") jest przeznaczona dla nastolatków.

Ja dodam, dla nastolatków w każdym wieku.
Porusza genialne tematy, ważne i trudne jak przyjaźń człowieka ze zwierzęciem i ...
To już zobaczycie sami.

Ponieważ ja tłumaczyłam t powieść ( i jestem z tego niesamowicie dumna) wiem o czym mówię!

Wychodzi też film oraz piękny album ze zdjęciami, a wszystko tu MEDIA RODZINA - zapowiedź.


Porywająca opowieść o przyjaźni, której nic nie może powstrzymać.
Tu zajawka:

Mia i biały lew. Historia niezwykłej przyjaźni



Dziesięcioletnia Mia nienawidzi afrykańskiej farmy, na którą właśnie wraz z bratem i rodzicami przeprowadzili się z Londynu. Tam miała przyjaciół i swoje życie, w Afryce czuje się samotna i znudzona. Do czasu, gdy w jej domu pojawia się białe lwiątko o imieniu Charlie. Z czasem między Mią a małym lwem powstaje coraz silniejsza więź. Jednak Charlie rośnie i powoli zmienia się w wielkiego drapieżnika. W obawie o bezpieczeństwo dziewczyny, rodzice postanawiają ich rozdzielić. Gdy Mia dowiaduje się, że przyjacielowi grozi niebezpieczeństwo, postanawia go uratować za wszelką cenę... Powieść ilustrowana jest pięknymi fotosami z filmu, rozgrywającego się w dzikiej scenerii Afryki Południowej.





OSTATNIE INSTRUKCJE - genialna potworność.

 NIR HEZRONI

OSTATNIE INSTRUKCJE

Media Rodzina


Wczoraj w nocy przeczytałam powieść „Ostatnie instrukcje”. Wierzcie mi, czytanie tej książki na noc to nie był idealny pomysł, inna sprawa, że nie byłam w stanie się od niej oderwać. Jest w niej coś co równocześnie przeraża i przyciąga. 

Zresztą od początku. 

„Ostatnie instrukcje” to drugi tom i kontynuacja „Trzech Kopert”, o której pisałam tutaj, książkę, "Ostatnie instrukcje” można przeczytać bez znajomości pierwszego tomu, bo wszystko jest w tekście dobrze wytłumaczone. Lepiej jednak przeczytać obie w logicznej kolejności, bo to po prostu daje bardziej do myślenia i lepiej ukazuje całą sytuację. 

Można powiedzieć, że oba historia zawarta w obu tomach to tylko dwadzieścia dwa dni z życia świata i niektórych ludzi, jednak autor opisuje nie tylko ten okres, ale także i to co stało się wiele lat wcześniej i doprowadziło do tego koszmaru w wymiarze w pewnym sensie i globalnym i jednostkowym. 

Agent 10483 nieżyjący od dziesięciu lat ( jak wszyscy sądzą) członek Organizacji zaczyna wprowadzać w życie plan zemsty. W jego mniemaniu jest to usprawiedliwione. 

Ta zemsta będzie straszna, tak jak straszne było to co dotąd robił, a może nawet bardziej. 

Jest psychopatą, który zabija setki, tysiące ludzi bez najmniejszego drgnienia sumienia, może zresztą dlatego, że w ogóle go nie posiada, może dlatego, że wierzy w swoje posłannictwo, a może lubuje się w zadawaniu bólu i uśmiercaniu ludzi? 

Nigdy nie powinien był zostać zwerbowany do tego typu organizacji, jednak ktoś do tego dopuścił, ktoś pomógł mu obejść procedury, ktoś chciał go takiego jakim był… 

Bo taki właśnie był potrzebny, bezwzględny, bezduszny i bezdusznie skuteczny. 

Autor przedstawia potwornie machiaweliczny obraz świata ( nie łudźmy się, ten obraz jest prawdziwy). Z jednej strony obrona, z drugiej zabijanie, utajnione projekty, partykularne korzyści, a w tle zagrożenie atomowe. 

Z drugiej strony ludzki mózg podatny na pewne działania, jak choćby na hipnozę, a jeżeli to jest coś mocniejszego niż hipnoza? 

Nie mamy pojęcia kto tak naprawdę jest zły… Nie, tu, nie ma złych i dobrych, tu właściwie każdy jest w jakimś sensie zły, tylko w innym „natężeniu” i każdy ma jakieś tajemnice, straszne tajemnice, sny i koszmary. Tylko kto jest winny, on czy oni? 

Czy mszcząc się na Organizacji popełnia błąd czy ma rację, ale jeżeli nawet, to po co chce wymordować pół miasta, świata? 

Czy jego psychopatyczny umysł jest mu dany przez naturę, czy raczej… 

I ta „pornografia śmierci” jak mówi jeden z bohaterów, to przyglądanie się umieraniu… te sny. Nie tylko on je ma. 

Ta książka przeraża bo jest w niej dużo realizmu i wcale nie jest to science fiction! To o czym pisze autor dzieje się naprawdę, może nie w takiej skali, ale jednak się dzieje, gdzieś w zakamarkach laboratoriów od dawna opracowuje się metody wpływania na podświadomość… 

A powieść koszmarnie, niesamowicie porażająca! Bardzo dobra! Świetnie trzyma w napięciu. Pozostawia niedosyt. 

Z pewnością przeczytam oba tomy jeszcze kilka razy, bo obawiam się, że goniąc za treścią nie wszystko dokładnie „wchłonęłam” 

Polecam każdemu.

czwartek, 10 stycznia 2019

WIARA,MIŁOŚĆ,ŚMIERĆ ...



 GALLERT REITER

WIARA, MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ
Kroniki Martina Bauera

INITIUM

„Wiara, miłość, śmierć” to kryminał mrocznie realistyczny. Nic w nim nie jest zbędne, przegadane czy wydumane, czytając go zdajemy sobie sprawę, że to co tam jest opisane nie tylko mogło, czy miało prawo się zdarzyć, ale zdarzyło się naprawdę. Nie raz i nie dwa, i zdarza nadal. Ciemne zakamarki podejrzanych dzielnic Duisburga to przecież nie jedyne miejsce, gdzie ludzie mają krótki zapłon i długą pamięć, gdzie człowiek bywa człowiekiem tylko czasami, a pieniądze nie leżą na ulicy. 

Martin Bauer, główny bohater powieści jest duchownym, nie jest on jednak podobny w niczym do ojca Browna bohatera opowiadać Chestertona, czy filmów na ich podstawie. 

To ksiądz ewangelicki, czy jak kto woli pastor, który jednak nie ma na swoje usługi gromady kucharek i podkuchennych, nie ma nieograniczonych zasobów finansowych, a nawet znajomości. To ksiądz pracujący, który ze swojej pensji utrzymuje żonę i córkę i który, ze względu na swoje postępowanie, dość czasami nieakceptowalne ma wielu przeciwników, żeby nie powiedzieć wrogów. 

Czym się różni od innych głównych bohaterów powieści kryminalnych, steranych życiem podlanych alkoholem, a nawet zapijaczonych detektywów po przejściach? 

Postać Bauera wprowadza do powieści odrobinę dość trudnych przemyśleń o istocie życia i człowieczeństwa, ( nie, nie są nudne) takich, jakie zapewne każdy z nas ma lub miałby w konfrontacji ze zbrodnią wbrew temu co pokazują filmy sensacyjne, gdzie trup ściele się gęsto i bezrefleksyjnie. Nie spotkamy więc w tej powieści „zabawnych” przekomarzanek policjantów na miejscu zbrodni, ani przerzucania się zgryźliwymi, czy wręcz wulgarnymi komentarzami nad ciałem denata. 

Nie, nie bójcie się, to nie odbiera wiarygodności powieści, w dużej mierze czyni ją nawet bardziej prawdopodobną, tym bardziej, iż postać duchownego nie jest w żadnym razie ani na siłę przesłodzona, ani uładzona, ani nie epatuje swoim statusem kogoś lepszego, czy mądrzejszego. 

To zwykły człowiek, ze zwykłymi problemami, tyle że ksiądz. 

I jest oczywiście też dość dziwna sprawa. Uratowany przez księdza mężczyzna, też zresztą policjant, niedoszły samobójca cztery godziny po pierwszej próbie samobójczej dokonuje drugiej tym razem skutecznej - odbiera sobie życie. Niby oczywista oczywistość, a jednak nie wszystko tu pasuje. 

Siłą tej powieści i to ogromną jest to, że bohaterowie nie są tacy jakimi spodziewamy się ich zobaczyć, nie są, po komiksowemu ani przerysowani czarną ani wyidealizowani złotą „kredką”. 

Są ludzcy, choć czasami nieludzcy. 

Sprawa samobójstwa jak uważają jedni, lub domniemanego zabójstwa czy wypadku, jak uważa ksiądz zaczyna zataczać kręgi. Coś się nie zgadza, coś się plącze, ktoś ginie, ktoś zostaje napadnięty. 

Wielkie pieniądze to władza, a władza to wielkie możliwości… 

Dobry, realistyczny kryminał o sprawach, które aż ściskają gardło i przyspieszają bicie serca. Napisany świetnie, wciągający, trzyma w napięciu, a ostatnie strony są naprawdę mocne, w każdym sensie i sensacyjnym i emocjonalnym. 

Lubię kryminały, ale trochę bałam się postaci tego duchownego, bo często postacie duchownych w książkach są tak nierealistyczne i mało prawdopodobne, że aż czytać się nie chce, tu jednak nie miałam racji, powieść naprawdę świetna!

Tytuł sugeruje kontynuację, więc czekam.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Czytelnictwo - wrednooka instrukcja obsługi....

Ponieważ ostatnio wiele się o tym mówi, a nawet pisze, (Alek Rogoziński, dziękuję za post, który mnie natchnął) pomyślałam, że warto byłoby zrobić coś w rodzaju instrukcji obsługi dla czytelnika, żeby w wiedział co i jak. Wiadomo, zjesz coś nie tak i niestrawność gotowa, albo nawet zagrożenie życia o ile zjesz granat… uzbrojony, a jak jest z literaturą? 

Chodzi mi o kwestie czytalności i poczytalności w pewnym senie też. 

Pokusiłam się więc o taką jakby instrukcję… Ciekawe jak się spodoba i czy nie zdenerwuje zbyt wielu osób. Jest to oczywiście instrukcja, której sama nie stosuję, gdyż czytam dla przyjemności to na co mam ochotę nie przejmując się zdaniem domorosłych i facebookorosłych krytyków. 

Do dzieła więc: Oto ona! 

Nie będziesz czytał romansów. To literatura dla kucharek, nie wypada, po prostu nie wypada! Jeżeli ktoś ci powie, że istnieją w klasyce literatury dzieła, które podpadają pod tę kategorie, to pogonisz go kłonicą i złamiesz dwa żebra gdyż w dół literackiej drabiny chce cię ściągnąć i w kiczu pogrążyć. 

Nie będziesz czytał literatury erotycznej. To dla niewyżytych… Nie, nie to miałam na myśli. To tylko wygodna alternatywa dla oglądania pornusów, a tego nie chcesz, prawda? Nie czytać! To badziew. Wszystko… Jak leci. 

Będziesz omijał literaturę obyczajową szerokim łukiem bo to dla podlotków i bab, starych, młodych, wielkanocnych, ale jednak bab! A jak ktoś powie, że istnieje dobra, ba nawet klasyczna literatura obyczajowa, to go wyśmiej. Nie zna się. Chce ci zaszkodzić. 

Nie będziesz czytał komedii kryminalnych, a jak nie daj Boże przeczytasz, to musisz się wstydzić ( musisz, nie masz wyjścia) i przeprosić natychmiast, (tak, tak, przeprosić!) Dlaczego? Bo komedie ( wszelkiej maści, romantyczne, kryminalne, czy obyczajowe) są lekkie i przyjemne więc umilają życie, a to nie w porządku! Nie wolno sobie umilać czytelniczego, czy jakiegokolwiek innego życia. Ma być buro, smutno i ponuro! Nie czytać

Nie będziesz (zbyt często czytał) kryminałów, ani thrillerów. To ostatnio modne, a przecież modom ulegać nie należy. To nawet nieeleganckie, a już sensacja? Mowy nie ma! 

Nie będziesz czytał fantasy, to dla dzieciaków, ani SF, bo to dla dziwadeł, po co ci to? To ci przyjaciół nie przysporzy. 

Literatura podróżnicza… No nie. Też raczej nie. Przygodowa tym bardziej nie! 

Żeby stać się wielkim, czytelniczo ( mam na myśli czytelniczą wielkość tylko i wyłącznie) musisz czytać tylko wielką literaturę. 

Reszty nie tykaj, a jeżeli już czytasz coś co nie jest wielką literaturą starannie to ukrywaj. Zamieniaj okładki, wstydź się i NIKOMU o tym nie mów. 

Dostaniesz za to trochę lajków i podziw. 


Będziesz czytał tylko to co trudne i wielkie, nawet jeżeli nic z tego nie zrozumiesz, ale dzięki temu będziesz umartwiał się czytelniczo - a wielkość jest tego warta. 

Jeżeli jednak lubisz traktaty, eseje, reportaże i literaturę z najwyższej półki i jeżeli masz na nią ochotę, to powstrzymaj się! Czytanie nie jest po to, żeby sprawiało przyjemność, ma męczyć, skręcać i wykańczać! 

No i to by było na tyle… Chyba? 

Tyle, że jak sądzę czytanie to sprawa prywatna, wręcz intymna i powinno się czytać to co człowiekowi trafia do umysłu i serca, a nie przejmować się internetowymi „gadaczami”, więc moim zdaniem warto czytać wszystko na co ma się ochotę, jako i ja czynię. 

sobota, 5 stycznia 2019

Małe licho - czy warto?

MARTA KISIEL

MAŁE LICHO
i tajemnica Niebożątka

O boszszsz jak ona pisze! Marta Kisiel wprost bawi się słowem, czaruje zdaniem, żongluje znaczeniami dodając do tego aluzje literackie, te czytelne i te nieco bardziej ukryte. Po pratchettowsku nicuje znaczenia przeróżnych powiedzonek, rozbraja je jak literackie granaty i podsuwa pod nos tak, że człowiek ze zdziwieniem i zachwytem odkrywa je na nowo. Chyba tylko u niej dach może być „szczerbaty” i mieć „pierwsze mleczne dachówki (s.8)”, a przecież to tylko jeden przykład. Dochodzą do tego romantyczne poematy ( romantyczne to znaczy związane z romantyzmem), a nie z płaczliwą romantycznością podlotków, i cała gama innych cudnych tekstów jak choćby taki: „za oknem deszcz dzwonił wiosenny (s.21)”, a nie jesienny jak u Staffa. Przepięknie i doskonale adekwatnie wplata w opowieść cudną balladę „Król Elfów” Goethego, którą zresztą uwielbiam, ale i inne wspaniałe teksty. 

Zaraz zaraz… Jak to? Przecież to jest książka dla bardzo młodych czytelników... 

Ktoś zapyta czy warto? Czy warto takie teksty pisać dla dzieci, przecież one i tak tego nie zrozumieją? Czy to nie jest przysłowiowe rzucanie „pereł przed wieprze”? 

Otóż nie tylko warto, ale i powinno się to robić, bo to rozwija, podnosi poziom, zachęca i pokazuje, że dziecko nie jest traktowane jak bezmózgi obywatel szesnastej kategorii, dla którego nie warto się starać, ale ktoś ważny i wartościowy. 

Małe Licho to opowieść, którą można czytać raz po raz. Spotkamy w niej wszystkich, ( no prawie wszystkich) których zdążyliśmy poznać w „Dożywociu” i „Sile niższej” i jeszcze kilka innych osób, nie osób, choć osób też. Stworów człeko i nieczłekokształtnych, anioły i… może nie demony, ale jednak potwory, mackowate, glutowate… w każdym razie niezwykłe. 
Nie wiem jak tę książkę odbiera się jeżeli nie czytało się wcześniej wspomnianych powieści, czyli „Dożywocia” i „Siły niższej” i już się tego nie dowiem, bo powieści te także czytałam po wielokroć

Gdyby mnie zapytać co dla mnie ( podkreślam dla mnie) jest najważniejszym motywem opowieści to odpowiedziałabym „inność”. 

Kilka dni temu na jednym z forów ktoś zapytał jak nauczyć dzieci by nie dokuczały dziecku odrobinę innemu ( nie ważne jaka była jego niesprawność, ale była), a dziecko bardzo się tym dokuczaniem przejęło, wszyscy rzucili się doradzać. Wysyłali te dokuczające dzieci do psychologów, namawiali na rozmowy z ich rodzicami, na karanie i tak dalej, a ja pomyślałam właśnie o „Małym Lichu”. 

Nie zmienimy świata, ale możemy nauczyć się akceptować siebie samych i swoją inność, jakakolwiek by nie była ( a inność Bożka jest pierwsza klasa!) I tego możemy nauczyć dzieci ( swoje przede wszystkim), wszystkie, małe duże, genialne i te mniej genialne, to im się przyda w życiu. 

Małe Licho nie jest jednak tylko opowieścią o inności, to przepiękna baśń o świecie, w którym żyjemy, o naszych właściwie czasach, a jednak… Nie jest to całkowicie taki sam świat. Ten sam, ale nie taki sam. Dlaczego? 

To już musicie odkryć sami. 

Przepiękna i cudnie napisana opowieść. Ja jestem pełna zachwytu.

wtorek, 1 stycznia 2019

Czytelnictwo - nowa dyscyplina olimpijska?


Zauważyłam wczoraj na FB bardzo interesujące pytanie. „Ile książek zdołaliście przeczytać w mijającym roku” Tak właśnie w tej formie ile książek ZDOŁALIŚCIE przeczytać i … 

Zdałam sobie sprawę, że czytelnictwo niedługo wejdzie do kanonu dyscyplin olimpijskich! 

Ile ZDOŁALIŚCIE… 

A jak do sprawy wejdą medale, a co za tym idzie gratyfikacje finansowe pójdziemy na wojnę i na prawdziwie polskie udry. Już widzę te awantury, że „o droga pani, co to to nie! Romans i obyczajówka to kategoria „lekko musza”, liczą się mniej!” albo krzyki  „Hańba! Hańba! Ja Joice’a i Pruosta przeczytałam i dopakowałam Myśliwskim i mnie, MNIE ma pokonać taka z trzema tomami Nory Roberts?. No bez jaj!” 

„A książeczki dla dzieci się liczą? Bo ja Maciusiowi to czytam dwie dziennie!” 

I tak każda z dziedzin dostanie odpowiednią ilość punktów, albo gwiazdek, serduszek? No bo powieść psychologiczna, może stać koło kryminału, ale liczyć się nie może tak samo! Co to, to nie! 

A weźmy taki kryminał komediowy… i Komedię romantyczną. Toż to jakieś ledwie podgatunki, a nie literatura. No i przecież nie można ich liczyć tak samo jak, powiedzmy, prawowitych przedstawicieli… 

A co powiemy o autorach? Też trzeba ich jakoś ogarnąć! Dostojewski nie powinien być traktowany tak samo jak Mróz! Mróz to klasyka, a nie jakieś zramolałe… 

Trzeba będzie powołać komisje! Bardzo wiele komisji czytelniczych. 

Kiedy już zostanie ustalone jakie książki i gatunki są ważniejsze, no bo nie oszukujmy się fantasy to jednak nie ta liga co powieść erotyczna, trzeba będzie zrobić kategorie czytelników. W stylu, na przykład „dioptryzacji”, no bo taki okularnik to ma ułatwienie… a tu jeszcze trzeba by uwzględnić naświetlenie, czyli aspekt astronomiczny… 

No i znów wracamy do dyskusji. 

„Czytnikowe powieści liczą się bardziej, bo nie można za bardzo przerzucać stron!” 

„ Wcale się nie liczą, ebooki to nie książki!” 

Potem dojdzie ilość stron. 

„Składam zażalenie w związku z tym, że nagrodzona przez was osoba, nie tylko, że książki czyta pobieżnie, to jeszcze celowo wybiera te cienkie!” 

Niemniej poważnym problemem jest szybkość czytania. Tu widzę duże ( wręcz gigantyczne) zarobki w ośrodkach zajmujących się tą umiejętnością, no bo ktoś, kto przez jedną noc przeczyta choćby jedną powieść Rogozińskiego nie może być oceniany tak samo jak ktoś, kto potrzebuje na to kilku dni, ale twierdzi, że czyta bardzo dokładnie. 

No i teraz problem ostatni… (last but not least) to tzw „czytelnicza grupa krwi”… Czyli co komu w duszy gra i w zupie smakuje… 

„Psze pani, ona oszukuje!” usłyszymy nie raz i nie dwa. 

Psze pani, bo ona same romanse czyta, a lubi..” 

No, ale ja nie o tym, ja o stratach moralnych. 

Chodzi o to czy będzie można pozwać autora? 

Załóżmy, że ktoś bierze książkę i ta książka mu nie „idzie” więc albo się męczy i w mękach ją kończy ( tu chyba należą się dodatkowe punkty) albo rzuca i berze kolejną, ale traci cenny czas, a kto temu winien? AUTOR

Już widzę nagłówki „Iza o krok od czytelniczego podium, potknęła się na znanej pisarce. Trener ( bo i trenerów trzeba będzie zatrudnić) szykuje pozew!” 

albo: 

„Gigantyczne odszkodowanie za nieciekawy romans, przez który czytelniczka straciła złoty medal” 

„Bójka w bibliotece! Trzy pretendentki do finałów pobiły się o ostatni egzemplarz Iliady Homera, która w tym roku jest bardzo wysoko punktowana”. 

Jak wam się to podoba? 

A może po prostu czytajmy? Bez pospiechu, nie na ilość, nie na czas, nie za medale? Co wy na to?