niedziela, 30 września 2018

Bańka mydlana, w której ktoś zamknął burzę z piorunami.


EWA FORMELLA
"Listy do DUSZKI"

REPLIKA

Trzeba dużo odwagi aby taką książkę napisać i wydać właśnie teraz. I nie chodzi o wspomnienie wojny, to akurat celebrujemy, ale o to, że nie lubimy innych nacji, nie kochamy Niemców, nienawidzimy Żydów, nie lubimy Rosjan. Nie wszyscy oczywiście, ale jednak coraz bardziej wpadamy w pułapki podziałów, a przecież życia nie da się porozdzielać i posiekać granicami. 

Rozumiem to doskonale bo urodziłam się i dorastałam na Dolnym Śląsku, na ziemi pogranicza, polsko-niepolskiej, odebranej, odzyskanej. Dla jednych praniemieckiej, dla innych prasłowiańskiej. 

Tu historia, okrucieństwo i wojenne podziały wyciekają z murów i uliczek, czają się w cieniach kamienic i starych wierzb. Tu pewne rzeczy rozumie się inaczej. 

Nie znam Gdańska, ale znając historię rozumiem, że tam też tak musi być. 

Książka „Listy do Duszki” to opowieść o miłości, ale nie spodziewajcie się tu fajerwerków uczuć, czy scen erotycznych, to opowieść o miłości, która nie powinna była się zdarzyć, o wyborach, a wybór dobry, czy zły (tu naprawdę trudno ocenić), zawsze wpływa na życie innych. 

O wojnie. Ona, nie sugerując się narodowością zadawała ciosy po obu stronach barykady. 

Tyle, że nie jest to zwykła opowieść, a raczej pewna retrospekcja. Jak w błądzących myślach chorego na starość umysłu przewijają się w niej strumienie wspomnień tych pięknych i tych strasznych. Mimo zastosowania pewnego ( choć nie do końca przewidywalnego) rozwiązania książka nie jest ani lekkim czytadłem, ani romansem wojennym. To zupełnie inna „bajka”, to opowieść o miłości, ale bez ckliwych, romansowych chwytów literackich. 

Na dodatek to opowieść o miłości niemożliwej z wielu względów, ekonomicznych, politycznych i losowych. 

Poza tym jest to też opowieść o przetrwaniu i o samym trwaniu. O tym jak bardzo wpływają na nas inni i o tym jak współczesność przeplata się z przeszłością, jak teraźniejszość zależna jest od tego co było i jak ludzie łączą miejsca i czasy, często nawet o tym nie wiedząc. 

Ogromną zaletą tej powieści jest piękny język i lekka forma, lekka, ale nie płaska. Gdybym miała jednym zdaniem określić tę powieść to powiedziałabym, iż jest to „bańka mydlana, w której ktoś zamknął burzę z piorunami”. Dlaczego bańka mydlana? Bo lekka i przejrzysta forma tej powieści powinna każdego zachwycić, a burza… To można zrozumieć dopiero po przeczytaniu, a zachęcam. 

Książek tej autorki jeszcze nigdy nie czytałam, a tę szczęśliwie wygrałam w jednym z konkursów internetowych i przyznam, że jestem bardzo zadowolona. 

Czy przeczytam inne? Jeżeli tylko gdzieś na nie trafię – oczywiście. 

Czy zachęcam? Jasne! Każdy człowiek o otwartym sercu i umyśle powinien przeczytać tę książkę i to NIE TYLKO ze względu na listy i historię miłosną, jest tam o wiele więcej, ale… Przekonajcie się sami!

piątek, 28 września 2018

Żeby umarło przede mną...


JACEK HOŁUB

ŻEBY UMARŁO PRZEDE MNĄ
Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Wydawnictwo
CZARNE

Jacek Hołub wziął sobie na warsztat temat i ciężki i niewdzięczny, bo tak naprawdę kogo obchodzą niepełnosprawne dzieci i ich matki? Są bo są, ale żeby zaraz o nich pisać? Myśleć? Przejmować się nimi? 

Ci z boku, z daleka, tylko oceniają. Jedni uważają, że takie dzieci są karą za jakieś tajemne, nienazwane grzechy, inni, że są błogosławieństwem od Boga. 

I jedni i drudzy widzą tylko niepełnosprawność, nie widzą w dziecku człowieka. 

A matki? Codziennie z szaleństwem w oczach dążą do celu, którego nigdy nie osiągną. Ich dzieci nie będą mówić, nie będą chodzić, nie pójdą do pracy, nie poradzą sobie w życiu. 

A dzieci? Odrzucane, wyśmiewane, zbyt głupie by kłamać, zbyt ufne by nie zostać oszukane, zostaną kiedyś same, na pastwę losu w zakładach opiekuńczych, gdzie będą traktowane jak zbędne sprzęty… 

Bo przecież kiedyś zostaną same. 

Ich matki zmęczone, zrezygnowane, wyeksploatowane codzienną pracą i beznadzieją w walce o każdy grosz, który się nie należy, mimo, iż się należy bo zapisany jest w ustawach, o każdy uśmiech dziecka, o każde badanie, o rehabilitację nie dbają o siebie. Takie zaniedbane, smutne przygaszone marzą tylko o jednym, by dziecko umarło przed nimi. 

Bo kto się potem nim zajmie? 

Kto nakarmi, wniesie po schodach czy wyjmie z wanny bezwładnego czterdziestolatka? 

Kto potraktuje ich dorosłe, duże, choć maleńkie dziecko jak dziecko, a nie jak niepotrzebny nikomu śmieć? 

Ten reportaż to opowieści matek, nie opowieści o matkach, a to ważne. Bo same matki opowiadają o swoim życiu i o sobie, o swoich dzieciach i o tym jak sobie radzą - nie radzą w świecie, w którym nie ma nie tylko miejsca, ale i litości dla słabszych. To matki właśnie opowiadają o swoich dzieciach i o ich światach. 

Opowiadają też o swoich partnerach, mężach, którzy nie udźwignęli ciężaru niepełnosprawności własnego dziecka i odeszli, (i o tych, którzy zostali) Nikt ich nie wini, każdy przecież rozumie, szkoda, że matkom nikt nie chce pomóc… One nie mogą „nie unieść”, one mają obowiązek! Bo co to za matka, jak własne dziecko porzuci? Co to za matka?! A ojciec? 
Mężczyznom się wszystko wybacza, kobietom wszystko narzuca. 

Pięć kobiet, pięć opowieści kilkoro dzieci. 

W świecie, gdzie dziecko stało się dodatkiem do instagramowych fotek, gdzie sztuczne piękno jest ważniejsze od prawdziwego dobra, dzieci niepełnosprawne, „nie takie” są nieestetyczne, zamykane w domach nie ze wstydu, a z bezsilności rąk i portfeli, pozbawione realnej pomocy skazane są na opiekę matek, kobiet, które słabe, choć silne, często nie dają rady fizycznie i psychicznie. 

Niedoinformowane, zbywane, uważane za „roszczeniowe” choć proszą tylko o to co im przysługuje wypalają się jak świece targane wiatrem, a jednak robią to co możliwe i całą resztę też. 

Czy ta książka jest „dołująca”? Nie, ale jest bardzo prawdziwa, a prawda potrafi ranić. Sama zmagam się z niepełnosprawnością dorosłej już córki i wiem jak jest, dzięki tej książce wiem też, że nie powinnam się mazać, powinnam zebrać się za siebie i trwać jeszcze bardziej. 

Są różne rodzaje i stopnie niepełnosprawności, różne rodziny i sąsiedzi. Różne sytuacje życiowe, autor sam walczący z własną choroba umiał wiedzę o niepełnosprawności przekuć w bardzo empatyczne podejście do ludzi i życia. 

Na końcu książki znajdziecie też kilka wskazówek jak możecie pomóc, jeżeli chcecie. Czasami pomoc wcale nie musi (choć może ) być materialna (na wiele sposobów). 

Polecam każdemu, w naszym świecie warto uczyć się empatii, jest jej w nas za mało, powoli zamieniamy się w oziębłe, smartfonowe zombie, czasami więc warto spojrzeć na drugiego człowieka i zobaczyć go naprawdę. Ta książka tego uczy. Polecam.

poniedziałek, 24 września 2018

Drżyjcie PŁASKOZIEMCY!

Teatr Świata. Mapy, które tworzą historię.

Thomas Reingertsen Berg


Ach, jak ja dobrze pamiętam te przerażające chwile, kiedy w liceum geograf na przerwie kazał dyżurnemu przynosić mapy. To był mój prywatny koszmar. Nie to że w ogóle bałam się map, w sumie te zwykłe, fizyczne były ok, gorzej było z tymi, na których zaznaczono produkcję buraków cukrowych w poszczególnych republikach ZSSR… Tak, to było dawno. 

A jednak mapy kocham. Kocham ich kolorowe piękno i to, że przybliżają mi obraz świata, a przecież nie zawsze było to łatwe. 

Mapy to twór sprzed prawdopodobnie tysięcy lat, który ewoluował dzięki ludzkiej wyobraźni, myśli, ale też krwi i cierpieniu. 

Tysiące zaginionych na morzu marynarzy, zmarłych od arktycznego zimna czy z głodu badaczy, ludzi, którzy chcieli wiedzieć więcej i więcej, ludzi, którzy z narażeniem życia badali wybrzeża, przesmyki i cieśniny… niektórzy dostali swój okruch chwały na mapach. Setki zdolnych rysowników, rytowników i kartografów tylko po to by pokazać ziemię taką jaka jest. 

Drżyjcie płaskoziemcy! 

Już w czwartym wieku p.n.e. Arystoteles twierdził iż ziemia jest okrągła, a Australia została ( oficjalnie) odkryta w XVI wieku kiedy nie istniały jeszcze spiski NASA. 

Autor tej książki pokazuje jaką drogę przeszedł obraz świata jakim jest mapa od dziwnych naskalnych rysunków do Google Maps, od smoków, bogów i syren do tego co możemy zobaczyć dzisiaj chociażby w Google street wiew. 

Ta książka to napisana w zadziwiająco fascynujący sposób ( bo założę się, że zadanie nie było łatwe) historia map. Map, planów, globusu, atlasów, map ustnych i tych rysowanych, nauki nazwanej w końcu geografią, map dna morskiego i w końcu zdjęć z kosmosu… 

To fascynujący reportaż obejmujący całe stulecia, opowiadający o setkach wypraw badawczych i katastrof z nimi związanych, o dążeniu do wiedzy, o kruchości ludzkiego istnienia wobec praw fizyki. 

O tym jak polityka oddziaływała na mapy, jak religia mieszała w „garnku uprzedzeń” i wpływała, albo chciała wpływać na sprawy od religii niezależne, o współzawodnictwie, nieistniejących wyspach i wszelkich cudach świata. 

Ja tę książkę czytałam z zachwytem i jestem pewna, że wrócę do niej nie raz i nie dwa z wielu powodów, oczywiście dlatego, że jest ciekawa, ale też i dlatego, że ogromu wiedzy jaką w sobie zawiera nie sposób sobie przyswoić ot tak. Podana w przystępny i lekki sposób ta wiedza obejmuje wiele dziedzin, od astronomii po filozofię, od matematyki po fizykę… a historia? Ona też odgrywa tu ogromną role. 

Ta książka to GENIALNY prezent, nie tylko dla człowieka interesującego się mapami, ale i dla kogoś, kto ogólnie interesuje się światem i wszechświatem, to też piękny prezent dla geografa, geologa, nauczyciela astronomii. 

W każdym domu będzie stanowiła ciekawy odnośnik i niezaprzeczalną ozdobę. Jest to też książka dla ludzi ciekawych świata, interesujących się tym co wokół nas. 

Jest piękna, pięknie wydana, świetnie napisana. 

Komu ją polecam? 

Powiem szczerze, ja bym ją kazała czytać WSZYSTKIM, może mniej by było ludzi wierzących w geograficzne teorie spiskowe, a i jeszcze mapy… Nie wyobrażacie sobie książki o mapach bez pięknych map!

piątek, 21 września 2018

ATLAS GRZYBÓW FACEBOOKOWYCH

ATLAS GRZYBÓW FACEBOOKOWYCH

Już jesień, a więc pora na grzyby, prawda?

Kiedy siedzi się na FB dość długo to człowiek zaczyna przyglądać się ludziom, zawsze to łatwiejsze nić przyglądanie się sobie ( tak macie rację, kłoda w oku sąsiada i takie tam). Czasami przyglądając się ich reakcjom (oczywiście) bo wygląd zupełnie mnie nie interesuje zastanawiam się jak bym ich sklasyfikowała. Dziś padło na grzyby…

Co powiecie na takie nazwy i opisy?

No i ZAPRASZAM DO ZABAWY – jeżeli doślecie mi swoje typy i opisy niektóre dokleję do atlasu :)

Trollownik szlachetny rzekomy.


Zawsze udowodni, że to co robisz jest głupie. Potrafi podać namiary na najlepszego lekarza pod warunkiem, że jest to TEN lekarz.

Zamiast kupować gooowno w sklepach, kup sobie sterylizator witaminy wieloskrętnej, to kosztuje, ale zdrowie jest tego warte!

Podkradek pospolity - trujący.

Musi się odezwać i natychmiast przejąć konwersacje, jakakolwiek by nie była a potem zamienić ją w awanturę o cokolwiek.

-Byłam dziś u fryzjera.

-Ja też, ale u ortopedy. Z kozą.

-Ale jak to? Z kozą do ortopedy?

- Ja dbam o swoich przyjaciół, nie to co inni
.”

Grzyb niestety trujący, często aktywny wieczorami.


Pierdziaszek właściwy – gatunek inwazyjny, trudny do wyplenienia.

Potrafi wkleić dwanaście razy ten sam łańcuszek, a kiedy zwracasz mu uwagę obraża się w stylu:

Ja pomagam, a TY co robisz? Pierdzisz w stołek

Należy unikać jakichkolwiek kontaktów bo można stać się celem wiadomości prywatnych z wkładką, niekiedy wkładki zawierają dodatkowe niespodzianki.


Samotnik płaczliwy – uwaga halucynogenny.

Wstawia posty dotyczące tylko i wyłącznie ataków (często wyimaginowanych) na własną osobę.

Znów mnie atakują! Oni są tacy okrutni! Nie mają szacunku! Nie potrafią zrozumieć jakimi są idiotami. To takie smutne… Pocieszcie, pomóżcie, ludzie...

Grzyb pasożytniczy i skrajnie nieszczęśliwy. Zaraża pesymizmem!

Debilaszek mordownik – wywołuje ataki agresji oraz chęć mordu.

Ty zawsze jesteś niezadowolona, kobieto ogarnij się, nawet złe rzeczy są dobre, co z tego, że złamałaś podstawę czaszki JA wczoraj złamałam paznokieć i żyję”

Cebulak chamiasty pospolity.

Te dzieci to tłuściochy, zabierzcie im żarcie. Nie wolno tuczyć dzieci wiem co mówię! A ten chłopczyk, to na za dużą głowę. W ogóle te dzieci są jakieś niedorobione, po co pokazujesz zdjęcia,chcesz żeby ludzie się śmiali
Czepia się wszystkiego byle tylko dokuczyć, dogryźć, dokopać, została nazwany cebulak ze względu na częste wywoływanie łez.. wściekłości.

Podgryźnik kłamliwy.

Odzywa się tylko pod postami o jedzeniu i natychmiast wszystko sprowadza do rzeźniczej makabry.

Biedna świnka – oświadcza widząc schabowego z buraczkami - jak możecie? Mordercy! Swoje dzieci zjedzcie… Ta świnka płakała przez całą drogę do rzeźni! Tęskniła za mamą świnką, miała imię, miała marzenia, mordercy, ona miała życie przed sobą

Często pisząc to podjada kanapki z szynką.


Dieteciak ustawiczny zwykły.

Nieszkodliwy, nawet przyjazny, wstawia zdjęcia posiłków dietetycznych. Nie jest niebezpieczny, natomiast Dieteciak upiorny właściwy to grzyb skrajnie agresywny, ataki wywołuje słowo „gluten” oraz użycie litery „E” na klawiaturze. W razie kontaktu zdezynfekować klawiaturę.

Całuśnik namolny wzdęty.

Całusnik wstawia gdzie tylko może całujące się delfiny, serduszka, różyczki, wysyła obrazki i GIF-y w wiadomościach prywatnych. Cytuje Coelho i różne „myśli” - zazwyczaj z sensem na poziomie przy którym Rów Mariański to szczyt w Tatrach. Nieszkodliwy choć trudno się go pozbyć. Ma zaskakująco wzdęte ego.

Obraźnik…
Nie, teraz wasza kolej, czekam na propozycje!

wtorek, 18 września 2018

Historia w ciekawej formie - Pęknięta korona.

PĘKNIĘTA KORONA

GRZEGORZ WIELGUS

Jesteśmy narodowocentryczni, kochamy Polskę ( choć nie za bardzo Polaków) chwalimy się polską historią ( choć najczęściej jej nie znamy), uwielbiamy bitwy, wojny, potyczki, choć często nie zdajemy sobie sprawy z ich znaczenia i konsekwencji, tak więc powinniśmy trochę się w tej dziedzinie dokształcić.

Zapraszam. Na pewno nam to nie zaszkodzi!


Do 1138 roku na ziemiach polskich powstało państwo rządzone przez dynastię Piastów. Silne państwo. Nic nie zapowiadało późniejszych podziałów. Dopóki rządził Bolesław Krzywousty wszystko wyglądało na mocne i spójne, ale po jego śmierci… Ustawa sukcesyjna i podział państwa pomiędzy synów doprowadził do rozbicia dzielnicowego. 

Korona Piastów pękła na wiele części. 

A przecież to nie wszystko, zamysłem Bolesława było by po śmierci jego synów ziemie nie były dziedziczone przez ich potomków a wróciły do Dzielnicy Senioralnej z siedzibą w Krakowie, ale… Tak się nie stało. 

Partykularne interesy, coraz większe rozdrobnienie, wpływy czeskie i węgierskie… 

Trzeba jednak pamiętać, że historia to jedno, a życie to zupełnie coś innego, ludzie pracują, jedzą, piją i oczywiście umierają. Często ich nie obchodzi kto nimi włada, ale czasami... 

Na brzegu rzeki zostają znalezione zwłoki. Brat Gotfryd, inkwizytor nieco odmienny od opisywanych przez innych autorów, inteligentny i w miarę mało krwiożerczy, bazujący na wiedzy i wierze, a nie na bajaniach i legendach, postanawia sprawę wyjaśnić. 

I nagle wszystko się komplikuje. Wszystko zaczyna oscylować między herezją, a obłędem. 

Ludzie giną. Po wsiach grasuje potwór, strzygoń. Żądny krwi stwór o dwóch duszach i straszliwych zębach… 

Nie nie obawiajcie się, ta książka to nie jest ani horror ani fantasy, choć w pewnym momencie, nie znając autora zastanawiałam się i nad tym. 

To ciekawa opowieść o historii, o naszej, polskiej, nieco mniej znanej, ale jednak interesującej, napisana w sposób godny dobrego kryminału, dobrze skonstruowana. Scena gry w szachy, bajeczna. No tak, szachy mają tu znaczenie i to nie tylko jako rozgrywka strategiczna, ale nie trzeba w nie grac, żeby zrozumieć o co chodzi. 

Lambert i Jaksa dwaj towarzysze inkwizytora to bardzo „polscy” rycerze, bardzo swojscy, wręcz rustykalni, niezamożni, ale bitni, nie stroniący od wypitki, ale i zadziorni kiedy trzeba. Kiedy nie trzeba często też. 

Opowieść krótka, dobrze umiejscowiona w czasie i przestrzeni geograficznej, dobrze przedstawia konflikt i czasy rozbicia dzielnicowego, doskonale opowiada historię czyniąc ją fascynującą. A to bardzo ważne, ciekawie napisana, ciekawie przedstawiona. Nie znajdziecie tu dworskich, trujących intryg, ani podstępów panien dworu, to raczej opowieść o historii widzianej nieco od dołu, ukazanej z punktu widzenia ludzie, może nie najbiedniejszych, ale i nie koronowanych, czy do koron pretendujących. Naprawdę świetna.
A to tekst za Wikipedią: 


Naprawdę warto poczytać i przeczytać.

poniedziałek, 17 września 2018

A jednak się coś kreci.



W dzisiejszych czasach książki umierają śmiercią naturalną zanim jeszcze znikną z półek, a tu miła wiadomość, choć może nie jest to książka papierowa, a książka w formie audio, to jednak miło, że wydawnictwo miało ochotę wznowić. 

Mnie to cieszy.

SZCZĘŚLIWY PECH

Główna nagroda w konkursie literackim Wydawnictwa "Nasza Księgarnia"!

Pewnego dnia w życiu całkiem spokojnego mężczyzny pojawia się dziewczyna o dziwnym imieniu. Jest to osoba szalenie pomysłowa – i szczególnie dobrze jej wychodzi wywoływanie wszelkiego rodzaju kataklizmów. Dom grozi zawaleniem, w pobliżu krąży seryjny morderca, a tajemniczy mafioso pastwi się nad językiem polskim i zrywa podłogi… Czy w tak ekstremalnych warunkach zakwitnie miłość? Trudno powiedzieć, skoro obdarzona nie byle jakim temperamentem Regi woli rzucać kilofem i wyzwiskami, zamiast wzdychać przy świetle księżyca.

"Szczęśliwy pech" to książka o tym, że każda, nawet najbardziej niebezpieczna dla otoczenia jednostka ma szansę znaleźć szczęście i że szczęściem może być również kilka dziur w ścianach, względnie latająca rynna. Szczęścia starczy dla każdego i dla wszystkich, trzeba tylko.... omijać z daleka Reginaldę Kozłowską.


KLĄTWA UTOPCÓW

Nowa powieść laureatki konkursu literackiego Wydawnictwa "Nasza Księgarnia"!
Dagmara musi zająć się dziadkiem przez kilka dni. Nic prostszego? Nie w tym przypadku! Starszy pan zafunduje jej wakacje w zrujnowanym szpitalu psychiatrycznym na Roztoczu. Ludzie są tu mili i spokojni, szkoda tylko, że akurat ktoś postanowił wymordować pół wioski. No cóż, są miejsca, gdzie nawet najbłahsze urazy starannie się pielęgnuje, by z czasem wyrosły na porządne spory sąsiedzkie, i Utopce to jedno z tych uroczych miejsc. Warto je odwiedzić! Tutaj można się zakochać... na zabój!
Ta książka to ostrzeżenie! Nieodpowiedzialne zachowanie może spowodować katastrofę w ruchu lądowym i kłopoty matrymonialne, nieboszczyk w płynie nie wpływa dobrze na cerę, a konkursy esemesowe mogą być przyczyną śmiertelnego zatrucia…


To oczywiście literackie starocie, ale moje własne, więc się nimi podniecam, choć oczywiście nie powinnam. 

Śmieszą, bawią, a to dla mnie najważniejsze, a w interpretacji pani MAGDY KAREL to po prostu słuchowisko z szaleństwem w głosie :)



niedziela, 16 września 2018

Kat, człowiek żyjący ze śmierci?

Jerzy Andrzejczak

SPOWIEDŹ POLSKIEGO KATA

Zawód, kat - jak to koszmarnie brzmi, choć przecież w średniowieczu był to zawód dobrze znany. Kiedy istniała kara śmierci, ktoś musiał ją wykonywać, ale nasza trochę już „marketowa” świadomość sprawia, że oddzielamy pewne fakty od siebie - zabijanie zwierząt od skrzydełek na półkach czy mleko od krowich wymion...

I nagle… W Polsce istniał zawód kata. Dziwne prawda? 

Dziwne, a jednak prawdziwe. Kim był ten człowiek? Nie chodzi o imię czy nazwisko, raczej o to jak funkcjonował społecznie, rodzinnie, psychicznie? 

Jak musi być człowiek, który decyduje się zabijać. Wszystko jedno, legalnie, czy nie, bo legalność bywa względna. Zmieniają się układy polityczne, a także i ludzie wydający polecenia, czy rozkazy… 

I kara karze nie równa. 

Książka przytacza rozmowy z polskim katem. Z jednym z polskich katów, bo było ich przecież kilku. 

Przytacza też historie skazańców, tych straconych i tych, którzy „zerwali się ze sznura”, bo zamieniono im karę śmierci na karę długoletniego więzienia. 

Opowieści ludzi, którzy mordowali dla przyjemności i tego, który robił to zawodowo. 

I w sumie nie jest to znowu aż tak niewielu ludzi jakby się wydawało. 

„Według Amnesty International, co roku na świecie w egzekucjach ginie ok. 1000 osób” (s.110) 

Każdy kraj ma swoją specyfikę, tak różną jak różnią się ich kultury, w niektórych z nich o zadaniu śmierci decyduje ślepy los, w innych pojawia się kat. 

Sposoby uśmiercania też są rożne, od gilotyny, po krzesło elektryczne, od trucizny po wieszanie, którego jest kilka nota bene sposobów wieszania , angielski, rosyjski i austriacki. 

Czytając tę książkę zaczynamy rozumieć, że zawód, to jednak zawód, „tylko” czy „aż”? A mordercy? 

Zasadność stosowania kary najwyższej powraca ciągle i wszędzie w zderzeniu z potwornościami, jakie jedenczłowiek jest w stanie zrobić drugiemu. 

Tyle, że człowiek jest omylny, a kara śmierci nieodwracalna. 

Książka bardzo dogłębnie ukazuje pewien rodzaj pomijanej często wiedzy. Wiedzy o tym czym jest i jak tak naprawdę funkcjonuje kat, skazany, więzień w celi śmierci na rożnych płaszczyznach, w rożnych krajach i w rożnych kulturach. 

To wiedza interesująca i skłaniająca do przemyśleń choć nie nachalnie moralizatorka. Ciekawym zabiegiem jest przytoczenie wypowiedzi morderców, często dzieciobójców, którzy w zderzeniu z „własną” śmiercią stają się nagle… nie wcale nie skruszeni, czy poruszeni… oni czują się skrzywdzeni. 

Inna sprawa to zasadność kary… Bardzo wielu morderców po wyjściu z więzienia morduje znowu, czyli ich śmierć mogłaby zapobiec kolejnemu morderstwu. 

To przerażająca, ale i bardzo ciekawa książka, ze wszech miar warta przeczytania. Nie zmieni ona postrzegania kary śmierci. Nie przekona ani tych, którzy są za, ani tych, którzy są przeciw, ale jest dobra, dobrze napisana i warta, bardzo warta przeczytania. 

Prawo zabrania okrutnego uśmiercania zwierząt przeznaczonych na rzeź. Nie zabrania jednak okrutnego i bolesnego uśmiercania ludzi. Chorego psa uśmierca lekarz, a my musimy poddać naszą śmierć w nie zawsze sprawne ręce kata” (s.177) 

Pisał jeden ze skazanych, i dodać, że był jednym z tych, którzy... bardzo chyba humanitarnie mordowali swoje ofiary bardzo sprawnymi rękoma.  Czy więc zawód kata powinien istnieć? Czy powinien podlegać jakimś specjalnym zasadom rekrutacji i szkolenia, czy zniknąć na zawsze?

piątek, 14 września 2018

Tak jakby nie bardzo... Choć temat nośny!



ANNA SZUSZEK

MOJE SZEROKIE TORY



Każdy na pewnym etapie swojego życia zaczyna rozliczenia z przeszłością. Można by się zastanawiać czy jest to dobre, czy złe, ale jest to głęboko ludzkie i zwyczajnie po ludzku czasami konieczne. Każde życie jakoś się plecie i nie zawsze wybory, których dokonujemy, (a dokonujemy ich paradoksalnie bez przerwy) są wyborami dobrymi czy chwalebnymi. 

Czasami zależą od nas samych, naszego wychowania czy rodzin, czasami od sytuacji ekonomicznej czy politycznej i często te ostatnie po latach okazują się najbardziej dramatyczne.

Powieść „Moje szerokie tory” to wspomnienia kobiety, która w roku 1976 podjęła studia w Związku Radzieckim, co ze względu na późniejsze zawirowania historii nie mogło dla niej nie mieć wielorakiego znaczenia.

Książka to coś w rodzaju powieści autbiograficzno wspomnieniowej, a ten gatunek łatwy nie jest. Biografie czytuję często i z niemałym zachwytem. Czytałam już świetne biografie niezbyt znanych osób i nudne tych bardzo znanych. Jak już powiedziałam to gatunek trudny i wymagający.
Trzeba zachować dystans i mieć rozeznanie co może zainteresować czytelnika. Nie wszystko to co autorowi zdaje się ważne będzie ważne z punktu widzenia narracji. Do czego zmierzam?
Do tego, że czasami autor popada w przesadną drobiazgowość i nieumiejętnie dozuje informacje.
Przecież nie wszystko jest istotne. Kolor zasłonek, ilość kubeczków, wzorki na tapetach.... To nie są istotne sprawy - o ile do niczego nie prowadzą.

Drobiazgowość tej powieści jest wręcz skrajna. Czy to wszystko przekreśla? Nie, ale może być nużące. I dla mnie było. Te wspomnienia to napisany w bardzo niepewnej literacko formie pamiętnik z życia kobiety, która dużo przeszła, dużo się nauczyła, ale też chce pokazać wszystko i wszystkich za bardzo, za...  Tego jest po prostu za dużo.

A „niepewna literacka” forma? Tekst jest napisany w bardzo naiwnej formie, tak jakby pisała go nastolatka. Czy był to efekt zamierzony? Tego nie wiem, ale do mnie ta forma nie przemawiała, a wręcz nużyła niedojrzałością tak w warstwie językowej jak i fabularnej.


Wprowadzanie wersów w innych językach ( o ile trochę rozumiem ten zabieg ze zdaniami w języku rosyjskim bo to miało tu jakiś sens) jest niestety zbyt częste i denerwujące, dodatkowo jeżeli już się wprowadza tekst na przykład po francusku, dobrze, żeby był on bez błędów gramatycznych i ortograficznych, a tak niestety nie jest. 

Nie będę tu winiła redakcji, bo redaktor francuskiego znać nie musi, a autor, który pisze w obcym języku powinien albo sprawdzić, albo zatrudnić tłumacza, albo zrezygnować. Rozumiem, że ma to pokazać wielokulturowość i wieloetniczność braci studenckiej, pokazuje, ale bardzo utrudnia czytanie. 

Naprawdę można było z tego zrezygnować bez szkody dla tekstu, a może nawet z korzyścią.


Odnowienie znajomości sprzed lat to może niezbyt świeży pomysł, ale nie był taki zły. 
Wszystko to oczywiście moje zdanie i nikt nie ma obowiązku się nim sugerować. 

W epilogu autorka pisze o wielkim sukcesie powieści tej, którą sama w powieści pisała, a która jest jakby powieścią w powieści, pisze o powstaniu Fanklubu i o zatrudnieniu przez wydawnictwo specjalnego pracownika do odpowiadania na listy, które przychodzą do autorki. To takie trochę zapętlenie rzeczywistości i myślenie życzeniowe, ale cóż, "marzenia jakieś każdy ma".

Jednym słowem książka potencjał miała, ale rozmył się mocno w infantylnych sformułowaniach, błędach (przeróżnych) i w naiwnej (godnej nastolatki) drobiazgowości i formie.

Inna sprawa, że temat ciekawy i gdyby autorka go jeszcze przemyślała byłaby to całkiem niezła powieść.

wtorek, 11 września 2018

Casting na wariatkę? Proszszsz!


Historię o tym jak to sąsiadka kuzynki sąsiadki  ( zawsze gdzieś się taka trafi) ze swoim zezowatym i pryszczatym dzieckiem, pojechała na jakiś casting i wydała grubą forsę bo powiedzieli jej, że dzieciak się nadaje, po czym zamilkli i rozpłynęli się we mgle, (zabierając ze sobą nadzieje na wielką karierę małego Brajanka i ponad tysiąc złotych) zna u nas każdy i każdy się z tej kobiety śmieje, bo w końcu ślepa nie jest i widzi jak wygląda jej dziecko. Matczyność to często poważna wada wzroku granicząca ze ślepotą mimo to jednak nawet ślepota nie wszystko usprawiedliwia. 

Gdzieś indziej jakiś rolnik szukał żony do wielkiej miłości ( wiadomo trudno na wsi o żony), a kiedy wyszło na jaw, (i to na wizji, że jej zdjęcia były nieco podretuszowane), okazało się, że miłości to on szukał, ale nie takiej… wielkiej! Wyszło na to, że miłość, miłością, dobre serce na pewno się przyda, bo na wsi praca ciężka i o zawał nie tak znowu trudno, ale na litość boską, on takiej do traktora by nie wpuścił, a tu mu się gruba baba z butami w życie pcha. 

Inna sprawa, że ona naprawdę ciut z Photoshopem przesadziła… 

Kłamstwo, na kłamstwie siedzi i kłamstwem pogania. 

Niedługo przestaniemy wychodzić z domu, żeby nikt nas nie mógł obejrzeć i porównać ze zdjęciem profilowym na Facebooku. 

Ale ja nie o tym. 

Moja koleżanka w wieku mocno popoborowym ( po dobrze po sześćdziesiątce, ale z duszą nastolatki – co niejednokrotnie doprowadza wszystkich do szaleństwa) chciała się zabawić i namówiła mnie na casting, który odbywał się w sali za zamknięta restauracją. To znaczy ona poszła na casting, ja jako obstawa – kiedy widzę kamerę drętwieję… 

Moja szalona koleżanka ubrana jak kolorowy stóg siana ze wstążeczkami we włosach a la Pippi Langstrump w wersji tęgawego zombie, grzecznie czekała w kolejce pomiędzy stadem anorektycznych glonojadek z jednej strony, a grupką „lolitek” z drugiej - ( nie było wiadomo ile mają lat, ale były bez rodziców więc musiały być dorosłe) 

Czekałyśmy dobre trzy godziny wśród chichotów i prychań glonojadek, w końcu koleżanka weszła do prowizorycznego studia i zniknęła mi z oczu na niezbyt długą chwilę. Potem dało się słyszeć straszne przekleństwa i trzaski. Koleżanka wyszła, złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą z taką szybkością, że mało nie spadły mi trampki. 

Kiedy w końcu usiadłyśmy przy kawie w jej mieszkaniu rozluźniła się nieco. 

- Najpierw kazali zapłacić 1200 złotych. Zapłaciłam. Mówili, że to konieczne, nawet nie zrobili mi żadnych zdjęć tylko kazali powiększyć biust, zrobić liposukcję, wstawić implanty zębów… Wtedy się wściekłam. Po co mi implanty zębów skoro mam własne? Zrobiłam awanturę, walnęłam takiego jednego torbą, odebrałam pieniądze i uciekłam – powiedziała wykładając wyjęte z kieszeni banknoty. 

Kłopot w tym, że było ich zdecydowanie za dużo. 

- Trzynaście tysięcy? Nie wiedziałam, że tyle ich tam będzie - stwierdziła wzruszając ramionami.

- I co teraz? 

- Nic teraz. 

- Idź z tym na policję! 

Poszła i stało się coś naprawdę dziwnego. 

Po dłuższych badaniach kazało się, że nie było żadnego castingu, nikt nie wynajmował sali, nikt nie zgłosił kradzieży i teraz koleżance odbiło totalnie. 

- Wiesz, 13 000 to całkiem dobry zarobek,  może by tak iść na jakiś kolejny casting i trochę sobie dorobić do emerytury? Teraz już będę wiedziała jak to działa.

Co jak co, ale według mnie casting na niebezpieczną wariatkę to ona już wygrała! 


sobota, 8 września 2018

Pęknięta Korona ZAPOWIEDŹ



Grzegorz Wielgus

PĘKNIĘTA KORONA

Premiera: 21/09/2018


Kraków, rok 1273



Na brzegu Wisły zostaje odnalezione ciało brutalnie zamordowanego mężczyzny. W śledztwo angażuje się brat Gotfryd, doświadczony inkwizytor, mający za sobą dochodzenia w Prowansji oraz Italii przeciwko katarom i waldensom. U boku mnicha staje dwóch rycerzy z Małopolski − Jaksa, pogrążony w dekadencji członek zasłużonego rodu Gryfitów, oraz Lambert z Myślenic, szlachcic drobnego znaku, a zarazem wybitny fechmistrz. Dawni kompani szybko natrafiają na ślady wiodące do ruin owianego złą sławą zamku Lemiesz. Poszukiwania zabójcy zostają jednak przerwane przez doniesienie o kolejnym zgonie. W zgorzałym dworze pewnego magnata zostaje odkryte ciało zwęglonego rycerza – zginął w czasie odprawiania pogańskiego rytuału przed obrazem, którego nawet ogień nie odważył się tknąć.


Rozpoczyna się awanturnicza przygoda, prowadząca towarzyszy prosto w cień doliny mieczy. Teraz mogą ufać już tylko sobie nawzajem.

Książkę można kupić w przedsprzedaży, w księgarni Bonito, za 19,44 zł zamiast 29,90 zł tutaj - BONITO  

piątek, 7 września 2018

Przytulcie Przytulanki!


Z pomaganiem jest ten problem, że nie każdy chce, nie każdy może, nie każdy umie, a pomoc bywa potrzebna, szczególnie kiedy rodzi się dziecko w jakiś sposób niesprawne.

Nie mogę pomagać finansowo - nie pracuje, bo z rożnych względów nie mogę, więc funduszy nie mam. Widzę dziennie kilka zbiórek z tekstem, "każdy grosz się liczy" i zwyczajnie czuję się źle, kiedy jednak mogę pomóc komuś swoją pracą jestem szczęśliwa. Dlatego napisałam jedno z opowiadanek, które znajdziecie w tej książce!

To mogę i chętnie to robię.

I tak własnie stało się w przypadku Przytulanek. 

Ludzie chcący pomóc Tosi Stępień zamiast prosić o pieniądze wpadli na pomysł, żeby wydać książkę dla dzieci. 

Książkę, z której CAŁY DOCHÓD - CAŁY!!! będzie przeznaczony na pomoc temu choremu maleństwu, które dzięki tej pomocy ma szanse na wyleczenie.

To najważniejsze, żeby leczenie i rehabilitację zacząć jak najszybciej.

Wiem, sama mam dorosłą niepełnosprawną córkę, więc WIEM o czym MÓWIĘ.

Wiele osób w to weszło. 

Autorzy i ilustratorzy (wśród autorów jestem i ja i jestem z tego bardzo dumna) oraz ludzie, którzy pomogli zebrać pieniądze na druk.

I inni też tak jak moja wspaniała kanadyjska koleżanka Alicja Czarnota-Grempewski i wielu takich, których nazwisk nie znam...

A teraz wasza kolej. teraz trzeba tą książkę pokazać innym. Pokazać w przedszkolach, bibliotekach, pokazać dzieciakom, bo książka jest świetna i pięknie wydana, pięknie ilustrowana i dopracowana pod względem dydaktycznym.
No to jak? Pomożecie?

Uuups!

Ale tak na poważnie. To będzie i dobre i pożyteczne!

Co możecie zrobić? Jeżeli macie dzieci możecie kupić im tę książkę Bonito i Przytulanki

Jeżeli nie to możecie pokazać ją innym. Udostępnić. Opowiedzieć. 
To chyba jedna z niewielu okazji, kiedy UDOSTĘPNIANIE na Facebooku coś komuś może pomóc.





Znacie ciekawe biblioteki dla dzieci? Powiadomcie o książce.
Znacie panie z bibliotek szkolnych?
Zaproponujcie.
To może zaowocować świetną zabawa i wspaniałą pomocą!


Chcecie posłuchać przytulanek? Posłuchajcie jak cudnie czyta Kamil Baleja z radia Złote Przeboje POSŁUCHAJCIE tu!

Książkę charytatywnie stworzyli autorzy i ilustratorzy literatury dziecięcej: Marcin Pałasz, Izabela Mikrut, Agnieszka Frączek, Agnieszka Gadzińska, Beata Sarnowska, Iwona Banach, Barbara Gawryluk, Agnieszka Pruska, Marcin Brykczyński, Piotr Olszówka, Artur Nowicki, Agnieszka Filipowska, Ewa Podleś, Karina Znamirowska, Patrycja Bernacka, Ilona Brydak, Agnieszka Malarczyk, Przemysław Liput.

Znamienite nazwiska! Będzie co czytać i co oglądać, wierzcie mi!

czwartek, 6 września 2018

Gniotowatośc kontrolowana.


Widziałam ostatnio w sieci filmik nagrany przez pewną blogerkę i równocześnie pracownicę jednego z wydawnictw dotyczący tego jak blogerzy powinni lub NIE powinni odnosić się do wydawców, o czym pisać w mailach i czego unikać. 

Z filmikiem zgadzam się w całej rozciągłości, bo porady tam przedstawione są po prostu skuteczne i korzystne, a wielu młodocianych blogerów nie wie, że list w stylu:

 „Hejka, jestem JoANNa i chcę dostać od was ksionszki do recek”, nie wie, że jeżeli w mailu, w polu „do” wpisze debilion adresów przeróżnych wydawnictw to nie ma co liczyć na odpowiedź choćby od jednego. Niektórzy nie wiedzą też, że tekst w stylu:

 „Dejcie mi te ksionżke bo mam chorom curke ale napisze wam bajerancik, że z dzisięciu moich ziomków kupi” też nie jest najlepszy i że pisanie recenzji „pod publiczkę” to stąpanie po kruchym lodzie, ale… 

Z jednym się nie zgodzę. 

Nie zgodzę się, że jeżeli nigdy nie „zjedzie się” żadnej książki, to blog wygląda jak jakaś lukrowana laurka. 

No bo… Ja w zasadzie mało współpracuję z wydawnictwami, jakoś nie mam takich układów czy możliwości, większość książek albo wypożyczam, albo kupuję ( najczęściej za bardzo małe pieniądze) na wyprzedażach bibliotecznych, czy innych „targach” staroci, czasami dostaję propozycje od wydawnictwa, ale wtedy mam szansę zorientować się czy dana pozycja będzie dla mnie objawieniem, czy lepiej jej nie tykać. 

Ponieważ recenzuję moje ukochane i wybrane przez siebie książki.
Większość moich recenzji to recenzje pozytywne… a co z negatywnymi? Miałabym czytać książkę, która mnie nuży? Ślęczeć nad nią godzinami, a potem męczyć się z pisaniem? 

Wyszukiwać dowodów na gniotowatość i błędy stylistyczne? Zapisywać bezsens, po to, żeby go potem cytować? Udowadniać komuś, że gniot, to gniot, a i tak nikt nie uwierzy w moją dobrą wolę i zaraz zostanę obwołana zawistnicą numer jeden? Zazdrosną harpią, która koleżanki po piórze oczernia, bo sama nie ma wzięcia

Mowy nie ma! I tak nikt nie wierzy, że to co się pisze, (jeżeli pisze się dobrze) jest uczciwie. Wszyscy dzielą recenzentki na „zazdrosne harpie” i „towarzystwo wzajemnej adoracji”. Tertium non datur… Prawda? 

Tyle, że jest jeszcze trzecia możliwość. To proste! Istnieją różne gusta. Naprawdę istnieją! 

A gnioty? Też istnieją, tyle, że ja nie jestem masochistką! Jak coś mi nie pasuje to po prostu sobie odpuszczam. Po 30, czy 100 stronach, ale odpuszczam i nie próbuję tego nawet kończyć, a tym bardziej recenzować. Po prostu oddaję do biblioteki i mam z głowy. 

Inna sprawa, że gniotowatość jest względna gdyż jest cechą słabo określoną. Dla jednych jest to zbyt wolna akcja, dla innych kiepska korekta i literówki, dla innych denerwujący bohater. 

(Oczywiście istnieją teksty tak straszne, że nawet gniotami trudno je nazwać, ale te sa poza wszelką konkurencją)

Jednak najczęściej to co dla jednego jawi się gniotem dla drugiego może być objawieniem, tak więc na moim blogu z pewnością więcej jest (i będzie) zachwytów niż negatywów. 

Nie możemy wszyscy być jednakowi, to się nie uda. Przecież możemy się pięknie różnić i niech tak pozostanie.

wtorek, 4 września 2018

Inwazyjny gatunek grzyba internetowego, albo stado oszalałych seksem grupików.

Wszyscy chyba wiedzą jak to jest z tymi grupami na Facebooku. 

Jeszcze wieczorem, idąc spać wydajesz się sobie sensowna i raczej normalna, a rano odkrywasz, że należysz do grupy miłośników betonu zbrojonego, kotów marki owczarek podhalański oraz powieści pani Ygrekińskiej, która powieści jeszcze nie wydała, ba jeszcze nie napisała, ale już szykuje sobie przyszłych wielbicieli. 

Piszesz, błagasz, wstawiasz odezwy do ludzi, żeby cie nie uszczęśliwiali na silę, i nie dodawali do żadnych durnych grup, do tych mniej durnych też, w końcu sam wiesz czy chcesz się „grupić, scalać i spoufalać”, ale gdzież tam. Znajomi wiedzą lepiej. 

A najbardziej ci ludzie, którzy znajomymi są od mniej więcej dwóch minut, bo właśnie zatwierdziłaś ich prośbę o dołączenie do grona nomen omen „znajomych”. 

Uciekam z takich grup najszybciej jak się da, ale jak wiecie, te grupy to inwazyjny gatunek grzyba internetowego, albo stado oszalałych seksem grupików, bo mnożą się jak króliki po deszczu. 

O ile jednak beton zbrojony czasami się przydaje, koty są miłe, nawet jeżeli są psami, a pani Ygrekińska ma prawo napisać książkę, która stanie się bestsellerem nad bestsellerami, to jednak są grupy, które budzą moje przerażenie

Często sprawdzam swoją przynależność, ba, robię to codziennie, żeby przypadkiem nie okazało się, że jadam majonez truskawkowy, noszę stringi na głowie, albo jestem miłośniczką sztucznych penisów w wersji hard. 

I od razu wam powiem, jadacie majonez truskawkowy? Nosicie stringi na głowie? Uwielbiacie sztuczne penisy? To są grupy idealne dla was, mnie nic do tego, ale ja tam nie pasuję. 

Ostatnio zostałam dodana do grupy emerytów i choć emerytką nie jestem zaczęłam się rozglądać i okazało się, że jestem bez serca. 

Wstawiano tam zdjęcia zagłodzonych dzieci (żywiących się lajkami), które krążą po sieci od co najmniej dziesięciu lat, fotki odkopanych gigantycznych szkieletów, które są rzeźbą, ale nikt w to nie wierzy, w sumie łatwiej przecież uwierzyć w dwudziestometrowego człowieka, niż w rzeczywistość. Pozbawione jakichkolwiek konkretów fotografie makabry z wezwaniami do udzielania pomocy w postaci udostępniania i takie inne bzdury, przy każdym był dopisek, że jeżeli nie udostępnisz tego na swojej tablicy to jesteś bez serca, bez sumienia oraz zostaniesz wywalony z tej jakże elitarnej grupy, czego dopilnuje Admin Władek, który był księgowym. 

Pouczona przez Władka ( imię zmieniłam – RODO), że mam niedobór w zakresie udostępnień w liczbie 13 postów, odpowiedziałam, że tych bzdur nikt nie powinien udostępniać. Po czym wstawiłam kilka linków udowadniających, że z tych”zaległych” udostępnień czworo dzieci się znalazło, w tym troje już kilka lat wcześniej, że nikt nikomu nie daje pieniędzy za lajki i udostępnienia, a tym bardziej za wysyłanie spamu w wiadomościach prywatnych, że pewien numer telefonu zaczynający się od 515 to zwykły przekręt i że żadna kobieta jeszcze nie urodziła kobry, nawet jeżeli nie zażywała warkoczystoskrętnej witaminy F16. 

No i wtedy się zaczęło. Zostałam dosłownie opluta, zaszczuta, wyzwana od szatanic, diabłów, wrednych bab i idiotek, które psuja ludziom … tak (!)…. DOBRĄ ZABAWĘ! 

Ludzie, to nie jest dobra zabawa, to robienie krzywdy potrzebującym! Stępianie wrażliwości, to bark odpowiedzialności. TO JEST ZŁE!!! To szkodzi NAPRAWDĘ potrzebującym i NIE sprawia, że jesteśmy dobrzy, a jedynie, że takimi się czujemy, a to jest WIELKA różnica.

- Spadaj głupia pindo – pożegnał mnie pan Władek uroczo, uroczyście blokując dostęp do elitarnego przybytku udostępniaczy taniej makabry. 

Od teraz będę warczeć na każdego, kto doda mnie bez mojej zgody do jakiejkolwiek grupy.

sobota, 1 września 2018

Drzazgi-ZAPOWIEDŹ


ZAPOWIEDŹ


JOANNA BARTOŃ

DRZAZGI

Czytałam już jedną książkę tej autorki. "Do niewidzenia, do niejutra" i była fascynująca.
Spodziewam się, że ta będzie równie niesamowita.
Choć nie będzie to z pewnością lekka i łatwa lektura z wielu względów.

FRAGMENT
(...) Świadomość, że niedługo zostanie matką, sprawiła, że już w pociągu zaczęła rozmyślać o swojej.

To, że mama część swojego życia spędzała w piwnicy, szybko stało się dla niej smutną oczywistością. Nawet tata nie miał już czasami siły, by z nią walczyć i na jej pytanie „mama znów?”, zadawanego w asyście kciuka skierowanego w dół, rozkładał bezradnie ręce, kiwając ze smutkiem głową. Zawsze wyobrażała sobie wtedy, że mama wyjeżdża w bardzo ważne delegacje, od których zależy los jeśli nie całej ludzkości, to przynajmniej połowy. Znalazłszy takie usprawiedliwienie dla jej nieobecności w swoim życiu, mogła witać ją w nim za każdym razem z tą samą euforią. Była kłębkiem popiskującego szczęścia, kiedy tylko słyszała z dołu odgłosy składania leżanki, co oznaczało, że mama znów zamieszka na jakiś czas z nimi. Tata był bardziej powściągliwy i nie witał żony z tak szczenięcą wylewnością. Zadawał jej tylko podszyte sarkazmem pytanie: „Jestem ciekawy, na ile tym razem?”, a czasami w celu wzbudzenia w niej poczucia winy dodawał coś w rodzaju: „Twoja córka nauczyła się jeździć na rowerze, szkoda, że tego nie widziałaś”.


ZE STRONY WYDAWNICTWA
"Czytałam kiedyś forum internetowe dla matek dzieci w wieku szkolnym i tam natrafiłam na wpis kobiety, która z bólem, ale może jednocześnie i ulgą, że zrzuca z siebie taki ciężar, przyznawała, że nie kocha własnych dzieci. Owszem, zrobi wokół nich wszystko, co niezbędne, dba o nie, ale jej serce pozostaje niewzruszone. Ten jej wpis mocno wrył mi się w pamięć, tak jak zresztą reakcje innych uczestniczek forum, utrzymane głównie w tonie dydaktycznym lub niedowierzającym, „no bo jak to tak - nie kochać?”. Ale czy matka ma obowiązek kochać własne dziecko? W każdej sytuacji?"