piątek, 31 sierpnia 2018

RUNA - psychiatria i jej mroczne tajemnice.


VERA BUCK

RUNA

INITIUM

Czy istnieje coś bardziej pobudzającego wyobraźnię niż wielki, mroczny szpital dla „wariatów”?Specjalnie używam tego określenia, bo pojęcie choroby psychicznej w okresie, o którym mowa dopiero się wykuwało, a i choroby te (wszystkie w zasadzie) określano histerią. Jakieś zaburzenia nastroju, smutek, skłonności do agresji, czy masturbacja,  (szczególnie ta żeńska) bardzo często kończyły się w takim przybytku i były leczone tak, że lepiej o tym nie wspominać przed snem, bo jeszcze może się przyśnić. 

I nie było możliwości wypisania się z placówki na własne żądanie, a o zgodę na zabiegi operacyjne nikt nie pytał. 

Jednego dnia więc mogłaś znosić skutki złego humor, drugiego lobotomii. 

O zgodę na uczestnictwo w pokazach hipnotycznej histerii też nie pytano. „Wśród pokazywanych kobiet Charcot miał swoje ulubienice. Przypominały zwierzątka.” te seanse były sławne na cały świat i każdy chciał w nich uczestniczyć, a kobiety, które pokazywano przypominały rzeczywiście zwierzątka, ale były traktowane o wiele gorzej. 

I właśnie w takim miejscu autorka umieściła akcję powieści. Ten sławny paryski zakład psychiatryczny La Salpetriere istniał naprawdę, a grono lekarzy, których spotkamy na kartach tej książki to ludzie, którzy też naprawdę tam pracowali. Doktor Charcot, słynny ze swoich pokazów hipnozy, jego współpracownik Joseph Babinski, czy Georges de la Tourette, tak, ten od zespołu Touretta. 

Zresztą cała otoczka powieści jest prawdą. Takie były początki psychiatrii, mroczne, dziwne, trudne, czasami makabryczne. A akcja powieści? 

Jest dziwna dziewczynka. Oddano ją do zakładu psychiatrycznego i nikt się o nią nie martwi i jest inna dziewczynka, ona też ma kłopoty, trochę innej natury, jest jednak ktoś, kto się nią przejmuje i nie chce dopuścić do operacji… Dziewczyna cierpi na przypadłość szumnie w tym czasie zwaną psychozą onanistyczną, a wiecie jaki był sposób na żeńską masturbację? 

Zgadliście! Takim „niegrzecznym” kobietom wycinano łechtaczki. Czasem nie tylko łechtaczki, ale to tylko część opowieści, bo jest jeszcze miasto świateł, Paryż, ale nie ten rozświetlony i odbijający się w bąbelkach szampana, a ten brudny, podły i głodny. 

Pełen włóczęgów, alkoholików, wariatów, dzieci i niebezpieczeństw. 

Jori ( Johann Richard Hall) udaje się do Salpetriere żeby zdobyć tytuł doktora. Zaczyna pracę w szpitalu i spotyka dziwną dziewczynkę, pacjentkę, którą chce poświęcić na ołtarzu nauki, to znaczy oczywiście chce ją uzdrowić, ale operacji mózgu nikt jeszcze nie przeprowadził z sukcesem, no i przecież dadzą mu kilka innych pacjentek do testów, a że te umrą? Co za problem? Tylko jak to będzie, one umrą czy zostaną zabite? 

Niestety to nie jest wszystko. W całym mieście pojawiają się dziwne znaki. Litery? Symbole? A może zwykłe gryzmoły… 

Napięcie rośnie w sposób zastraszający i zaskakujący. 

Wszystko zaczyna się komplikować. Narracja prowadzona jest tak, że pewne sprawy widzimy z rożnych perspektyw. To prawdziwa układanka, a każdy następny jej element rzuca cień makabry na to co dotychczas zostało powiedziane prowadząc nas w miejsce, w którym nikt nigdy nie chciałby się znaleźć. 

Zwątpienie w dobro istot, zwanych ludźmi towarzyszy czytaniu tej powieści rosnąc ze strony na stronę, zwątpienie w „człowieczeństwo” niektórych ludzi tym bardziej. 

Porażająca i przerażająca książka, niestety bardzo prawdziwa. Poparta faktami, oczywiście jedynie w pewnym zakresie, ale niewiele to zmienia. 

Świetna i bardzo mocna. Niesamowicie wciągająca i bardzo nieoczywista. Pokazuje wszystko inaczej, dobro od złej i zło od dobrej strony, pokazuje względność i bezwzględność. Przeraża. Mąci w głowach i daje do myślenia. 

Zupełnie nie spodziewałam się jednak tak mocnego i niejednoznacznego zakończenia. 

Po prostu genialna! 

czwartek, 30 sierpnia 2018

O Korei Północnej słowami dziecka.


JOSEPH KIM
Stephan Talty

POD JEDNYM NIEBEM 


Wszystkie reportaże dotyczące Korei Północnej są i dramatyczne i porażające, a czytałam ich wiele, między innymi książkę  „Skrzydło Anioła” Jolanty Krysowatej. O której w końcu też napiszę, bo to genialny reportaż łączący Dolny Śląsk i Koreę Północnaą w sposób koszmarnie tragiczny, ale to nie na dziś. 

Dziś inna opowieść.

Korea Północna  po prostu mnie interesuje, choć temat jest trudny i trudno potem zasnąć. Ta książka jednak właściwie nie dotyczy samego państwa, jego ideologii czy polityki. Jest opowieścią o człowieku – dziecku, losie. 

Zakładamy, że dziecko JEST człowiekiem. Nawet tam.

Owszem trudno w tej opowieści uniknąć tych czy innych odniesień politycznych, ale nie są one jakieś znaczące. Ta opowieść to prywatna historia potwornego głodu opowiedziana słowami małego chłopca, potem nastolatka usiłującego za wszelką cenę zapewnić przetrwanie sobie i swojej rodzinie. 

Dziecko zapewniające byt rodzinie? No cóż. Tak bywa. 

I to dziecko płaci wysoką cenę. Traci wszystko i wszystkich. Zresztą rozpada się cały jego i nie tylko jego świat. Rozpadają się więzi rodzinne. Ludzie umierają z wycieńczenia, syn jest w stanie zabić matkę za kawałek chleba i nie ma już nic do jedzenia, nawet szczury i robaki stają się rarytasem. 

Głód to chyba po ludzku najstraszniejsza rzecz tym bardziej jeżeli dotyczy dzieci, a ta historia wydarzyła się w dwudziestym pierwszym wieku, i to nie jeden raz – a setki tysięcy razy bo dotyczyła tysięcy rodzin. Całego wielkiego państwa. W czasie, kiedy my, Europejczycy przejadamy się do nieprzytomności i szukamy coraz to nowych diet... A przecież właściwie żyjemy pod jednym niebem...

I jeszcze jedno. Ciekawa forma opowieści. Ta opowieść jest napisana tak, żeby mimo wszystko dało się ją przeczytać. Owszem boli, ale jest pełna podskórnej nadziei, miłości, tęsknoty i woli walki. To chyba najważniejsze. Fakt trudno to przyswoić, trudno zasnąć myśląc, że gdzieś tam ludzie konają z głodu całymi miesiącami jedząc zupę z trawy i mleczu, ale jest w niej przesłanie.

Autorowi jako nastolatkowi, dzięki przypadkowi właściwie i pomocy jednego z kościołów chrześcijańskich udaje się uciec do Stanów Zjednoczonych, nie całkiem zresztą mu się to wyszło. Nawet tam, w Stanach nie żyło mu się dobrze, bo trafił do rodziny, gdzie jedzenie było wydzielane, a lodówka zamykana na łańcuch, gdzie nie wolno było do nikogo telefonować…. Nawet do kościelnych opiekunów.

Tak, są nawet tam ludzie żerujący na biedzie i okradający biedaków, to w sumie najłatwiejsze.

Przeżył, walczy o ratunek dla swojego kraju, dla którego ratunku już nie ma. Które państwo zdecydowałoby się zaopiekować kilkoma milionami ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest karta płatnicza czy internet i którzy z pewnością nie przetrwaliby na rynku pracy i staliby się grupą żądnych wsparcia żebraków z przyzwyczajenia nadal kochających  Wielkiego Wodza. 

Szuka też sprzedanej przez matkę siostry. Tak, tam dzieci się nadal sprzedaje...

Bardzo dobra książka. Namawiam każdego, ta książka pokazuje jak kruche bywa życie, dostatek i to co uważamy za stałe, zwykłe, naturalne, powszechne i powszednie jak chleb. Niesamowita.

środa, 29 sierpnia 2018

Czytelnicza "snoBowiązałka"

Jak pani może pisać, że ta książka jest dobra, przecież ona mi się zupełnie nie podobała! Nie przebrnęłam nawet trzech stron! To koszmarek!” zawiadomiła mnie pewna pani ( panna?) na priva i wzbudziła mój ( całkiem uzasadniony) niepokój. 

Że niby jak? Nie przebrnęła nawet trzech stron, a wie? Jasnowidzka czytelnicza jakaś? Medium czytologiczne

I jak ja śmiem pisać ( JA), że książka jest dobra, skoro jej (JEJ) się nie podobała? 

Chyba powinnam przeprosić. 

Ciągłe internetowe dążenie do klasyfikacji „czegokolwiek” ze względu na „jakiekolwiek cokolwiek” zaczęło przenikać także do umysłów czytelników, którzy uparcie twierdzą, że warto postawić wyraźne granice, żeby nie wyjść na niedorobionego chama - wszak wielkich ludzi określa się bardziej po tym czego nie robią niż po tym co robią. Istnieje poważna różnica miedzy kimś kto oświadcza „jadam kaszankę”, a kimś kto stwierdza „nie tykam takich rzeczy” 

Pierwszy jest zwyczajny, może nawet z plebsu i choć się tego nie wstydzi, to jednak to… jakieś takie nie takie, a ten, który nie tyka, jest jakby bardziej… no... elegancki? 

Snobizm zaczyna być powszechny. 

I stąd w czytelnictwie podobne trendy. 

Stwierdzenie: „nie czytam takiego chłamu” jest bardzo mocne aczkolwiek przerażająco … hmmm mało konsekwentne! Książka to nie wątróbka drobiowa, nie ma tak, że każda „smakuje” tak samo. Nie da się, nie przeczytawszy danej książki, stwierdzić, że jest chłamem, a jeżeli już się ją przeczyta nie bardzo można stwierdzić, że się nie czytało. 

Może nie jest to klasyczny przykład paradoksu Epimenidesa, ale trochę pasuje. 

Inny przykład to, stwierdzenie, że nie czyta się książek poniżej iluś tam gwiazdek na LC. No więc, jak wyżej, książka to nie hotel, a LC to nie Trivago. Zresztą te gwiazdki też bywają różne, jedne są z konstelacji Wściekłego Pekińczyka, inne z gwiazdozbioru Hydry, jeszcze inne z układu Zakochanej Fretki.

Gwiazdka gwiazdce nierówna. 

Jest też stwierdzenie, „nie przeczytam tej książki bo nie lubię jej autora” ( bywa to wyrażane w dużo gorszej formie), które niezmiennie mnie dziwi, bo co książka ma do autora? Czyli, nie zjem tego dania bo nie lubię kucharza? Bez sensu! Choć stwierdzenie, „nie zjem tego dania, bo kucharz mnie nie lubi”, mogłoby mieć jakieś rozsądne wytłumaczenie, szczególnie przy daniach z ryby fugu

Ta książka jest do d...y bo jest syfnie przetłumaczona” ( określenie z netu). No i tu jest kłopot. Jesteś językowcem i przetłumaczyłeś kilka powieści, albo przeczytałeś książkę w oryginale, może ci uwierzę, ale jeżeli nie, to nie ma szans żebyś rozróżnił zamysł autora, zaniedbania redakcji czy kłopoty tłumacza – owszem, może ktoś coś spaprał ( może, choć to też nie jest pewne), ale nie oceniajmy kto i co ewentualnie „spaprał” bez koniecznej do tego wiedzy. 

Skąd takie dziwne oceny? Bo to teraz modne. 

Albo takie coś, „książka dla kucharek” - to bywa mylące, bo jak trafisz na taką, która potrafi zaserwować pierś z pelikana „sous vide” na piance z zielonej herbaty pod kołderką z białych trufli i kawioru, to i książki, które czyta  mogą cię zadziwić. 

A literatura „kibelkowa”? Kto  nigdy nie korzystał z kibelka niech pierwszy rzuci kamieniem, ale to co tam się dzieje powinno pozostać tajemnicą sedesu. Nie wciągajmy w to literatury.

Modne stało się też wyśmiewanie kilku konkretnych autorów i gatunków, jako, że wypada "ich", albo „tego” nie czytać. Wypada to najczęściej sztuczna szczęka, a i na to są sposoby. 

Po prostu nie oceniajmy dla lansu. Tak jak samo czytanie jest super fajne, a czytanie dla lansu nie, tak samo wredne oceny dla lansu fajne nie są. 

To trochę jak słynny paradoks Coelho, nikt nie przeczytał wszyscy znają. 

Jest też inna sprawa, reklama. Wszyscy się oburzają, że „ta książka jest przereklamowana” i mają o to pretensje do wszystkich łącznie z autorem, ale nikt nie ma pretensji do przereklamowanych parówek. Reklama to reklama, działa jak działa, czego się dziwcie? 
Nikt nie każe wam w nią wierzyć... 

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Lęki i fobie wielkich Polaków.


EWA LANDO
WSZYSCY SIĘ CZEGOŚ BALI
(Fobie, lęki i kompleksy wielkich Polek i Polaków)

Wydawnictwo CZERWONE I CZARNE

Geniusz to coś szczególnego, to pewna wrażliwość, nieosiągalna dla ogółu, ale taka wrażliwość to często miecz obosieczny. Jakim cudem? Ano takim, że ludzie wrażliwi nie tylko tworzą, ale i czują. Czują więcej niż inni. 

Żyjemy w czasach totalnego ekshibicjonizmu psychicznego(…) przy okazji zanika też pruderia otaczająca fobie i obsesje”( 308) 

A co mają wspólnego fobie i obsesje z geniuszem? 

Otóż każdy ma swoje słabości, geniusze też, albo inaczej, geniusze, ludzie wielcy i znani też… bo osoby przedstawione w książce, o której chcę opowiedzieć to dwadzieścia osiem postaci podziwianych, znanych i ( czasami kochanych) – dlaczego czasami? 

Mało kto teraz przyzna się, że kocha (lub kochał) Józefa Cyrankiewicza, a i on jest jednym z bohaterów tej publikacji… Tak więc znajdziecie tu wielkich pisarzy, aktorów, polityków i poetów. W poświęconych im tekstach znajdziemy coś w rodzaju skróconej biografii każdego z nich oraz opis problemów z jakimi ten ktoś się borykał. Problemów poważnych… Często prowadzących do śmierci. 

Niekiedy też niestety do śmieszności ( pośród współczesnych tej postaci ludzi). Witkiewicz, który cierpiał ma mizofobię, a nie bał się chorób wenerycznych i narkotyków. Maria Komornicka, która chciała zostać i w pewnym sensie została mężczyzną. 

Poczytamy o agorafobii i gefyrofobii Prusa o Cybulskim i jego nerwicy natręctw, oraz strachu przed pociągami… o seksoholizmie, albo właściwie romansoholizmie Rubinsteina, weredyzmie Wyspiańskiego, czy o tokofobii Niny Andrycz... 

O Zofii Stryjeńskiej jej hipolibidemii oraz szalonej zazdrości, o skrajnej płodności ( pisarskiej) Kraszewskiego, O marku Grechucie, Stachurze, Wojaczku, Paderewskim, Tuwimie… 

Nie wymienię wszystkich, ale wstawiam wam spis treści. 
To ciekawa książka. Dobrze czasem poczytać o słabościach ludzi wielkich, bo starą się oni wtedy jeszcze bardziej ludzcy, a takie „odbrązowienie” wcale im nie szkodzi, przeciwnie, przybliża ich do czytelnika czy widza ich niezaprzeczalnej wielkości wcale nie szkodząc. 

Mimo formy (ja lubię biografie, ale nie każdy w tym gatunku gustuje) do pochłonięcia w jeden wieczór, lekka, sympatyczna przyjemna, bez niezręczności czy oceniania, przedstawia życie tych ludzi na podstawie nielicznych dokumentów, które się na dany temat zachowały, a nie ma ich zbyt wiele. Dlaczego? 

Często były to sprawy wstydliwie ukrywane, jak bowiem powszechnie wiadomo, w Polsce nie ma zwyczaju, aby pomnikowe postacie przyznawały się do swoich słabości” (s.10) 

Przyznam, że książkę czytało mi się znakomicie i szczerze ją polecam.

sobota, 25 sierpnia 2018

Polski autor MUSI mieć klasę... Autopromocja ZAKAZANA!


Jeszcze niedawno nieuświadomioną będąc, miotałam się po Facebooku bez celu i sensu, a teraz już odrobinę bardziej doświadczona i świadoma ogromu zagrożeń pytam kiedy KIEDY rząd wprowadzi do szkół przedmiot w stylu „Przysposobienie do życia na Facebooku”, albo choć wyda okólnik, zatytułowany „Konsekwencje finansowe i seksualne nieuświadomienia fejsboocznego”. 

A może choć kilka plakatów w stylu: 



Bardzo by się to przydało, bo Facebook to dżungla!A gdzie tam dżungla, to LABIRYNT, gdzie się nie obejrzeć tam ściana… 

No, w sumie można się poobijać, ale są przecież też PORTALE…. Do rzeczywistości wirtualnej, które nie raz, nie dwa potrafią wciągnąć, potarmosić i wypluć nieświadomego użytkownika i jeszcze namieszać mu w resztkach mózgu, jeżeli takowy posiada. 

Są też GRUPY różne. Wielbicieli kotów, dobrego jedzenia, gotowania, sado maso, oraz książek. O tych ostatnich chcę tu coś napisać. Nie o książkach, a o grupach… To grupy czytelnicze. 

W kilku z nich jestem, kilka opuściłam z jękiem, hukiem, czasem też z bólem głowy. I o tych właśnie chcę teraz opowiedzieć. 

Otóż każda z grup ma admina. Jak ja kocham adminów!!! Normalnie do stópek im się ścielę, zwłaszcza kiedy zniżają swoją niezaprzeczalną boskość do poziomu intelektualnego takiej miernoty jak ja. 

- Za dyskusje z adminem grozi wydalenie z grupy – dowiedziałam się, kiedy zapytałam, czy określenie „siwa szantrapo”, którym mnie uraczono jest czy nie jest wyzwiskiem. 

Każda z grup ma też regulamin, mniej lub bardziej logiczny, ale zawsze to coś. I tak oprócz zawsze koniecznych choć nie zawsze respektowanych wezwań do tolerancji i używania języka polskiego, jest to: 

Zakaz autopromocji. 

Wstawiam post z recenzją książki polskiego pisarza. 

Admin wpada w szał, bo tu nie ma miejsca na chamską autopromocję. Linków do recenzji się nie wstawia. Preferowane są teksty w stylu: „ale zaje..sta super bajerancka książka” i tak, zgadliście, to jest DOPUSZCZALNA, ba nawet preferowana forma wypowiedzi na jednej z grup. 

Na innej, czytam, że  „zabranie się wstawiania linków do recenzji na swoim blogu, posty mają być pisane własnoręcznie"… Znaczy, że ja na blogu nogami piszę? 

I co ma zrobić taki biedny polski autor? Napisał książkę i chce ją pokazać, ale NIE MOŻE! Zakaz autopromocji. Ja jeżeli zrobię recenzję też NIE MOGĘ jej wstawić, bo to autopromocja. 

Pochwalić się, że wydałam książkę? W życiu! Przecież to wstyd, tak się ludziom narzucać! Nie wolno, polski autor ma mieć klasę… 

Powiedzieć komuś, że moja znajoma ( i to wirtualna) wydała dobrą książkę? W życiu, Toż to TWA Tak, tak, Towarzystwo Wzajemnej Adoracji)! Owszem, gdyby była Amerykanką, to o.k, ale polski autor ma mieć klasę… 

Polski autor ma cicho siedzieć na swoim fanpejczyku skrobać post na tydzień, broń Boże nie o sobie ( przecież to autopromocja) i liczyć, że jakimś cudem ktoś spoza rodziny przeczyta jego książkę. 

Zachęcać do kupna… nie wypada. Zresztą na grupach zakaz sprzedawania. Polski autor musi mieć klasę… 

No i tak się zastanawiam, a co z kasą? 

Polski autor musi mieć klasę, ale kasy to już nie musi? 

czwartek, 23 sierpnia 2018

Zuzka i marketingowy....rozstrój żołądka.

Popołudniowa wizyta Zuzki u mnie w domu w wakacje, w połowie sierpnia nie powinna była mieć miejsca, gdyż Zuzka została zagospodarowana i miała całe mnóstwo zajęć, kiedy jej matka programowo siedziała w pracy. 

- Ciotka, ale awantura na półkoloniach… - zawołała po czym zwymiotowała wprawiając mnie w osłupienie. 

- Boże kochany dziecko, źle się czujesz? I skąd ten dziwny kolor? - przyjrzałam się temu co wydostało się z paszczy Zuzki. „Wymiotek” był w kolorze chińskiej zieleni pomieszanej z fioletem. Nic jadalnego nie ma takiego koloru nawet po przetrawieniu. 

- Wszystko w porządku, tylko trochę mnie mdli – odpowiedziała po chwili z niewinnym uśmiechem. 

- A mama wie? - zapytałam zaniepokojona. 

- Ale o czym? O awanturze? - zapytała niewinnie.

- Nie, o mdłościach! 

Zuzka wzruszyła ramionami i westchnęła rozdzierająco. 

- Bałam się jej powiedzieć, bo ona od razu pyta czy nie jestem w ciąży, ale pewnie zaraz się dowie. 

Czarne i czerwone ( nie Stendhala) płaty zaczęły krążyć przed moimi oczami. Prawie zemdlałam. 

- Jesteś w ciąży? - szok przyspawał mnie do fotela i prawie odebrał mowę. 

- A gdzie tam! Pół grupy się zatruło - wyjaśniła beztrosko.

Otworzyłam szeroko moje przerażone oczy, choć owszem, ucieszyłam się bardzo, skutki zatrucia zazwyczaj trwają nieco krócej niż skutki ciąży i są chyba mniej inwazyjne. 

- Że co??? 

- No bo Kaśka do ciastek dodała farb akrylowych, czy jakoś tak. Takich artystycznych, żeby ciasteczka ładne były i żeby ich grupa mogła wygrać, bo to taki konkurs był no i jeszcze powiedziała, że w ciastkach Zośki to jajka były zepsute, a u nas, że mąka z molami, a u chłopaków, że totalny badziew… 

- I co? 

- No i wygrała. Wszyscy rzucili się na te jej ciastka choć wiedzieli, że te dodatki to zwykłe farby, a nie żadne barwniki spożywcze. 

- Ty też? 

- Jasne, chciałam sprawdzić jak smakują. 

- Powinnaś być trochę mądrzejsza. I jak smakowały? 

- Nijak, jak ciastka, tylko teraz co chwila wymiotuję innym kolorem, a Zośkę to z półkolonii wywalili za te zepsute jajka w ciastkach. 

- To one w końcu były zepsute? 

- Jasne, że nie, ale jak teraz udowodnisz? Zresztą kierowniczka półkolonii to matka Kaski, tak czy tak nic się nie da zrobić, wszyscy rzygają, a Kaśka się cieszy. 

Boże, Zuzka i półkolonie to miał być taki spokojny czas. Zuzka pod opieką, między ludźmi, a nie przed komputerem, z dala od kłopotów i na świeżym powietrzu. Fakt, obruszała się na takie „dziecinne” pomysły i wcale nie chciała tam chodzić, ale w końcu jakoś się przekonała, a teraz co? 

Kolejny tęczowy wymiot pogonił dziewczynę do łazienki, ja pogoniłam za nią. 

- Ale po co to wszystko? Po co? Konkurs na najlepsze ciasteczka rozumiem, ale cała reszta? 

- No jak to? Ty się ciotka na niczym nie znasz! - obruszyła się naprawdę szczerze. 

- Ja na niczym się nie znam? Trujące farbki, kłamstwa o jajach, molach… To kryminał! 

- A gdzie tam! To świetny marketing! Same ciasteczka nic by nie dały, tyle teraz tego, że trudno wybrać i przebić się, a tak kolorki dały czadu, a jajka i mole wykosiły konkurencję. 

- A co było nagrodą w tym konkursie? - zapytałam jeszcze bardziej zdziwiona. 

- Oczywiście SATYSFAKCJA! Kaśka uwielbia być najlepsza!

Dziwny jest ten świat pomyślałam za Niemenem, ale może to nie świat jest dziwny, a ja jakaś niedorobiona? 

środa, 22 sierpnia 2018

Bilans krzywd - czy warto?


Dariusz Kaliński

Bilans krzywd. jak naprawdę wyglądała niemiecka okupacja Polski.



Tę książkę czyta się ze ściśniętym sercem mimo, iż jest to dokument, a może właśnie dlatego. To trudna publikacja bo dotycząca krzywd i zbrodni jakich dokonali najeźdźcy w czasie drugiej Wojny Światowej wobec Polaków i polskiego mienia. 

Mienie, jako coś nieożywionego oczywiście nie wzbudza takich emocji jak zbrodnie dokonywane na ludności, a były straszne i nieprzeliczone. 

Autor opisuje wiele z nich poczynając od bombardowania Wielunia, ( które było czystym bestialstwem i zbrodnią na cywilnej ludności miasta bo Wieluń nie miał żadnego strategicznego znaczenia, a atak na tę miejscowość był jedynie pokazem siły zniszczenia i możliwości bombowców) , aż po obozy wszelkiego typu, przesiedleńcze, koncentracyjne czy obozy pracy. 

Przytacza wspomnienia, tych którzy przeżyli rozstrzelania ( bo i tacy byli), katownie, zbiorowe gwałty i akcje odwetowe skierowane przeciwko cywilom. 

Opisuje też „metodyczność” władz niemieckich, które jeszcze przed wojną robiły spisy dóbr kulturalnych znajdujących się w polskich muzeach i kolekcjach prywatnych, tylko po to by już po rozpoczęciu okupacji wiedzieć co i skąd rabować. 

To tragiczne tematy, choć książka napisana jest świetnym językiem i mimo przytoczonych faktów czyta się ją i szybko i dobrze. 

Wiele osób pewnie będzie poddawać w wątpliwość sens powstania takiej właśnie dokumentacji właśnie teraz, tyle lat po wojnie i w takiej, a nie innej atmosferze politycznej, ale w tej publikacji w żadnym razie nie chodzi o rewanżyzm, czy podsycanie nienawiści. 

Przeciwnie, w atmosferze odradzających się ruchów nacjonalistycznych, co widać w całej Europie i dochodzących do głosu coraz częściej postaw neofaszystowskich ta książka pokazuje jak niszczącą siłą był nazizm i jak straszną rzeczą jest wojna. 

Książka pokazuje czas, kiedy za kawałek słoniny można było dostać karę śmierci, za pomoc sąsiadowi mogła zostać wymordowana cała rodzina, a eugeniczne uśmiercanie chorych i niepełnosprawnych było czymś naturalnym, dlatego moim zdaniem książka ta wpisuje się w głos przeciwko wojnie, okrucieństwu i nacjonalizmowi. Z drugiej strony upamiętnia w jakiś sposób ofiary. 

To bolesna, ale doskonale napisana książka. Potrzebna i wartościowa. 

Dariusz Kaliński opowiada o czasach, terroru, głodu, nienawiści i zezwierzęcania, kiedy człowiek nie był dla drugiego człowieka bratem, a bestią. 

Książka napisana w tak doskonały sposób, że nawet ktoś, kto nie czytuje literatury non fiction będzie czytał ją z zapartym tchem.

wtorek, 21 sierpnia 2018

Seks w sekcie... duchowy all inclusive?


Prawdy, seks i sekty. Organizacja Sai Baby oglądana od środka. Pod maską klauna. 

Conny Larsson 




Sekty jako takie interesowały mnie od zawsze. Interesowały mnie ich struktury, pomysły na wiarę, czy wyobrażenia „boga”, ale najbardziej zawsze fascynował mnie mechanizm uwodzenia, sposób w jaki człowiek rozsądny, często wykształcony, ba zamożny i obyty w świecie daje się zmanipulować na tyle, że zaczyna wierzyć w coś co oddziela go od świata i ludzi.


Młodzież to inna sprawa.

Wiadomo, młodzi szukają duchowości, a wychowani w jakiejś konkretnej religii ( nie ważne w jakiej) widzą jej niedoskonałości, zachłanność kapłanów, niezgodność postępowania z deklaracjami itd. często właśnie to jest powodem wejścia w sekty, bywają też oczywiście inne powody. 

Pamiętacie organizację Sai Baby hinduskiego mistrza i guru, który uważał się za reinkarnację Shirdi Sai Baby, Ramy, Kryszny, Śiwy i Śakti oraz zstąpienie Boga, "ojca, który posłał Jezusa"? 

Ja tak, z racji wieku pamiętam jak wiele się o nim mówiło w pewnym okresie. 

I właśnie tej organizacji, a właściwie życiu w niej dotyczy książka „Prawdy, seks i sekty”. Jej autor Conny Larsson opisuje w jaki sposób wszedł do tej organizacji i w jaki sposób z niej odszedł. Jest to opowieść o nim jako o człowieku zagubionym, który z różnych względów (nie będę zdradzać jakich) miał poważne problemy ze sobą samym i którego te problemy doprowadziły w objęcia guru. 

Larsson opowiada też o tym jak powoli odkrywał co działo się w sekcie i jakich czynów  i cudów „dokonywał” Sai Baba. 

Książka do teraz budzi kontrowersje w gronie zwolenników tego ostatniego. Zarzucają jej tendencyjność i chęć zaszkodzenia wielkiemu przywódcy, a wierzcie mi jest tu czym szkodzić bo to co opowiada Larsson jest straszne. 

Czy jest prawdą? Może nią niestety być. 

Książka opatrzona wstępem znanej szwedzkiej feministki, lekarki i terapeutki doskonale pokazuje jak na człowieka działają środowiska manipulacyjne i jaki jest ich wpływ na społeczeństwo. 

Książka moim zdaniem bardzo mocna i zupełnie inna niż się tego spodziewałam. 

Opisuje mechanizmy i życie wewnętrzne, wiarę w samą wiarę, rozterki duchowe i psychiczne kogoś, kto w to wszedł z dziecięcą ufnością i za wszelka cenę stara się nie zobaczyć, że to co jawi mu się złotem nie jest nawet pozłacaną farbą, a jedynie odpryskiem złudzenia. 

Zachęcam bardzo. Książka wydana dawno temu, a jakoś mało czytana.

niedziela, 19 sierpnia 2018

KLAN KOSSAKÓW - rodzina zdecydowanie bardzo obdarzona talentami.

MAREK SOŁTYSIK

KLAN KOSSAKÓW

ARKADY


Rodzina Kossaków to niewyczerpana kopalnia szalonych pomysłów i ciekawostek zarówno rodzinnych jak i artystycznych. Rodzina niezwykła i bardzo utalentowana. 
Szlachecka, szlachetna  i artystyczna zarazem.

W tej krakowskiej rodzinie aż cztery pokolenia bardzo zasłużyły się dla kultury i nauki polskiej. Dynastia Kossaków odmalowywała swoim talentem ważne dla narodu polskiego momenty - powstania, epokę napoleońską, oraz walki pierwszej wojny światowej. Zasłużyli się także w poezji i literaturze odznaczali się patriotyzmem i umiłowaniem ojczyzny. Nie wspominając o Simonie, która swoje talenty poświęciła braciom mniejszym i większym, a czasami całkowicie malutkim.


Juliusz Kossak (1824–1899) – artysta malarz, rysownik i akwarelista
Wojciech Kossak (1857–1942) – artysta malarz
Jerzy Kossak (1886–1955) – artysta malarz
Hilary Kossak (1889–) – oficer
Magdalena Samozwaniec (1894–1972) – pisarka
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (1891–1945) – poetka
Zofia Kossak-Szczucka (1889–1968) – pisarka
Karol Kossak (1896–1975) – artysta malarz, ilustrator
Leon Kossak (1827–1877) – powstaniec, malarz amator
Władysław Kossak (1828–1918) – powstaniec, malarz, emigrant w Australii
Simona Kossak (1943–2007) – biolog, leśnik, naukowiec PAN
Gloria Kossak (1941–1991) – malarka, poetka, córka Jerzego Kossaka


Książka „Klan Kossaków” autorstwa Marka Sołtysika to książka o całej rodzinie, ale tak naprawdę najbardziej skupia się na Juliuszu, a więc na założycielu klanu i pierwszym wielkim artyście w tej rodzinie.
Książka skupia się jednak nie tylko na dziełach talentu, którym tak hojnie natura obdarzyła tę rodzinę, ale w ogóle na życiu artystycznym, i kulturalnym tego okresu, wspominając wielkich tego okresu, malarzy, poetów i artystów, oraz oczywiście pasje i życie codzienne jakie wówczas prowadzono. Ciągłe kłopoty finansowe, rozterki artystyczne, zawirowania związane z polityką oraz osobiste animozje, których nigdy nie brakuje tam, gdzie zbierze się kilku artystów aspirujących do laurów i sławy. Juliusz Kossak był zakochany przede wszystkim w koniach, choć od niewieścich wdzięków też nie stronił.

Dzieje jego rodzeństwa, nie są specjalnie znane, ale autor dość dokładnie opisuje dzieje, dzieła i działania jego dzieci, w tym najszerzej Wojciecha, niekwestionowanego następcy ojca i także wielkiego artysty.

A jeżeli już mowa o Wojciechu trzeba wspomnieć dwie jego genialne córki, Marię, zwaną Lilką, późniejsza Pawlikowską Jasnorzewską i Magdalenę Samozwaniec, które swój talent skierowały w zgoła innym kierunku, ( choć Lilka, rysowała i malowała tak dobrze, że ojciec przepowiadał jej karierę malarską) ale jak to z talentem rodzinnym bywa, naprawdę ich nie zawiódł. Były wielkie, choć Kraków ich nie doceniał, ludzie opowiadali o nich rożne straszne rzeczy i roznosili niesprawdzone plotki, ale rodzina Kossaków stanowiła klan bardzo ze sobą związany i zamknięty, oraz trochę niedostępny dla innych. Jak to w rodzinie, bywały kłótnie, a nawet awantury, rozstania, zerwania, zdrady, nieślubne dzieci i ciężkie słowa, ale mimo wszystko w swoim gronie czuli się najlepiej, w swoim gronie i na Kossakówce, tej pierwszej, krakowskiej, bo istniały jeszcze inne.

Marek Sołtysik pisze w bardzo gawędziarski sposób, miesza, dywaguje, dodaje, dopowiada i przytacza listy i dokumenty, a całą książkę czyta się jak baśniową opowieść o dobrych smokach i złych ludziach, albo okolicznościach. Smokami, tymi dobrymi będą oczywiście Kossakowie. 

Autor skupia się najbardziej na Juliuszu i Wojciechu, o Jerzym, synu Wojciecha pisze zdecydowanie mniej, właściwie dość pobieżnie, a szkoda, bo opowieść o tej wspaniałej, choć nieco kontrowersyjnej z wielu względów rodzinie mogłaby być jeszcze ciekawsza i bardziej dogłębna. 

Książka jest świetnie napisana, choć w gawędziarski styl autora ( w którym można się naprawdę zakochać) trzeba najpierw wejść i się do niego przyzwyczaić, oraz co niebagatelnie ważne, ze względu na ogromną ilość dywagacji i przytoczeń trzeba książkę czytać bardzo dokładnie i w skupieniu.

piątek, 17 sierpnia 2018

Zmysłowa, szalona, zabawna i pełna empatii.



ANITA SCHARMACH

SUKCES RYSOWANY SZMINKĄ

(Koty książkowe w bolesławieckim wydaniu - Matylda to ten z prawej)

Istnieje teraz, a może i nie tylko teraz, ale istniał od zawsze pewien, nie do końca uświadomiony, i jakby narzucony zewnętrznie model szczęścia, do którego się dąży. Człowiek chce „dorobić” się tego co jest jego wyznacznikiem, nie zastanawiając się, czy ten obraz szczęścia odpowiada jego osobistym oczekiwaniom. 

Kiedyś nazywało się to „skóra, fura i komóra” teraz oczywiście wyznaczniki się zmieniły, teraz pewnie będzie to apartament na 30 piętrze jakiegoś gigantycznego wieżowca, super samochód… To zresztą też zależy od środowiska. 

Jest to niejako szczęście na pokaz, czy wszystko to co chcemy mieć, aby pokazać innym jaki osiągnęliśmy gigantyczny sukces. 

Tak właśnie jest z Julią, bohaterką książki Anity Scharmach. Jest szczęśliwa… odrobinę na pokaz, ale czegoś jej w życiu brakuje. Pewne sprawy dość oczywiste jakoś jej się układają, bo to szczęście na pokaz wcale nie jest takie znowu złe, jest tylko odrobinę samotne i trochę puste, bo koty wiele mogą, ale nie są w stanie „zagospodarować” całej samotności, jaką mają do dyspozycji. 

I nagle coś się zmienia. Wolta fabularna, którą serwuje nam autorka, może nie jest całkiem „nowatorska” za to jest świetnie przemyślana. I inteligentnie poprowadzona. 

Z czym kojarzyć się może tytuł „Sukces rysowany szminką” Z makijażem? Zapewne, może z pracą w telewizji, gdzie dobrze „zrobiona” dziewczyna odnosi sukces? 

Otóż nic z tych rzeczy. Tu chodzi o zupełnie inny sukces, choć szminka może i jest ta sama… 

Anita Scharmach pisze powieści obyczajowe, ale nie są one „romansowe”, choć romantyzm oczywiście wyziera zza zdarzeń i zrządzeń losu, nie są też łzawe co bardzo mi odpowiada. Owszem, nie ma powieści obyczajowych bez wzruszeń, ale też „nie samymi wzruszeniami te powieści stoją”, przynajmniej u tej autorki. Są pełne humoru, zabawnych sytuacji, poważnych przemyśleń, refleksji nad tym co się nam zdarza. 

Są też rozsądnie realistyczne czyli napisane tak, że nie ma w nich nielogicznych zdarzeń, czy naciąganych sytuacji. Wszystko co się w książce wydarza jest możliwe i ma prawo się wydarzyć, choć nie są to sytuacje łatwe. Autorka dość mocno „przyspieszyła akcję” bo wszystko dzieję się w zawrotnym tempie, ale z mojej strony to nie jest zarzut. Akcja książki jest wartka, a miejscami wręcz odrobinę szalona, czytelnikowi nuda nie grozi. 

Nie czytam za często powieści obyczajowych, ale jeżeli już czytam chciałabym aby były dobre, nie łzawe, rozwlekłe, bez odrobiny sensu czy seksu i ta właśnie taka jest. 

Zmysłowa, szalona, zabawna, pełna empatii, za to bez patosu i wielkich słów, bez moralizatorskich wstawek doskonała rozrywka z inteligentnym podtekstem. Ja szczerze polecam.

środa, 15 sierpnia 2018

Jagodziński - znacie? To poczytajcie!


 Tadeusz Jagodziński

 ŻYCIE TO CHWILA  JAWY

Wydawnictwo WAM

Tadeusz Jagodziński był dziennikarzem współpracującym z Tygodnikiem Powszechnym, a także pracował w polskiej sekcji BBC od 1988 do samego końca.


Przez lata pisał o Birmie i o rodzącej się tam powoli demokracji. Swój zawód, zawód dziennikarza uważał za wręcz „misyjny” i traktował bardzo poważnie wszelkie jego aspekty.
Był miłośnikiem dobrej muzyki i literatury.

Był też wnikliwym obserwatorem świata, który nas otacza albo niejednokrotnie wręcz nas osacza.

Książka „Życie to chwila jawy” jest to dokonany przez Janusza Poniewierskiego wybór tekstów Tadeusza Jagodzińskiego stanowiący skromny ślad jego myśli, zainteresowań i fascynacji, a także głębszych przemyśleń na bardzo poważne tematy.

Wymagał od siebie bardzo dużo, toteż tematy, które poruszał opracowywał dokładnie i dogłębnie nie akceptując obecnej w dziennikarstwie mody na powierzchowne traktowanie tematu. Na przygotowywanie materiałów po łebkach, na traktowanie widza, czy słuchacza jak klienta.

To zresztą opisuje w pierwszym z przedstawionych tu tekstów. Porusza w nim temat „inforozrywki” nowego zjawiska w mediach, które pojawiło się po zamachach z 11 września 2001 roku, kiedy to stacje informacyjne zaczęły robić wszystko, żeby zatrzymać widza i w ten sposób zdobyć korzyści z reklam. Od tego momentu zaczęły traktować widza nie jako widza, który pragnie informacji, ale jak klienta, którego trzeba za wszelką cenę rozbawić, przestraszyć, albo w jakikolwiek sposób, nie przebierając w środkach przyciągnąć.

Pisze też o wybiórczości w serwisach informacyjnych, wybiórczości nie podyktowanej czasem antenowym, który bywa bardzo ograniczony, a w radiu wręcz minimalny, ale innymi względami, takimi jak fakt, że są informacje, które bardziej się spodobają lub przyciągną większą grupę widzów czy słuchaczy.

Pisał o tym jak wiele książka, a tym bardziej dobra książka traci w „przekładzie” na język filmu a pisał to na podstawie książki Michaela Ondaatje, kanadyjskiego pisarza, który stworzył powieść „Angielski Pacjent”, która to powieść sfilmowana dostała aż dziewięć Oskarów.

Pisze o Theo Richmondzie i jego książce „Uporczywe echo. Sztetl Konin. Poszukiwanie”. W której celem autora był nie powrót do miasta, jakim jest teraz, ale do miasta sprzed lat, z opowieści, z magicznych wspomnień rodziców. Chciał sprawić żeby pamięć została przekazana - pamięć nie jako przekleństwo, czy skaza, ale jako błogosławieństwo.
Pisze o Orwellu i jego tajnej liście, w której notował ludzi, których podejrzewał o sympatie komunistyczne.

Pisze też o Salmanie Rushdiem i wielu innych pisarzach, ale w sposób zupełnie inny niż zwykle się o nich pisze. Jakoś bardziej osobiście, ciekawiej, dogłębniej.
Swoje teksty poświęcał nie tylko mediom czy dziełom literackim, pisał też o „Angielskiej chorobie”, czy o… footballu i o bezpieczeństwie na stadionach.

O nagrodzie bookera i o związanych z nią kontrowersjach. O Azji, która była jego ziemią obiecaną… W dodatku „Twarze Azji” znajdziemy zdjęcia wykonane przez autora na tym kontynencie, który go tak fascynował.

Opatrzone komentarzami jego przyjaciół Ks. Adama Bonieckiego, Piotra Mucharskiego, Wojciecha Jagielskiego teksty Jagodzińskiego czyta się z zachwytem nad jego kunsztem, wiedzą i przemyśleniami. Nie jest to lektura dla każdego. To zbiór tekstów trudnych, poważnych i wymagających dużego skupienia. Nie da się ich przeczytać jednym ciągiem, to raczej lektura na kilka wieczorów. Lektura zmuszająca do myślenia, ale i do szukania, do pogłębiania wiedzy, do poszerzania horyzontów.

Wszystkim zainteresowanym tematyką i piękną, choć wymagającą formą polecam.

Świeto ceramiki nie tylko bolesławieckiej - zapraszam :)


Dziś własnie zaczęło się bolesławieckie Święto Ceramiki. Pełno tu bud i budek z cudami. Ceramika z wielu zakątków Polski, a nawet z zagranicy.

JUTRO POKAŻĘ WIĘCEJ!


Tym, którzy myślą, że mieszkając w Bolesławcu można mieć całe ceramiczne zastawy, oraz szafy i kredensy wypełnione tymi cudami, odpowiem wrednie. Można, ale niestety mało kogo na to stać. 

To jest drogie, ale no cóż, wcale się nie dziwie, piękne rzeczy są drogie i tyle, to nie jest żadne odkrycie, tak jest i już, ale jeżeli dostatecznie często odwiedza się odpowiednie miejsca można sobie coś kupić i to wcale nie specjalnie drogo.

Pierwszego i ostatniego dnia święta zawsze warto pobuszować na straganach. Są produkty ze skazą, są przeceny, ale i tak warto, bo co się człowiek napatrzy to jego.
Miasto jakoś tak codziennie ( choć nie tak strasznie znowu wymarłe) jednak specjalnie nie tętni życiem na co dzień, więc dni kiedy zaczyna się ceramiczne szaleństwo warto tu być.
Dziś tylko ceramika, a więc budy ze "szlachetnymi" wyrobami, jutro, pojutrze miasto zarazi się plastikowymi balonami, szczekającymi robotycznie mechanicznymi pieskami, paskudnymi gadżetami, ale i tak każdy znajdzie coś dla siebie.

Kupiłam kilka drobiazgów, jutro zaszaleję bardziej. A teraz zobaczcie inna ceramika - wcale nie bolesławiecka, ale mnie się podoba.




 Te dziwne, ale niesamowicie inne ceramiczne wyroby z... uśmiejecie się, z ręcznie robionymi szydełkowaniami wstawkami z nici! Ale wszystko jest jak należy...





A co do cen, nie są wygórowane. patrzcie!
 
 Jeżeli myslicie, że 40 PLN to drogo za taki piękny dzbanek, to nie widzieliście kubków za 50 PLN






A to tu, to właśnie ceramika "dziergana"!
Kiedy w końcu kupię, a zamierzam, obfotografuję dokładniej!

wtorek, 14 sierpnia 2018

Opowieść o rzeczach strasznych i fascynujących... ZAPOWIEDŹ

Ja dziś będę czytała coś fascynującego...


VERA BUCK


RUNA


Wydawnictwo INITIUM



La Salpetriere. Fabryka prochu zamieniona na przytułek, wiezienie, zakład dla psychicznie chorych i dla prostytutek - tam własnie praktykował Jean-Martin Charcot, który zyskał sławę wywołując napady histerii poprzez hipnozę. Jego uczniem był miedzy innymi Sigismund Freud. Działy się tam dziwne rzeczy. Nawet bardzo dziwne - wiele o tym czytałam.


I te szczury, podobno były ich tam całe stada.

Teraz przeczytam RUNĘ.


Kogo jeszcze kusi ta książka?

Zazdrościcie mi odrobinkę?


Mnie fascynuje ta tematyka. Historia psychiatrii to historia okrucieństwa i potworności, ale też dająca nadzieję walka o człowieka i człowieczeństwo. Hydroterapia, elektrowstrząsy, lobotomia ubezwłasnowolnienie - teraz to wydaje się odległe, ale to zaledwie wiek... Tylko sto lat!


Recenzja jak tylko przeczytam!

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Nauczycielki, wychowawczynie czy służące to kobiety wyuzdanie i niebezpieczne.

Kamil Janicki
EPOKA MILCZENIA

ZNAK

Kamil Janicki to jeden z moich ulubionych autorów, a w tym temacie, kto wie czy nie najbardziej ceniony, choć jest i kilku innych interesujących się historią i o historii piszących. Jest historykiem z wykształcenia co ma dla mnie ( a podejrzewam, że nie tylko dla mnie) ogromne znaczenie, bo historii nie przeinacza, nie nagina, nie pomija niewygodnych faktów, słowem, wie o czym pisze, a to przecież najważniejsze.

Zajmuje się w dużym skrócie historią i obyczajowością przedwojennej polski, oraz opowieściami o niestety mało znanych, niedocenianych i często niesłusznie pomijanych w historii kobietach. 

Co fascynujące dużo uwagi poświęca życiu codziennemu i codziennym bolączkom epok, o których pisze, a także przeróżnym aspektom życia jakie wiedli nasi nieodlegli przecież przodkowie.

Czytam jego książki z autentycznym zachwytem, lubię takie tematy, cenię profesjonalizm autora, doceniam umiejętność ciekawego opowiadania o sprawach często mocno przyziemnych i to, że nie stara się zrobić ze swoich książek wybuchającej fajerwerkami anegdot papki dla tłumu.

Jego książki są doskonale opracowane i dopracowane, źródła podane jasno i wyraźnie, a odnośniki do nich nie przeszkadzają w czytaniu. 
Czytałam kilka jego książek, ale „Epoka Hipokryzji” i „Epoka Milczenia” poruszyły mnie najbardziej.

Epoka Milczenia, to książka opowiadająca o Polsce międzywojennej i o wszystkim tym o czym się wówczas nie mówiło i (żeby to stwierdzenie zostało dobrze zrozumiane), nie chodzi o to, że nie mówiło się o czymś co było nudne i stąd brak zainteresowania, albo że nie mówiło się o czymś co było marginalne, bez znaczenia i tak dalej. Chodzi o coś, co ze wszech miar było, jest, ba, zawsze będzie interesujące, powszechne i niestety obecne, ale o czym się nie mówiło gdyż temat był jakoś tak wstydliwy i nie wypadało.

To „nie mówienie” nie było ograniczone jedynie do tego, że o pewnych tematach kulturalny człowiek po prostu nie mówił, było znacznie gorzej, kulturalny człowiek nie mówił o pewnych zjawiskach, gdyż one po prostu nie istniały!
Piękna była ta nasza rzeczpospolita, a że zakłamana?

Wyobrażacie sobie, iż nie istniał problem gwałtów? W ogóle ich nie było! 
Te brutalnie, czasami poparte rękoczynami i mocno krwawe stosunki seksualne, które się zdarzały na każdym kroku były tylko i wyłącznie wymysłem kobiet, które chciały się zabawić, a potem naciągnąć biednych, bogu ducha winnych mężczyzna na jakieś odszkodowania…

Zresztą w dobrym towarzystwie takie rzeczy? Nigdy! Zostałaś zgwałcona choć należysz do lepszego towarzystwa? NIE ZDARZYŁO CI SIĘ TO! To się zdarza tylko pospólstwu!

Czego jeszcze w tym cudownym okresie nie było? No tak. Pedofilii. 
Nikt nikogo nie bił, nie zabijał, mężowie byli wzorem cnót, a kobiety… No cóż niewiele miały do powiedzenia, zresztą oczywiście kłamały, histeryzowały, siały panikę i w ogóle, kto by tam słuchał bab?!

W świecie biedoty do napastowania dochodziło prawie na każdym kroku, na ulicach w domach, na polu i w piwnicach, ale to to przecież był margines, Wśród „ludzi z towarzystwa” obowiązywała dyskrecja. Takie sprawy się po prostu tuszowało.

Zaczęto nawet chronić mężczyzn przed nadużyciami seksualnymi ze strony kobiet gdyż uważano, że nauczycielki, wychowawczynie czy służące to kobiety wyuzdanie i niebezpieczne.
A gwałty homoseksualne?
A molestowanie służących…

Autor pisze o tym wszystkim o czym za tamtych czasów się nie mówiło, o czym można było czasami przeczytać w brukowych gazetach jako o ciekawostkach wzbudzających zachwyt i niezdrową fascynacje i zwiększających nakład, ale nie rozwiązujących żadnych, nawet najmniejszych problemów.

Ta książka to opracowanie naukowe, ale napisane fascynująco lekkim językiem, i wierzcie mi autor porusza tak wiele ciekawych problemów, że książkę czyta się z wypiekami na twarzy.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Spirytyzm i Lalunia



DANUTA KOROLEWICZ

Lato z ciotką spirytystką

LUCKY


Małe miasteczka wbrew pozorom wcale nie są lepsze od tych dużych bardziej może tłocznych i kolorowych, ale kuszących nocnym życiem i pozorną całkowitą anonimowością. 

Małe miasteczka też mają swoje sekrety, swoich wariatów, szaleńców, możnych, ważnych i nieważnych mieszkańców, którzy znani wszystkim i pozornie czyści, aż przezroczyści żyją sobie spokojnie nie wadząc nikomu, a przynajmniej wszystkim tak się wydaje. 

W takim właśnie miasteczku Danuta Korolewicz umieściła akcję swojej powieści zatytułowanej „Wakacje z ciotką spirytystką”. Już sam tytuł sugeruje lekkie przymrużenie oka, trochę szaleństwa i wakacyjny spokój, choć uprzedzam, tego ostatniego w tej książce nie znajdziecie. 

A co znajdziecie? Ekscentryczną ciotkę - tak spirytystkę, ale nikt nie ośmieliłby się nazwać jej szaloną. Ona wbrew pozorom wcale nie jest niespełna rozumu, ona wie co robi i dlaczego to robi, choć nie bardzo chce o tym mówić. 

Jest tam też przewspaniała papuga Lalunia, od której szewcy powinni uczyć się kląć i dwie sympatyczne studentki. Spotkamy tu też bosko przystojnego wikarego i całą masę złoczyńców… 
Oraz poetę… 

Sami wiecie jak to jest. 

W miasteczku o nazwie Warba ( nie, nie tym położonym w Minnesocie), ale tym niewielkim, kilkutysięcznym umiejscowionym przez autorkę niedaleko Torunia ( aż ciekawa jestem, czy ma swój pierwowzór) jest wszystko, ratusz, biblioteka, nawet katolicka rozgłośnia radiowa. 

To bardzo sympatyczne miasteczko, a jednak pod powierzchnią zwykłego życia coś się kotłuje. Coś niebezpiecznego, i to niebezpieczeństwo wcale nie jest ani trochę przesadzone. Jest realne, choć trudno je powiązać z „objawieniami pewnego pijaka”, wierszami pewnego „prawie” poety i zagrodzonymi kratą i zamkniętymi na kłódkę korytarzami ratusza. 

Bardzo sympatyczny lekki kryminał. Jest tu nawet nieco romansu, trochę życiowych rozterek i moralnych dylematów. 

Początkowo trochę przeszkadzała mi zbytnia drobiazgowość w opisywaniu zdarzeń, miejsc i sytuacji, ale potem jakoś się wciągnęłam.
Książka jako kryminał trzyma w napięciu i NIE zgadniecie kto jak i dlaczego, a w kryminale to ważne!

Danuta Korolewicz to autorka, której książek jeszcze nie czytałam, tak więc jest to moje pierwsze z nią spotkanie i nawet całkiem udane. 

Polecam - letni relaks gwarantowany.

sobota, 11 sierpnia 2018

To, co dopuszczalne dla kobiet...


JENNIFER EGAN

MANHATTAN BEACH

ZNAK litera nova


RECENZJA PRZEDPREMIEROWA

Tę książkę można odbierać na kilka sposobów, jako powieść, jako świadectwo czasu i zawieruchy wojennej, jako opowieść o zmianach społecznych, jakie kiedyś przecież musiały zajść, ale wszyscy i tak ich się tak strasznie boją, jakby to, że kobieta wzięła do reki młotek było świętokradztwem i zamachem na męską dominację w domu, w kraju, a nawet na kontynencie amerykańskim, tyle, że czasami życie nie jest czarno białe i nie da się go opisać w układach zero-jedynkowych typu, kobieta – gary, mężczyzna fabryka, bo życie, a czasami historia, (w tym wypadku głównie historia) ma inne pomysły. 

Wielki kryzys w latach 1929-1933 zmienił społeczeństwa i warunki w jakich żyły. 

Rodziny straciły podstawy bytu. Pracę. 

Mieszkańcy Nowego Yorku byli trochę podzieleni, może nie na getta, ale na grupy narodowościowe. Każda z tych grup usiłowała w tym okresie kryzysu ugrać coś dla siebie. „Makaroniarze”, „polaczki” i „irlandusy”… Nie kochali się, ( czasami pałali do siebie nienawiścią, czasami byli wobec siebie zaledwie pełni pogardy) starali się nie wchodzić ze sobą w zawiązki rodzinne, ani w inne interakcje, ale życie czasami miewa inne plany. 

Gdyby Manhattan Beach czytać tylko jako powieść, to jest to powieść dobra, ciekawa, ale nie jakoś skrajnie nowatorska, choć i tu nie mówię całej prawdy, bo jednak jest w niej coś co porusza do głębi i fascynuje, ale ta książka nie jest li tylko powieścią, a niesamowicie skomplikowanym obrazem tamtego świata, w którym, nie ten dobry, kto wydaje się dobry, nie ten mądry, kto dzierży jakąś, nawet najskromniejszą władzę. Autorka pokazuje meandry ludzkich motywacji i zachowań. 

Jest to okres, kiedy po wybuchu II Wojny światowej amerykańscy mężczyźni wyruszają na wojnę, a stanowiska w fabrykach muszą zostać obsadzone przez och żony i córki. To rewolucja kulturowa. Zamiast pichcić obiadki i pilnować maluchów kobiety idą do pracy. Muszą? Tak muszą, ale najczęściej chcą. Po raz pierwszy wypuszczone z kokonu domowych, ciasnych pieleszy bardzo sobie cenią ten okruch wolności i prawa do samostanowienia. 

Nie każdy to akceptuje. To nie jest proces prosty… Niektórzy myślą, że zaraz po zakończeniu wojny kobiety da się znów zagonić do garów… 

Nie mają racji. 

Anna główna bohaterka chce pracować jako nurek. To nie jest proste i właściwie jest prawie niemożliwe, ale ona daje sobie radę. 

Po co to robi? Z wielu względów, ale także chce dowieść sobie samej, że ojciec nie porzucił rodziny. Ukochany ojciec, który kilka lat wcześniej wyszedł z domu i nigdy nie dał już znaku życia. Czy był typowym mężczyzną porzucającym starzejącą się żonę i dwie córki… jedną kaleką, czy też coś się stało? 

Anna woli wierzyć w tą druga ewentualność. Kocha ojca aż za bardzo. 

Co odkryje? 

Wszystko krąży wokół doków, syndykatu i dziwnych i co tu dużo mówić nielegalnych makaroniarskich przedsięwzięć. Jest bieda, głód, wojna. Tak, wojna jest w sumie dość daleko od Nowego Yorku, ale wyczuwa się ją na każdym kroku… 

A kobiety zaczynają brać swój los we własne ręce… 

Fascynująca opowieść, ciekawa. Drążąca duszę. I ta niejednoznaczność postaw. To zachwycające jak autorka miesza w naszym pojęciu dobra i zła, jak pokazuje, że nic nie jest bez znaczenia, że nie ten dobry, kto dobry, nie ten zły kto dobry, a każdy po trochu i dobry i zły i okrutny... 

Takie przedstawienie świata nie pozwala nam stawiać się ( nam jako czytelnikom) po którejkolwiek stronie. Patrzymy, otwieramy oczy i czytamy dalej, z kolejnym zachwytem, zaciekawieniem, skurczem serca i gardła, na każdej kolejnej stronie.

piątek, 10 sierpnia 2018

Bajka o śmierdzącym kopciuszku....

Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach

Emmy Abrahamson

Powieść musi, ale to naprawdę MUSI rządzić się pewnymi prawami. Tak już jest! Musi też być prawdopodobna. 

Naprawdę, musi być nawet bardziej prawdopodobne niż prawdziwe życie. I to jest dla mnie bardzo ważne. 

A teraz opowiem wam o Julii. 

Julia to dziewczyna, która ma własne mieszkanie w Wiedniu i pewnego dnia poznaje młodego, bezdomnego Kanadyjczyka. Zaczyna z nim romansować. Ponieważ jednak facet straaasznie śmierdzi i cuchną mu stopy nie jest w stanie go pocałować. 

Przy następnym spotkaniu facet śmierdzi odrobinę mniej i między nimi wybucha wielki gejzer miłości. 

No dobra… To nie tak, że nie wierzę w takie cuda, (choć naprawdę nie wierzę), ale to jakieś dla mnie dziwne. 

Ona nauczycielka mocno zraniona i samotna ( mieszka z kotem) on facet z krzaków. 

O.K wcale nie musi być mordercą, ćpunem czy, nie wiem człowiekiem chorym na wszelkie choroby przenoszone drogą płciową, choć niestety może. Oczywiście nie trzeba być bezdomnym, żeby chorować - to nie jest warunek konieczny, ale…. 

Psychicznym można być i w pustostanie i modnym lofcie, jedno nie wyklucza drugiego. Inna sprawa to, to że bezdomność rzadko bywa wyborem. 

No i bycie mordercą też nie zabrania posiadania ani domu, ani konta w banku, ale brak ich wcale nie wyklucza biegania z siekierą po krzakach. 

Wyżywam się? 

Nie, wcale nie! Ta książka nieźle mnie ubawiła, rozluźniła i w sumie wcale nie była zła, ale taka… nierealna. 

Julia jako nauczycielka i jej codzienne frustracje – tak to jest realne, ba nawet realistyczne. 

Wiem, sama bywałam nauczycielką… 

No, ale… nie … 

No dobra, więcej nie mogę napisać o treści, bo zaraz zaspojleruję całą książkę, a przeczytania jest warta, tylko szczerze mówiąc, może to mój wiek – mocno zaawansowany, może zboczenie zawodowe, zboczona bywam zawodowo nagminnie, może poczucie realizmu życiowego ( ha, ha, gdzieś słyszałam, ze powieść oparta jest na faktach, więc trafiłam jak kulą w płot), ale jednak nie jestem za bardzo przekonana. 
Świetna na jeden wieczór, denerwująco, zadziwiająca, warta przeczytania, choć chwilami ma się ochotę wywalić ją za okno i krzyczeć do bohaterki: Gdzie leziesz kretynko… 

Naprawdę zachęcam. Co się nadziwiłam to moje, a na dodatek świetnie się czytało. 

Facet z krzaków jest super, wiem, jak trudno czasem o prysznic, dwadzieścia piw dziennie to dużo… 

Nie, no bajka o męskim kopciuszku z krzaków. I odrobinę o Pigmalionie, ale ciut inaczej.

Nie żartuję. Dobra książka, przeczytajcie!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Beduinki atakują... instagram.


Kobiety arabskie zwyczajowo „zakutane” od stóp do głów mają swoje sekrety. Postrzegamy je jako uciśnione, nieszczęśliwe kury domowe całkowicie zależne od mężów i nie mające zbyt wiele do powiedzenia.

Jest to oczywisty stereotyp bo kiedy się pozna je bardziej okazuje się, że umieją cieszyć się życiem i z tego życia korzystać na rożne, nie zawsze akceptowane przez mężczyzn sposoby. Emiraty Arabskie, o których pisze autorka książki „Beduinki na instagramie” to ukryte królestwo kobiet, ukryte, bo nie widać go na pierwszy rzut oka. 

Autorka wie o czym pisze bo od lat tam mieszka i udało jej się już wrosnąć jako tako w tamto społeczeństwo, dlaczego „jako tako” dowiecie się z książki. Nauczyła się języka i specyficznych kodów zachowania, które obowiązują w każdym społeczeństwie i lepiej je znać, żeby nie popełnić gafy.

Będąc Europejką ma kontakt zarówno z kobietami jak i mężczyznami ( co dla kobiet arabskich nie jest sprawą prostą) i potrafi świetnie opowiadać, pokazuje nam specyfikę tego kraju, w którym mężczyźni ubierają się na biało, a kobiety na czarno, w którym zasłania się twarze, włosy (i wszystko co tylko się da) pięknymi abajami, gdzie kobiety rodzą po dziesięcioro dzieci, ale nadal chcą i potrafią być piękne oraz, gdzie w tajemnicy przez męskim światem kwitnie instagramowe podziemie.

Cudnie się to czyta i z ogromnym zaciekawieniem. Bo właściwie po co instagram kobiecie, która nie może pokazać nawet kawałka nosa? 

Dlaczego tak je to fascynuje, po co kupują najlepsze i najdroższe kreacje europejskich kreatorów, skoro… Tak, NIE WOLNO im się w nich nikomu pokazać ( no może mężowi, ale wiadomo, mąż to przecież nie to samo, to TYLKO mąż)
Jak wygląda flirt w kraju zasłoniętych twarzy? A wierzcie mi flirtują! 

Gdzie i jak nie szuka się materiału na żonę? Jak Emiratczycy i Emiratki radzą sobie z zakazem spożywania alkoholu… Tak, tak oni piją, tylko jakby nie bardzo to widać.

Fascynująca opowieść o świecie ze stereotypów, napisana wyważonym językiem porusza wiele kwestii, które teraz w dobie bezproblemowych podróży każdemu mogą się przydać. Ciekawa i pouczająca. Polecam każdemu. 

Ta książka pokaże nam, że to co wiemy to naprawdę niewiele. Pokaże nam, że warto się uczyć i poznawać świat zza zasłon stereotypów. 

Jest wciągająca. Pouczająca i doskonale napisana.