piątek, 1 czerwca 2018

Wieści z... parnika, czyli INTERNET KŁAMIE!


Internet kłamie, naprawdę, wrednie kłamie w żywe oczy. Przekonałam się o tym sama, a to z powodu pogody. Potworne afrykańskie upały sprawiły, że czuję się jak pieczony kurczak, albo inne truchło gotowane na parze... 

Nienawidzę tego uczucia kiedy lepię się do wszystkiego włącznie z podłogą, nie jestem w stanie rozsądnie myśleć ani pracować, a powietrze w moim pokoju przypomina wnętrze parnika, takiego w którym gotuje się kartofle dla świń.

Jednym z moich wówczas ulubionych zajęć jest wpatrywanie się w mapy pogody w poszukiwaniu śladów deszczu, albo burz… Internet obiecuje, a potem figa. Przedwczoraj miało padać co najmniej 3 razy, wczoraj też, a tu ani kropli. Raz tylko przez chwilę miałam nadzieję słysząc stuk kropel o parapet i ich delikatne „ssss” kiedy się z nim stykały, ale to była płonna nadzieja. To sąsiedzi podlewali kwiaty… powinno się tego zabronić! Poczułam się jak dziecko, któremu łobuz wyrwał z łapek lizaka…

Nawet popłakałam sobie cicho, ale postanowiłam trwać.

Noc była najgorsza. Nie śniło mi się piekło, ale chyba tylko dlatego, że nie miewam mistycznych snów no i w sumie nie mogłam zasnąć. Kręciłam się, wierciłam, usiłowałam wywołać coś w rodzaju przeciągu, w końcu się poddałam i zerknęłam na wentylator. Nie ten zwykły, którego używam na co dzień, ale taki potężny, biurowy. Stojący…

Niewygodne to to, duże i buczy tak, że myśleć się przy nim nie da, no ale noc nie jest od myślenia, zresztą nie miałam wyboru, zwykły codzienny wentylator odmówił posłuszeństwa.

Tak więc tej nocy jakże ckliwie to zabrzmi „parnej, upalnej, gorącej” szlag by to trafił, nie bacząc na ewentualne konsekwencje postanowiłam ochłodzić się odrobinę i włączyłam ten pieprzony wentylacyjny czołg, no a potem prawie urwało mi głowę…
Wcale nie jest to przenośnia, czy aluzja do podmuchu jaki wywołał.

Wentylator sapnął chrupnął i zaczął powoli rozpędzać się do właściwiej szybkości rzężąc jak astmatyk po wyczerpującym seksie, po chwili dało się wyczuć pierwsze podmuchy piekarniczego chuchu, które docelowo miały zmienić się w powiew ożywczego powietrza…

Nagle coś łupnęło z plastikowo metalicznym chrobotem i obok mnie przeleciały dwa pociski. Na tym etapie nie pomyślałam nawet czym są, nie myślałam wcale, nie było czasu coś rąbnęło w ścianę nad łóżkiem po czym spadło na moją głowę drugie ze świstem łupnęło w regał z książkami przy oknie.
Minęło kilka chwil zanim zdecydowałam, czy warto otwierać oczy i czy ten atak jest jednorazowy… 
Wentylator nadal rzęził, ale jakoś bezwietrznie.

Za to jego metalowa, okrągła siatkowa obudowa leżała na mojej głowie i była trochę wygięta, Łopatki wentylatora połamane odrobinę tkwiły pomiędzy dziennikami Osieckiej, a słownikiem współczesnego języka polskiego jak jakiś shuriken plastikowego ninja..
No tak, w książkach to ja porządku nie mam.

Zresztą i tak miałam szczęście, bo ten plastikowy latający shuriken mógłby nieźle mnie poturbować.
No i teraz przestroga dla wszystkich kobiet uważających, że czystość to postawa. Nie wolno myć wentylatorów… A co to ma wspólnego z myciem? Że, nie lubią?

No cóż...

Nie, ja do skrajnie porządnickich nie należę i mogą o tym zaświadczyć dziesiątki pająków spokojnie zasiedlających co ciemniejsze kąty, ale czasami mi odbija, a kiedy mi odbija sprzątam…
Nie, nie liczcie na to, że wsadziłam wentylator do wanny… aż taka durna nie jestem. Ostatnim razem, kiedy usiłowałam połączyć wodę i prąd wywaliło korki w całym bloku. Tak więc wentylator tylko rozkręciłam i wymyłam.

Tylko…

Zauważcie, że nic więcej z nim nie zrobiłam!

A powinnam była go jeszcze poskręcać. Niby nic, a robi różnicę. Choć trochę się ochłodziłam, bo to wydarzenie naprawdę zmroziło mi krew w żyłach.

2 komentarze:

  1. świetne! świetne! Daję sobie ikonę z Twoimi powiastkami na pulpit, bo są rewelacyjne. Rozśmieszaj mnie, kochana. Łaknę tego. Jola

    OdpowiedzUsuń
  2. O :) dziękuję bardzo, mnie też dobre słowo się przyda zwłaszcza od ciebie !

    OdpowiedzUsuń