środa, 4 kwietnia 2018

Nie zawsze warto czytać między wierszami...

Od tego zdarzenia minęło kilka lat, a ja nadal uważam, że logiki powinni uczyć w szkołach bo myślenie logiczne sprawia niektórym poważny kłopot, wielu myśli życzeniowo, a wielu też ( z umiłowania sensacji lub/i plotek) stara się za bardzo czytać między wierszami, co skutkuje czasami niezłą makabrą. 

A przecież wystarczy założyć, że jeżeli ktoś oświadczy, że chce się zabawić to naprawdę chce się zabawić– wypić piwo, pogadać z koleżanką, pójść na spacer, a nie na przykład poderżnąć komuś gardło. Zbyt trudne? Niestety tak...

Jakiś czas temu, skuszona wizją świeżych bułek, weszłam do sklepu i zauważyłam coś nietypowego. Owszem, nie jestem przesadnie lubiana, ale na ogół ludzie ode mnie nie uciekają.

Tym razem patrząc mi prosto w oczy, jak dzikiemu zwierzęciu w natarciu, grzecznie wymamrotując „dzień dobry”, tyłem chowali się za półki, albo patrzyli na mnie zachłannie i z takim uśmiechem, że zaczęłam się zastanawiać, czy coś mi nie wyrosło na twarzy i czy mam na sobie to co konieczne. W końcu stwierdziłam, że chodzi o bandaż, którym miałam zamotaną rękę, bo się po prostu pokaleczyłam.... myjąc naczynia. Wiecie, to był zestaw standardowy, woda, piana, ręka, ostrze...

W tej atmosferze włożyłam do koszyka bułki, dodałam masło i jakiś ser. Dotarłam do kasy z przeświadczeniem, że może powinnam zmienić bandaż na plaster i wtedy wpadła na mnie koleżanka, jedna z tych „otwartych” i „bezkompromisowych”, które tę swoją otwartość wykorzystują do włażenia ludziom w życie z buciorami.

- Bierzesz leki? – zapytała wprost, a ja miałam poważny „zgryz” bo nie wiedziałam co powiedzieć. O jakie leki jej chodziło? Chciała coś sprzedać? Kupić? Rozreklamować? Wysiliłam się na inteligencję.

- Łykam rapacholin – odparłam, bo właściwie nie biorę niczego innego.

- To dają na to rapacholin? - wykrzyknęła zaskoczona. Niemniej zaskoczona byłam ja.

- Na co?!

Popatrzyła na mnie krytycznie z czymś w rodzaju zaciekawiania pomieszanego z lękiem, po czym literalnie warknęła:

- Nie zgrywaj się, bo znów cię zamkną!

Oczy wyszły mi na wierzch tak, że o mało nie musiałam ich zbierać z podłogi. Jeszcze nigdy nie siedziałam w więzieniu...

- Jak to znów? Jak to zamkną? Za co... jak? Gdzie? - jęknęłam.

- W psychiatryku! Wszyscy już wiedzą! Twoja córka napisała do takiej jednej i się rozeszło.
- Co się rozeszło?!!!

- Oj, jak tak ci to przeszkadza, to nic, ale takie coś?! Z nożem do ludzi???? Wstydziłabyś się! Zresztą jak wyszłaś to może jest lepiej, ja się tam nie wtrącam, na ile dostałaś przepustkę?

Dotarłyśmy do kasy. Byłam oszołomiona. Pani przy kasie przyglądała mi się uważnie i jakby ze strachem. Fakt, szpital psychiatryczny znajduje się po drugiej stronie ulicy i wzbudza w mieście wiele emocji, ale ja nadal nic nie rozumiałam.

- Mów natychmiast o co chodzi?! - tym razem ja warknęłam niegrzecznie łapiąc ją za rękaw kiedy sprytnie usiłowała uciec przede mną po zrobieniu zakupów.

- No przecież o to, że ci odbiło i zaczęłaś rzucać się na ludzi … z nożami... i zamknęli cię, to chyba proste, nie? Wiesz, pisarka w psychiatryku... No ludzi to interesuje, chcą wiedzieć! Mają prawo!

Wiedziałam, że moja córka ma z tym coś wspólnego... Ale co? Zaczęła pisać książkę? Nigdy nie miała takich chęci, ale... Okazało się, że winne było WSPÓŁCZUCIE. Kiedy kilka dni temu pokaleczyłam się przy myciu naczyń napisała do znajomej.

„Koszmar z tą moją mamą, będę musiała zacząć chować przed nią noże”.

Resztę zrobiła plotka...

2 komentarze:

  1. Ha, ha :) Nieźle. A tak nawiasem mówiąc, straszne, że ludzie demonizują szpitale psychiatryczne.

    OdpowiedzUsuń