piątek, 27 kwietnia 2018

JESTEM WŚCIEKŁA i wdzięczna...


(Sekretna) księga asperdzieciaka" 

Jennifer Cook O'Toole

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego


Od wielu lat żyję, mieszkam i pracuję z pewną fantastyczną osobą, która do neurotypowych, czyli po ludzku mówiąc „zwyczajnych” nie należy. Cierpi na zaburzenia ze spektrum autyzmu i jest moją córką. 

Dogadujemy się świetnie, ona akceptuje moją chaotyczną nieprzewidywalność ja jej małe i większe dziwactwa. Nie, nie obawiajcie się, nie biega z nożem za sąsiadami, ani nie planuje opanować świata, choć szkoda, bo gdyby opanowała go to świat stałby się o wiele bardziej logiczny, dobry i przyjazny.

Żeby przybliżyć opiszę taką sytuację. Córka przychodzi do mnie i stwierdza, że gniazdka były świetne. 

Ja w szalonym pędzie myśli szukam jakiejkolwiek zbieżności pomiędzy tym co działo się ostatnio, a gniazdkami i nie widzę jej. Córka uściśla, że chodzi o gniazdka elektryczne  w pociągu. Mój szalony bieg myśli dociera do ostatniej podróży.

- Kochanie to było w lutym zeszłego roku – stwierdzam nieco zakłopotana.

- Tak, wiem, to było 23 lutego, kiedy jechałyśmy do Legnicy...

No tak, ale…

Wiele mówi się o autyzmie u dzieci i o zaburzeniach z nim związanych. Wiele się też pisze. Piszą matki, terapeuci, znajomi znajomych i wszyscy, którzy mają styczność z tymi dziećmi. Ale potem te dzieci znikają… Co się z nimi dzieje? 

Otóż nawet jeżeli wielu osobom wydaje się to straszne, dzieci dorastają i zmieniają się w nastolatków… Czy ktoś zajmuje się nastolatkami z zaburzeniami ze spektrum autyzmu? Pewnie tak, ale często pozostawione są same sobie. 

I dla nich właśnie jest ta książka, choć śmiem twierdzić, że nie tylko dla nich.


Zespół Aspergera to zaburzenie rozwoju mieszczące się w spektrum autyzmu i obejmuje upośledzenie zdolności społecznych, miłość do rutyny i bardzo złe reagowanie na zmiany, oraz obsesyjność w zainteresowaniach.

Jednakże w dużej części są to nastolatkowie całkowicie sprawni intelektualnie, a więc chodzący do szkoły, mający znajomych, usiłujący znaleźć swoje miejsce w grupach społecznych i z racji swoich zaburzeń ponoszący na tym polu spore, czasami tragicznie kończące się porażki.

Książka „Sekretna księga asperdzieciaka – poradnik dla młodzieży z zespołem Aspergera”, właśnie na tym się koncentruje. Autorka tłumaczy neurotypowy świat na nieneurotypowe zachowania. Porusza tematy wydawałoby się błahe… 
Jak dziękować?

Kiedy przepraszać? 

Skąd wiadomo, że trzeba? Jak nie przesadzać ani w jednym ani w drugim? 

Jak znosić porażki i się po nich podnosić?

Jeżeli teraz połowa z was nie powie „Ależ to jest genialne” to albo nigdy nie byliście nastolatkami, albo nie macie w domu „bomby atomowej”, którą przez długi czas jest lub bywa nastolatek…

Bo według mnie, nawet jeżeli ta książka jest przeznaczona dla aspich i traktuje o ich problemach i ich postrzeganiu świata, jest także GENIALNYM poradnikiem dla każdego nastolatka i rodzica.

Tłumaczy, wyjaśnia i robi to na przykładach. Daje nadzieję i tym, którzy ostatnio zachowali się „jakoś nie tak” i tym, którzy zawsze mają problemy z dostosowaniem się do grupy, jest też doskonałym przewodnikiem dla rodziców. No i co niesamowite i ważne napisana jest tak, że każdy dosłownie KAŻDY jest w stanie ją przeczytać i ZROZUMIEĆ!

Książka zwiera ogrom przydatnych adresów w tym stron internetowych. Wszystkie są przeznaczone dla czytelnika polskiego.

Autorka pisze o wszystkim. O piedestałach i spadaniu z nich, o modzie, o przyjaźni, o lęku i strachu, o tym jak odróżnić niewinny żart od nękania ( nie tylko uczniowie z zespołem Aspergera mają z tym problem). Pisze o „dosłowności”, która jest dla aspich … no właśnie, dosłowna, o zagubieniu i niezrozumieniu logiki świata. 

O żartach, które trudno pojąć, nawet o takich wydawałoby się prostych sprawach jak higiena!

Proste? Nie sądzę!

Ta książka jest tak napisana, że i pomoże i rozbawi...

Czy jestem zachwycona???? JESTEM WŚCIEKŁA! Wściekła, że tej książki nie było wtedy kiedy moja córka była nastolatką… Ile nieprzespanych nocy bym sobie zaoszczędziła, ile tragedii i traum mogłabym zaoszczędzić jej!

To nie książka, to kufer ze skarbami! To publikacja, która odmieni życie nastolatka ( nie tylko tego z aspergerem) rodzica, każdego, zapewniam! Oraz nauczyciela, ale tylko tego, który chce pomagać i zrozumieć, ale wiem, że wielu takich właśnie jest.

CZYTAJCIE i sprawcie, żeby ta książka dotarła do potrzebujących, bo to po prostu coś genialnego!


środa, 25 kwietnia 2018

Cudowny bieg przez plotki...



Baronówna. 

Na tropie Wandy Kronenberg - najgroźniejszej polskiej agentki. Śledztwo dziennikarskie


Wanda Kronenberg to postać niejednoznaczna i wymykająca się prostej ocenie w stylu, dobra, zła, nasza, wroga, zdrajczyni, swoja… 

Niewiele o niej wiadomo, a i to co wiadomo pewne nie jest, ale też jak ma być pewne, skoro mówimy o szpiegostwie? Ten rodzaj zajęcia ma to do siebie, że z zasady im więcej mydlenia oczu, tym bezpieczniej.

Nie jest to do końca prawda, bo wiadomo, wojna to wojna. Szpieg udający sprzyjającego jednej stronie sprzedawczyka może narazić się na niebezpieczeństwo ze strony niczego nie wiedzących przedstawicieli drugiej strony, tej dla której szpieguje…

Dla kogo szpiegowała? Podobno dla wszystkich, podobno dla Niemców, NKWD, Anglików… Podobno

Dlaczego? Cóż, przetrwanie wojny to nigdy nie jest prosta sprawa, gorzej jeżeli jest się Żydówką… Owszem, z wyższych, zamożnych sfer, wykształconą, piękną, obytą w towarzystwie, ale… Żydówką.
I do tego dość niefrasobliwą osobą… Rozkapryszoną pannicą, która wie, że wiele może, choć tak naprawdę nie może nic…

Książka Wójcika zachwyciła mnie z dwóch powodów. Pierwszym był sposób pisania, ta książka to dziennikarskie śledztwo, żmudne, ale i fascynujące poszukiwania śladów pozostawionych w papierach, pamięci, dokumentach i zdjęciach, śladów tego co o niej mówiono, sądzono, wiedziano, a przecież to wszystko to ledwie slalom przez plotki! W dokumentach nie zostało prawie nic… 

No i druga sprawa, co miało zostać? Po szpiegu? 

Jednak sposób pisania i opowiadania o tych dziennikarskich poszukiwaniach po prostu mnie zauroczył. To było dla mnie jak zabawa w poszukiwanie skarbów, jak zapowiedź najpiękniejszej przygody dzieciństwa.

Czy zachwyci każdego? Nie łudźmy się, nie każdy to lubi, ale ja byłam zachwycona.



Inna sprawa to sama postać Wandy Kronenberżanki. Trudno ją jednoznacznie określić i zaklasyfikować. Zginęła jako agentka niemiecka, ale jedna z wersji jej losów mówi, że pracowała dla AK, a jej rozstrzelanie w 1944 było tragiczną pomyłką. 

Jakkolwiek było, Wanda została szpiegiem. Jako przedstawicielka klasy wyższej znała osobiście wielu możnych, mocnych i wielkich, a to dawało jej pewne atuty w grze o życie rodziny… A może tylko o swoje?

Przyzwyczailiśmy się oceniać postawy ludzi z czasów wojny nie tylko nie mając wiedzy o tamtym życiu, bo wojna to jednak coś, co zmienia wszystko, ani czasami o nich samych.
W każdym razie o Wandzie Kronenberg dowiemy się sporo z tej książki. 

O czasach, o tym co o niej wiemy i jak autor to odkrył, o tym jaki los spotkał Wandę Kronenberg po wojnie…

Zaraz, zaraz, czy przypadkiem nie rozstrzelano jej w 1944? Tak, oczywiście, to skąd powojenne losy?
No cóż… Nie zawsze wszytko jet takie jakim się wydaje...

Poczytajcie. Dla mnie to świetna książka, ale nie sięgajcie po nią jeżeli liczycie na kryminał, czy romans. To świetny dokument, albo w niektórych miejscach coś w rodzaju „powieści dokumentalnej”, doskonale napisanej i fascynującej, ale jednak dokumentalnej...


sobota, 21 kwietnia 2018

Czy można iść siedzieć za... jaja?


Czy wiecie co to jest pad komputerowy?
Nie nie chodzi wcale o touchpada, ale o pad… Kiedy komputerowe bydle mówi wam, że więcej pracować nie ma zamiaru. 

Wyzysk i niewolnictwo się skończyło i on ma dość. Właśnie taki numer wywinął mi mój padalec!

I nie. Nie tak jakoś logicznie, że się zapalił, rozbłysł na chwilkę jak gwiazda, że coś bzyknął czy pufnął? Huknął? Nic! Żadnych efektów specjalnych… Tylko zwyczajnie uruchamiał się przez trzy godziny… No i jakoś się nie uruchomił.

Nie wiem jak wy, ale ja bez kompa ani rusz, więc szybko poszłam na pożyczki i po chwili miałam już kompa mojej mamy. Radość nie trwała długo, los chyba uważał, że pół godziny w zupełności mi wystarczy, bo komputer mojej mamy też zaliczył pada i to o wiele dziwniejszego. Postanowił, że będzie się usypiał co dwie do pięciu minut. 

Nie ważne majtanie myszą, nie ważne czułe mizianie go po touchpadzie, nic … on usypia i to na całego, a potem trzeba za każdym razem włączać go od nowa… niby budzi się tam gdzie był, ale jednak ta komputerowa narkolepsja i padalczy pad mojego kompa sprawiły, że musiałam wybrać się do sklepu komputerowego i stracić trochę pieniędzy… i…

Do czego zmierzam? Otóż kilka dni temu dostałam łańcuszek, wiecie, pewnie go widzieliście, nazywa się „ciężarówka z pieniędzmi”… Każe się rozesłać do 365 osób w ciągu minuty i grozi, że jeżeli nie, to naprawdę pożałujecie. Stracicie kupę forsy i będziecie tego bardzo, bardzo żałować...
Jeżeli ktoś mnie zna to wie, że łańcuszki doprowadzają mnie do szału.

Niewiele myśląc, wzięłam z darmowej strony zdjęcie roztłuczonych na masakrę jaj ( kurzych!) i zrobiłam z tego jednorazowy obrazek w stylu, no wiecie, że jeżeli nie roześlesz, to bla bla i stracisz te no, przymioty męskie, których symbol widzisz na obrazku…

Tak przygotowaną foto mieszankę wybuchową odesłałam roznosicielowi łańcuszka, czyli jednemu z moich internetowych znajomych, oczywiście temu, który wysłał mi łańcuszek z ciężarówką…

Fajnie było, dopóki nie padł komp. Kiedy padły oba, jeden po drugim rażone jakąś klątwą Komputerchamona pomyślałam o klątwie z łańcuszka… Rzeczywiście straciłam pieniądze… Nie to jednak było najgorsze. Przestraszyłam się! A jeżeli to naprawdę działa?! A jeżeli facet nie roześle jajecznego łańcuszka i biedakowi odpadną… te no…

O co dokładnie mi chodzi?

Ja teraz to już zupełnie nie wiem co mam zrobić! Mam do niego napisać i przeprosić? Dowiedzieć się jak się mają te jego… klejnoty. I w ogóle….

Dowiedziałam się nawet, że gdzieś w świecie ( założę się, że w Stanach, choć uczciwie powiem, że linku nie podam, bo tylko mi gdzieś mignął) jakiś facet pozwał kogoś za straty spowodowane niewysłanym łańcuszkiem… I WYGRAŁ udowadniając, że gdyby łańcuszek nie został mu wysłany, to by niczego nie stracił… A jak wprowadzą to u nas?

Czy można iść siedzieć za jaja? 

czwartek, 19 kwietnia 2018

Na dnie duszy mogą być cuda, albo fusy rzeczywistości


ANNA SAKOWICZ

Na dnie duszy...




Nie za dobrze czuję się czytając powieści obyczajowe, bo: Nie lubię bez potrzeby płakać i się roztkliwiać. Nie lubię romansów. Nie lubię jak on kocha ją, ona kocha innego coś, tam coś tam... a potem niezrozumiały i totalnie nierealny "happy end"...

No i tego bełkotu nie lubię, rozmów o szminkach, wycieczkach, rajstopach i  odciskach na... samoświadomości.

Czyli nie lubię grania na emocjach, ale nie uważam, żeby emocje były złe. Raczej unikam formy, a nie treści...
No, ale dlaczego o tym piszę?

Bo będę czytać książkę Anny Sakowicz, a nie będzie to pierwsza, ani mam nadzieje ostatnia jej książka, która będę miała okazję przeczytać. Dlaczego? Bo ta autorka potrafi bardzo zaskoczyć. 

Jej książki to mieszanina codziennej magii, humoru, prawdy życiowej i tego wszystkiego na co zazwyczaj składa się życie, ale to prawdziwe, nie bajkowe. Recenzowałam chyba wszystkie, ale podam tylko jeden link, bo.... niestety wszytsko gubię :)


Szepty Dzieciństwa mnie oczarowały konstrukcją i cudowną prostotą, ale uwaga NIE prostactwem, a to duża różnica.

Jaka będzie ta książka?

Zdradzę, że jest zaskakująca,  mądra, choć nie moralizatorska, ciepła, ale bez "ekstrawaganckich" porywów serca... taka trochę jak świat wokół nas. Dobry, zły, smutny, szalony, pełen nadziei mimo wszystko. Napiszę więcej jak dokończę :)

Ktoś czeka na recenzję? 
I w ogóle...

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Świetna... Niesamowita... Cudowna. Dla mnie BOMBA!


Richard Schwartz

PIERWSZY  RÓG
 

Fantasy to gatunek, który na wiele pozwala. Daje do dyspozycji inne światy inne czasy, magię i niezliczone gatunki istot. Często więc autorzy fantasy czerpiąc z tego „skarbca” nieco bez opamiętania tworzą fabuły mocno „fantastyczne” i choć trzymają się gatunku to nie trzymają się logiki. Chaos mieczy i fruwających kul ognistych ma zastąpić ich książkom fabułę, smoki pożerające krasnoludy na podwieczorek mają nadać choćby pozór sensu, a jakiś oboczny romans ma udawać treść, czyli w skrócie mówiąc mamy wojnę, krew, rąbaninę, dużo flaków i trochę seksu.

„Pierwszy róg” to zupełnie inna klasa i o wiele wyższa liga. Mimo, iż jest powieścią fantasy i posiada wszelkie cechy gatunku, to jednak próżno by w nim szukać, tego fabularnego chaosu i przerostu formy nad treścią, to bardzo ważne, bo ta książka jest powieścią logiczną, psychologicznie prawdopodobną i nieoczekiwanie mądrą. 

Śmiem twierdzić, że gdyby odjąć z niej magię byłaby doskonałą powieścią psychologiczna, opowiadającą o ludzkich zmaganiach z przeznaczeniem i okrucieństwem losu.
Początek wiele obiecuje, jeszcze więcej zapowiada.

Mamy tu więc śnieżycę, przydrożny zajazd i grupę obcych sobie ludzi, którzy w tym zajeździe muszą pozostać dopóki burza śnieżna choć trochę się nie uspokoi. Niestety nie wygląda na to, żeby miało to wkrótce nastąpić. Gorzej, pewne sygnały wskazują, że może nie nastąpić w ogóle. Podróżni w zajeździe zaczynają się coraz bardziej niepokoić.

Nie znają się, ale powoli zaczyna dochodzić między nimi do interakcji, zupełnie naturalnych i logicznie możliwych, które muszą, nie zawaham się użyć tego słowa, MUSZĄ doprowadzić do konfliktu.

A przecież to dopiero początek. Nie każdy jest tym kim się wydaje, albo za kogo się podaje.
No i jest oczywiście magia, ale magia w tej książce jest stosowana logicznie i z sensem. Ma swoje przyczyny i skutki, a jej fabularnym celem wcale nie jest zabawienie czytelnika, a coś o wiele poważniejszego.
Richard Schwartz daje nam opowieść o odwadze, lojalności i cenie jaką czasami trzeba zapłacić za obie te cechy.

Opowieść piękna i pięknie prawdziwą, która zachwyca językiem i poezją słowa, mimo, że z pozoru jest mogłoby się zdawać opowieścią o przypadkowych podróżnych uwięzionych w przypadkowym miejscu.

Powoli odkrywamy, że każdy ma swoje tajemnice, historia lubi się powtarzać, a natura ludzka jest skomplikowana. Zresztą nie tylko ludzka. Cudna opowieść, pięknie napisana. Mogłoby się wydawać, że nie sposób umieścić dynamicznej akcji w tak statycznym otoczeniu jak zasypana śniegiem gospoda, a jednak akcja jest wartka, dynamiczna, a w niektórych momentach wręcz szalona. 

Schemat powieści wydawałoby się prosty, jakby żywcem wyjęty z któregoś kryminału Agathy Christie, zresztą z niejednego, bo zamknięte, niedostępne, lub wręcz zasypane śniegiem miejsca zbrodni zdarzały się u niej często, do tego przypadkowe osoby, które nie tylko nie są przypadkowe, a nie są nawet tymi za kogo się podają....

No tak, ale przecież „Pierwszy Róg” nie jest kryminałem...
Nie jest i jest zarazem. Tu też ktoś morduje. Tu też jest tajemnica, a niemożność kontynuowania podroży i wyrwania się z okowów lodu i śniegu bardzo dziwnie na wszystkich wpływa.
Końcówka przepiękna i doskonale dopracowana.

Jestem wręcz oczarowana ta książka i gdyby dalsze jej części były w tej chwili dostępne już bym po nie sięgnęła. Ciekawa jestem co stanie się z Havaldem i Leandrą, jak potoczą się losy mrocznej elfki, kto zrzucił królową z murów... Liczę na dużo ciekawych opowieści.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Zuzka i spaghetti? Mission impossible!

Z nastolatkami jest taki problem, że nieczęsto chcą robić cokolwiek same z siebie więc jak już chcą, a zdarza się to bardzo, bardzo rzadko, człowiek dwoi się i troi, żeby im pomóc. No wiecie, żeby się dzieciak nie zniechęcił, może czegoś się nauczy

Jedną z takich dziedzin jest gotowanie. Niby rzecz prosta, życiowo przydatna, choć sądząc po niektórych wypowiedziach w sieci, niedługo będziemy jak USA, gdzie ludzie jedzą obrzydliwe produkty żywnosciopodobne, a przepisu na gotowane ziemniaki, jak na objaw wyższej sztuki kulinarnej, szukają z wypiekami na twarzy w internecie.

Zadzwoniła do mnie Zuzka. Zapragnęła zrobić sobie spaghetti. Matka w pracy, ojciec w delegacji, Głód w oczach. 

- To proste. Weź makaron, ugotuj al dente, mięso mielone wrzuć na patelnie, na rozgrzany tłuszcz, na jakieś dziesięć piętnaście minut, dodaj przecier, może jakiś ser... Gotowe.

- Ale ja nie mam spaghetti, może być inny makaron?

Stwierdziłam, że może, po pierwsze, żeby nie robić z tego problemu, po drugie, czy kształt ma smak? Zawsze się nad tym zastanawiałam...

Sprawa została załatwiona.
Już gratulowałam sobie zdolności pedagogicznych, kiedy jakąś godzinę później znów zadzwoniła zdenerwowana Zuzka z dziwnym pytaniem.
- Czy to trzeba wymieszać?

Kiedy pytanie jest dziwne zawsze czuję dreszcze i tym razem przeszły mnie ciarki.

- Weź dwie łyżki, wsadź tak po bokach i pogrzeb nimi, to się wymiesza.

- Kiedy nie mogę - jęknęła dziewczyna -zżarło mi...

I tu moja wyobraźnia zadziałała jak należy. Coś jej zżarło spaghetti? Na bogów! Co? Psa nie maja, a poza tym pies to ktoś, a nie coś.... Ciesząc się jednak, że coś zżarło „jej”, a nie „ją” wskoczyłam w buty i zadzwoniłam po taksówkę. U Zuzki byłam już po dziesięciu minutach.

Otworzyła mi mocno spłakana i poprowadziła do kuchni.

Tam w wielkim garnku, takim na rosół dla dwunastu osób …. tkwił? Królował? Wylegiwał się... Jeż!
Wielki, różowy, makaronowy jeż, który zamiast igieł miał cztery łyżki, złamaną, drewnianą łopatkę, karkołomnie wygiętą chochelkę i trzy widelce, w tym, jeden do grilla. Jeż pierwotnie prawdopodobnie składał się z makaronu muszelki... teraz był kulą i był przerażający.
Różowe coś było ciężkie i wyglądało jak przetykana mięsem... (SUROWYM mięsem!) plastelina.

- Coś ty tu zrobiła?

- Normalnie wypłukałam makaron...

- O Boże....

- Wsypałam do garnka, zalałam wodą i gotowałam al dente, tak z godzinę mi to zajęło i wypiło całą wodę, a nadal było jakieś takie za miękkie... No myślałam, że to jak z jajkiem...

- O matko. A mięso? Dlaczego jest surowe?

- A co? Miałam je smażyć? Mówiłaś, żeby wrzucić na patelnię, ale nie mówiłaś żeby smażyć! - obraziła się na mnie dziewczyna.

Garnek z jeżem pożerającym łyżki został wyrzucony, prawdę mówiąc nie nadawał się chyba do niczego innego, ale ja postanowiłam nie rezygnować z mojej misji.

- To ugotuj ziemniaki!

Zuzka zgodziła się bez wahania.
Po chwili zobaczyłam na kuchence garnek wody koloru błota, a w nim ziemniaki. I nagle zrozumiałam celowość stosowania w przepisach internetowych sformułowań, które dotąd tak mnie denerwowały...

- Weź ziemniaki, dokładnie je umyj, obierz i wydłub oczka...

Zuzka posłusznie zabrała się do pracy.

- A te oczka to komu mam wydłubać, sobie, czy ziemniakom?

- Zuzka, nie doprowadzaj mnie do szału! – skwitowałam.

Po chwili miałam w reku ziemniaka, czystego, ładnie obranego z dwoma, ślicznie wyrzeźbionymi oczami.
Wygląda na to, że ta młodzież ma poczucie humoru... Chyba że???

czwartek, 12 kwietnia 2018

Coś do czytania, cos do przemysleń.

Od dawna, ze względów życiowych, ale poniekąd także i zawodowych interesuję się zaburzeniami ze spektrum autyzmu i samym autyzmem. 

Nie jest to tylko ciekawość. Wiedza na ten temat jest dla mnie ważna z wielu powodów, z wielu powodów też staram się zdobywać ją z pewnych źródeł. Owszem czytam książki pisane przez rodziców dla rodziców, jednak nie zastąpi to rzetelnej wiedzy, a taką wydaje mi się właśnie znalazłam. 

Obie książki wydane przez Wydawnictwo Uniwersytetu Jagielońskiego aż kuszą tytułami. Pierwsza "(Sekretna) księga asperdzieciaka" Jennifer Cook O'Toole zapowiada sporą dawkę praktycznej wiedzy i skierowana jest do DZIECI i MŁODZIEŻY z tym zaburzeniem, dotkniętych w jakimś stopniu ( większym lub mniejszym)upośledzeniem umiejętności społecznych. Druga to  "Kobiety i dziewczyny ze spektrum autyzmu" Sarah Hendrickx  prezentuje "żeńskie" spojrzenie na to zaburzenie i życie w jego cieniu. Jest połączeniem doświadczeń zawodowych i  osobistych samej autorki, która zawiera zarówno wyniki badań naukowych jak prywatne obserwacje i doświadczenia.
Czeka mnie świetna lektura!



Pisać każdy może, ale czy powinien?

„Pisać każdy może”, trawestując znaną piosenkę, więc wszyscy piszą. Jedni książki, inni recenzje tych książek, choć ostatnio zdarzyło mi się czytać recenzję autora. 

Nie, nie chodzi o autora książki piszącego recenzję, ale recenzenta, a właściwie czytelnika, który w „ferworze walki” zamiast pisać o powieści, zrecenzował samego autora pisząc o jego wadach i zaletach , choć nie przesadzajmy, właściwie o samych wadach.
Zastanowiło mnie to, bo recenzent ów pisał niezwykle ciekawie. Autor był: wymiękłym dupkiem i chamskim debilem i zarabiającym na kobietach adolfem. To ostatnie mało chyba coś wspólnego z alfonsem, ale cóż, imiona się czasem mylą.

Tak więc o ile każdy może, to jednak nie każdy musi ( no chyba, że pani w gimnazjum zada), a jednak recenzji wciąż przybywa i tu powstaje problem, przynajmniej dla mnie, bo ja po prostu ich nie rozumiem. Nie, nie ludzi piszących, tylko tych recenzji... Wybrałam kilka sformułowań:

Podczas lektury często czułam się jak ten kot na pustyni” - czyli jak? Dobrze, źle? Koty lubią ciepełko, ale... Na litość jak? Nawet wujek Google nie wie jak się czuje kot na pustyni. A ja nie wiem co recenzentka chciała napisać. Znaczy chwali mnie? Gani? I co do tego ma kot... Przecież nie wolno się znęcać nad zwierzakami!


Książka przeciętna, nie przykuwa jakoś szczególnie uwagi, niektóre wątki na siłę przyśpieszane żeby tylko czegoś nie zapomnieć opisać. - z pokorą skłaniam głowę moją, którą na siłę przyspieszałam, żeby czegoś nie zapomnieć opisać, zaiste wielka musi być siła przechodzenia przez ściany tej recenzentki, wielka moc i wzrok zdalny, któren, że ten ze Szczecina widział... co ja robię... I jak bezczelnie przyspieszam, żeby nie zapomnieć( okropne) Myśl śmiałą poddam pod rozwagę owejże recenzentce, może do policji na jasnowidza pójdzie?

Kryminał z wybujałą historią kryminalną, wartką akcją, i niezbyt opasłym stylem. Koleżanki cudna recenzja, która wywołała wielkie zamieszanie w świecie ( pisarskim) gdyż nikt, ale to absolutnie NIKT nie był w stanie powiedzieć co to jest tenże niezbyt opasły styl. Mnie jednak martwi ta wybujała historia kryminalna, bo że co? Za duża? Za mało podlewana? Światła miała za mało i ku słońcu wybujała? I czy to dobrze czy źle? Fachowców poproszę, o wytłumaczenie, czy wybujała historia, wartka akcja i niezbyt opasły styl to DOBRZE czy ŹLE?

Książka nie wniosła nic do mojego życia. - Tu bardzo mocno muszę przeprosić, że nie wniosła, bo chyba miała wnieść, nie wiedziałam dlatego się kajam... ale też zauważyć należy chyba, że książka to nie jest pożyczka gotówkowa i nie należy się spodziewać wielkich efektów.

Treść książki nie przypadła mi do gustu, napisana niezbyt pochlebnym językiem,jednym słowem jeden wielki galimatias. - Wow, niepochlebny język? Cudo, jeszcze o takim nie słyszałam!

Sporo postaci irytuje, można by polubić Dagmarę, gdyby nie jej zaangażowanie w Filipa, dla mnie kobieta potrafiąca się zaangażować emocjonalnie w takiego palanta traci całą sympatię. Dla mnie? Znaczy dla kogo traci tę sympatie i na litość kto? Kto ją traci?

Autorka (...) znowu popełniła coś, co nie nadaje się do czytania. - I takie recenzje kocham najbardziej, bo jeżeli napisała „znowu” to znaczy, że mam stała czytelniczkę, która mnie nienawidzi za popełnianie czegoś co nie nadaje się do czytania, ale skoro się nie nadaje, po jaką cholerę to czytałaś kobieto? I to znowu? Masochizm? Sadomasochizm? Przecież ci za to nie płacą...

Myślałam nawet, żeby kącik recenzenckich "złotych myśli" sobie zrobić, ale... wiecie, ja też piszę książki. Bojam, bojam się bardzo...  Oni mię zeżrom z kościami...
Nie wykluczam jednak, że cyklicznie pojawiać się będą u mnie teksty na ten temat w końcu... znienawidzicie mni9e, ale jestem nauczycielką. Dzielcie się, jeżeli macie czym...

wtorek, 10 kwietnia 2018

Pokonać strach - recenzja sprzed lat




Dwie książki , dwóch autorek wyróżnione w konkursie literackim „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” wydano w jednej . To był konkurs ogłoszony przez księgarnię św.Jacka w 2002 roku.
A ja poszedłem po prostu za ciosem: po zachwycie nad „Chwastem” Banach z chęcią sięgam po jej wcześniejszą próbę, przy okazji poznając drugą autorkę.
Wróćmy na chwilę do konkursu, który:
„..miał na celu pozyskanie, a następnie wydanie utworu literackiego promującego wartości chrześcijańskie. Patronat honorowy nad nim objęli: Prymas Polski kard. Józef Glemp i Metropolita Katowicki abp Damian Zimoń...”
Tymczasem „Pokonać strach” to studium ekstremalnej przemocy w rodzinie, beznadziei i ucieczce przed strachem w samotność, a przecież polski Kościół obsesyjnie głosi, że trwałość rodziny jest priorytetem. Bohater „rżnie” puszczalską teściową, za którą lata z nożem małżonek, po czym w niedzielę bogobojnie przyjmuje komunię. Zgnojona bohaterka wspomina uczestnictwo w mszy świętej: /str.123/
„A potem patrzyłam na innych i pytałam siebie, czy oni też tylko udają? Czy też, kiedy wracają do domu odkładają na półkę niedzielne uśmiechy, zdejmują z twarzy wyraz czci i razem ze świątecznymi ubraniami wieszają go w szafie, żeby się nie zmiął do następnej niedzieli? Czy oni tez nienawidzą się nawzajem do utraty tchu, przez cały tydzień, a od święta na chwilę stają obok siebie w sztucznym pokoju, aby nikt nigdy nie poznał prawdy? Oni, którzy dostali łaskę?”
Pewnie, tak; ale ta łaska wiary zabrzmiała cynicznie.
Tak więc poznałem dwa utwory Banach, ale w złej kolejności, bo znając „Chwasta”, przy tej lekturze ogarnia mnie „deja vu” i odczuwam ją jako etiudę przed opowieścią napisaną trzy lata póżniej. Doceniając talent autorki, a w tym umiejętne /w obu przypadkach/ operowanie retrospekcją, żywię nadzieję, że w następnych utworach zmieni tematykę.
O Katarzynie Podsiadło nic nie wiem poza notką zamieszczoną w książce. Jej „Staś” to bzdurne opowiadanko ze skrzywioną moralnością rodem z kościelnej kruchty, tanim sentymentalizmem i obłudą. Z literaturą to nie ma nic wspólnego, więc ocenie nie podlega.
Nic na to nie poradzę, że prosty rachunek 0 + 6 do 7 = 6 do 7, co podzielone na dwa daje gwiazdek 3, a Banach radzę w spółki więcej nie wchodzić

sobota, 7 kwietnia 2018

ŁOMATKOJEDYNO!!! AJAJAJAJ, LABOGA!

Sprawa nie jest może poważna, ale za to dość znamienna. Otóż wczoraj w znanym „chrząszczu” sprzedawano książki po cenach wręcz oszałamiających, w projekcie - kup trzy zapłać za dwie i z tego powodu sieć zalała fala zdjęć książek zdobytych ( bo w cenie po 4.40 za książkę – to prawdziwa zdobycz) w wyprawach na „miejskie chrząszcze”.

Fala zdjęć cudnych, na których nie było ani pół skatowanego zwierzęcia, ani ćwierć pobitego dziecka,( które okazują się łańcuszkami), ani kawałka durnego GIF-u z uściskami i kolorystyką powodującą rozwolnienie plus oczopląs. 

Boże, pomyślałam, ludzie kupują książki! Ba, chwalą się tym! A na zdjęciach żadnych dodatków w postaci, brzuszków, cycków, pośladków... Cud!

Sama zresztą pobiegłam i kupiłam kilka interesujących mnie pozycji, (pełnowymiarowych – wbrew niektórym opiniom, a nie kieszonkowych) zdębiałam zajrzawszy na Facebooka...
Otóż, komuś to przeszkadza!
W sieci nagle zaroiło się od mniej lub bardziej agresywnych tekstów typu:

„ Przestańcie już chwalić się książkami z chrząszcza! To smutne” „ 
”No dalibyście już spokój, nie mam ochoty na takie zdjęcia”
„Ja nie kupuję chłamu, zresztą w ogóle nic dla mnie tam nie było”

No i nagle ogólny hejt na książki od „chrząszczyka”.
Dlaczego???

No bo przecież już tak mamy. Musimy kogoś hejtować bo życie byłoby nudne, prawda? Niestety szczęście jest niebezpieczne i może wywołać atak agresji w każdej chwili. To tak jak ze strachem i dzikim zwierzęciem, a, że to jest sieć, to internauci bywają niemniej dzicy.

Zasada jest prosta. NIE WOLNO być szczęśliwym, a jeżeli już się jest, to NIE WOLNO o tym mówić. To gorsze niż wstydliwa choroba! Niestety czasami ktoś sukces odnosi, toteż powinien natychmiast wyspowiadać się w sieci i przeprosić!

Powinien bezzwłocznie zaznaczyć, że popularność to ciężki kawałek chleba, że pieniądze szczęścia nie dają, że... no wiecie, kamuflaż, żadnych uśmiechów, żadnych całusków, żadnych dobrych emocji, ma być buro, nieszczęśliwie i siermiężnie, może wtedy ludzie wam wybaczą.

Nie wolno też być zadowolonym z życia.... Jedyne pozytywne posty, które są akceptowalne to zachwyty nad zwierzętami, ale tu też ostrożnie. Lepiej napisać, że się martwisz, niż, że się czymś cieszysz. 

Po co kusić los i sieć? 

Miałam znajomą, która wstawiła zdjęcie pieska na spacerze i podpisała: „Szczęśliwy czworonóg” 

Natychmiast dostała kilka sygnałów, że obroża za wąska, pies powinien nosić szelki, że zwierzak wcale nie wygląda na szczęśliwego, wyraźnie przecież w tle widać jakieś śmietnisko, nie wolno wyprowadzać psa w takie okolice, a na dodatek kilka pytań w stylu: „Czworonóg? Czy to co piszesz nie jest przypadkiem zachętą do usypiania psów, którym grozi utrata kończyny?”

Ja jednak opracowałam pewien pomysł.

Można przecież inaczej. Wszystko można inaczej. Na przykład tak:

 „Boże jak ja mogłam się tak poniżyć. Kupiłam książki! I to ile? Dwanaście!”


„Wredny chrząszcz skusił mnie słabą kobietę, NIGDY więcej! Rozumiem pierogi, chleb, ale żeby książki? Niedługo narkotyki zaczną tam sprzedawać! Zamknąć chrząszcza!”


„Nie idźcie dzisiaj do chrząszcza bo odwalają totalne naciągactwo, wmusili we mnie tonę książek... I co ja teraz zrobię, będę musiała to przeczytać...”

Jestem pewna, że na takie dictum dostaniecie kilometry wsparcia, wiele słów pocieszenia i tony serduszek.
Zrozumcie. Bycie radosnym nie jest normalne, ale to się leczy! Ludzie szczęśliwi, spełnieni i zadowoleni, to albo wariaci od samorozwoju, albo chorzy degeneraci ! 

 No a teraz patrzcie jaka jestem nieszczęśliwa. I co ja teraz pocznę biedaczka... ŁOMATKOJEDYNO!!! AJAJAJAJ, LABOGA!


czwartek, 5 kwietnia 2018

Recenzja na "Lubimy Czytać"


MASKI ZŁA

SZARA GODZINA




W miasteczku zamordowano trzy starsze kobiety. Dwie z nich miały okrutnie zmasakrowane twarze.

Miasteczko Zawiszyn przestało być zwyczajne i spokojne,

 Atmosfera w miasteczku gęstnieje, niczym mrok wokół instytutu, działającego tutaj przed dwudziestu laty.
Wszystko bowiem wskazuje, że morderstwa kobiet mogą mieć dużo wspólnego z tajemniczym instytutem.

Wszystkie: woźna, higienistka, nauczycielka, pracowały tam kiedyś..

Dawny instytut, to osobliwe miejsce. Przebywały tutaj chore, niepełnosprawne dzieci.

"A potem był pożar." Ogień strawił dokumentację, ślady, dowody. Dzieci gdzieś rozesłano.

Miejscowa policja ginie w natłoku, wciąż mnożących się pytań.

Do śledztwa dołącza aspirant Małecki z Wrocławia. Docieka. Szuka. Rozpytuje. Jednak pamięć małomiasteczkowej społeczności okazała się krótka i zawodna.

Może to te z tajemnic, które najlepiej zostawić w spokoju?
 Niektórzy, mając swoje powody, zamykają oczy, by nie widzieć zła, nawet "takiego zła", innym strach sznuruje usta.

Rozmowa aspiranta Małeckiego z księdzem ujawnia, zupełnie przypadkowo, że było jakieś "wtedy" i, że to "dawne dzieje", w których nie ma po co "się grzebać".

Dużo powiązań i dużo niewiadomych!

Polecam dla ludzi o mocnych nerwach.
Pozostały plotki... Co tak naprawdę działo się przed laty w instytucie, owiał nimb tajemniczości.

środa, 4 kwietnia 2018

Nie zawsze warto czytać między wierszami...

Od tego zdarzenia minęło kilka lat, a ja nadal uważam, że logiki powinni uczyć w szkołach bo myślenie logiczne sprawia niektórym poważny kłopot, wielu myśli życzeniowo, a wielu też ( z umiłowania sensacji lub/i plotek) stara się za bardzo czytać między wierszami, co skutkuje czasami niezłą makabrą. 

A przecież wystarczy założyć, że jeżeli ktoś oświadczy, że chce się zabawić to naprawdę chce się zabawić– wypić piwo, pogadać z koleżanką, pójść na spacer, a nie na przykład poderżnąć komuś gardło. Zbyt trudne? Niestety tak...

Jakiś czas temu, skuszona wizją świeżych bułek, weszłam do sklepu i zauważyłam coś nietypowego. Owszem, nie jestem przesadnie lubiana, ale na ogół ludzie ode mnie nie uciekają.

Tym razem patrząc mi prosto w oczy, jak dzikiemu zwierzęciu w natarciu, grzecznie wymamrotując „dzień dobry”, tyłem chowali się za półki, albo patrzyli na mnie zachłannie i z takim uśmiechem, że zaczęłam się zastanawiać, czy coś mi nie wyrosło na twarzy i czy mam na sobie to co konieczne. W końcu stwierdziłam, że chodzi o bandaż, którym miałam zamotaną rękę, bo się po prostu pokaleczyłam.... myjąc naczynia. Wiecie, to był zestaw standardowy, woda, piana, ręka, ostrze...

W tej atmosferze włożyłam do koszyka bułki, dodałam masło i jakiś ser. Dotarłam do kasy z przeświadczeniem, że może powinnam zmienić bandaż na plaster i wtedy wpadła na mnie koleżanka, jedna z tych „otwartych” i „bezkompromisowych”, które tę swoją otwartość wykorzystują do włażenia ludziom w życie z buciorami.

- Bierzesz leki? – zapytała wprost, a ja miałam poważny „zgryz” bo nie wiedziałam co powiedzieć. O jakie leki jej chodziło? Chciała coś sprzedać? Kupić? Rozreklamować? Wysiliłam się na inteligencję.

- Łykam rapacholin – odparłam, bo właściwie nie biorę niczego innego.

- To dają na to rapacholin? - wykrzyknęła zaskoczona. Niemniej zaskoczona byłam ja.

- Na co?!

Popatrzyła na mnie krytycznie z czymś w rodzaju zaciekawiania pomieszanego z lękiem, po czym literalnie warknęła:

- Nie zgrywaj się, bo znów cię zamkną!

Oczy wyszły mi na wierzch tak, że o mało nie musiałam ich zbierać z podłogi. Jeszcze nigdy nie siedziałam w więzieniu...

- Jak to znów? Jak to zamkną? Za co... jak? Gdzie? - jęknęłam.

- W psychiatryku! Wszyscy już wiedzą! Twoja córka napisała do takiej jednej i się rozeszło.
- Co się rozeszło?!!!

- Oj, jak tak ci to przeszkadza, to nic, ale takie coś?! Z nożem do ludzi???? Wstydziłabyś się! Zresztą jak wyszłaś to może jest lepiej, ja się tam nie wtrącam, na ile dostałaś przepustkę?

Dotarłyśmy do kasy. Byłam oszołomiona. Pani przy kasie przyglądała mi się uważnie i jakby ze strachem. Fakt, szpital psychiatryczny znajduje się po drugiej stronie ulicy i wzbudza w mieście wiele emocji, ale ja nadal nic nie rozumiałam.

- Mów natychmiast o co chodzi?! - tym razem ja warknęłam niegrzecznie łapiąc ją za rękaw kiedy sprytnie usiłowała uciec przede mną po zrobieniu zakupów.

- No przecież o to, że ci odbiło i zaczęłaś rzucać się na ludzi … z nożami... i zamknęli cię, to chyba proste, nie? Wiesz, pisarka w psychiatryku... No ludzi to interesuje, chcą wiedzieć! Mają prawo!

Wiedziałam, że moja córka ma z tym coś wspólnego... Ale co? Zaczęła pisać książkę? Nigdy nie miała takich chęci, ale... Okazało się, że winne było WSPÓŁCZUCIE. Kiedy kilka dni temu pokaleczyłam się przy myciu naczyń napisała do znajomej.

„Koszmar z tą moją mamą, będę musiała zacząć chować przed nią noże”.

Resztę zrobiła plotka...

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

I jak tu kochać święta?

Oszalałą na punkcie świąt „matką Polką” nie bywam z zasady, choć owszem jestem i Polką i matką, ale tym razem, przyznam się zresztą, że JAK ZWYKLE, wpadłam sobie ot tak w sidła komercji. Z wywieszonym ozorem biegałam po sklepach robiąc zapasy na „wszelki” wypadek, tak więc w mojej kuchni ( spiżarni nie posiadam) zgromadziłam zapas jedzenia na co najmniej kilka tygodni głodu i sześć wolnych od handlu niedziel co najmniej też. A tyle razy sobie powtarzałam, że jestem normalna... Nie zadziałało.

Wykupiłam pół marketu, oberwałam sobie ręce od noszenia wody, ziemniaków, jabłek, kapusty... no wiadomo, tego nie może zabraknąć. O czymś oczywiście zapomniałam, ale...

Kupiłam też tort, a właściwie kupiłyśmy razem z córką. I chyba od tego tortu się zaczęło, był piękny, cały oblany bitą śmietaną. W plastikowym pudełeczku delikatnie dotransportowałyśmy go do kasy gdzie tort nam zdezerterował z rąk (i z pudełeczka też) i rypnął całą swoją urodą na taśmę. Smętne resztki owszem dało się potem zjeść, ale to była zapowiedź katastrofy...
Zapowiedź jak z koszmarnego filmu o klaunach.

Rzuciłam się do gotowania, pieczenia, zamrażania i przeglądania zapasów, co zaowocowało dodatkowymi kilogramami mąki, masła, sera, selera i śmietany przytaszczonymi ze sklepu. Czterdzieści pięć jajek pięknie pyszniło się w łazience, dobrze, że wszystkich nie ugotowałam. Zapytacie dlaczego w łazience? Bo w kuchni nie było już miejsca, ale liczyłam, że w końcu coś zjemy i wrócą do lodówki.

Następnie zaczęłam sprzątanie i to się na mnie zemściło ( sprzątanie wie, że go nie lubię i unikam jak tylko mogę) i to chyba ono podstawiło mi nogę ( rym niezamierzony).

Wpadłam w stosik książek stojący przy łóżku i prawie oberwałam sobie paluszek u nogi, ten wredny malutki, który już skrzywdziłam sobie porządnie kilka razy. I co go tak skrzywdziło? Stosik, książek, które lubię, dlatego je tam trzymam. To „Całe zdanie nieboszczyka” Chmielewskiej, „Morderstwo odbędzie się" Agathy Christie, „Wszystkie grzechy nieboszczyka” Iwony Mejzy, a na wierzchu książka Alka Rogozińskiego „Jak cię zabić kochanie” - przesądna nie jestem, ale coś wyraźnie postanowiło mnie zabić. Z siną nóżką wysprzątałam mieszkanie dzielnie sycząc i kuśtykając. Nagotowałam dla pułku wojska składającego się niestety tylko z trzech kobiet – niejadek, ale wiece, no, święta. Tradycja!

Wieczorem poszłam się wykapać. … pamiętacie jajka w łazience?

Otóż skrzywdzony paluszek tak mnie zabolał kiedy chciałam wyjść z wanny, że prawie z niej wypadłam, a że moja łazienka ma rozmiary mikroskopijne to zdołałam się obić szczęką o umywalkę, a kością ogonową ( żeby nie było nieelegancko, choć to czym się obiłam jest nieco większe) o sedes i wpakować rękę w wytłoczkę z jajkami. Niektóre przetrwały... I żeby nie było, byłam trzeźwa!
Nazajutrz oczywiście było cudnie i... głodno.

Na stole piętrzyły się frykasy. Sałatka nieśmiertelnie jarzynowa, jajka na pół twardo, kiełbasy, szynki polędwice, pasztet, galareta tak fikuśna, że sam jej wygląd przypominał meduzę, która pożarła ludzkie oko... i... kilka pomniejszych bebechów.

Nie miałyśmy na to ochoty! Najmniejszej! Chciało nam się jakiegoś normalnego jedzenia...
I było okropnie, zimno, bo pogoda paskudna, w telewizji nic, na FB cisza...
Niby wszystko jest dla ludzi, a więc z założenia święta też, ale jednak chyba nie dla mnie, albo mam jakąś specjalną fobię? Może zaburzenia odżywiania?

Napisałam o tym w nocy na jednej z grup i dostałam kilka mocnych informacji zwrotnych.
Dowiedziałam się, że jestem morderczynią ( to wiadomość od wegan), kretynką ( wiadomość od uduchowionej) i dręczycielką ( wiadomość od pani na diecie) i już sama nie wiem.
Tak na moje oko jestem umęczona, spłukana, wygłodniała i poobijana, ale to nie koniec. W całym tym zamieszaniu nie kupiłam „kreta”...

I dziś od rana zamiast śmigusa dyngusa, mam śmigus SYFINGUS, ze ścierką, naczyniami w wannie i przepychaczką... bo... Właśnie zapchał mi się zlew.
I jak... Jak tu kochać święta?!