sobota, 10 marca 2018

Nowa tendencja w literaturze...„huzizm na józizm”...

Uczestniczyłam wczoraj w rozmowie na temat pewnej książki. Była to rozmowa w grupie zamkniętej i przypomniała mi podobną dyskusję, która swego czasu mocno mnie zniesmaczyła.
A było tak...

Kilka miesięcy temu ktoś wstawił na FB fragment jakiegoś dzieła. To był chyba romans, ale z pewnością nie była to powieść pani Michalak. Dlaczego o tym wspominam? Żeby uniknąć nieporozumień. 

Ludzie często znęcają się nad powieściami tej pani, ale tym razem sobie odpuścili, był nawet ktoś, kto wyraźnie zaznaczył, że nie chodzi o nią. Co to była za książka? W tym problem, że do dziś nie wiem.

Grupa ludzi przerzucała się zapewnieniami, że tego nie kupią, że to gniot, knot i obraza moralności, że tylko głupie baby to czytają, bo chłopy są mądre i tego nie tkną... i że dobrze się składa, że nie czytali tego czegoś, bo by im się nie spodobało...

No piiip, piiip, piiiippp! ( w wypipkane miejsca można wstawić dowolne wulgaryzmy)

I to wszystko na podstawie tego fragmentu, który miał z pewnością mniej niż 1000 znaków. Dla nie znających się na znakach itd powiem, że tekst powieści zazwyczaj ma około 350 000 i więcej.
Zapytałam co to za dzieło, gdyż... no cóż, bywam przewrotna, lubię sobie wyrabiać własne poglądy na literaturę ( i nie tylko) i... nie dowiedziałam się niestety.

Pewnie jakieś wieści latały na priv, ale że ja, jako mało bywająca i nie za bardzo ustosunkowana w tejże grupie, nie miałam kogo zapytać. I tak pomyślałam, że to strasznie głupie.

Ludzie „na kopa”, bezkarnie i nie jestem pewna czy całkiem świadomi tego co czynią, znęcali się nad jakimś dziełem autora, którego chyba się boją, bo bali się wymienić go z nazwiska....
Wtedy pomyślałam:
Musi ten ktoś być wielkim wieszczem, że tak w niego walą cichaczem.
Musi też być znany... Ustosunkowany... Może nawet mają go w znajomych?

No i refleksja debilna taka mnie naszła, że jak się mamy wyzywać to róbmy to uczciwie. Z imieniem nazwiskiem i tytułem, nie cichaczem jak pieski, które podgryzają kogoś od tyłu, a potem skomląc uciekają w popłochu, krzycząc „to nie moja wina, oni mnie zmusili”.

Ja też niektóre książki uważam za gnioty, ale.... o tym nie mówię, bo nie zostałam pobłogosławiona misją zbawiania literackiego świata od gniotów, (a niektórzy taką misję w sobie czują) i nie mam LICENCJI na prawdę objawioną ( tę literacką). To co może podobać się jednemu, drugiemu już nie musi. 

Kiedy coś mi się nie podoba – (mówię o książce) – to mówię, że dla mnie jest słaba... DLA MNIE, a nie dla całego świata. Niech ludzie sobie czytają co chcą, a jeżeli to co czytają im się podoba to CUDNIE! Wcale jednak nie ma obowiązku podobać się mnie!

I ten typowo polski „huzizm na józizm” - wszyscy razem, bez opamiętania, bez przeczytania... Jeden za wszystkich i wszyscy „w” jednego... I żadnej recenzji, żadnych argumentów, bo słowo „gniot” argumentem nie jest...


Cała masa złych słów i złych emocji wywołana jednym małym wyjętym z kontekstu fragmentem, który mógł nawet nie być istotny... Mógł być snem chomika dawnego przyjaciela głównej bohaterki...

Swoją drogą ciekawe co to była za powieść i czy chomiki śnią?.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz