czwartek, 29 marca 2018

Prawdziwy, wysokooktanowy... PECH!


Sztuka epistolograficzna przeżywa regres za to messengerografia ( nie wiem czy nazwa adekwatna, ale co mi tam) ma się całkiem dobrze, ba, święci wręcz triumfy, bo wiadomości można wysyłać do każdego, nawet do nieznajomych.

I te wiadomości płyną, płyną i niejednokrotnie sprawiają, że widok białej ikonki w górnym prawym rogu komputera najpierw wywołuje u mnie paraliż, a zaraz potem chęć ucieczki.

Dostaję bowiem ostatnio mnóstwo listów dziennie. Ludzie piszą o wszystkim i na każdy temat, nie zawsze budzący moje zainteresowanie, za to czasem budzący niepokój.

Jedna pani, na przykład, napisała do mnie w sprawie mojego życia postmortalnego, że ona może mi je dobrze zorganizować, jeżeli wykupię pakiet (wieloletnie modlitwy, świece, ofiary – w zależności od wyznania w imię maksymy „Przed śmiercią zadbaj o siebie po śmierci – nie licz na innych) mogłaby całkowicie się nim zająć – stwierdziłam, że nie jestem zainteresowana ( bo mogłaby się nim zająć naprawdę i to ze skutkiem śmiertelnym) co zaowocowało kilkoma przykrymi słowami na temat mojego zdrowia psychicznego i blokadą.

Inna pani chciała mi sprzedać maseczkę do stóp – nomen omen – błotną, co również mnie nie zachwyciło, nie mam co prawda ogródka z własną wytwórnią maseczek błotnych, ale miejskie kałuże całkiem dobrze się w tym względzie sprawdzają. Proponowano mi też wiele innych „interesów życia” jak choćby „wzmacniacz fal seksualnych” albo „masażer do pośladków”, który wyglądał jak niewielkich rozmiarów brona .

Listy na temat moich zdolności literackich mogłabym cytować godzinami, ale najbardziej spodobało mi się jak pewna pani nazwała moje powieści „produktami zdegenerowanego i zapchlonego mózgu opisującymi ruję i poróbstwo” wchodząc w jej retorykę, odpisałam, że przecież ja o seksie nie piszę... Ona pomilczała przez chwilę, po czym napisała, że to nie to, że „moje powieści są produktami zidiocenia i propagują debilizm”, a tamto to nie było do mnie. 

Widocznie była dobrze przygotowana i działała na wielu frontach.

Był też internauta, który zaproponował mi, żebym pokazała mu cycki na kamerce, a on obiecuje, że nie będzie się MEMŁAŁ!. To jego „memłanie” trochę mnie rozmemłało, bo pan przy odrobinie pecha ( a byłby to prawdziwy, wysokooktanowy pech) mógłby być moim WNUKIEM.

- Nie zrobię tego. Aspekt estetyczny by cię zabił – odpisałam mocno zaszokowana, na co on zapytał:
- A ten Aspekt, to kto? Twój mąż?
Przez chwilę wpatrywałam się w ekran otępiała nie wiedząc czy on na poważnie, czy robi sobie ze mnie jaja, ale on dopisał jeszcze po chwili:
- Arab jakiś? Arabom cycki pokazujesz, a swoim nie chcesz?
Co poskutkowało kilkoma mocnymi słowami i blokadą.

Na dodatek dostałam ostatnio też dość dziwna propozycję i nie wiem co o niej sadzić.

Ja posiadłość ogrom prężnego banki lilak zwłoki Prince oddajemy należącemu gdyby. Natychmiast odebrać cenności”

Pomyślałam, że może ktoś mi chce oddać zwłoki Prince'a, ale nie wiedziałabym co z nimi mam zrobić, muzykę owszem, cenię, ale aż taką fetyszystką nie jestem. Potem ktoś mnie uświadomił, że prince to może być jakiś książę, wszak wiele kobiet marzy o księciu z bajki, ale w zasadzie żywym, wiec nie rozumiem po co mi jego zwłoki?

środa, 28 marca 2018

Lekcja historii...

Paweł Jaszczuk

LEKCJA MARTWEJ MOWY

SZARA GODZINA



Lekcja martwej mowy to opowieść z jednej strony dość dosłowna, przytaczająca miejsca, osoby i zdarzenia, wspominająca o tym co naprawdę się działo w polityce i jak to się działo, bo przecież czasy, a w głównej mierze dotyczy to roku 1968 z odniesieniami i aluzjami do wydarzeń wcześniejszych, były dość ciekawe i nieco w pewnym sensie siermiężne politycznie. Wszechwładna i wszechobecna milicja mogła wszystko. Ludzie znikali bez śladu, ginęli, byli zabijani w celach mocno politycznych.
 
I tu także będziemy tego świadkami, ale... Wszystko zaczyna się w roku 1920 na kresach wschodnich.... 

No i jest jeszcze Lwów i napisany przed wojną, (tuż przed samą wojną artykuł), który nie ujrzał światła dziennego, ale który miał znaczenie.... Dla kogoś wielkie.

Przyznam, że czytało się to ciekawie, choć tematyka trudna, a niektóre opisy przerażające. Niestety tak było. Autor wspomina wiele prawdziwych osobistości, jak Władysław Gomułka, czy osławiona Krwawa Luna. 

Wiga de Brie i Jakub Stern jadą do Lwowa na zaproszenie, które okazuje się nieco nieoficjalnym i stają twarzą w twarz z przeszłością. Dla Wilgi de Brie to i bolesne i ryzykowne. Stern też musi stawić czoła prywatnym demonom.
Dodatkowo nie tylko oni jadą do Lwowa w tym czasie i nie wiadomo naprawdę, kto wróg, kto przyjaciel.

Agentka, która wychodzi za mąż za człowieka, na którego donosi? Hmmm, to też kiedyś zdarzyło się naprawdę, ale...

Cała fabuła opiera się na pewnej klamrze i genialnie wręcz się zamyka. Jest ciekawa, choć nagromadzenie horroru ( tego zwykłego, życiowego) i milicyjno politycznych przepychanek może przerazić. Zdecydowanie książka dla lubiących political fiction, albo sensację na motywach politycznych.

Zaskakująca, ale napisana przystępnym językiem. Ciekawa. Nie jest to obyczajówka, ani powieść z gatunku lekkich. Im więcej ma się wiedzy, o czasach, których dotyczy, tym jest czytelniejsza i bardziej zrozumiała.

Czy realistyczna? Raczej tak, bo mamy „bratnią pomoc” dla wolnościowych pomysłów Czechosłowacji i usuniecie z Polski Żydów, wojnę i powojenne traumatyczne ludzkie losy, działalność UB. Sowieckie realia Lwowa i ledwie pokrytą patyną czasu nienawiść między ludźmi...
Na tym tle jest to powieść bardzo interesująca i niemniej zaskakująca. Nie poleciłabym jej jednak każdemu. To literatura bez patosu, ale też bez znieczulenia. Autor pisze o rzeczach, których wielu nie chce, nie chciało i nie będzie chciało widzieć.

To moja pierwsza powieść Jaszczuka i powiem, że choć spodziewałam się czegoś innego, jakiegoś mistycznego mroku, to jednak to co dostałam jest naprawdę dobre, będę musiała zacząć od jego pierwszej powieści z Jakubem Sternem i dokładnie sobie wszystko przeczytać, a potem jakoś poukładać. To jest o tyle dziwne, że nie lubię tego typu powieści, political fiction to moja zmora, a tu takie zaskoczenie... Może zmienię swoje zapatrywania?



niedziela, 25 marca 2018

Nie gwałcić języka, nie mordować hejterów....

Zuzka, córka koleżanki ma wielkie i romantyczne plany literackie. 

Obecnie chce zostać Barbarą Cartland polskiej literatury, co nawet cieszy jej matkę, bo miesiąc wcześniej Zuzka chciała zostać Popkiem w wersji żeńskiej i już szykowała się do tatuowania oczu, ale na szczęście tatuażysta zauważył, że żeński Popek ma trzynaście lat, wyrzucił Zuzkę na zbitą twarz z gabinetu i w ten sposób złamał jej życie i karierę.

Matka Zuzki na drugi dzień przyniosła mu dwa kilo sernika. Rzadko spotyka się aż tak rozsądnych tatuażystów.

Teraz jednak Zuzka „wpadłszy” w szpony gimnazjalnego romantyzmu nabawiła się osobistego hejtera. Na to matka pomóc nic nie może, mogę lub mogłabym natomiast ja, gdyż... Ale o tym potem.
Zuzka publikuje swoje romantyczne opowiadania na FB.

Hejter ( lub co bardziej pewne hejterka – nick ma ( no, miała) Pinguiiin146, a na zdjęciu kota) co chwila ją krytykuje, a nawet poniża. No ale, do rzeczy. Czytam dzieło Zuzki i dostaję zboczonego orgazmu gramatycznego – jestem masochistką, jeżeli ktoś się jeszcze nie zorientował.

Wychodząc z domu poraził ją widok błękitnych oczu i ust” - co ten widok robił w domu i dlaczego miał błękitne usta - pyta hejterka – pytanie całkiem zasadne

Zatoczyła się w prawo i w lewo, padła prosto wpadając w jego erotyczne objęcia” - była pijana?
Kot przebiegł galopem przez salon i padł pod stołem” - znaczy zmarł?

Po jej policzkach sikała fontanna łez” - czy fontanna robiła też kupę?

Chwycił ją seksualnie za biust i zaniósł do łóżka” - Ło matko, za biust? Do łóżka? I ona to przeżyła?!

I tu pytanie hejterki uważam za bardzo zasadne, gdyż przed moimi oczyma jawi się facet niosący kobietę za biust... lepiej już sobie tego nie wyobrażać.
Jej usta wbiły się w niego ostrzem miłości, pokazując jej serce” - normalnie kardiochirurgia...

Kiedy opowiadanie zbliża się do końca, a wiadomo gimnazjalna miłość nie karmi się happy endami, bo są za mało romantyczne, chłopak postanawia zabić się z miłości. 

Skoczył z góry pod pociąg, stracił głowę, serce i duszę, pociąg obciął mu nogi. - dziewczyno, przestań się znęcać nad tym biedakiem! – napisała hejterka.

Zaniemówiłam, a że hejterkę znam i mam w znajomych napisałam do niej, żeby się czegoś dowiedzieć. To polonistka. 
 
- Daję jej korki z polskiego – odpisała - ale na lekcjach nic do niej nie dociera, mówię, proszę błagam, a ona i tak swoje wie, ale kiedy piszę jako anonimowa internautka, przynajmniej poprawia swoje teksty.
Jak chce pisać, niech pisze, ale na litość boską, niech się uczy!

I to by było na tyle.

Człowiek nie rodzi się z umiejętnością pisania, tego trzeba się nauczyć. Jak? Czytając, czytając i jeszcze raz czytając, a hejterzy bywają różni, nie każdy to świr, który chce ci zrobić krzywdę, są i tacy, których zdanie warto czasami wziąć pod uwagę...

Zuzka jednak nie będzie miała okazji. Jak to Zuzka, znów zmieniła zdanie, nie chce być Barbarą Cartland. Teraz chce zostać piosenkarką.

Jej kot, który „przebiegł galopem i padł pod stołem” teraz siedzi w szafie i przeraźliwie miauczy do melodii Martyniuka. Matka Zuzki zastanawia się poważnie, czy nie nagrać jego wycia... Jest możliwe, że kot ma talent, z pewnością większy niż Zuzka.

Pocieszeniem może być jednak to, że Zuzka pewnie wkrótce znów zmieni zdanie... Oby tylko nie chciała zostać szefem kuchni, bo nas wszystkich wytruje.

piątek, 23 marca 2018

Skusiła mnie ta wołająca ciemność! Oj, bardzo skusiła!

Agata Suchocka

WOŁA MNIE CIEMNOŚĆ


Książka Agaty Suchockiej, zanim jeszcze się ukazała, wywołała trochę zamieszania i kontrowersji jako, że wszystko co nowe bywa kontrowersyjne. Słyszałam ( a właściwie czytałam) nawet głosy pobrzmiewające zgorszeniem, mimo, iż właściwie niewiele było wiadomo, ale ja, jak to ja, byłam ciekawa i autorki i powieści. 

Czytałam z autentycznym zaciekawieniem, które szybko przeszło w podziw, bo i sama powieść i tematyka i konstrukcja są godne podziwu.

Powieść skonstruowana na dwóch planach, bo z jednej strony mamy czas teraźniejszy, z drugiej wspomnienia zapisane w pamiętniku jednej z bohaterek, przedstawia nam całkiem wydawałoby się zwyczajny los zwykłego człowieka, przyszłego właściciela luizjańskiej plantacji i pracujących na niej niewolników, który po utracie majątku usiłuje trzymać się powierzchni życia graniem na pianinie.

Z jednej strony zamożny, ale duszny i skrajnie brutalny świat bogatego plantatora, z drugiej biedny i głodny świat człowieka wolnego, bo przez zawieruchę wojenną uwolnionego od znienawidzonej plantacji, ale i od losu z nią związanego. Losu przypisanego przez rolę społeczną, ale niezbyt kuszącego. ”Byłem przekonany, że (…) wrócę do Ameryki i znajdę jakąś kobietę (...), że nigdy nie będę jej kochał, a gdy już urodzi mi wystarczająco dużą gromadkę dzieci, znajdę sobie kreolska kochankę, w której ramionach poznam, co to namiętność” (347).

Uzdolniony muzycznie i bardzo wrażliwy Armaniac poznaje Lothara równie zdolnego skrzypka i dzięki niemu (w pewnym senie) wchodzi w świat sztuki, piękna i zmysłowości.

Mamy więc dwa światy, jeden wzniosły i piękny, drugi przyziemny i odarty ze zmysłowości, przyziemny, taki w którym piękne i młode dziewczęta wychodzą za odrażających starców, gdzie wszystkim rządzą pieniądze i pozory, ale mimo, iż można się było tego spodziewać nie ma tu moralizatorskiego podziału na dobro i zło i nic nie jest oczywiste.

Fallocentryczny świat pełen jest symboli, aluzji i cudownej ( wierzcie mi) opowieści o muzyce i sztuce, autorka nie koncentruje się na wartościowaniu. Czytając wchodzimy w jej świat ze zgodą na opowieść i reguły w niej panujące, a opowieść wciąga i pochłania.

Ogromnym atutem jest pióro autorki! 

Pisanie scen zabarwionych erotyką jest niesamowicie trudne i grozi z jednej strony otchłanią banału, z drugiej morzem scen pornopodobnych. 

Agata Suchocka pisze jednak tak doskonale, że nie wchodzi ani w jedno ani w drugie. Nie znajdziemy tu wulgaryzmów ani słownictwa rodem z podręczników medycznych. Ona pisze po prostu samą wyobraźnią i nie dajcie sobie wmówić, iż jest to powieść erotycznie brudna, czy seksualnie rozbuchana. Nic z tych rzeczy.

Przynależność tej powieści do nurtu Yaoi może w naszych trochę zabarwionych pruderią czasach wywoływać złe skojarzenia w niektórych czytelnikach jednak nic bardziej mylnego. Jest to opowieść o miłości, a w pewnym sensie też o inności i nie chodzi tu o seksualizm. To pokazanie świata bez oceniania go w prostych, czarno białych barwach.

Drugim, moim zdaniem, genialnym atutem pisarstwa Suchockiej jest to, że nie powtarza schematów. To co wydawałoby się ustalone w literackim świecie na wieki, u niej jest inne, świeże, odmienne i fascynujące.

Trzeba też powiedzieć, że książka napisana jest pięknym językiem, delikatnym i melodyjnym, adekwatnym do opowieści. Autorka zaprasza czytelnika do literackiego tańca, a czytelnik musi w opowieści odnaleźć to co zostało zawoalowane słowami, ukryte pomiędzy zdaniami, niewidoczne, a jednak obecne. 

Przyznam, że sama, mimo iż do pruderii mi daleko, obawiałam się nieco tematyki, a dostałam książkę piękną, ciekawą, inną i fascynującą. Czegóż więcej trzeba? Może drugiego tomu?


wtorek, 20 marca 2018

Internet czyni złodzieja


 Wiem, to już było, ale wraca, ciągle wraca...

Kiedyś było takie powiedzonko „okazja czyni złodzieja” i w sumie winna była okazja, a nie złodziej, bo przecież jak cię ktoś do czegoś zmusza to wina leży po jego stronie...

 No tak, ale teraz to już zamierzchłe czasy, teraz rodzi się nowa złodziejska tradycja pod nazwą „internet czyni złodzieja”. 

I niby złodziej, to zawsze złodziej, ale jak czyniła go okazja, to kradł jakoś z sensem, a jak czyni go złodziejem Internet to strasznie zgłupiał. 

No bo nasza świadomość jest mniej więcej taka, jak leży to bierz, zresztą przecież nie ubędzie. Tu skopiować tam skopiować...

I kto się dowie? Internet wielki, jaka głupia suka będzie sprawdzać, czy ktoś jej nie okradł z kilku akapitów? Musiałaby być rzeczywiście wredna, no i jak? Tego się nie da zrobić!
Otóż da się, jak najbardziej się da, a ta głupia suka to choćby ja właśnie ja! (aluzja do Brzechwy żeby nie było)

Znowu wyszło na jaw, że jakaś pożal się Boże „blogerka”, bo prawdziwą blogerką trudno to nazwać, nakradła recenzji i powstawiała do siebie... Tu akapicik, tu zdanko, tu opisik, oj, szwedzki stół pisarski sobie zrobiła i nażarła się traktując wszystko JAK SWOJE.
Takie sprawki często wychodzą na jaw, tym razem jednak opisał to blog niekulturalnie.pl

- No i co? Ktoś zbiedniał? - wrzasnął tłum potakiwaczy.
- Akapitu człowiekowi żałujecie?
- Przecież słowa to nie diamenty...
- Jaka to kradzież?

Otóż to kradzież zwykła, chamska i bezsensowna, tylko małe móżdżki nie rozumieją pojęcia własności intelektualnej!

A ja zupełnie nie rozumiem po co to zrobiła?

Jeżeli dla pieniędzy to raczej nic nie dostała, a może dostać po kieszeni, w zależności od tego, czy ktoś się o to postara czy nie. Wystarczy trochę dowodów, screenów, jedno czy dwa ukradzione zdjęcia i budżet rodzinny „będzie leżał i kwiczał”.

Chodziło może o sławę?
No, sława z pewnością się będzie za nią ciągnąć, ale NIE ta, o którą jej chodziło.
Jeżeli nie chce ci się pisać nie zakładaj bloga książkowego, czy to nie proste? I wilk syty i owca cała.
Nie umiesz pisać, nie zakładaj bloga książkowego, a jeżeli już musisz, to się ucz. Nie kradnij... Pisania się można nauczyć...

Nie da się udowodnić kradzieży?  Otóż da się i to łatwo. 

Bierze się zdanko, cudzysłów, kopiuj, wklej, szukaj na googielku.... i w pięć sekund pojawiają się strony na których pojawiło się to zdanko.... Łatwe, prawda?
A potem wystarczy tylko kilka screenów zrobić i... strach będzie miał NAPRAWDĘ wielkie oczy.

Koniec współpracy z wydawnictwami, z innymi blogerami, koniec internetowych pogaduszek, koniec serduszek... bo ludzie wbrew pozorom nie kochają złodziei.

piątek, 16 marca 2018

Będę czytać, a co!




Dużo czytam, naprawdę dużo, a w moich zainteresowaniach czytelniczych można znaleźć prawie wszystko, choć może nie romans. 

Dziś mam takie zdobycze i powiem, że mnie kuszą wszystkie... Światowa republika literatury to coś dla ludzi lubiących teorię...

Genialnie trudne, ale i genialne samo w sobie.
Tu odrobinka na jej temat, jestem zachwycona, że ją przeczytam! Światowa republika literatury

 
Książka „Woła mnie ciemność” Agaty Suchockiej, to niezłe wyzwanie, bo ciekawi mnie i temat i jego „opracowanie”, ciekawa jestem, bo dużo na temat tej książki czytałam, ( podobno dużo erotyki) ale ja akurat  erotyki w książkach się nie boję, w końcu sama przetłumaczyłam kilka powieści mocno erotycznych, takich jak „Migdał”,„Rzeźnik”, „Lilith”, czy "Za drzwiami", czyli pąsowieć nie zamierzam, ale dobrze się bawić już tak. 

Recenzje wkrótce :)

No a "Pierwszy róg"?  też podobno świetna... Czyli czekają mnie przyjemności niesamowite.

Wiem, wytrawni czytelnicy fukną pewnie na to, że to fantasy, ale dobra fantasy jest dobra i nic tego nie zmieni!




czwartek, 15 marca 2018

Postapokalipsa - to znaczy apokalipsa pocztowa.


Dwa dni temu wszystkie trzy siedzimy plackiem w chałupie bo czekamy na przesyłkę. POLECONĄ. 


O jak dobrze, nikt nie przywłaszczy sobie książek i przyniosą je do rak własnych oddadzą, a ja uziemiona, w domu dwie niesprawne osoby, ruszyć się trudno do tego te niesprawne osoby dopadły zwykłe przyziemne ( i beznadziejne sprawne w utrudnianiu życia)  katary i inne paskudztwa. 

Listonosza zdecydowanie brak. Nazajutrz o szóstej rano zaglądam do skrzynki, a tam AWIZO. Szlag mnie trafia. 


Jak to? Byłam w domu, a oni, listonosze czy tam doręczyciele (albo DRĘCZYCIELE) mają obowiązek listy polecone przynosić... Przecież to ich pracza... Ktoś im za to płaci.

Lecę na pocztę.

- Jak list duży, to nie muszą! – odpowiada mi panienka w okienku – Wie pani, mają dużo innych listów i reklam i w ogóle. Po za tym to w ogóle, wie pani ciężko jest!
- Ale za tę prace mu przecież płacą – staram się walczyć o swoje, ale marnie mi idzie.
- Pani? Co to za pieniądze?! To wstyd nie pieniądze!
Szlag trafia mnie jeszcze raz. Jak komuś płacą za to, że nie wykonuje swojej pracy, to chyba nie powinien się skarżyć?

- Czekam na przekaz – mówię – pieniądze mojej mamie to już chyba przyniesie? Czy też walnie jej awizo? Mama bardzo słabo chodzi...
- No nie wiem. Jak słabo chodzi to kiepska sprawa...  Bo to wie pani, trzeba szybko otwierać drzwi, bo on pod drzwiami czekał nie będzie... A wyszedł już na wasz rejon.
Szlag trafia mnie po raz kolejny. Biedny szlag, napracuje się dzisiaj, a jemu to już raczej nikt nie płaci!

Dzwonię do mamy, żeby z chodzikiem stanęła przy drzwiach, może uda jej się dosięgnąć domofonu. Zabraniam krzesełka, bo jak usiądzie to wstać już na pewno nie zdąży. Dzwonię na taksówkę, jestem niezmotoryzowana... Co robicie takie wielkie oczy. Tacy ludzie też istnieją.

Dopadam mieszkania. Mama płacze.

- Nie zdążyłam...Normalnie nacisnęłam, tak z sekundę po dzwonku, ale już tylko szczęk drzwi usłyszałam.

W skrzynce awizo. Idę po siekierę do piwnicy... Nie. Nie pójdę teraz na pocztę, bo według ich filozofii, odebrać cokolwiek mogę dopiero następnego dnia. Odkładam siekierę. Żeby się odprężyć rzuciłam się z nią na chodzik, to on wszystkiemu winien... Nóżki za bardzo mu wystawały i to utrudniło dosięgniecie do przycisku...

Porąbałam go, jutro muszę kupić nowy, a swoją drogą aluminium nie nadaje się do rąbania.
Dobrze, że mieszkamy razem, to jakoś mi wydadzą, gorzej by było, gdyby nie, bo wtedy błędne koło. Trzeba notariusza, ale jak iść do notariusza kiedy się nie chodzi? Skąd wziąć upoważnienie notarialne dla, a przykład, uczynnego sąsiada, który właśnie idzie na pocztę i mógłby przynieść, ale nie może?
Droga Poczto Polska. Mam dwie propozycje. 

Może listonoszy nazwiecie awizonoszami? To przynajmniej będzie odpowiadać prawdzie... Zresztą to też głupie, trzeba by im płacić, lepiej zwolnić wszystkich i załatwić to SMS-ami. Coś w stylu: Pani Iksińska, zgłosić się z taczkami na pocztę, sześć ton ulotek i list z banku do odbioru...


Osoby niepełnosprawne, które nie mogą dotrzeć na pocztę uprzejmie proszone są o wymarcie!

A, i podnieście opłaty za znaczki i listy polecone... ostatnie podwyżki jeszcze nie zniechęciły ludzi do waszych usług. To straszne zawracanie głowy... W końcu jak szaleć to szaleć. Ja jestem na dobrej drodze.
W trakcie pisania tego tekstu nie ucierpiał żaden listonosz, w każdym razie jeszcze nie ucierpiał...

Pani Raduchowska – idę po panią! Oczywiście do księgarni!

Martyna Raduchowska

SZAMANKA OD UMARLAKÓW


Czasami wydaje się nam, że nie da się napisać już nic nowego, że wszystko zostało powiedziane, że nikt, ale to absolutnie nikt nie wpadnie na nic oryginalnego, a jednak...

No właśnie. Czasami jednak tak takie myślenie bywa błędne, w każdym razie całkiem dobrze udowodniła to Martyna Raduchowska w książce "Szamanka od Umarlaków",  bo oto mamy świat taki na wpół magicznie, leciutko potterowski, ale bardzo nieznacznie, bo jest magia, ale żadnego machania różdżkami, smoków, piesków sześciogłowych, cudownych i wrednych nauczycieli...  Jest problem, ale żadnego ratowania świata przed złem... Jest magiczna rodzina... Gdzie dziecko magiczne nie jest. 

I jest język, współcześnie soczysty, młody, dosadny, taki, jakim mówią normalni ludzie. W scenerii trochę grozy, ale żadnego patosu... Dużo ironii, dystansu, oraz naturalnego humoru.

W treści dużo ciekawych aluzji do „klasyków” gatunku, takich aluzji z przymrużeniem oka, a to do „Szóstego zmysłu”, a to do pratchettowskiej pani Cake i jej Człowieka Wiadro, a to do innych mniej lub bardziej znanych, albo nawet kultowych scen czy bohaterów.

Łapacz snów to po prostu cud, miód i genialny, nie tylko pomysł, ale i postać. Sama chciałabym takiego mieć i czasami się do niego przytulić.

Nastoletnia ( jeszcze – bo Ida wkrótce będzie dorosłą dwudziestolatką, a jakże) Ida ucieka z domu, w którym czekał ja los wymarzony przez rodziców i nie jest ważne, czy jej rodzice są magiczni, czy nie, ważne, że ona ma zupełnie inny pomysł na siebie samą. Jak to z nastoletnimi pomysłami bywa, nie zawsze wszystko jest tak jak powinno być.

Literacka personifikacja Pecha bardzo mi się spodobała... Bo wiecie, w tej powieści to nie Ida ma pecha, a Pech ma Idę!

Jest to horror, ale bardzo „młody”, choć trudno byłoby go nazwać młodzieżowym. To raczej książka dla ludzi młodych duchem, którzy myślą racjonalnie, ale mimo to kochają horrory, bo... ta powieść jest bardzo realna i racjonalna, mimo otoczki gatunkowej, przewrotna i prześmiewcza. 

Odziera horror z gotyckiego patosu, stawia go na ulicy i pokazuje, że aby stworzyć coś nowego, z czegoś starego wystarczy odrobinę się tym pobawić, ale uwaga, jeżeli traktujecie horror, (szczególnie taki z duchami, zjawami, czy demonami) śmiertelnie poważnie, to nie jest to książka dla was. Tu trzeba otwartego podejścia do zagadnienia, zgody na to, że nic nie jest takie jak zazwyczaj. 

Ubawiłam się świetnie. Książkę pożyczyłam od koleżanki, Krystyna – jesteś wielka! Sama bym pewnie na tę autorkę nie trafiła, a tak miałam wielką frajdę czytelniczą i dużo przyjemności. Pani Raduchowska – idę po panią! Oczywiście do księgarni!

wtorek, 13 marca 2018

Zupna wojna wielkanocna.

Jakiś czas temu, jakoś tak przed dziesięcioma dniami (chyba) wybuchła szesnasta zupna wojna światowa ( jakbyście nie zauważyli - donoszę) na jednej z grup dotyczących gotowania. 

Uwaga. Ludzie rzucają mięchem, bleh-ami, rzygami i fujcami - do tego walą w siebie benzoesanem sodu, śmieciożercami ( nie mylić ze śmierciożercami) mordercami dzieci ( tym razem tych narodzonych, które karmi się nieodpowiednim jedzeniem), „utytłaczkami” – do kobiet, które tuczą mężów ( biednych, niewinnych i wołających o ratunek) i „tuszonkami” – to o kobietach, które tuczą same siebie i wszystkim wtedy szkoda ich mężów (biednych, niewinnych i wołających o ratunek) – niestety to tak zawsze działa. 

W końcu jedzenie tego co jedzą świnie nie jest żywieniem się, a tuczeniem... A czasami nawet morderstwem, oraz zgrozą... wołającą o pomstę do nieba! 

Przecież jako obywatele mamy nie tylko prawo, ale i obowiązek zaglądać sąsiadom i znajomym do garnków. Robimy to dla ich własnego dobra!

Piękno całej sprawy polega na tym, że wojna wybuchła z powodu … żurku!

Wiem, istnieją przeróżne odmiany tego: przysmaku, popłuczyn, bidozupy, chamskiego żarcia dla polaczków, dania tradycyjnego, gównianej polewki, pomyj - wybierzcie własną opcję nazwy.

Jeżeli wybierzecie wersję „na bogato” z jajkiem, boczkiem i kiełbasą zostajecie automatycznie mordercami – wiadomo zjadacze niewinnych zarodków i mordercy świnek to po prostu mordercy życia wszelakiego, jeżeli wybierzecie wersję na „bidoka” - jesteście nic niewartymi zasiłkowcami, których nie stać nawet na porządne żarcie.
W zasadzie nikomu dogodzić się nie da.

Poważnym problemem, godnym bomb atomowych dalekiego zasięgu są kostki rosołowe, których używać nie wolno. No, nie wolno! Każdy to wie i każdy używa, ale nie wolno.

Podobno zaraz po zakazie handlu w niedziele politycy mieli zająć się kostkami rosołowymi, to znaczy zakazem ich używania, ale lobby kostkowe ich przekupiło.
To samo jest z napalmem... to znaczy z octem spirytusowym. Zauważcie SPIRYTUSOWTM! Zakaz używania go jest już w sejmie, ale .. no tak, lobby spirytusowe...
I jak tu żyć?

Żurek bez jajka, boczku, śmietany i kiełbasy, bez kostek rosołowych jest dopuszczalny nawet w Wielkanoc.
Podaję więc przepis na biały barszcz wielkanocny, gdzieniegdzie zwany żurkiem, choć podobno to nie to samo. Proszę bardzo. 

Wziąć dwa litry wody...
Nie dodawać ziemianka (!!!), zawiera solaninę.
Nie gotować, gaz jest niebezpieczny.
Nie dodawać czosnku - śmierdzi!
Smacznego.

Pochodzę z rodziny, która w Wielkanoc jada białą zupę, ale podobno są i takie, które jadają zupy w innych kolorach.

Jeżeli tak - zastosować barwnik do jajek.

poniedziałek, 12 marca 2018

Mongolia po męsku...


 Paweł Serafin

Mongolskie historie wilczym pazurem pisane. 4000 km w siodle po bezdrożach dzikiej tajgi



Mongolia to jeden z już niewielu zakątków ziemi, gdzie dzikość jest dzika i prawdziwa, gdzie niebezpieczeństwa nie polegają na zagubieniu siebie i bagażu w miejskiej dżungli, a atrakcje turystyczne wcale nie są przeznaczone dla turystów, albo inaczej, atrakcjami są prawdziwe zmagania z głuszą z własną słabością i z klimatem.

Wielu ludzi wybierając się na wyprawy wszelkiej maści najbardziej ceni sobie hotele i wygodne dojazdy, albo eleganckie restauracje, w Mongolii i to można znaleźć, ale nie to przyciągnęło tu młodych, żądnych przygód Polaków i to przyciągnęło na długo.

Książka, choć opowiada o przygodach w dziczy jest próbą zademonstrowania zupełnie innej koncepcji wypoczynku niż ta znana wszystkim i przez wszystkich promowana. Wypoczywać przecież można nie tylko w luksusach, ale czy dzika przyroda nie jest teraz coraz większym luksusem?

Mongolia to kraj zamieszkały przez ludzi o zupełnie innej kulturze historii i języku. Jest tak odmienna od tego co znamy, że Europejczykowi trudno początkowo się tam odnaleźć i choć odrobinę zorientować w zwyczajach jej mieszkańców, w większości ludzi ubogich, ale bardzo serdecznych.

Przemek, Damian i Paweł, czyli Bagwaj, Jama i Czon bardzo zrośli się już z tamtejsza kulturą, podróżując konno po północnej części Mongolii są rozpoznawani i szanowani przez jej mieszkańców zwłaszcza, że znają już trochę język.

W latach 2005-2015 odwiedzili Mongolię aż jedenaście razy i zawsze kiedy mogą właśnie tam wyruszają. Pokochali te tereny i ludzi.
Aby wyruszyć na dzikie tereny tego kraju, tak dzikie i nieprzystępne jak choćby pustynia Gobi trzeba dużo odwagi i samozaparcia, ale nie trzeba wcale fortuny.

„Mongolskie historie wilczym pazurem pisane – 4000 km w siodle po bezdrożach dzikiej tajgi” to książka dla ludzi, którzy lubią wypoczynek nieco inny niż większość. Dla tych, którzy cenią sobie wolność i wiatr we włosach, a nie drinki z palemką i zwiedzanie galerii sztuki, ale to też opowieść o trudach takich wypraw, o zmaganiach ze zwierzętami, z postsowiecką mentalnością niektórych ludzi z pogodą, która nie rozpieszcza i z przyrodą, która potrafi dać porządnie w kość. Bezdroża i bagna, dzikie zwierzęta, a także, co oczywiste wszelkie te większe i mniejsze niedogodności jakich można się spodziewać zawsze i wszędzie, rany, upadki, jakieś dolegliwości...
Autor opisuje mongolskie sposoby na leczenie zwierząt, które ( sposoby oczywiście nie zwierzęta) z pewnością przyprawiłyby o ból głowy niejednego weterynarza.

Te podróże w głąb Mongolii to także niesamowici ludzie spotkani w drodze, zmagania z naturą, połowy i polowania, zmęczenie, ale nie wielkomiejski cywilizacyjny stres...

Książka wydana jest wręcz perfekcyjnie pięknie na wspaniałym papierze, z fantastycznym opracowaniem graficznym i zawiera cudowne zdjęcia ukazujące nie tylko trzech głównych bohaterów, ale też dzikość przyrody i przyjazne twarze mieszkańców Mongolii.
Nie zabraknie w niej wielu ciekawostek i ciekawych odniesień. Opowieści o zwierzętach, górach i tajdze. To bardzo męska opowieść, nie to, że nie dla kobiet, każdy przeczyta ją z zachwytem, ale jednak jest właśnie męska. To apoteoza dzikiego, zmęczonego i utaplanego błotem szczęścia. To opowieść o tym co dorośli chłopcy chcieliby w życiu przeżyć, cudowna baśń o tym, że w świecie, który coraz bardziej staje się plastikowy istnieją oazy natury, dzikości i nieprzemijającego, prawdziwego szczęścia.

Doskonała na prezent, książka którą naprawdę warto przeczytać nawet jeżeli nie jest się nabuzowanym energią pasjonatem wycieczek konnych.
Napisana pięknie i przystępnie, oprawiona i wydana cudownie, posiada słowniczek wyrażeń mongolskich i jest po prostu świetna.

sobota, 10 marca 2018

Nowa tendencja w literaturze...„huzizm na józizm”...

Uczestniczyłam wczoraj w rozmowie na temat pewnej książki. Była to rozmowa w grupie zamkniętej i przypomniała mi podobną dyskusję, która swego czasu mocno mnie zniesmaczyła.
A było tak...

Kilka miesięcy temu ktoś wstawił na FB fragment jakiegoś dzieła. To był chyba romans, ale z pewnością nie była to powieść pani Michalak. Dlaczego o tym wspominam? Żeby uniknąć nieporozumień. 

Ludzie często znęcają się nad powieściami tej pani, ale tym razem sobie odpuścili, był nawet ktoś, kto wyraźnie zaznaczył, że nie chodzi o nią. Co to była za książka? W tym problem, że do dziś nie wiem.

Grupa ludzi przerzucała się zapewnieniami, że tego nie kupią, że to gniot, knot i obraza moralności, że tylko głupie baby to czytają, bo chłopy są mądre i tego nie tkną... i że dobrze się składa, że nie czytali tego czegoś, bo by im się nie spodobało...

No piiip, piiip, piiiippp! ( w wypipkane miejsca można wstawić dowolne wulgaryzmy)

I to wszystko na podstawie tego fragmentu, który miał z pewnością mniej niż 1000 znaków. Dla nie znających się na znakach itd powiem, że tekst powieści zazwyczaj ma około 350 000 i więcej.
Zapytałam co to za dzieło, gdyż... no cóż, bywam przewrotna, lubię sobie wyrabiać własne poglądy na literaturę ( i nie tylko) i... nie dowiedziałam się niestety.

Pewnie jakieś wieści latały na priv, ale że ja, jako mało bywająca i nie za bardzo ustosunkowana w tejże grupie, nie miałam kogo zapytać. I tak pomyślałam, że to strasznie głupie.

Ludzie „na kopa”, bezkarnie i nie jestem pewna czy całkiem świadomi tego co czynią, znęcali się nad jakimś dziełem autora, którego chyba się boją, bo bali się wymienić go z nazwiska....
Wtedy pomyślałam:
Musi ten ktoś być wielkim wieszczem, że tak w niego walą cichaczem.
Musi też być znany... Ustosunkowany... Może nawet mają go w znajomych?

No i refleksja debilna taka mnie naszła, że jak się mamy wyzywać to róbmy to uczciwie. Z imieniem nazwiskiem i tytułem, nie cichaczem jak pieski, które podgryzają kogoś od tyłu, a potem skomląc uciekają w popłochu, krzycząc „to nie moja wina, oni mnie zmusili”.

Ja też niektóre książki uważam za gnioty, ale.... o tym nie mówię, bo nie zostałam pobłogosławiona misją zbawiania literackiego świata od gniotów, (a niektórzy taką misję w sobie czują) i nie mam LICENCJI na prawdę objawioną ( tę literacką). To co może podobać się jednemu, drugiemu już nie musi. 

Kiedy coś mi się nie podoba – (mówię o książce) – to mówię, że dla mnie jest słaba... DLA MNIE, a nie dla całego świata. Niech ludzie sobie czytają co chcą, a jeżeli to co czytają im się podoba to CUDNIE! Wcale jednak nie ma obowiązku podobać się mnie!

I ten typowo polski „huzizm na józizm” - wszyscy razem, bez opamiętania, bez przeczytania... Jeden za wszystkich i wszyscy „w” jednego... I żadnej recenzji, żadnych argumentów, bo słowo „gniot” argumentem nie jest...


Cała masa złych słów i złych emocji wywołana jednym małym wyjętym z kontekstu fragmentem, który mógł nawet nie być istotny... Mógł być snem chomika dawnego przyjaciela głównej bohaterki...

Swoją drogą ciekawe co to była za powieść i czy chomiki śnią?.

środa, 7 marca 2018

Miłość szkodzi - stosować na własną odpowiedzialność!!

O amerykańskich generałach wciąż się pisze, i ja też już się kiedyś chwaliłam zalewem tego amerykańskiego „dobra” wśród znajomych, ale to co usłyszałam wczoraj po prostu obudziło we mnie grozę.

Jakaś czterdziestoparoletnia lublinianka dała się nabrać amerykańskiemu generałowi na sześćdziesiąt kilka tysięcy złotych.

Europa, duże miasto, w końcu Lublin ma pięć uczelni, pani w sile wieku, nie małolata i nie zapyziała staruszka i dała się oskubać.... Nie wiem jak to jest naprawdę, ale mnie się wydaje, że tacy amerykańscy generałowie mają uposażenie na tyle wysokie by nie musieć pożyczać na chleb od pani pracującej na kasie w Biedronce...

I do tego ten angielski... język tym razem, nie generał ( ciekawe dlaczego swoją drogą) jeżeli ta pani zna język to musi mieć jakieś wykształcenie... Nie biorę pod uwagę translatorów bo by się po prostu nie dogadali. 

Nie wiem gdzie ta pani pracowała ale wiem, że musi mieć wielkie serce, bo ja gdybym miała taką kasę nie pożyczyłabym jej żadnemu internetowemu znajomemu, znanemu przede wszystkim, albo nawet TYLKO wirtualnie. Nikomu bym nie pożyczyła! Ja gdybym miała taką kasę to bym sobie wmurowała ją pod łóżko, nawet gdybym miała dostawać odcisków na tyłku za każdym razem, gdy się na nim położę.
A co z miłością?

Jak wiadomo. MIŁOŚĆ SZKODZI powinno się napisać na wszelkich artykułach związanych z tym stanem, na czerwonych serduszkach, bukietach kwiatów, obrączkach,. Pierścionkach, a na dodatek ozdobić to zdjęciami cierpiących osobników, czasami dla efektu dyndających na sznurach.

Bo spójrzmy na to trzeźwym okiem. Amerykański generał... mieszkający w Afganistanie ( strasznie dużo tam musi ich stacjonować bo sama miałam takich siedmiu... ) dostaje odszkodowanie za rany poniesione gdzieś tam, ale za to odszkodowanie trzeba zapłacić i prosi o pożyczę panienkę w obcym kraju....
Już widzę jak tabuny szpiegów państw wszelkiej maści (tej złej też) zacierają ręce i ruszają na podbój... Generał, bez forsy, toż to gratka!

Facet ma piękne zdjęcie na tle flagi, jest przystojny jak wszyscy diabli i nawet.... nie żonaty, nie dzieciaty, nie ma partnerki.... ani nawet partnera, tylko oświadcza, że „Helou, jesteś piękna”.
Ja tam jestem wredna wobec wszystkich, wobec siebie też. Mam takie błyszczące coś w przedpokoju – lustro i ono prawdę mi mówi codziennie. „Nie, nie jesteś piękna,
a ten facet to albo idiota, albo naciągacz”.

Tak wiem, powinnam to lustro wyrzucić, o wiele przyjemniej by mi się żyło, ale jednak nie mogę. Za bardzo siebie lubię. Wolę być brzydka, wredna i biedna niż głupia!
Tyle, że one wcale nie chcą być głupie, chcą być kochane!

Wybierają facetów z sieci, albo takich z więzienia, bo są bezpieczni. Nie trzeba im prać skarpetek, dogadzać w łóżku i popisywać się kulinarnie, nie trzeba też wyglądać.... ani odchudzać się. Wystarczy jedno dobre zdjęcie... Wystarczy jakiekolwiek zdjęcie, bo tu nic i nikt nie jest tym kim jest. Wszystko jest wirtualne, i on i ona i miłość. 

Tylko konsekwencje prawdziwe, bo te zakochane kobiety dostają za to albo po kieszeni albo siekierą po głowie.

poniedziałek, 5 marca 2018

Tak jakby skończyłam...

Właśnie skończyłam książkę, którą męczyłam okropnie długo i wcale nie dlatego, że nie bawiłam się nią dobrze, wręcz przeciwnie – bawiłam się świetnie, tylko życie, to zwykłe i zwykle wkurzające trochę mi dało w kość, ale dziękuję mu za to, że tylko „trochę”, bo w końcu znam jego możliwości.

Mówiąc skończyłam nie mam tym razem na myśli czytanie książki, ale pisanie.
Pisząc myślałam, że z powieścią jest tak jak z kobietą. Musi być zupełnie inna od wszystkich, ale nie za bardzo wydumana i udziwniona, bo w końcu nie należy przesadzać.

Musi być piękna, ale nie przesadnie odpicowana, bo każdy powie, że ma sztuczne cycki... w powieści „cycki” to chyba będzie fabuła.

Nie może być pensjonarska i ckliwa jak panienka w różowych koronkach, ale glany i ćwieki też nie za bardzo się spodobają. 

Krew i wymioty odpadają... ma być grzecznie. Kto lubi krew i wymioty...

Seks w dawkach homeopatycznych proszę bardzo, ale tylko tyle, bo kobietę nazwą puszczadłem, a książkę powieścią erotyczną, a po to nikt nie sięga.
(no, przynajmniej nikt się dp tego nie przyznaje) 

Musi być mądra i inteligentna, no ale... wiadomo, bez przesady, kto lubi mądre kobiety? A mądre książki?

Ma nie być za gruba, ale też nie za chuda... Nie za bardzo młodzieżowa, ale też nie dla ramoli, powinna używać współczesnego języka, ale nie przeklinać, w żadnym razie nie przeklinać i powinna być kobieca...
Książka, no kobieta w sumie też... Ma być lekka łatwa i przyjemna, ale nie daj Boże romantyczna! Fujjj! I nie dla każdego! Wiecie czym to grozi?
I powinna rodzić dzieci. Dzieci są dobre i potrzebne... w książkach też.
I powinna mieć psa. A i wstawić kilka przepisów na dania wegetariańskie, bo przecież o mięsarianach teraz już nikt nie pisze, oni są „be”.
A mojej książce grasuje demon, kot antykoncepcyjny, świrnięta staruszka z folią aluminiową na głowie, sześć kociaków i demoniczny kochanek ( ale tu uprzejmie donoszę, że nie jest jakiś za bardzo wyuzdany - choć rzeczywiście jest demoniczny). Dodatkowym atutem ( powieści, nie kochanka) powinna być podręcznikowo bezpłciowa fabuła. Żadnych łez, wzruszeń, żadnych wielkich wyzwań i ratowania (wszech) świata... Jest co prawda krew, flaki i kaszanka, ale czy to się liczy?
Moja książka pewnie niedługo powędruje do wydawcy... Ciekawe co on powie, a wy, jeżeli mogę prosić TRZYMAJCIE KCIUKI!

Lekcja martwej mowy...


Książek Pawła Jaszczuka jeszcze nie czytałam, co dziwne, bo po pierwsze wydajemy w tym samym wydawnictwie, po drugie lubię takie "ciężkie" klimaty.

Zresztą z tego co o nim piszą -pisze świetnie. Na dodatek nagrodzony został w 2005 roku ,  na II Festiwalu Kryminału w Krakowie nagrodą Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej książki kryminalnej lub sensacyjnej wydanej w 2004 roku – za powieść Foresta Umbra

Czy to ma dla mnie znaczenie? Jasne, że ma choćby dlatego muszę coś  przeczytać i zobaczyć jak pisze.

Lubię czytać dobrych autorów bo to rozwija literacko, czytelniczo i pisarsko!

O samej książce mówi się, że zagadkę ma zagmatwaną, że to i coś o Lwowie i o 1968, że to polityczna i sensacyjna fabuła kryminalna.... Poczytamy, zobaczymy, ale już się cieszę na przyjemność!

piątek, 2 marca 2018

Niedouki, kucharki i takie inne...

Jutro Międzynarodowy Dzień Pisarza, więc, żeby w jutrzejszym zalewie życzeń nie zniknąć postanowiłam złożyć życzenia już dziś i nagle zdałam sobie sprawę, że nie wiem komu mam je składać.

Pisarz pisarzowi nie równy i nie każdy pisarz to naprawdę pisarz. Czyli należałoby się zastanowić kto tym pisarzem jest. Bo po co życzenia w pustkę słać?

Oczywiście zaraz wyjdzie proste stwierdzenie, że pisarz to ktoś, kto pisze książki. Widzieliście instrukcję obsługi pierwszej lepszej pralki? 360 stron maczkiem... I tu ktoś powie NIE POZWALAM i nie będzie miał racji! 

Czytaliście te cudne zdania wielokrotnie i bez sensu złożone w stylu „gdy on zadusić klawisza B łatwy wylew zlewu do otwór gębowy ściany? Albo „przypiąć gniazdka zawierającego bolec łatwy dostęp i otwarty czynnikiem wtórnym biegu”? Toż to kryminał czystej wody, a może i nawet pościeli. To poezja!

A taki poeta, co wydał książkę to pisarzem jest, czy może jednak nie, bo skoro jest poetą, to mu wystarczy? Przecież nie można tak podwójnie... Nikt mu na to nie pozwoli. W końcu w życiu proza nie jest niczym fajnym, ale w literaturze to dobro najwyższe. Proza, nie życie.

Wróćmy jednak do bycia pisarzem...

Czy ten pisarski „aspirant” książkę musi wydać żeby zostać pisarzem, czy wystarczy, że ją napisze? Bo to przecież nie zawsze to samo. No i czy liczy się wydawnictwo? Już kiedyś o tym pisałam. Niektórzy uważają, że pisarzem jest tylko ten, kto nigdy, przenigdy nie dołożył grosza do wydania swojej powieści, co prawda skreślają wówczas kilka znanych ( i uznanych) osobistości świata literackiego, ale w skreślaniu jesteśmy piekielnie zacięci, więc nikomu to nie przeszkadza. 

W oczach niektórych, jeżeli ktoś wydał powieść za własne pieniądze to przekreślił się już na zawsze i może sto książek wydać w renomowanych wydawnictwach, a i tak nic mu to nie pomoże.
- No co ty? Czytasz go/ją?
- Przecież zaczynała za własne pieniądze!
( określenie „własne pieniądze” brzmi tu mocno negatywnie i nawet „kradzione pieniądze” w tym układzie wyglądają dużo lepiej)

Są tacy, którzy idą dalej. Otóż wydanie książki w renomowanym wydawnictwie pisarzem nikogo nie czyni, jeżeli książka jest kiepska. Słyszałam takie teksty...
- Ona uważa się za pisarkę? Co za czasy!
- No, ale wydała dziesięć powieści!
- Dziesięć powieści? Też mi coś? To gnioty! I kto to czyta?

Niby to czytelnik powinien decydować co mu się podoba, a co nie, ale nikt nie ma zamiaru mu na to pozwolić. Toż to byłaby anarchia.
- Ona sprzedała miliony egzemplarzy!
- To nawet nie są gnioty, to się nie liczy!
- Ludzie ją kochają!
- Jacy ludzie? Jacy ludzie... To niedouki, kucharki i inne takie...

Czyli nie wystarczy napisać, nie wystarczy wydać, nie wystarczy mieć czytelników i gigantyczną sprzedaż, trzeba jeszcze... zostać uznanym za pisarza, ale przez kogo? Kto ma tę moc sprawczą? Jak widać, nie mogą to być „ niedouki, kucharki i inne takie”. ( ja co prawda kwalifikuję się do „takie inne”, ale jednak się kwalifikuję), więc oceniać mi nie wolno.

Wkrótce sytuacja może się jednak zmienić.

Otóż podobno niedawno przy jednym ze znanych uniwersytetów powołano do życia wydział „Gniotologii stosowanej”, który będzie kształcił zawodowych gniotologów, będą wydawać opinie „gniototwórcze” i będą decydować, o byciu pisarzem, a wszelkie podszywanie się lub jakaś pisarska samowolka karana będzie wykreśleniem z planów wydawniczych na co najmniej pięć lat.
Jak znam życie, na pewno się przyjmie.

Ja jednak chyba znalazłam złoty środek! Wszystkiego najlepszego dla każdego, kto uważa się za pisarza! 
Mnie taka rekomendacja wystarczy.