wtorek, 16 stycznia 2018

Święto piekielnych papryczek.

Dziś święto nietypowe „Dzień ostrych przypraw” opowiem więc coś na temat mojej do nich miłości zresztą wzajemnej.

Kocham ostrą paprykę wszelkiego rodzaju, zajadam się takimi piekielnikami jak „scotch bonnet”, mimo iż potem drętwieje mi pół twarzy i nos, rano pogryzam jalapeno, a piri piri, czy papryczki chili goszczą na moim stole codziennie, a czasami i trzy razy dziennie, bo jadam je nawet na słodko czyli na kanapkach z truskawkami.

Niektóre są tak piekielne, że właściciele upartych i leniwych osłów (czego dowiedziałam się na Sardynii) żeby zmusić te biedne zwierzęta do biegu wtykają je im w odbyt co powoduje taki ból, że zwierzaki potrafią osiągnąć prędkość światła.

Kiedyś, a było to dobre kilka lat temu, przyrządziłam sobie sałatkę z truskawek i chili... nie, nie ze śmietaną, a z octem balsamicznym i oliwą. Określenie „piekielnie” pyszna nie będzie tu w żadnym razie przesadą. Niestety nie wzięłam wtedy pod uwagę mojej cudownej zdolności do ściągania na siebie kłopotów.

Usłyszałam pukanie i w drzwiach stanęła koleżanka ze swoim synem. Nie powiem, że byłam zachwycona, ale gość w dom... i tak dalej. Poza tym koleżanka była winna mi, bagatela, 150 złotych, więc sądziłam, że przyszła je oddać. Zrobiłam kawę, podałam ciasteczka.

Jej dzieciak jak zawsze był ponadto. Marudził, że on chce na podwórko, że nudzi się, że... bla, bla, bla.

Matka uroczo i po „luzacku” kazała mu iść do komputera. Mojego komputera.... Zdrętwiałam, ale co miałam robić? Asertywność nie jest moją mocna stroną. Siedziałyśmy przy kawie może z dziesięć minut gadając o głupotach, kiedy z kuchni... TAK z kuchni, choć tam nie ma komputera, dobiegł nas wrzask.

Nie wiedziałam co dzieciak robił w MOJEJ kuchni, ale wkrótce zrozumiałam. 

Lubicie znajomych, którzy czują się u was tak swobodnie, że myszkują po szafach i wyjadają frykasy z lodówki? Ja NIENAWIDZĘ, no chyba, że to przyjaciele i chyba, że im pozwolę. Pełne złych przeczuć wpadłyśmy do kuchni.

Dzieciak był cały umazany na czerwono, pluł, zwracał, wyglądał jakby właśnie zagryzł któregoś z sąsiadów. Zorientowałam się, że WYJĄŁ z lodówki i zachłannie pożarł moja sałatkę! Fakt, całej nie dał rady, ale i tak się zmarnowała bo jadł z salaterki.

Wył, piszczał, krzyczał jakby ktoś go mordował i wskazywał paluchem na sałatkę. Jego mama, żeby nie powiedzieć „mamunia” spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem. Spróbowała mojej sałatki.
- Jak możesz takie rzeczy trzymać w kuchni? – warknęła widząc moje zdziwienie po czym zagroziła mi policją oraz sanepidem.

Wybiegła ciągnąc jak pakunek po schodach wrzeszczącego dzieciaka i tyle ją widziałam. 

Nigdy niestety nie zobaczyłam już moich 150 złotych. Od znajomych dowiedziałam się za to, że nie jestem normalna ( też mi nowina), że jestem bez serca ( jasne, jasne) i że dodaję do potraw rozpuszczalnik oraz sodę kaustyczną ( tu mnie załatwiła na cacy)!

Mimo to nadal jadam ostre papryczki, bo co by nie mówić... „papryczka jest dobra na wszystko”, na fałszywych przyjaciół też.

2 komentarze:

  1. Skąd się tacy ludzie biorą??? U mnie przez lata pilnował pies. Pozwalał ludziom usiąść na kanapie, ale już ruszyć się z niej nie mogli. W ten sposób straciłam kilkoro znajomych, ale jakoś nie odczułam ich braku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, taki pies bardzo by mi się przydał :) Na pewno byłby lepszy i bardziej kochany od wielu znajomych, a co do ludzi... No cóż, kultura... To coś co się wynosi z domu :)

      Usuń