piątek, 19 stycznia 2018

Poloneza czas... Co ja gadam? Romansidło czas zacząć!


Pamiętacie książki zwane "harlekinami"? Nie wiem czy teraz jeszcze się je wydaje, ale kiedyś było ich zatrzęsienie, w każdym kiosku stały ich całe szeregi i można je było kupić za bardzo niewielkie pieniądze. Czerwone okładki oznaczały, że są erotyczne ( no bez przesady), białe, że kwitnie w nich niewinna miłość, niebieskie, że „lekarskie”... były chyba jeszcze harlekiny „paranormal”, ale nie jestem całkiem pewna.

Zewsząd sypią się gromy na ludzi czytających romansidła ( tak, ludzi – kobieta podobno też człowiek), ale ja mam na ten temat odrębne zdanie. To znaczy na temat romansideł nie kobiet ( co to to nie!), ale oczywiście wcale nie muszę mieć racji... 

Po pierwsze (nie, nie primo) warto czytać, a jeżeli ktoś czyta romanse i romansidła, to jednak czyta. Po piątym, dziesiątym, setnym romansie przyzwyczajony nieco do tego czytania sięgnie po coś poważniejszego, może bardziej wartościowego... Zresztą czy wszyscy muszą czytać Prousta? No i wiadomo - romansidła nie zawierają laktozy, GMO i konserwantów.

Po drugie ( też nie primo) jako językowiec zauważyłam, że harlekiny czytane w obcym języku genialnie wręcz pomagają w nauce, ale uwaga, właśnie harlekiny - nie powieści... nie bajki, nie kryminały... Dlaczego? Bo język romansideł to na ogół jedynie westchnienia i trochę czasowników „kochać”, „pożądać” ewentualnie „nienawidzić” odmienianych przez wszystkie czasy i tryby z użyciem wszelkich innych paskudnie i depresyjnie brzmiących form takich jak imiesłów czynny, czy strona bierna. Poza tym można je czytać bez słownika. Są po prostu łatwe.

Te książeczki tak genialnie automatyzują wiedzę gramatyczną, że po dwóch, góra trzech, harlekinach uczeń, który dotąd miał blokadę i nie umiał sklecić zdania, albo zajmowało mu to sześć godzin, będzie mówił niemalże płynnie, choć czasami nie na temat.

Ja sama wiele harlekinom zawdzięczam....

Przeczytałam kiedyś trzy harlekiny po francusku dla sprawdzenia czy się nadają dla uczniów ( byłam wówczas nauczycielką języka), po czym stwierdziłam, że jeżeli ludzie, którzy to piszą zarabiają na tym pieniądze, to ja zrobię to o wiele lepiej ( w domyśle miałam też dużo zarabiać, ale ta część pomysłu jakoś się nie sprawdziła).

Zaczęłam więc pisać romans. 

Nie wzięłam pod uwagę mojej mało lub w ogóle nieromantycznej natury. Łzy i drżenia mnie niestety rozśmieszają, zaklęcia miłosne denerwują, porywy serc wkurzają. I jak z tym do romansu? Co tylko zabierałam się do napisania jakiejkolwiek „uduchowionej” sceny moja natura dostawała szału i na ekranie pojawiały się zupełnie inne zdania niż planowałam...

Zamiast pocałunków opisywałam jakieś karkołomne wypadki z użyciem tasaka, zamiast wyznań miłosnych pojawiały się trochę niecenzuralne przepychanki słowne, a zamiast bzów i łez, wrzaski w ostach, albo krzakach tarniny...

Nie powiem, były z sensem, ale skrajnie mało romantyczne.

Koleżanka przeczytała pierwszy rozdział mojego wiekopomnego dzieła i popłakała się ze śmiechu.

Już miałam ją znienawidzić ( oczywiście w tajemnicy ) kiedy powiedziała:
- Ty słuchaj, romans to, to żaden, ale świetnie się czyta!
I tak powstała komedia, odrobinę romantyczna i ciut kryminalna „Szczęśliwy pech”, która zdobyła pierwsze miejsce w konkursie wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Jak widać harlekiny mi nie zaszkodziły, choć pewnie znajdzie się ktoś, kto powie, że zaszkodziły i to bardzo - na głowę, ale hejterom... tak jak „parówkowym skrytożercom” mówię zdecydowanie NIE!

Czyli co? Poloneza czas... Co ja gadam, może romansidło czas zacząć? Jestem prawie pewna, że jak zacznę teraz pisać romans to uzyskam thriller na pograniczu horroru z seryjnym generatorem zwłok w roli panny młodej z siekierą...

Chyba jednak zrezygnuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz