środa, 31 stycznia 2018

Afryka jakiej już nie ma...


Halina Kalejta-Petrykowska

MOJA AFRYKA

Wydawnictwo SORUS

Albert Schweitzer był teologiem, filozofem, organistą, muzykologiem, luterańskim duchownym i lekarzem. Był człowiekiem, który przekształcił modlitwę w ciężką pracę, lekarzem, który porzucił wygodną i zamożną cywilizację by nieść pomoc medyczną afrykańskiej ludności Gabonu. W mieście Lambaréné stworzył z własnych i pozyskanych przez siebie, na ten cel funduszy szpital, który istnieje do dzisiaj.
„Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć” napisał w swojej książce „Moje życie” Był to jego program etyczny nawołujący do ratowania życia i łagodzenia cierpienia. Uważał też, że Europa jest zobowiązana pomagać mieszkańcom dawnych kolonii i ma to być zadośćuczynienie za cierpienia, które spowodował biały człowiek.

W swoim szpitalu zatrudniał wielu lekarzy z wielu krajów. W roku 1986, a więc kiedy w Polsce kwitł jeszcze PRL, autorka książki „Moja Afryka” polska kardiolog, Halina Kalejta-Petrykowska. Zdecydowała się dołączyć do grupy lekarzy pracujących w szpitalu Schweitzera. Miała tam pracować z mężem przez dwa lata, zostali oboje na sześć zafascynowani miejscem, ludźmi i niezwykle wymagającą pracą.

Książka Moja Afryka to bardzo osobiste spojrzenie na Afrykę, której już nie ma. I nie chodzi o Afrykę jako o kontynent podziałów, wojen i chorób, ale o Afrykę jako kulturę plemion i ludzi, o tradycje i wierzenia, które przemijają. Oczami Haliny Kalejty-Petrykowskiej patrzymy przecież na Gabon lat osiemdziesiątych, ale jest to spojrzenie człowieka, kobiety i lekarza. Każde inne i każde fascynujące.

Ta książka to piękna, pozbawiona niepotrzebnych ocen i czarno białego wartościowania, nomen omen w stosunku do ludzi, ale i w stosunku do zdarzeń.

Na okładce książki czytamy zdanie o tej opowieści, które chwyciło mnie za serce „Jest w niej mądrość, pokora i Afryka”. I to jest ważne, bo bez pokory i mądrości nie da się pokonać uprzedzeń i odnaleźć się w świecie tak odmiennym od naszego, w którym uratowanie komuś życia czyni cię automatycznie odpowiedzialnym za tego człowiek. Owszem, u nas też tak się mówi, ale jedynie mówi, tam, po uratowaniu komuś życia musisz łożyć na jego utrzymanie, bo stajesz się jego matką.

To też kraj zadziwiającej swobody seksualnej, gdzie panna z dzieckiem to nie przekleństwo a chluba i dostatek dla rodziny, gdzie domeną mężczyzn pozbawionych dobrodziejstw polowania stało się trwanie. Codzienne, śpiąco drzemiące trwanie w starym fotelu i gdzie Europa znajduje rynki zbytu na wszelkie śmieci, których nie może sprzedać na własnym terytorium, jak choćby czerwone wino … w proszku.

Cieniutka książeczka ( 122 strony) na jeden czytelniczy haust, świetnie napisana, może lekko już przebrzmiała, wszak świat się zmienia, lata lecą i Gabon też już nie jest taki sam jak trzydzieści lat temu, ale książka jest niesamowicie smakowita, obfituje w anegdoty, opowieści o zwyczajach rożnych grup etnicznych, jest bogata w opowieści o czarownikach i szarlatanach i o fascynującej mentalności ludzi, z którymi przyszło jej żyć i pracować.

Książka zaopatrzona jest także w ciekawe zdjęcia z okresu pracy autorki na czarnym kontynencie. To o czym pisze Halina Kalejta-Petrykowska nie dotyczy jedynie pracy i tematów około medycznych, autorka opowiada o ludziach, podróżach, kuchni i tysiącu drobnych spraw, które czynią życie życiem.

wtorek, 30 stycznia 2018

Im większa awantura tym lepiej?

Ostatnio byłam w małej, super klimatycznej knajpce, czymś co jednocześnie pełni funkcję kawiarni i restauracji. Knajpka, posiadająca mnóstwo odseparowanych od siebie, mniej lub bardziej, saloników doskonale nadawała się dla grup i grupek, tak, że każdy mógł pogadać, bez przeszkadzania innym gościom. 

I wyobraźcie sobie teraz, że siedzicie w takiej salce zagadani, uśmiechnięci, szczęśliwi, a tu nagle wchodzi zakapturzony facet, albo lalunia z maską na pyszczku i robi kupę na środku dywanu, a potem pluje wszystkim do kawy...

Niemożliwe? Z pewnością skończyłoby się to co najmniej lekkim uszkodzeniem fizjonomii delikwenta.

Coś wam to przypomina? Mnie to przypomina … Facebooka! Jego wirtualna przestrzeń podzielona jest na grupy i grupki. Tajne, zamknięte, dobrowolne, do których wpisuje się kogo popadnie bez wiedzy i zgody, na towarzystwa wzajemnej adoracji i kółka tematyczne... I jest miło. 

Tu młode matki udowadniają sobie, która lepsza i której dziecko nie ma urodzin, a wydobyciny, tam ktoś linczuje jakiegoś płaskoziemcę, jeszcze gdzieś indziej ludzie z rozkoszą pochylają się nad wadami i zaletami soku z surowych ziemniaków, jako antidotum na zdradę małżeńską, i nagle wchodzi ktoś...
Tak, troll, powiedzmy sobie otwarcie. Troll! 

Nie wiadomo jak wygląda, bo zamiast zdjęcia ma kotka, myszkę, pieseczka, zamiast nazwiska ciąg znaków, często bez jakiegokolwiek sensu, ale za to ma wiele do powiedzenia.

Zastanawiałam się nad tym zjawiskiem po wczorajszej goownoburzy na jednej z grup, bo o ile nie lubię tęczowego towarzystwa wzajemnej adoracji, picia z dzióbków i serduszkowych „achów, ochów” to nie znoszę też tej drugiej skrajności. I tak zdałam sobie sprawę, że trolli można jakoś podzielić na kategorie. Istnieje na przykład taki gatunek jak troll osobisty. Łazi za jedną osobą i gdzie tylko się da kontestuje wszystko co ta osoba powie. Czasami zmienia się w osobistego trolla piętrowego, wtedy kontestuje wszystkich w danej konwersacji. A... zapomniałam, taki torll, nie rozumie trudnych słów, takich jak kontestować, czy konwersacja... bo zazwyczaj ma jedenaście lat i lubi się bawić internetem, kiedy rodziców nie ma w domu. 

Jest też taki gatunek jak troll ideologiczny. Ten opluwa dla przyjemności. Zupełnie inaczej sprawa ma się z trollem fetyszystą, on działa dla idei. Własnych, ale jednak wielkich. Istnieje także gatunek trolla trefnisia. Ten wstawia gdzie popadnie memy lub posty „od czapy”. Na przykład w grupie poetyckiej wstawia reklamę środka na zatwardzenie. A ile ma przy tym radochy?!

Zaraz wszyscy się spinają. Zaczynają mu tłumaczyć, że kolego, hmmm.... to jakby nie tu! Problemy jelitowe, to grupa obok. On dokłada lewoskrętną witaminę F16. Ludzie spinają się jeszcze bardziej. Proszą, żeby przestał. On natychmiast wali w nich lakierem do podłóg, hybrydowym oczywiście.
Awantura przecudna. 

Troll z zasady pisze nieortograficznie, bo, co oczywiste, lubi szokować, kocha wyzwiska, ale nade wszystko dba o swoje dobre imię. On nie pozwoli się obrażać! O co to to nie! Zastosuje obrażanie wyprzedzające i... naprawdę dobrze się bawi.

Im większa awantura tym lepiej! Wpada na grupę kulinarną i oświadcza, że mięsożercy to mordercy, w chwilę potem jest u wegan z oświadczeniem, że porządny Polak trawy nie żre, u pisarzy oświadczy, że wszystkie ich książki wydane zostały po znajomości, bo to „szajs i dreck” w czystej formie, a u matek karmiących oburzy się na cycki, które wywalają bez potrzeby przy ludziach.

Czy da się go jakoś spacyfikować? Nie łudźmy się! To nie jest możliwe. Troll ma wiele, czasami bardzo wiele, kont i ogromną przyjemność z tej zabawy, szczególnie wtedy kiedy innym puszczają nerwy.
Co więc robić?

Nie karmić trolla, olać, to dla niego największa kara. Nie widząc odpowiedzi na swoje prowokacje szybko umrze z głodu i pójdzie szukać żeru gdzieś indziej, a poza tym, na litość, nie dołączajcie do grup na siłę kogo się da! Po co? Im więcej tym lepiej? Wcale nie!
Trolle lubią tłok!
I na litość, nie dokarmiajmy bestii, bo nas rozszarpią!

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Biografia na cztery ręce i wojnę w tle.

ULA RYCIAK

Artur i Nela koncert intymny Rubinsteinów


Wydawnictwo AGORA


"Artur i Nela koncert intymny Rubinsteinów" to z wielu względów dość nietypowa biografia. Po pierwsze ze względu na to, że opowiada o życiu dwóch osób, które nie zawsze były przecież razem, i z których każda miała swoją skomplikowaną osobowość i szaloną pasję.

Drugim nietypowym elementem jest narracja. Nie jest to rutynowy, często spotykany w biografiach suchy styl dokumentalny okraszony anegdotkami, ani czasami stosowany styl reportażowy. Ta książka napisana jest tęsknotą i poezją. Czasami opowiada o nim, czasami o niej, a czasami po prostu o nich obojgu. Często przywołuje okres sprzed zawieruchy pierwszej wojny światowej, rodzinną posiadłość, uwielbianego ojca Emila Młynarskiego i zaradną matkę. 

I muzykę, przede wszystkim muzykę, która snuje się pomiędzy słowami, jak poranna mgła.

Są też opowieści o kuchni, niezaprzeczalnej miłości Neli i Artura.On uwielbiał jeść ona kochała gotować

Autorka tej biografii na „cztery ręce i wojnę w tle” zaczyna swoją opowieść niejako od końca. Nelę, starszą już panią, spotykamy w Wenecji dokąd pojechała jesienią 83 roku. Nie minął jeszcze rok od śmierci męża, którego kochała, i z którym przeżyła prawie pięćdziesiąt lat.

Dlaczego wybrała Wenecję? Może po to, żeby poczuć jeszcze raz to co kiedyś tu z nim przeżyła kiedy był jeszcze jej narzeczonym? A może po to, żeby popatrzeć na swoje życie i swoja miłość innymi, wolnymi od zauroczenia oczyma?

Artur odszedł na zawsze, ale jego śmierć to nie było pierwsze rozstanie. Może ostateczne, ostatnie, ale nie pierwsze. Kilka lat wcześniej mąż porzucił ją dla młodszej kobiety. Banalne? Może... Porzucił ją dla swojej asystentki młodszej od niego o pięćdziesiąt osiem lat przekreślając całe ich życie i wszystko co Nela dla niego zrobiła.

Dopiero wówczas uświadomiono jej, że była ślepa i naiwna, że mogła inaczej ułożyć sobie życie.

Że jej oddanie odbierał jako oczywistość...

Nela kochała męża i wciąż obawiała się otaczających go wielbicielek. Jeździła, nawet zaniedbując dzieci, na wielomiesięczne tournée, była na każdym koncercie, a w międzyczasie ze skrawków czasu i przestrzeni budowała namiastkę domu dla niego i ich czworga dzieci.

W jej domu bywali wielcy tego świata, najwięksi z wielkich. I o tym też przeczytamy w tej biografii. Ten aspekt książki jest wręcz niesamowicie fascynujący bo w sposób anegdotyczny i niewymuszony opowiada o karierach i życiu miłosnym „crème de la crème ” ówczesnego świata kultury.

Rubinstein skrajnie skupiony na sobie i swojej karierze wymagał od żony bardzo wiele, a ona dla świętego spokoju godziła się na wszystko płacąc za to ogromną cenę.

„Dlaczego nie potrafiła mu się przeciwstawić? Gdy pytały ją o to dorastające dzieci, machała ręką. Nie rozumiały. Nie wszystko jest grą o honor. Istnieje cena chwilowego spokoju. Czasem przepłacasz bo nie masz siły inaczej.” (s.31)

Była naiwna, wierzyła, że mąż jej nie zdradza, to było dla niej bardzo ważne, ale on był zachłanny na życie i na kobiety.


Bywał okrutny i bezwzględny jak choćby wtedy, kiedy odchodząc do Anabelli powiedział, że tylko na nią, właśnie na tę młodszą o pięćdziesiąt osiem lat kobietę czekał przez całe życie. Nela już przestała się liczyć.

Był egoistą, ale był także geniuszem, pianistą, dla którego po brzegi wypełniały się sale koncertowe, a aplauz grzmiał jak salwy armatnie.

Opowieść snuje się pomiędzy Warszawą a Moskwą, Paryżem, Nowym Jorkiem Wenecją i Rio de Janeiro.

Pięknie opowiada o miłości i poświęceniu, o wojnie i muzyce, o kulturze...

Książka doskonale napisana, choć trzeba przeczytać kilka stron zanim wejdzie się w ten specyficznie poetycki ton narracji. Świetna.

niedziela, 28 stycznia 2018

Fakty owszem są, ale emocje... nie przekonują mnie!

O Karin Stanek wiele słyszałam i słuchałam też jej samej, ona szalała na scenie i uwodziła energią swoich występów, a ja grzeczna nastolatka uczyłam się dopiero grać na gitarze, ale Karin to nie były moje klimaty, ja ciążyłam bardziej ku poezji śpiewanej.

Zresztą piosenkarki nie było dużo w radiu czy w telewizji, a mimo to, gdzieś tam przebijała się swoim kolorowym szaleństwem przez szarość PRL-u.

Tak więc fakt, iż sięgnęłam po jej biografię nie powinien dziwić. Po prostu chciałam się czegoś o niej dowiedzieć, a mitów i plotek krążyło na jej temat bardzo wiele. Mówiono, że była cała wytatuowana, twierdzono, że skończyła szkolę specjalną, albo, że uciekła z poprawczaka...
Ciekawe nieprawdaż?

Książka, o której chcę napisać jest trochę biografią, a trochę autobiografią. Jej przynależność gatunkowa jest więc nieco niepewna, ale tu umownie będę nazywać ją „biografią”, choć większość tekstu wyszła spod pióra samej piosenkarki, to jednak wyboru i pewnego opracowania dokonała Anna Kryszkiewicz wieloletnia przyjaciółka tej ostatniej.

Anna Kryszkiewicz opatrzyła też książkę swoimi komentarzami, które, trzeba przyznać wiele wyjaśniają szczególnie osobom z PRL-em i jego realiami niezbyt zaznajomionym.
Kariera Karin ( bo to było jej prawdziwe, choć na owe czasy dość dziwne imię) zaczęła się wystrzałowo, a potem jakoś zgasła. „Jimmy Joe”, „Chłopiec z gitarą”, „Malowana lala” zostały w pamięci słuchaczy na długo po tym jak zniknęła ze sceny i z anten radiowych.

Jej biografia jednak....
No cóż, namiętnie czytam non fiction, biografie kocham, ale od biografii wymagam rzetelności w faktach i emocjach. Fakty owszem są, ale emocje...
Emocje to jeden wielki nieutulony żal o wszystko podlany sosem z własnego geniuszu... ( lekko niestrawna potrawa) Ten zły, tamten wrednym, a ten niedobry
O ile początek książki był ciekawy i wielce obiecujący to dalej już było gorzej.
Przez połowę książki piosenkarka bowiem wylewa żale na wszystko i wszystkich. Żali się na to, że nie ma jednej życzliwej osoby, że nie ma nikogo, kto by jej kłód pod nogi nie rzucał, nie niszczył i nie glebił.

I tu UWAGA, nie twierdzę, że nie mogło to być prawdą! Wszyscy wiemy jak to w PRL-u bywało, i jakie okrutne bywa to środowisko, ale... Forma!
Ta forma jak z pamiętnika zdradzonej, sentymentalnej, wręcz płaczliwej nastolatki naprawdę mi przeszkadza!

Dobrze, rozumiem, że ktoś ją skrzywdził, wielu ludzie skrzywdzono, a umieli zachować dystans, kiedy o tym opowiadali. 

Wiem, Karin była wielka. Trzeba o tym napisać. Wiem. Miała szereg kłopotów i o tym też trzeba napisać, ale w trochę bardziej obiektywnej formie, bo w tej formie książka jest, laurką, panegirykiem na temat biednej i nieszczęśliwej gwiazdy, zniszczonej i stłamszonej przez układy, która zawsze i wszędzie była najlepsza i dokonywała wspaniałych życiowych wyborów, za to inni...
Zresztą, może i tak było, tylko znów... Forma! Napisać to samo w trochę bardziej obiektywnej formie i byłoby całkiem dobrze.
Biografie powinny być bardziej obiektywne, nawet jeżeli w połowie składają się z autobiograficznych wpisów.
Czy polecam? W sumie tak. O Karin Stanek wie się mało, a szkoda. Warto przeczytać, żeby się czegoś o niej dowiedzieć.

sobota, 27 stycznia 2018

Kultura dla ramoli?

Mieszkam w niewielkim miasteczku, które się zaraz na mnie obrazi i łypnie na mnie krzywo jakąś ulicą, prychnie niezadowolone rynkiem, albo podstawi „nogę” kostką brukową, ale je uwielbiam.

Niestety jako, że nie mam pewnych atrybutów koniecznych, jak niektórzy twierdzą, do szczęścia ( spokojnie, cycki mam, brakuje mi samochodu i prawa jazdy) to jestem na to miasteczko skazana. Niestety o ile „nigdy deszcz nie pada ponoć w Kalifornii” jak ktoś śpiewał, to w moim miasteczku pada. Czasami, ale jednak. I co z tego? 

To z tego, że kiedy pada, a czasami kiedy nie pada też, człowiek chciałby gdzieś wyjść - zupełnie niezależnie od wieku. To taka ludzka przypadłość. Czasami chce się do piaskownicy, czasami do kawiarni, czasami do teatru, przy czym ( zgadzam się), że wiek ma tu duże znaczenie, ale czy zawsze powinien?

Otóż byłam ostatnio na pewnym spotkaniu (i to naprawdę ciekawym) z rodzaju „kultura wyższa”. Było rozpropagowane przez lokalną telewizję, pisma, gazety i internety. Odbywało się w teatrze ( tak, tak mamy teatr) i żeby nie było, wstęp był wolny. 

Teatr może nie pękał w szwach, ale trochę ludzi przyszło. Rozejrzałam się po sali i dziwnie mi się zrobiło. Osób przed czterdziestką było może ze cztery, góra pięć. Wiek reszty plasował się w przedziale znacznie powyżej, albo nawet w kategorii „o Boże, to ona jeszcze żyje???”, w której i ja wygodnie się plasuję, ale nie o wiek tu chodzi, a o pewną zależność...

Czyżby młodzi ludzie nie garnęli się do kultury? A może nikt ich z nią nie oswoił?

Wracając z tego spotkania przypomniałam sobie inne wydarzenia kulturalne w miasteczku takie z gatunku „święto budyniu truskawkowego” i stwierdziłam, że nie mam racji. 
Na koncertach disco polo tłum prawie zadeptał sześć osób... Z drugiej strony występ zespołu śpiewającego pieśni wszelakie, ale raczej mało współczesne, zachwycił sześć emerytek i cztery pieski rasy York.

Kawiarenek i knajpek niby u nas jest pod dostatkiem, ale jeżeli ma się ciut ponad lat dziewiętnaście lepiej do nich nie wchodzić, bo „młode człowieki” patrzą na ciebie jak na okaz flory bakteryjnej jelit, który może spowodować przyspieszone kiśniecie piwa.
Ja zresztą doskonale rozumiem, że jedzenie hamburgera pod czujnym wzrokiem prababci nauczycielki od fizyki może nie być przyjemne. Zaraz człowiekowi przed oczami stają wzory na czas, prędkość i drogę do zawodu kopacza dołów.

I tak sobie myślę, że nie tylko społeczeństwo nam się rozwarstwiło, ale i kultura.
Knajpy i koncerty dla bardzo młodych, kultura wyższa dla ramoli, a po środku... Pustynia!

Wiem, rozumiem, że ten „średni wiek” nie mylić z „wiekiem średnim” to okres walki z pieluchami i kredytami. To czas „korposzczurostwa” i zarabiania, wycieczek do co modniejszych „destination” i kupowania koniecznych „must haveów”, ale na litość...

Kultura jest ważna! Nie róbmy z niej domeny zramolałych pradziadków. W mieście są licea i szkoły wyższe, kogoś kształcą, a może tylko edukują?

Jak to się stało, że wszystko teraz takie "albo, albo"? I niby każdy ma coś dla siebie, młodzież zwietrzałe piwo i burgery, a ramol słynnych artystów i pisarzy. 
Problem w tym, że mnie czasem nachodzi też ochota na piwo i hamburgera...

Wierzę, że istnieje coś pomiędzy disco polo, a pieśniami pradziadków. Wierzę, że babcia nie dostanie zawału od disco polo, a nastolatek od spotkania literackiego.
I tego zamierzam się trzymać.

piątek, 26 stycznia 2018

O "Roju" w roju - spotkanie DKK

Wczorajsze spotkanie DKK w Bolesławcu w odbyło się w przepiękniej "Piwnicy Paryskiej" przy herbatkach, herbacie paryskiej, koktajlu "uśmiech barmana" i muzyce.
 

Spotkanie poświęcone było książce „Rój” autorstwa Laline Paull. Piękne wnętrza, wspaniałe dyskutantki. Ciekawa rozmowa.

Lubię te spotkania, choć nie zawsze mogę w nich uczestniczyć. Lubię bo inteligenta rozmowa o książkach gdzie indziej niż w tym kręgu zdarza się coraz rzadziej. Są też tematy około książkowe. Ciekawostki, które przygotowują uczestniczące w spotkaniu panie.
Drobne cudeńka. Tym razem to był cudny miodek w cudnych słoiczkach.
I było wszystko na temat pszczół.

O tym ile czasu trzeba by pszczoła zebrała kroplę nektaru. Jak daleko lata, jaki teren oblatuje.
Ile czasu pozostanie ludzkości po tym jak wyginą pszczoły i o tym, że w Chinach już dziś ludzie muszą zapytać kwiaty na drzewach, bo pszczoły giną...
Poniżej moja króciutka recenzja książki umieszczona także na jednym z portali.


PAULL LALINE
„RÓJ"

Można powiedzieć, że jest to opowieść o silnie zhierarchizowanym społeczeństwie pszczół i będzie to prawda, można też powiedzieć, że jest to opowieść o społeczeństwie jako takim i też będzie to prawda bo autorce udało się mimo niecodziennej symboliki tego środowiska oddać to co drąży, dręczy, ale i tworzy społeczność ludzką.
Można powiedzieć, że to jest także po prostu opowieść, o życiu, pracy, miłości, ale i o posłuszeństwie i historii, o konfliktach społecznych i zagrożeniach, o tym, że jednostka, sama w sobie nie jest w stanie przetrwać, bo samo przetrwanie nie ma sensu, sens ma tylko rój. Bo rój to pamięć, to historia, to odpowiedzialność, ale gdyby w tym ostatnim zdaniu słowo „rój” zastąpić słowem „naród”, albo „społeczeństwo” też będzie prawdziwe.

Na okładce napisano, iż jest to „Folwark Zwierzęcy XXI wieku” pozwolę sobie się z tą oceną nie zgodzić, gdyby przyrównać tę książkę do którejkolwiek z powieści Orwella, to jednak byłby to „Rok 1984” w zwierzęcym wydaniu, bo pszczoły, ich myśli, ich zachowania, rozrodczość, wszystkie właściwie czynności wszelkie, najmniejsze nawet tajemnice są kontrolowane przez specjalną pszczelą policję, a połączenie z „umysłem” roju pozwala nie tylko kontrolować i rządzić, ale też i kierować akcjami ratunkowymi w razie zagrożenia.

Indywidualizm w pszczelim roju to bardzo niebezpieczna cecha. Towarzysząc pszczole o imieniu Flora 717 od jej urodzenia przez wszelkie szczeble kariery pracowniczej, bo tak chyba należy to nazwać, poznajemy skomplikowane zależności rządzące tym królestwem, w którym zasadami nadrzędnymi są posłuszeństwo i służba.Ta książka to nie jest bajeczka o miłych pszczółkach. Jest przesyconą przemocą opowieścią o poświęceniu. O głodzie, o pracy, ale i o indywidualnym dążeniu do jakiejś realizacji. 

Napisana przepięknie, pełna mocnych, ciekawych odniesień do ludzkiego świata, oddaje prawdziwie i ten pszczeli, zdążyłam już to sprawdzić. Jest po prostu świetna. Wzruszająca i poruszająca równocześnie, choć w żadnym wypadku nie ckliwa. Czytajcie, świetna lektura. Zaskakująca i bardzo świeża. Polecam


czwartek, 25 stycznia 2018

Niektóre sekretów lepiej nie poznawać - Anna Wójcik



 Recenzentka ANNA WÓJCIK
O moich
"Maskach zła"



Niektóre sekretów lepiej nie poznawać

Iwona Banach w swojej powieści „Maski zła” porusza tematy trudne, ale i intrygujące. Zagląda bohaterom w najgłębsze zakamarki duszy, po to by ukazać to, co w ludziach najstraszniejsze. Lektura jej książki budzi więc pytanie: czy w każdym z nas skrywa się zło?

Akcja dzieje się w małym miasteczku, w którym wszyscy wszystkich znają. W krótkim czasie dochodzi w nim do trzech morderstw na staruszkach. Wydaje się, że zbrodni nie łączy nic, poza szczególnym okrucieństwem. W Zawiszynie wywołuje to nie lada zamieszanie, ludzie są oburzeni i przestraszeni. Jedna opinia łączy jednak wszystkich - „mordercą na pewno nie jest mieszkaniec Zawiszyna”. Dość szybko okazuje się, że śledztwo nie jest takie proste, jak mogło by się wydawać. Wkrótce na jaw wychodzą mroczne sekrety z przeszłości, a raczej ledwie strzępki informacji, z których wyłania się budynek tajemniczego Instytutu i jeszcze bardziej tajemniczej Joanny.

Autorka buduje niezwykły nastrój w powieści. Stopniuje napięcie, nie zdradzając od razu wszystkich informacji. Dozuje je w odpowiednim czasie, dając nam dokładnie tyle, ile potrzeba by z niecierpliwością zaczytywać się w kolejnych stronach książki. Banach doskonale odnajduje się w roli gawędziarza. Może to oczywiście miejscami irytować, bo mogłaby przecież napisać od razu nieco więcej, aby zaspokoić, choć na chwilę, ciekawość czytelnika. Jednak jest to irytacja kontrolowana, bo oderwać się od lektury nie można, a to sprawia, że sfrustrowany czytelnik nie porzuci jej na rzecz innej pozycji.

Na szczególną uwagę zasługuje forma w jakiej książka została napisana. Nie znajdziemy w niej rozdziałów, co może być męczące, jednak dość szybko czytelnik jest w stanie przyzwyczaić się do tempa w powieści. Dzieli się ona zasadniczo na dwie, przeplatające się ze sobą części. W pierwszej czytamy o tym, co dzieje się w czasie teraźniejszym – dowiadujemy się o morderstwach i staramy się razem z policjantami rozwikłać zagadki, jakie skrywają mieszkańcy miasteczka. W drugiej, jeszcze bardziej tajemniczej części, obserwujemy historię dziewczyny, którą wychowuje babcia. Nie jest to jednak zwyczajna relacja. Również odmienny jest sposób prowadzenia narracji. Banach opisuje nam dokładnie, co dzieje się we wnętrzu dziewczyny. Dosłownie siedzimy w jej głowie – widzimy nie tylko jej myśli, ale i różne oblicza, które autorka nazwała odpowiednimi imionami lub przezwiskami.

„Maski zła” kryją w sobie mrok ludzkiej duszy wpisany w historie różnych postaci. Jedną z nich jest Paulina, miejscowa dziennikarka, która szuka tematu, dzięki któremu będzie mogła wybić się do elity dziennikarskiego świata. Myślę, że autorka nieco ją przerysowała, ale jest to raczej plusem niż minusem. W powieści nie brakuje innych, równie barwnych postaci. Banach doskonale wykreowała mroczny klimat małej miejscowości, w której wszyscy coś wiedzą, ale nikt nie chce mówić. Zbrodnie sprzed lat, wątek niepełnosprawnych dzieci i morderstwa w czasie teraźniejszym – tutaj wszystko sprawnie się ze sobą przeplata. Tajemnice oparte są na tajemnicach. Historia ma warstwy, zupełnie jak cebula. Musimy kolejno je obierać, aby dostać się do środka i poznać finał i sedno całej historii.

Podsumowując, Iwona Banach stworzyła książkę niezwykle klimatyczną, pełną napięcia i tajemnic, które czytelnik odkrywa powoli i w skupieniu. Nie ma co się nad tym długo rozwodzić – jest to prostu bardzo dobrze napisany thriller, po który warto sięgnąć w wolnej chwili. Polecam!

środa, 24 stycznia 2018

Dziennik pisany... mocą!

LUCIA ( Lucyna Kleinert)

„W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze wzgórza czterech wiatrów”




Dlaczego mocą? ( Nie to nie błąd, mocą!) Bo żeby pracować tak jak Lucia, autorka książki „W zapachu włoskiej kuchni czyli badante ze wzgórza czterech wiatrów” trzeba mieć moc, taką psychiczną i niestety także fizyczną oraz świętą cierpliwość i bezmiar wyrozumiałości w stosunku do ludzi. I nie tylko tych chorych, tym którym choroba odbiera kontakt z rzeczywistością i nie można nic na to poradzić, ale także i przede wszystkim tych zdrowych, którzy tę rzeczywistość naginają do swoich egoistycznych potrzeb.

Nie skłamię jeżeli powiem, że książka mną wstrząsnęła. Czasami nie trzeba horroru, czy super thrillera, żeby nie móc spać w nocy, niestety czasami wystarczy codzienność i zwykły, wydawałoby się dziennik.

Bo ta książka to dziennik z życia włoskiej „badante” - w uproszczeniu mówiąc opiekunki do osób starszych. I nie, wcale nie jest to dziennik grozy!
To opowieść o życiu codziennym, o ludziach, miejscach i włoskiej kuchni. Tragizm jest tu zasnuty zapachem domowej pizzy, włoską, czasami kapryśną pogodą i chwilami niezmąconej radości, które zawsze przecież się zdarzają.

Lucia opowiada o swojej pracy z ogromną delikatnością i wyważonymi słowami. Jak to w dzienniku, opisuje wielkie wydarzenia, ale i drobne kłopoty.
Opisuje swoje ogródkowe szaleństwa i domowe zwierzaki, ale tylko te, których się nie je, ona przyjaciół nie zjada, a na wsi w gospodarstwie rożnie z ty bywa.

Kochacie kuchnię włoską, ale nie możecie pojechać do Włoch? 
Ta książka sprowadzi prawdziwie włoską rustykalną kuchnię pod wasze dachy, bo Lucia opisując codzienność włoskiej rodziny u której mieszkała, opisuje też posiłki, a także ich przygotowanie, podaje przepisy, ale co najważniejsze podaje też ich spolszczone wersje, tak, że aby ugotować to o czym pisze nie trzeba wydawać strasznych pieniędzy na super, hiper drogie (albo niedostępne) dodatki. Wystarczy po prostu wejść do kuchni, otworzyć lodówkę i zabrać się pracy!

Ja sama znalazłam kilka przepisów, które muszę wypróbować.

Kocham Włochy, znam język, znam Marche, region o którym opowiada książka i muszę powiedzieć, że to genialny przewodnik po tym kawałku świata, ale też i o trudach życia na emigracji, o tym jak bardzo inne są „inne światy”. Piękne i barwne „ z zewnątrz” - dziwne i nieprzyjazne czasami „od środka”.

Nie wiem jak się to autorce udało, ale jej książka, mimo iż traktuje o chorobie i nieniewolniczej wręcz pracy, jest bardzo pogodna, wręcz słoneczna i pozytywna. Lucyna Kleinert wyraźnie należy do tych, którzy patrzą na świat z uśmiechem i mają w sobie nieskończone pokłady pogody ducha.

Ja tę książkę, jako lekturę obowiązkową, poleciłabym każdej kobiecie, która wybiera się do pracy w charakterze opiekunki do osób starszych i to nie tylko we Włoszech, ludzie wszędzie są tacy sami, zmienia się tylko widok zza okna i język, którego trzeba się nauczyć.

Inna sprawa, że książka może zainteresować każdego. Jest nie tylko zabawna, ciekawa, kulinarnie fascynująca, ale i daje sporo ciekawej wiedzy na „włoskie tematy”, może i trochę obala nasze romantyczne mity o Włochach i Włoszkach, ale też pokazuje co u nich jest piękne i dobre, a o czym się po prostu nie wie.

Tą książką będzie zachwycony każdy, kto czytuje dzienniki, każdy kto kocha Włochy, każdy, kto lubi gotować, a szczególnie piec fantastyczne ciasta, bo tu autorka przeszła samą siebie i podała mnóstwo przepisów na kulinarne słodkie cuda. Ja sama żałuje, że jestem taką cukierniczą miernotą, bo bym coś z tej książki upiekła!
Dzienniki Lucyny Kleinert nie zawiodą też innych czytelników, bo tematy poważne podane są tu w przystępnej, lekkiej formie. Jeżeli będziecie mieli okazję trafić na tę książkę zachęcam bardzo.

wtorek, 23 stycznia 2018

Dla kochających literaturę wspomnieniową.

Kniaź Mieczysław Jałowiecki, a więc autor opowieści zebranych w tomie „Na skraju Imperium i inne wspomnienia” to polski dyplomata, arystokrata i ziemianin żyjący na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku.

Kiedy po raz pierwszy go spotykamy w roku 1957 ( zaledwie pięć lat przed śmiercią) na jednym z londyńskich dworców kolejowych jest już bardzo starym człowiekiem, emigrantem dożywającym swoich dni w angielskim „nursing home” czyli domu spokojnej starości. Nie jest to idealne miejsce dla kogoś takiego jak on, przyzwyczajonego do komfortu i uciech wielkiego świata, dyplomaty, poligloty ( znał co najmniej sześć języków) i działacza społecznego.

Jego wspomnienia początkowo wydane staraniem wnuka Michała Jałowieckiego w trzech tomach, „Na skraju Imperium”, „Wolne miasto Gdańsk” i „Requiem dla ziemiaństwa” zostały obecnie opublikowane w jednym obszernym tomie pod wspólnym tytułem „Na skraju Imperium”.

Ta książka jest w pewnym sensie opowieścią drogi, bo autor dużo uwagi poświęca miejscom, podróżom i krajobrazom, ale nie da się nie zauważyć, że dla niego właśnie życie jest tą drogą. Mieczysław Jałowiecki pięknym językiem i z dużą dawką nostalgii opisuje dzieje rodu Pierejesławskich - Jałowieckich począwszy od powstania 1863 roku, aż po hitlerowską napaść na Polskę w roku 1939.
Pobyt na emigracji kwituje jednym zdaniem, zresztą właściwie ostatnim. „O pobycie na emigracji pisać nie będę bo i po co!” (s. 773)

Jego opowieści nie skupiają się na życiu prywatnym, choć i ono oczywiście gdzieniegdzie się pojawia, wspomnienia dotyczą raczej sytuacji politycznej i ekonomicznej polskiego ziemiaństwa, jego posłannictwa wobec narodu i klas niższych, oraz kultury, mimo iż borykało się ono w tym czasie z poważnymi trudnościami i przeciwnościami.

Jak każdy, w takich spisywanych po latach wspomnieniach, autor mocno idealizuje swoje dzieciństwo i młodość. Idealizuje rodzinę i piękno ukochanej, wręcz uwielbianej ziemi, miejsca na świecie, którego pozbawiła go polityczna zawierucha. Trzeba pamiętać, że w tym okresie przez Europę przetoczyły się dwie wojny światowe i rewolucja bolszewicka, a przecież to nie wszystko. Ten okres historii obfitował niestety w większe i mniejsze konflikty zbrojne.

Autor skoligacony z najznamienitszymi rodami europejskiej arystokracji reprezentuje typ światłego arystokraty pracującego dla dobra państwa i jego obywateli, człowieka wielkiej kultury i obycia.

W jego opowieściach spotkamy postaci grające pierwsze skrzypce w światowej polityce i kulturze, ale także zwykłych robotników czy chłopów. Zwiedzimy najpiękniejsze miasta świata jak Wiedeń, Berlin czy Petersburg, ale i litewskie wioski, które autor ukochał ponad wszystko. Był i czuł się Polakiem, ale Litwę kochał bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce na świecie.

W tomie „Wolne miasto Gdańsk” Jałowiecki opisuje trudny okres po pierwszej wojnie światowej i swoją działalność zmierzającą do zabezpieczenia potrzeb ludności cywilnej w zrujnowanej, właśnie odradzającej się Polsce.

Autor w międzyczasie snuje rozważania na temat posłannictwa arystokracji i ziemiaństwa wobec innych klas społecznych, wartości pracy i jeszcze może odległego, aczkolwiek nieuchronnie zbliżającego się widma socjalizmu. Nie bez pewnej pogardy odnosi się do „nowej szlachty”, dorobkiewiczów kupujących tytuły i majątki dzięki spekulacjom.

Ludzi snobujących się na wielkich, a którym do wielkości, tej prawdziwej wiele brakuje. O takich mówił, że „czuć było od nich pieniędzmi i chamstwem”(s.91).
Nie oszczędzał też litewskiej magnaterii i polskich wielmoży. W ocenach politycznych był wyważony. Uważał, że „można nie lubić Polaków, a też być porządnym człowiekiem”(s.187) tak mówił o Stołypinie premierze i ministrze spraw wewnętrznych w okresie rządów cara Mikołaja II.

Ze wspomnień Jałowieckiego, jako coś dość nadrzędnego i mocno podkreślanego, wyłania się zdecydowany antysemityzm. Autor wiele razy podkreśla udział Żydów we wszelkich katastrofach jakie spotkały świat. Oskarża ich o wszystko, a przede wszystkim o aktywną agitację socjalistyczną, co rzeczywiście w wielu przypadkach miało miejsce.

Nadciągająca II wojna światowa sprawia, że w 1939 autor wraz z częścią rodziny udaje się na emigrację do Anglii gdzie wiele lat później na londyńskim dworcu kolejowym spotka po raz pierwszy w życiu swojego wnuka, dziecko pierworodnego syna z pierwszego małżeństwa Andrzeja, zamordowanego na Majdanku.

Książka na długie wieczorne godziny. Piękna językiem, nostalgią, opowieściami o miejscach, których już nie ma. Napisana ciekawie, bez zadęcia. Pełna fascynujących informacji. Jedna z tych książek, które warto mieć, żeby od czasu do czasu do nich wracać.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Facebbook - nowy portal medyczny?

Od dawna wiedziałam, że doktor Google jest najlepszym lekarzem na świecie, sama kiedyś padłam jego ofiarą, ale ostatnio zauważyłam poważną zmianę tendencji na Facebooku co wywołuje u mnie reakcje naprawdę depresyjne. 

Czyżby Facebook postanowił zabrać Gooogielkowi robotę? Podkopać jego lekarskie umiejętności? Wygryźć z rynku dobrze, bo paskudnie rokujących chorób?

Miało być mniej reklam itd, a co ja widzę?

Niedzielny wieczór zaczął się stłuszczeniem wątroby. Zdjęcia – mega masakryczne. 
Potem tasiemiec, łuszczyca i rak, który jest grzybem, w chwilę potem tajemna moc wywaru z czerwonej kapusty, obierki ziemniaczane na siwe włosy, żeby nie były siwe, kiszone pokrzywy - zapomniałam na co, haluksy, usuwanie pasożytów, które spłyną po czymś tam jeżeli zjem coś tam... lecznicza moc pestek jakiegoś owocu i maseczka z majonezu. Podobno pomaga na zeza!

Nie było ani jednej reklamy na powiększanie penisa, te dostaję w mailach. Dyskretnie. Wiadomo, to sprawa intymna, nikt nie powinien wiedzieć, że interesuję się penisami.

W tle sto szósty suplement diety na szesnastą nieistniejącą dolegliwość. Osiemnaście przykładów użycia sody... do piersi, do nosa, do kąpieli, do … tak, tak sama boję się pomyśleć do czego jeszcze.

 Tylko uwaga sody oczyszczonej, nie mylić z kaustyczną, bo taka pomyłka może spowodować prawdziwe dolegliwości i to bardzo bolesne.

W chwilę później sposób na zdrowe jelita i jądra. Obrazki? Tak – mega masakryczne!
Sposób na cellulit... Na słaby wzrok, na woskowinę w uszach, na drżenia, szumy, niespokojne nogi, spokojne nogi, zatwardzenie, rozwolnienie, żywą wodę... Robaki pod skórą...
O mózgu nic nie wspominali, ale to chyba normalne.

I wszystko to domowe sposoby! Wszystko to pod hasłem „lekarze tego nienawidzą”, wszystko to na Facebooku! Naprawdę! W niedzielę wieczorem! Wy też macie takie atrakcje?

Dlaczego? Facebooczku kochany, dlaczego mi to pokazujesz?! Czy ja mam coś z głową, czy po prostu chcesz mnie zabić?

niedziela, 21 stycznia 2018

"W zapachu włoskiej kuchni" Recenzja już wkrótce.


 Już wkrótce recenzja najnowszej książki Lucyny Kleinert, a dziś kilka słów o autorce, której książki, mimo, iż nie są właściwie powieściami, ze wszech miar warte są przeczytania.

Wszystkie mam, wszystkie czytałam.

W zapachu włoskiej kuchni czyli „Badante ze Wzgórza Czterech Wiatrów” Luci ( Lucyny Kleinert) stanowią kontynuację wcześniej wydanej książki „ Dziennik badante czyli Italia pod podszewką” oraz „ Opowieści ascolańskie i inna włoszczyzna”.

Pierwsze książki cieszyły się sporym, zainteresowaniem wśród miłośników Italii. Autorka opowiada o przepięknym włoskim mieście Ascoli Piceno i urokliwych miasteczkach Marche. 

Wszystkie te opowieści wplecione są w autentyczny ( jak poprzednio) dziennik Lucyny Kleinert. Lucyna Kleinert jest również autorką wspomnień pod tytułem „ Życiorys PRL- em malowany” , który, jest dostępny w księgarniach internetowych. Ta książka, jak mówi autorka powstała z potrzeby serca żeby ocalić wspomnienia tamtych już historycznych czasów. 

Aktualnie autorka wróciła do Italii do miasta, które pokochała. Do Ascoli Piceno. Przeżyła tam ostatnie trzęsienia ziemi i straciła dom, który czeka na odbudowę. To zabytkowa kamienica mająca 700 lat. Sama kamienica oparła się kataklizmowi jednak mieszkanie ucierpiało. 

Autorka wraz z partnerem i psem mieszka w hotelu. Jednak w dalszym ciągu mieszka także w Chorzowie, do którego przyjechała przed wielu laty z Krakowa i te 3 miasta są jej miejscem na ziemi. Kocha koty i psy. W polskim domu ma 3 koty a we włoskim pieska o imieniu Billy, który w jej książkach ma na imię Figaro zapożyczone od ogromnego kota, który przychodzi po dachach Ascoli odwiedzać autorkę. 

Jest miłośniczką włoskiej kuchni, ale nie przedkłada jej nad polską - stąd kolejny pomysł na książkę. Tym razem kucharską, która będzie stanowić swoisty kucharski dziennik autorki. 

Przepisy polskie z jej polskiego domu w zderzeniu z kuchnią włoską przygotowywaną przez rodowitego Włocha, z którym Lucyna Kleinert jest związana. 
Prowadzi ona również na stronach internetowych popularny blog pod nazwą „ Poza granicami Polski ale nie tylko

sobota, 20 stycznia 2018

Zła królowa, a może hmm... Krullowa?

Alek Rogoziński

LUSTERECZKO POWIEDZ PRZECIE

wydawnictwo
FILIA


Koleżanka zadała mi wczoraj dziwaczne wręcz pytanie „Po co właściwie recenzować książki Alka Rogozińskiego, skoro i tak wiadomo, że są dobre?” Nie bardzo wiedziałam, jak jej odpowiedzieć. Może chodzi o dzielenie się przyjemnością czytania? Może o to, że są tacy, którzy jeszcze nie znają tego autora? Tacy, którzy się wahają? Nie wiedzą czy warto?

Inna sprawa, że ja w ogóle nie lubię pisać o książkach, które mi się nie spodobały. Po nudnej lekturze miałabym jeszcze zmuszać się do recenzowania, czegoś co i tak mnie umęczyło? No way!

Nie wszyscy kochają Rogozińskiego (de gustibus…et cetera), ale też żadna ustawa tego nie nakazuje. Nie wszyscy lubią jego książki, nie muszą, sami na tym tracą, bo te powieści są świetnym antidotum na stres i zmęczenie. Poprawiają humor i pozwalają się odrobinę „wyluzować”

Alek Rogoziński pisze książki lekkie, łatwe i przyjemnie, choć łatwe tylko pozornie. Perypetie jego bohaterów są zabawne, a oni sami nie prowadzą tasiemcowych rozważań filozoficznych, ani nie zastanawiają się nad naturą wszechświata. Oni po prostu żyją, bardzo to życie sobie komplikując przy okazji. Miłość jest u niego zwyczajna, nie łzawa, przyjaźń czasami bolesna, ale trwała, a zemsta, co zrozumiałe, najlepiej smakuje podlana krwią.

Róża Krull to osoba z charakterkiem, zresztą wszystkie kobiety Rogozińskiego takie są, (wiem czytałam prawie wszystkie jego książki). Joanna z „Ukochanego z piekła rodem”, Kasia z „Jak cie zabić kochanie” to też kobiety nietuzinkowe. 
 
Róża jest na dodatek pisarką, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę bo oprócz charakteru ma wyobraźnię. Ma też pomysły. Rożne pomysły, najczęściej niebezpieczne.
W powieści „Lustereczko powiedz przecie” Róża będąc świadkiem samobójstwa jednego z uczestników konkursu Mister Polonia chce poznać środowisko kandydatów do tego tytułu.
Intryga kryminalna rozwija się ciekawie i jest zabawna mimo trupów, ale najzabawniejsze jest właśnie tło. 

Grupa mężczyzn przewrażliwionych na punkcie własnej, czasami niezaprzeczalnej urody, tę urodę udoskonalających wszelkimi sposobami i oszalałych na punkcie korektorów, bronzerów, wszelkich poprawiaczy urody to środowisko i zabawne i odrobinę przerażające. Wiem, wiem, to wszystko jest przerysowane, ale inteligentnie i delikatnie.

Wielu autorów opisywało już podobne środowiska, ale były to środowiska kobiece. Jedynie Alek Rogoziński pokusił się o „zabawę” kosztem męskiego świata i męskiego image'u. Nie poszedł na łatwiznę, przekręcił wszystko, odczarował stereotypy, w których wszyscy zazwyczaj żartują damskiego zamiłowania do kosmetyków i męskich inklinacji motoryzacyjnych.

W powieści „Lustereczko powiedz przecie” spotkamy cały wachlarz zabawnych postaci.

Jest tu Mario – mistrz makijażu (pokochałam go i znienawidziłam jednocześnie i w tak zwanej „godzinie wilka” zastanawiam się co by powiedział na moje odrosty)...
Jest gospodyni Róży Cecylia urocza dewotka i specjalistka od wszystkich świętych, Pepe, czy Maria Tycjan, restauratorka o nieokiełznanym apetycie na sławę.

Jest też coś czego nie spotkamy u innych autorów. W książkach Rogozińskiego fikcja przetykana jest aluzjami do rzeczywistych wydarzeń i ludzi istniejących naprawdę w realnym życiu, a czasami to „realne życie” przenika do powieści pod postacią bohaterów, tak rzeczywistych jak to tylko możliwe jak choćby Rafał Maślak ( cały czas się zastanawiam jak on jako człowiek ma się do bohatera literackiego stworzonego przez autora).

Bardzo ciekawą sprawą jest u autora zabawa słowem. Wiele jest tu żartów słownych i „podtekstów”, świetnych „bon motów” i zaskakujących trafnością powiedzonek. 

Przy tej książce naprawdę można nieźle się ubawić.
A na „kopciuszka” czekam z ogromną niecierpliwością!

piątek, 19 stycznia 2018

Poloneza czas... Co ja gadam? Romansidło czas zacząć!


Pamiętacie książki zwane "harlekinami"? Nie wiem czy teraz jeszcze się je wydaje, ale kiedyś było ich zatrzęsienie, w każdym kiosku stały ich całe szeregi i można je było kupić za bardzo niewielkie pieniądze. Czerwone okładki oznaczały, że są erotyczne ( no bez przesady), białe, że kwitnie w nich niewinna miłość, niebieskie, że „lekarskie”... były chyba jeszcze harlekiny „paranormal”, ale nie jestem całkiem pewna.

Zewsząd sypią się gromy na ludzi czytających romansidła ( tak, ludzi – kobieta podobno też człowiek), ale ja mam na ten temat odrębne zdanie. To znaczy na temat romansideł nie kobiet ( co to to nie!), ale oczywiście wcale nie muszę mieć racji... 

Po pierwsze (nie, nie primo) warto czytać, a jeżeli ktoś czyta romanse i romansidła, to jednak czyta. Po piątym, dziesiątym, setnym romansie przyzwyczajony nieco do tego czytania sięgnie po coś poważniejszego, może bardziej wartościowego... Zresztą czy wszyscy muszą czytać Prousta? No i wiadomo - romansidła nie zawierają laktozy, GMO i konserwantów.

Po drugie ( też nie primo) jako językowiec zauważyłam, że harlekiny czytane w obcym języku genialnie wręcz pomagają w nauce, ale uwaga, właśnie harlekiny - nie powieści... nie bajki, nie kryminały... Dlaczego? Bo język romansideł to na ogół jedynie westchnienia i trochę czasowników „kochać”, „pożądać” ewentualnie „nienawidzić” odmienianych przez wszystkie czasy i tryby z użyciem wszelkich innych paskudnie i depresyjnie brzmiących form takich jak imiesłów czynny, czy strona bierna. Poza tym można je czytać bez słownika. Są po prostu łatwe.

Te książeczki tak genialnie automatyzują wiedzę gramatyczną, że po dwóch, góra trzech, harlekinach uczeń, który dotąd miał blokadę i nie umiał sklecić zdania, albo zajmowało mu to sześć godzin, będzie mówił niemalże płynnie, choć czasami nie na temat.

Ja sama wiele harlekinom zawdzięczam....

Przeczytałam kiedyś trzy harlekiny po francusku dla sprawdzenia czy się nadają dla uczniów ( byłam wówczas nauczycielką języka), po czym stwierdziłam, że jeżeli ludzie, którzy to piszą zarabiają na tym pieniądze, to ja zrobię to o wiele lepiej ( w domyśle miałam też dużo zarabiać, ale ta część pomysłu jakoś się nie sprawdziła).

Zaczęłam więc pisać romans. 

Nie wzięłam pod uwagę mojej mało lub w ogóle nieromantycznej natury. Łzy i drżenia mnie niestety rozśmieszają, zaklęcia miłosne denerwują, porywy serc wkurzają. I jak z tym do romansu? Co tylko zabierałam się do napisania jakiejkolwiek „uduchowionej” sceny moja natura dostawała szału i na ekranie pojawiały się zupełnie inne zdania niż planowałam...

Zamiast pocałunków opisywałam jakieś karkołomne wypadki z użyciem tasaka, zamiast wyznań miłosnych pojawiały się trochę niecenzuralne przepychanki słowne, a zamiast bzów i łez, wrzaski w ostach, albo krzakach tarniny...

Nie powiem, były z sensem, ale skrajnie mało romantyczne.

Koleżanka przeczytała pierwszy rozdział mojego wiekopomnego dzieła i popłakała się ze śmiechu.

Już miałam ją znienawidzić ( oczywiście w tajemnicy ) kiedy powiedziała:
- Ty słuchaj, romans to, to żaden, ale świetnie się czyta!
I tak powstała komedia, odrobinę romantyczna i ciut kryminalna „Szczęśliwy pech”, która zdobyła pierwsze miejsce w konkursie wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Jak widać harlekiny mi nie zaszkodziły, choć pewnie znajdzie się ktoś, kto powie, że zaszkodziły i to bardzo - na głowę, ale hejterom... tak jak „parówkowym skrytożercom” mówię zdecydowanie NIE!

Czyli co? Poloneza czas... Co ja gadam, może romansidło czas zacząć? Jestem prawie pewna, że jak zacznę teraz pisać romans to uzyskam thriller na pograniczu horroru z seryjnym generatorem zwłok w roli panny młodej z siekierą...

Chyba jednak zrezygnuję.

czwartek, 18 stycznia 2018

Sasza Hady po raz kolejny - oby nie ostatni!

 

Sasza Hady
TRUP Z NOTTINGHAM

wydawnictwo 
OFICYNKA




Gdybym tę recenzję zatytułowała „detektyw na tropie” to byłoby to całkowite masło maślane, bo pojęcie „bycia na tropie” dotyczy rozwiązywania zagadki, a nie tylko jej rozwiązania, toteż detektyw w jakimś sensie zawsze jest na tropie, każdy detektyw, a cóż dopiero taki as detekcji jak sam Alfred Bendelin, na wpół żywy, na wpół... nie, nie martwy na szczęście, na wpół literacki byt. W ten hmmm... BYT wciela się funkcjonariusz Nick Jones, a może wcale nie wciela się, a zostaje weń wcielony siłą jak chłop małorolny do wojska.

Komisarz O'Connor, po sukcesie jaki Jones vel Bendelin odniósł w Little Fenn odkrywając mordercę właściciela głowy z beczki dyń, wpadł na pomysł by go ...wynajmować innym posterunkom, które akurat mają jakieś ciężkie sprawy do rozwiązania.

Udomowiony przez Ann i jej dzieci Nick nie ma ochoty na takie eskapady i broni się przysłowiowymi „rękami i nogami” choć przełożony próbuje go „na zmianę przekonywać odrąbanymi głowami i wdzięcznymi krągłościami inspektor Roberts” ( s.13), ale ze względu na pisarską niemoc Ruperta Marleya na nic zdadzą się protesty.

W Nottingham ginie popularny choć raczej nielubiany wydawca. Zostaje zabity niejako podwójnie, otruty i zadźgany, a motyw miał prawie każdy.

Książka wprowadza nas w interesujące układy panujące w tym ( i pewnie wielu innych) wydawnictwach, żartobliwie, choć nie bez odrobiny złośliwości, pokazuje środowisko wydawców, redaktorów i korektorów „Tak naprawdę, żeby stać się prawdziwym redaktorem i korektorem trzeba mieć odpowiedni charakter. Trzeba być drobiazgowym, czepiającym się wszystkiego, podejrzliwym, małostkowym, przekonanym o swojej wyższości, upierdliwym draniem.” (s.257)

W powieści pojawia się wielu ciekawych, nowych bohaterów, jak choćby praktykantka Jenny, ale spotkamy i postaci z poprzedniej części, w tym upiorne ciotki i pannę March.

Powieść i tym razem w bardzo angielskich klimatach, ale to nie jest już urocza wioska i mroczne bagna, teraz to Nottingham, ze wszystkimi urokami i wadami miejskiego życia, takimi jak pubowe bójki i wredni sąsiedzi. Pani Tillson jest wręcz genialna.

Zagadka kryminalna mocno zakręcona, dochodzenie do prawdy także. 

Powieść lekka, zabawna i ciekawa z mnóstwem „smaczków” i odniesień do literatury, muzyki i angielskiego „folkloru”. Nie są to jednak jakieś nudne wstawki, czy na siłę wepchnięte wiadomości. Trudno powiedzieć czy ta część przygód Bendelina jest lepsza czy gorsza od poprzedniej. Jest odrobinę inna. Równie zabawna, równie sympatyczna, równie radosna, mimo tematu, ale opisuje inne środowisko, inne układy, inne sytuacje. 

Mnie podobała się bardzo.
Napisana barwnym językiem, ( są tylko dwa przekleństwa, ale nie polskie – piszę to dla tych, którzy nie znoszą przeklinania w powieściach) - lekka, potoczysta, odrobinę szalona.
Dobra zabawa gwarantowana.


wtorek, 16 stycznia 2018

Święto piekielnych papryczek.

Dziś święto nietypowe „Dzień ostrych przypraw” opowiem więc coś na temat mojej do nich miłości zresztą wzajemnej.

Kocham ostrą paprykę wszelkiego rodzaju, zajadam się takimi piekielnikami jak „scotch bonnet”, mimo iż potem drętwieje mi pół twarzy i nos, rano pogryzam jalapeno, a piri piri, czy papryczki chili goszczą na moim stole codziennie, a czasami i trzy razy dziennie, bo jadam je nawet na słodko czyli na kanapkach z truskawkami.

Niektóre są tak piekielne, że właściciele upartych i leniwych osłów (czego dowiedziałam się na Sardynii) żeby zmusić te biedne zwierzęta do biegu wtykają je im w odbyt co powoduje taki ból, że zwierzaki potrafią osiągnąć prędkość światła.

Kiedyś, a było to dobre kilka lat temu, przyrządziłam sobie sałatkę z truskawek i chili... nie, nie ze śmietaną, a z octem balsamicznym i oliwą. Określenie „piekielnie” pyszna nie będzie tu w żadnym razie przesadą. Niestety nie wzięłam wtedy pod uwagę mojej cudownej zdolności do ściągania na siebie kłopotów.

Usłyszałam pukanie i w drzwiach stanęła koleżanka ze swoim synem. Nie powiem, że byłam zachwycona, ale gość w dom... i tak dalej. Poza tym koleżanka była winna mi, bagatela, 150 złotych, więc sądziłam, że przyszła je oddać. Zrobiłam kawę, podałam ciasteczka.

Jej dzieciak jak zawsze był ponadto. Marudził, że on chce na podwórko, że nudzi się, że... bla, bla, bla.

Matka uroczo i po „luzacku” kazała mu iść do komputera. Mojego komputera.... Zdrętwiałam, ale co miałam robić? Asertywność nie jest moją mocna stroną. Siedziałyśmy przy kawie może z dziesięć minut gadając o głupotach, kiedy z kuchni... TAK z kuchni, choć tam nie ma komputera, dobiegł nas wrzask.

Nie wiedziałam co dzieciak robił w MOJEJ kuchni, ale wkrótce zrozumiałam. 

Lubicie znajomych, którzy czują się u was tak swobodnie, że myszkują po szafach i wyjadają frykasy z lodówki? Ja NIENAWIDZĘ, no chyba, że to przyjaciele i chyba, że im pozwolę. Pełne złych przeczuć wpadłyśmy do kuchni.

Dzieciak był cały umazany na czerwono, pluł, zwracał, wyglądał jakby właśnie zagryzł któregoś z sąsiadów. Zorientowałam się, że WYJĄŁ z lodówki i zachłannie pożarł moja sałatkę! Fakt, całej nie dał rady, ale i tak się zmarnowała bo jadł z salaterki.

Wył, piszczał, krzyczał jakby ktoś go mordował i wskazywał paluchem na sałatkę. Jego mama, żeby nie powiedzieć „mamunia” spojrzała na mnie wściekłym wzrokiem. Spróbowała mojej sałatki.
- Jak możesz takie rzeczy trzymać w kuchni? – warknęła widząc moje zdziwienie po czym zagroziła mi policją oraz sanepidem.

Wybiegła ciągnąc jak pakunek po schodach wrzeszczącego dzieciaka i tyle ją widziałam. 

Nigdy niestety nie zobaczyłam już moich 150 złotych. Od znajomych dowiedziałam się za to, że nie jestem normalna ( też mi nowina), że jestem bez serca ( jasne, jasne) i że dodaję do potraw rozpuszczalnik oraz sodę kaustyczną ( tu mnie załatwiła na cacy)!

Mimo to nadal jadam ostre papryczki, bo co by nie mówić... „papryczka jest dobra na wszystko”, na fałszywych przyjaciół też.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

A na mokradłach strach!

Sasza Hady

MORDERSTWO NA MOKRADŁACH

wydawnictwo 
OFICYNKA






Wyobraźmy sobie któryś z kryminałów Agathy Christie, taki z panną Marple, dodajmy do niego dwóch nieporadnych detektywów, dużo delikatnego humoru, odrobinę żartobliwego podejścia do życia i kilka bardzo ekscentrycznych postaci, to otrzymamy właśnie Morderstwo na Mokradłach”

Wioska o nazwie Little Fenn, którą sama autorka tłumaczy jako „Mokradełko” to prawdziwa, urokliwa angielska prowincja, która jak jabłuszko Królewny Śnieżki z jednej strony jest piękna i błyszcząca z drugiej odrobinę trująca.

Mieszka tu stara panna z makabrycznym poczuciem humoru, matka -kwoka z „ławicą” swoich młodych, skąpy bogacz gustujący w potrawach z ziemniaków...
To zżyta społeczność. Ludzie znają się tu od lat i od podszewki, plotki są bardzo pożądanym towarem wymiennym, a znalezienie odrąbanej głowy, (choć odrobinę martwi) wreszcie rozświetla fascynującym blaskiem wioskową nudę.

Niestety z powodu tejże głowy, nagle oniemiała ( dosłownie) kucharka, nie chce gotować zupy dyniowej, a policja drepcze w miejscu, dlatego też do akcji wkroczyć musi prywatny detektyw, który niestety nie istnieje.

Przyznacie, że brzmi ciekawie?

Wszystko to sprawia, że do wioski przyjeżdża dwóch samotnych życiowo mężczyzn, z których jeden jest znanym i mocno narcystycznym pisarzem, a drugi co prawda policjantem pracującym w dziale fałszerstw, ale też człowiekiem zagubionym i trochę „ciapowatym” bo wychowanym przez dwie, naprawdę przerażające, ciotki.

Mają oni, codziennie faszerowani ziemniakami, rozwiązać zagadkę znalezionej w beczce z dyniami głowy i co prawdopodobne morderstwa, bo ta głowa bez ciała jakoś nikomu się nie podoba.

Morderstwo na Mokradłach czytałam już dwa razy, raz goniąc za akcją raz dla zwyczajnej czystej przyjemności, bo czytanie tej książki sprawia przyjemność. Galeria fascynujących bohaterów, wspaniale oddana atmosfera angielskiej prowincji, której „angielskość” po prostu zachwyca i bawi, ciekawy pomysł na akcję i jej rozwiązanie. Wcale mnie nie dziwi, że książka była nominowana do nagrody Pióra i Pazura w 2013 roku.

Podziwiam autorkę za konsekwencje, detale, klimat i sposób prowadzenia akcji. Ta książka to jest oczywiście kryminał, jednakże kryminał lekki i z humorem. Humor zawiera się tu w języku, w słownych przepychankach, w żartobliwym podejściu do życia, a nie w samej akcji. Można więc założyć, że jest to całkiem poważny, żeby nie powiedzieć „normalny” kryminał ubrany w lekką szatę usnutą ze słów.

Dla zainteresowanych dodam, a wiem, że tacy są i wcale nie jest ich mało, że język tej powieści jest niezwykle kulturalny, bez przekleństw i wyzwisk – co nie znaczy, że jest nudny, o co to to nie!

 

Mnie ta książka spodobała się bardzo. Lubię takie klimaty, lubię lekkie kryminały ( odrobinę, ale nie bardzo retro) bez zbytniej makabry, sensacji i pościgów, bez narkotyków czy prostytucji – lubię też kiedy bohaterowie mają poza imieniem i nazwiskiem jakiś charakter, pasję, życie...
Do tej powieści będę wracać kiedy rzeczywistość za bardzo mnie przytłoczy. Polecam.


sobota, 13 stycznia 2018

Czy my idiociejemy językowo?

Widziałam ostatnio w reklamie dwa produkty, które zwróciły moją uwagę i to nie w sposób na jaki liczył reklamodawca. Była to poduszka o dziwacznej nazwie „Szybko sen” i kołdra o równie dziwnej „Szybko ciepło”. To już nie można było napisać „szybki sen” i „szybkie ciepło”, choć to ostatnie też nie brzmi dobrze? 

Zastanawiałam się czy ten wytwór językowy jest dziełem miłościwie nam panującego ( i cudownie darmowego) translatora internetowego czy może szlochem dwóch zagubionych pośród czeluści czaszki, samotnych komórek mózgowych jakiegoś twórcy?

Po chwili w programie informacyjnym tak, tak, INFORMACYJNYM usłyszałam, że kierowca potrącił dwoje kobiet – dwoje... ach ten gender wszędzie się pcha. To nie wszystko. 

Z książki, którą czytałam dowiedziałam się, że pewien mężczyzna był dobrym jeźdźcą. Dodam do tego „patologów sisiających na klatkach schodowych” czy stwierdzenie „cztery patole leżą w krzakach” w odniesieniu do... tak ludzi bezdomnych bynajmniej nie Żeromskiego i pomyślałam, że my idiociejemy językowo. 

Mówimy coraz gorzej i nie chodzi mi o to jak mówimy na ulicy, ani o to, że dawniej było lepiej, bo nie było.
Język to „stworzenie” żywe i zmienia się, nie ma sensu nad tym biadolić bo tak jest i już, a w dawnych „jakże słusznie minionych” czasach też można było znaleźć perełki w stylu „wsuwki damskie poranne” czy „zwis męski luzem”. Chodzi mi o twórców. 

Przecież nawet ludzie piszący dla reklamy, czy ci tworzący programy informacyjne są twórcami. Tworzą, a więc powinni dbać trochę o to jak to robią, a nie tylko dlaczego - wiadomo pieniądz to pieniądz. Powinni dbać o narzędzie jakim jest język, bo w ogólnym rozrachunku to oni najbardziej go psują. W głowach zostaje nam częściej melodyjka z reklamy „Goździkowa przypomina....” niż marudzenie polonistki z lekcji w trzeciej klasie gimnazjum.

Zaczynamy mówić reklamami. Mamy „małego głoda” na policję mówimy „czipsy przyszły”, „a świstak siedzi i zawija sreberka”, „rano kawka, a wieczorem...” wiadomo też „co but ożywi”, oraz od czego płonie korzeń...

Kiedy jakiś czas temu spacerowałam koło działek usłyszałam piosenkę graną nieudolnie na gitarze. Podpite głosy śpiewały „Płonie ognisko w lesie...”

Obok przechodziły dwie kobiety. Jedna z nich zapytała....
- Co oni tak śpiewają?
-A bo ja wiem? - odpowiedziała druga – Coś im tam płonie, to pewnie się tabletek na te korzenie nażarły i będą seks grupowy uprawiać. W lesie!