niedziela, 29 października 2017

Tajemnice też zabijają

Krzysztof Beśka

ORNAT z KRWI

Wydawnictwo OFICYNKA






„Ornat we krwi” to pierwszy tom trylogii Krzysztofa Beśki opisującej przygody dziennikarza Tomasza Horna. Tak się złożyło, że przeczytałam wszystkie trzy tomy, ale w odwrotnej kolejności. To znaczy zaczęłam od „Konstelacji zbrodni”. Poprawiłam „Kryptą Hindenburga”, a na deser zafundowałam sobie „Ornat we krwi” i to co powiem może zaskoczyć, ale wszystkie te powieści są napisane w taki sposób, że można je czytać w dowolnej kolejności i tak wszystkie są doskonałe. Jest to oczywiście specyficzny gatunek, to kryminał sesnasyjno-przygodowy z historią jako głównym elementem napędzającym akcję, będącym zarówno czymś w rodzaju pretekstu jak i ostatecznego wyjaśnienia.

Historia u Beśki jest żywa, prawdziwa, nieco może ubarwiona, ale nie przeinaczona. W „Ornacie” mamy ciekawe odniesienia do Kopernika (nie, nie do Mikołaja tym razem) i do świętego Wojciecha i to dość niezwykłe, oraz opowieść o grupie kleryków z seminarium w Pelplinie.

Już sam tytuł sugeruje iż powieść będzie miała jakiś związek z kościołem, wiarą i sprawami jakie czasami zostają zamknięte na tajemnicę spowiedzi i klasztorne mury, ale nie spodziewajcie się prostych rozwiązań.

Są jak to u Beśki (co teraz, po przeczytaniu trzech tomów mogę już powiedzieć) archeolodzy ( i ci uczciwi i ci mniej uczciwi) szukający grobu świętej, czy według innych tylko błogosławionej stygmatyczki Doroty z Mątowów, która najpierw wyszła za mąż i miała dziewięcioro dzieci, a potem została ostatnią zamurowaną w klasztornej celi mistyczką. Ciekawe prawda?. Jednak to nie wszystko, bo poszukiwania grobu świętej sprawiają, że archeolodzy wplątują się w coś o wiele gorszego.
Dziennikarz i pani archeolog muszą stawić czoła komuś, kto zabija jednego po drugim starszych księży i zostawia dziwne znaki, na dodatek szuka czegoś co mogłoby prawdopodobnie zainteresować też archeologów. Tylko nikt nie wie czego należy szukać i czy wszyscy szukają tego samego. Giną nie tylko księża.
W tej powieści nic nie jest oczywiste.
Wszystko tu jest zagmatwane i dziwnie mistyczne, a równocześnie logiczne i doskonale wyjaśnione.
Jest tu też coś więcej, coś, co bardzo przypomina atmosferę „Bastionu” Kinga, ale nie chodzi o masowe wymieranie ludzkiej populacji, jest coś, co przypomina też historię Dawida Koresha, jeżeli wiecie kto to jest to od razu skojarzycie o co chodzi, inna sprawa, że czytelnicy bardzo często porównują książki Beśki do opowieści o „panu Samochodziku”, albo do powieści Dana Browna. 

Co do „Samochodzika” to jednak się nie zgodzę, owszem, jest przygoda, jest historia, ale jest też sporo krwi i martwych ciał. Beśka pisze zdecydowanie dla doroślejszych czytelników. Inna sprawa jest z porównaniem do Dana Browna - nie czytałam jego książek więc nie powiem, czy porównanie to jest trafne, czy nie, ale z pewnością jest to wielka pochwała, a nie przygana.

Patrząc na popularność tego ostatniego i ilość sprzedanych książek oraz tłumaczenia na wiele języków, należałoby tego samego życzyć Krzysztofowi Beśce bo naprawdę na to zasługuje, nietety zajmuje się historią, która poza Polakami i może jeszcze Niemcami nikogo na świecie nie interesuje, a przecież szkoda.

piątek, 27 października 2017

Tannenberg-Denkmal - historia, która fascynuje

Krzysztof Beśka

KRYPTA HINDENBURGA

Wydawnictwo OFICYNKA


Urodziłam się i mieszkam w miejscu gdzie historia ma dwa oblicza, mówi dwoma językami i nie zawsze jest łatwa. Dolny Śląsk, o którym mówię, tak samo jak Prusy, a przynajmniej ta ich część, która teraz należy do Polski to właśnie takie dwoiste historycznie miejsca wywołujące wiele emocji w obu narodach, w tych, którzy mieszkali tu kiedyś i w tych, którzy żyją tu teraz, dość wspomnieć Erikę Steinbach i Związek Wypędzonych, rodzące się konflikty, wciąż coraz silniejsze nacjonalistyczne zapędy i to co w sercach u umysłach pozostawiały dwie wojny światowe.
Na takich właśnie sprawach Krzysztof Beśka oparł swoją książkę „Krypta Hindenurga”. Tytułowe mauzoleum – grobowiec Paula von Hindenburga ( Tannenberg-Denkmal ) - umiejscowione w okolicach Olsztynka nie dotrwało do naszych czasów, a mimo to na jego historii i legendzie z nim związanej autor oparł swoją niesamowitą powieść sensacyjną łączącą historię z teraźniejszością w sposób naprawdę fascynujący.
Główny bohater redaktor Tomasz Horn zostaje wplątany w niebezpieczną, międzynarodową intrygę związaną z zabójstwem ukraińskiej prostytutki, zabójstwem starszego mężczyzny, emeryta z z niemieckiej wycieczki i z dziwnym zaginięciem lwa, kamiennego lwa dłuta Pietrobellego.
Ponieważ w zabójstwo prostytutki jest zamieszany szkolny kolega redaktora, a obecnie europoseł sprzeciwiający się restytucji mienia byłym niemieckim właścicielom Horn, wierząc w niewinność przyjaciela postanawia pomóc mu się oczyścić z zarzutów i tym samym coraz bardziej wikła się w dziwne wydarzenia, które towarzyszą całej sprawie.
Wszystkie te wydarzenia maja jakiś związek z mauzoleum i z tym co kiedyś w nim było. Nie chodzi tu oczywiście o zwłoki, które Niemcy zabrali wycofując się w 1945 roku, ale o coś o wiele bardziej wartościowego.
Niemiecka policjantka Joana Klose, pani archeolog Ewa Rimmel, oraz były komandos starają mu się pomóc, ale sprawę komplikuje całkowity brak punktu zaczepienia.
Ginę ludzie, europoseł wikła się coraz bardziej, a to uwikłanie jest bardzo podejrzane - historia zaczyna ponownie komplikować losy mieszkańców tego kawałka ziemi.

Fascynująca warstwa historyczna nawet pozbawiona sensacji sama w sobie jest idealnym materiałem na powieść, wiedza autora sprawia, że czytelnik śledzi każde zdanie z zapartym tchem. Jeżeli dodamy do tego warstwę sensacyjną, okraszoną świetnymi postaciami i niebanalną zagadką, to mamy powieść, która naprawdę zachwyca.

Wielu autorów piszących tego typu powieści traktuje historię jako „ozdobę”, wymyślając zdarzenia, zmieniając (nawet podstawowe) fakty, po macoszemu traktując dokumenty, Beśka historię traktuje z szacunkiem i chyba nawet swego rodzaju „miłością” co ogromnie ponosi wartość powieści sprawiając, że jest nie tylko ciekawym „czytadłem”, ale też zostawia w człowieku głód wiedzy i ochotę na pogłębienie tematu we własnym zakresie. Oczywiście ta książka dokumentem nie jest, ale przytacza całe mnóstwo informacji, które wzbogacają naszą, często marną, wiedzę historyczną.

Czy to wszystkie atuty? Powiedziałabym, że nie. Jest jeszcze cała otoczka obyczajowa, dawkowana delikatnie, powoli i z umiarem i niesamowita przygoda. Jest to przygoda dla czytelnika dorosłego, ale za to świetnie napisana i świetnie poprowadzona. 
Nie znajdziemy niepotrzebnych wątków, byle jakich przemyśleń pseudofilozoficznych czy moralizatorstw. Ja czytając bawiłam się świetnie, a że historię kocham, miałam podwójną frajdę, ale nie obawiajcie się, nawet jeżeli historia nie była waszym ulubionym przedmiotem w szkole i nie bardzo ją lubicie. Historia w wydaniu Krzysztofa Beśki niewiele ma wspólnego z nudnymi lekcjami. On historię przedstawia tak, że każdy chce więcej! Uwierzcie mi, to warto przeczytać.

Okruchy życia

Aktorki. Odkrycia

Wydawnictwo: Znak





Aktorki to książka w pewnym sensie dokumentalna choć i poetycka zarazem. Oczywiście nie istnieje coś takiego jak dokument poetycki, ( nie wiem zresztą po co miałby istnieć, w jakim celu miałby być stworzony), ale jednak to co się liczy to przede wszystkim tekst i to w jaki sposób został napisany. Wiedzę, tę podstawową, o aktorkach, którym poświęcona została ta publikacja moglibyśmy zdobyć na Wikipedii, jakieś dodatkowe informacje gdzieś w sieci, a przecież nie o to chodzi. Ta książka to bardzo osobiste rozmowy z kobietami z pierwszych stron gazet przeprowadzone w sposób po prostu przepiękny.
Tytułowe aktorki, ale też i odkrycia to Błęcka-Kolska, Bohosiewicz, Budnik, Dancewicz, Gniewkowska, Grabowska, Gruszka, Hajewska-Krzysztofik, Kolak, Kulig, Kożuchowska, Kulesza, Kuna, Muskała, Nieradkiewicz, Ostaszewska, Preis, Trzepiecińska kobiety piękne, uzdolnione, wyraziste, niezwykłe ale i silne.
Autor nie pisze ich dokładnych biografii, ale sprawia, że opowiadają o istotnych ważnych, ważkich a czasami trudnych momentach życia i kariery.
Zawód aktora postrzegany jest trochę inaczej niż inne zawody, nawet te związane z mediami. Tu i szczęście jest potrzebne i talent i samozaparcie, a czas trochę czasami krzyżuje aktorskie plany. Dodatkowo rola roli nierówna.
Rozmowy przeprowadzone przez autora w niczym nie przypominają wywiadów, które często pojawiają się w kobiecych pismach, nie ma tu szukania taniej sensacji, czy w ogóle sensacji, to raczej opowieść o czasie spędzonym na scenie, o mentorach, wielkich wyzwaniach, o życiu pomiędzy rolami trochę też, ale przede wszystkim o pasji, trwaniu i przemijaniu.
Poza warstwą oczywiście najważniejszą, czyli postaciami aktorek dostajemy też przepięknie napisane, inteligentnie przeprowadzone, pewne swoistej poezji opowieści, trochę może zwierzenia. Literacko dopracowane teksty, wspomnienia i rozważania o naturze zawodu, talentu i życia. Cudne.

niedziela, 22 października 2017

Marzenia o dobrym życiu.



Michelle Miller

EMISJA

WYDAWNICTWO MEDIA RODZINA

seria
Gorzka Czekolada



Są książki, którym „zawdzięczam” nieprzespane noce, ale wcale nie miewam im tego za złe choć niektóre robią to bez uprzedzenia, wcale nie licząc się z potrzebami mojego organizmu. Biorę na wieczór książkę, o której sadzę, że jest „bezpieczna” czyli, że przeczytam pewną ilość stron, a potem spokojnie odłożę ją by czytanie kontynuować nazajutrz. Niektóre jednak książki wyraźnie się temu sprzeciwiają i nie pozwalają się odłożyć. I taka właśnie jest „Emisja”. Gdyby ktoś powiedział mi, że coś takiego może mnie spotkać w odniesieniu do powieści dotyczącej korporacji po prosty bym go wyśmiała, albo delikatnie popukała się w czoło. Po pierwsze korporacje to nuda, po drugie ja w ogóle nie wiem „z czym to się je”, tym bardziej się więc zdziwiłam kiedy zorientowałam się, że książkę przeczytałam i że jest rano...
„Emisja” to opowieść o świecie pięknych pozorów. O pięknych ludziach, świetnych pensjach, genialnym życiu, wspaniałych koneksjach i milionach dolarów krążących w żyłach ludzi sukcesu.
Tak to wygląda przynajmniej z daleka. Z bliska, gdyby nam było dane wejść w to hermetyczne środowisko, zobaczylibyśmy nie pracę, a harówkę, życie bez czasu na życie, szklane sufity nie tylko dla kobiet, ale i dla innych pracowników nie mogących poszczycić się odpowiednią szkołą, urodzeniem, czy prezencją, a dookoła tylko alkohol i seks bez zobowiązań.
Bo dla pracowników Wall Street najważniejsza jest praca, a resztę można kupić. Seks transakcyjny, nie koniecznie płatny gotówką, to zaraza ale i przywilej tego świata.
Nic innego się tu nie liczy. Nie ma znaczenia. Nie istnieje.
„Hook” wirtualna platforma randkowa chce wejść na giełdę i jest to coś na czym można skorzystać. Dużo, niektórzy już liczą swoje wynagrodzenia w milionach, bo Hook, to nie jest byle aplikacja randkowa, to system, z którego korzysta 500 000 użytkowników! Nikt się nie przejmuje się niczym innym jak tylko lukami podatkowymi i cenami akcji. Gdzieś na kampusie jednej z uczelni ktoś znajduje martwą studentkę. Przedawkowanie narkotyków. Zaczyna się nagonka.
Czy te dwie rzeczy się ze sobą łączą? Tylko trochę, zmarła dziewczyna miała pracować w firmie L.Cecil, a ta właśnie firma ma zająć się emisją akcji Hooka. Wiadomo też, że dziewczyna i korzystała z aplikacji... Pojawia się pytanie o bezpieczeństwo danych użytkowników, odpowiedź na to pytanie może zagrozić całej sprawie.
Powoli ujawniają się wszystkie korporacyjne zależności i sztuczki.
W firmie Hook też wszystko zaczyna wrzeć. Śmierć nieznajomej dziewczyny właściwie nikogo nie obchodzi, ale ktoś odkrywa, że nie mogła być zwykłym przypadkiem przedawkowania, tylko co śmierć jakiejkolwiek, nawet niezwykłej dziewczyny może mieć za znaczenie wobec zarobku. Piękni ludzie zaczynają robić wszystko, żeby nie dopuścić do ujawnienia niewygodnych faktów.
Ważne są przecież przede wszystkim zysk i emisja. Debiut giełdowy. Temu trzeba podporządkować wszystko i wszystkich.
I nic nie ma znaczenia poza pozorami, ani ślub siostry, ani dzieci, ani instynkt macierzyński. Dzieci muszą sobie radzić same, jajeczka można zamrozić, a ślub siostry to przecież bzdurka...
I nagle zaczynamy się zastanawiać, czy ci piękni ludzie to jeszcze ludzie czy już tylko działające na wódce, seksie i dolarach korporoboty...
Z tej matni nie można się wyrwać.
Machlojki, przekręty, zdrady, nienawiść i wzajemne podgryzanie się, a śmierć? Śmierć nie ma znaczenia, o ile nie da się na niej zarobić.
Przerażająca powieść, którą mimo mojego całkowitego analfabetyzmu w zakresie wiedzy o giełdzie i jej działaniach, czy rządzących nią zasadach zrozumiałam doskonale! Nie wiem jakim cudem autorce udało się opisać ten giełdowy chaos w taki sposób żeby był zrozumiały nawet dla mnie.
Emisję” czyta się z zapartym tchem. Ta książka chwyta za serce i za kark, a potem trzyma aż do końca. Wtopieni w cały ten fałsz, w to życie bez życia, w to ugrzecznienie i upodlenie patrzymy na pracowników korporacji z coraz większym politowaniem i niedowierzaniem. Poznajemy wszystkich, od analityków po szefów, od informatyków po największych decydentów, widzimy powiązania, układy i naprawdę odczuwamy autentyczny strach przed robotem bezduszną maszyną do zarabiania pieniędzy jaką może stać się człowiek w świecie bez uczuć wyższych, nawet tych rodzinnych. Świetna, świetna, przerażająca, ale świetna.

poniedziałek, 9 października 2017

Uśmiechnieta i przekorna... fizyka!

 Martin Durrani, Liz Kalaugher

KUDŁATA NAUKA. Mądrość w świecie zwierząT

Wydawnictwo ZNAK



Martin Durrani to urodzony w Kanadzie, a wychowany w Birmingham dziennikarz z zawodu fizyk, zdolny do przedstawiania trudnych zagadnień w przystępny dla laika sposób. Liz Kalaugher to także dziennikarka zajmująca się sprawami nauki. Taki duet mógł stworzyć albo mocno naukowe i niezrozumiałe dla przeciętnego czytelnika dzieło, albo coś fascynującego i wciągającego.
„Kudłata nauka. Mądrość w świecie zwierząt” to książka popularnonaukowa z zakresu fizyki, biologii, chemii i ogólnie wszystkiego co w jakimś stopniu dotyczy zwierzęcych zachowań związanych z tymi dziedzinami. 

Może sie komuś wydawać, że co jak co, to jednak fizyka nie może mieć wiele wspólnego z krewetka, psem, czy japońskim szerszeniem. A jednak...

Wszystkie te zwierzęta, i wiele innych oczywiście wykorzystują do swoich potrzeb zasady tej nauki, nieświadomie to fakt, ale bardzo skutecznie. Czasami zwierzęta idą w tym dalej niż kiedykolwiek zaszedł człowiek.
Jak to możliwe? No cóż, natura jest bardzo zmyślna, potrafi obdarzyć swoje stworzenia wieloma przydatnymi umiejętnościami nawet jeżeli one same nie zdają sobie z nich sprawy.
Każdy może jednak pomyśleć, że jeżeli chodzi o fizykę, wszystkie te jej prawa, zasady i problemy, newtony, jule, ampery i inne „koszmarki” to książka musi być trudna, nie ma innego wyjścia, a jednak, autorzy jakoś to wyjście znaleźli... Oczywiście samej fizyki ułatwić się nie da, to byłoby karkołomne zadanie, ale przecież można ją „oswoić” co sprawi, że nawet ludzie tej nauki unikający jak ognia zaczną się jej przyglądać z zaciekawieniem.

Zresztą wiele jest takich osób, które lekcje fizyki wspominają bardzo źle, z różnych względów, ale samą fizyką się interesują, bo najzwyczajniej interesują się światem, a fizyka stanowi istotną tego świata część.

Sławne już, choć trochę „niesławne” stwierdzenie, dotyczące wielu szkolnych przedmiotów w tym też fizyki, czy chemii, a zawierające się w stwierdzeniu „Po co mi to? Przecież w życiu mi się to nie przyda” zostało w tej książce obalone po stokroć, bo autorzy pokazali na dziesiątkach ( o ile nie setkach przykładów), że fizyka nie tylko przydaje się w życiu, ale jest ważną jego częścią.
Zabrali się do tego w niespotykany sposób. Opisując pozornie zwyczajne zachowania zwierząt, a czasem ich niespotykane zwyczaje i niesamowite „możliwości” potrafili zainteresować tematem, ba, zainteresować to mało powiedziane, potrafili zafascynować. Ja książkę czytałam z prawdziwą przyjemnością i zachwytem.

Czy można czytać z zachwytem książkę popularnonaukową i to dotyczącą takiej tematyki? Można, choć przyznam, że napisanie takiej książki to, z pewnością, skrajnie trudna sprawa. Szkoda, że więcej takich nie ma, bo wtedy można by zdjąć odium nudy z wszystkich tych trudnych dziedzin i nielubianych przedmiotów szkolnych.

 

Nie jest to książka dla dzieci, a raczej dla młodzieży licealnej i ludzi dorosłych posiadających jakieś zręby wiedzy ogólnej i dużą ciekawość świata.
Opisuje ciekawe doświadczenia przeprowadzone na zwierzętach ( bezkrwawe – zaznaczam, takie też się przeprowadza).
Z książki podzielonej na rudziały o tytułach: CIEPŁO, SIŁY, PŁYNY, DŹWIĘK i MAGNETYZM, ŚWIATŁO oraz WSZECHŚWIAT I CAŁA RESZTA dowiemy się na przykład w jaki sposób pije kot, dlaczego pies otrząsa się z wody i jak to robi, dlaczego niektóre węże czasowo zmieniają płeć, jak komary radzą sobie z deszczem i że szerszenie mogą opanować mechanikę kwantową ( zazdroszczę tym szerszeniom, ja bym nie mogła).

Na dodatek książka jest napisana z humorem, pełna żartów i zabawnych, ale celnych spostrzeżeń. Po prostu świetna, jedna z tych, które najpierw czyta się jednym tchem, a potem po raz kolejny powoli i dokładnie z namysłem i rozmysłem, aby jak najwięcej się dowiedzieć i skorzystać.
Powinna znaleźć się w każdej szkolnej bibliotece, w rękach każdego licealisty i w domach wszystkich ludzi ciekawych świata. Szczerze polecam.


środa, 4 października 2017

Zła cisza



Jest życie po końcu świata

Joanna Kos-Krauze

Aleksandra Pawlicka

Wydawnictwo: Znak Literanova




Jest życie po końcu świata” to rozmowa, reportaż i wywiad w jednym. To trzy warstwy bardzo osobistej narracji dotyczącej traumy, ale nie w sensie faktu, a tak jakby tego co następuje „po fakcie” czyli przetrwania. Jest to rozmowa o Rwandzie, a o Rwandzie nie da się inaczej rozmawiać jak w kontekście ludobójstwa, jest to też rozmowa o śmierci ( i o odchodzeniu – co nie musi być jednoznaczne i w tym przypadku nie jest ) i oczywiście o filmach, jednak w dość zasadniczy sposób mimo tych trzech nurtów-wątków – jest to rozmowa o życiu po tym, co dla człowieka jest końcem jego świata – każdy z nas ma inny. 

Nie można jednak tej książki ograniczać jedynie do samej Rwandy i filmu „Ptaki śpiewają w Kigali” - który jest oczywistą aluzją do książki Arkadego Fiedlera, ale też faktem, a jeżeli ktoś powie, że ptaki śpiewają wszędzie w tym wypadku może nie mieć racji, bo nie wszędzie i nie zawsze. 

Wiele czytałam o Rwandzie, między innymi „Maria Panna Nilu” Scholastique Mukasonga, czy „Złe wieści, Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie” Anjana Sundarama. Opowieść o ludobójstwie jest za każdym razem taka sama i inna, bo co chwila ma inną twarz, Joanna Kos-Krauze skupia się jednak o wiele bardziej na tym co stało się potem, na odwecie i na konieczności jakiegoś „współtrwania” potem, a to „potem” często miewa oczy szaleńca.
Każdy z filmów o których opowiada jest jakąś opowieścią o tym co „potem”, opowiada o utracie, żałobie i samotności. Każdy film jest osobisty w podtekście, książka zresztą też, bardzo pięknie mówi o życiu, ale nie „tapla” się w prywatności. Jest czytelna i doskonale dyskretna zarazem.
Poruszająca i okrutna, a jednak pokazuje, że można, trzeba, należy... że jest życie po końcu świata. Okrojone, osamotnione, niepełne, ale jednak jest.
Wywiad jest też ostrą krytyką sytego, białego świata, który w instytucjonalnym przebraniu, także religijnym, stosując starą zasadę divide et impera doprowadził do tego co się stało, a potem patrzył i nie reagował.
Innym elementem jest opowieść o zrobionych wspólnie z mężem filmach, o samotności życia reżysera i o prawie wyboru, nawet dotyczącego spraw ostatecznych.
Ciężka, okrutnie piękna książka. Otrząsnąć się z niej nie sposób, ale to dobrze, bo otwiera umysły no to o czym nie chcemy myśleć, a przecież trzeba.
Nie jestem pewna, czy każdy ją zrozumie, to nie jest ten rodzaj celebryckiego wywiadu, do którego przyzwyczaiły nas quasi pudelkowe publikacje. Do tej książki trzeba otwartego umysłu, serca i pewnej wrażliwości.