środa, 7 grudnia 2016

Droga do domu - ciekawość czytania map

Powieści biograficzne, a właściwie biografie jako takie to coś co lubię bardzo i chętnie się w nich rozczytuję. Jest ich wiele rodzajów, od mocno „dokumentalnych” i nieco przeładowanych, po lekkie, graniczące z beletrystyką autobiografie napisane lekko i bez zadęcia. Ta właśnie do takich należy, zresztą skupia się na pewnym aspekcie życia, a nie na biografii jako takiej.
Jest bardzo ciekawym studium na temat adopcji, bo o niej właśnie mówi. Jest to jednak ten rodzaj adopcji, gdzie rodzice podejmują ten wybór dla dziecka a nie dla siebie, bo oni dzieci mogą mieć, tyle, że chcą po prostu pomóc, czyli dziecko nie jest dopełnieniem rodziny, jako marzenia, ale celem samym w sobie.
Dziecko, wybrane przypadkiem czy wymarzone, ma zawsze za sobą jakąś historię i ta historia często potrafi bardzo mocno zaważyć na życiu całej rodziny, czy tego się ktoś spodziewa czy nie. Tu także zaważyła gdyż dziecko, które zostało oddane do adopcji zagranicznej w wieku pięciu lat zupełnym przypadkiem znalazło się w Kalkucie, po prostu zgubiło się, ale było zbyt małe by umieć opowiedzieć o tym co mu się przytrafiło, zresztą i tak naprawdę miało wiele szczęścia.
Rodzice adopcyjni mimo ostracyzmu w pewnych środowiskach i wielu trudności podtrzymywali w adoptowanym chłopcu pamięć i szacunek dla kultury, z której pochodził. To ważne, bo wielu rodziców „wykorzenia” swoje adoptowane dzieci, które potem są jakby na ziemi „niczyjej”, już nie posiadają tożsamości narodowej rodziców biologicznych, a z różnych względów nie czują się związane z kulturą tych adopcyjnych.
Dzięki ich decyzji chłopiec nie traci, a jedynie zyskuje. Po latach za pomocą Google Earth szuka trochę „na oślep” miejsca z którego pochodzi, stacji, na której wsiadł do pociągu, miasta, kina, fontanny... Braci i siostry. Problemem jest to, iż niewiele pamięta i to, że nie zna już języka, a nazwy, imiona i niektóre słowa pamięta w bardzo dziecinnej, zniekształconej często formie.
Bardzo leciutka, ciekawie napisana opowieść o szukaniu własnych korzeni, nie z powodu jakiejś traumy, czy zemsty, ale z powodu ciekawości i potrzeby serca. Czyta się jednym tchem i mimo, iż nie jest to jakieś arcydzieło to jednak bardzo dobra, bo oparta na prawdzie opowieść o tym, że trzeba i można walczyć, że nadzieja to coś wartościowego, że przypadek czasami może więcej niż się wydaje.
Bardzo szczerze polecam. Będziecie zachwyceni bo ta książka oprócz dużej przyjemności z czytania daje ogrom nadziei i sporo ciekawej wiedzy.


poniedziałek, 21 listopada 2016

A w dzisiejszej PARTY polecanka Masek Zła!

To bardzo mnie cieszy, a nawet zachwyca zachwyca ( nie udawajmy to świetna reklama), kiedy w takim dużym i poczytnym piśmie znajduję polecankę mojej książki,
"Maski Zła"w bardzo dobrym towarzystwie naprawdę! Dziękuję :)



 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Studium pokolenia z przymrużeniem oka.

Fascynująco dobre i naprawdę ciekawe studium pokolenia, a może i kilku pokoleń opisane na podstawie jednego, dość nietuzinkowego człowieka, kogoś kto ma umysł na tyle analityczny by się nad sobą, światem, pokoleniem zastanawiać, ( i robić to z humorystycznym zacięciem) by wyciągać wnioski, by reagować, choć bywa to reakcja często sarkastyczna czy ironiczna, to jest adekwatna.
Pojawił się ostatnio na rynku prawdziwy zalew „literatury celebryckiej” trzeba to chyba jakoś nazwać, choć słowo „literatura” woła tu o pomstę do nieba i skręca się z bólu od samego tylko tego wysoce niefortunnego zestawienia, ale podaż, popyt i te sprawy... To takie ekonomiczne choroby zakaźne, na które zapadła i literatura. Są ci, którzy czytają, są i ci, którzy piszą.
Jednak UWAGA, tej książki bym do tej kategorii NIE zaliczyła. Dlaczego? Otóż, jest to po prostu dobrze i INTELIGENTNIE napisana książka.
Z zaskoczeniem czytałam ją ciekawa postrzegania świata człowieka o pokolenie młodszego.
Wychowanego inaczej, w innym świecie, w innych wartościach i stwierdzam, że jest to książka, po prostu świetna i potrzebna. Pokazuje jak bardzo się różnimy od innych pokoleń i zarazem jak bardzo wciąż pozostajemy tacy sami. Wiecie jak jest. Te konflikty pokoleń, te teksty „Za moich czasów”, to wkurzające, uszczypliwe: „obciął byś włosy, albo garnitur włóż”, „I jaka ta młodzież teraz okropna! Niczego nie uszanują”

Tak, tak.... Ta książka może być całkiem dobrym przewodnikiem po młodych ludziach, dla tych, którzy tego przewodnika potrzebują, ( a wielu potrzebuje go natychmiast), a poza tym w książce zadziwia świetny styl, ciekawa forma, sprytnie ujęta tematyka, niby to biografia, ale taka z przekąsem i przymrożeniem oka. Ja osobiście bardzo polecam.

niedziela, 9 października 2016

Taka wredna solidarność....

(Zdjęcie znalezione w sieci)


Jest na osiedlach, nie tylko warszawskich dużo problemów, wiadomo, osiłki sikające na klatkach schodowych, ( domofony nie zawsze pomagają) psie kupy na trawnikach, dzieciaki klnące na ławkach koło trzepaka, jacyś dziwni ludzie raczący się alkoholem pod klatkami, nocne wrzaski budzące wszystkich około trzeciej nad ranem.
Tak. Jest na co narzekać i z czym walczyć. Narzekają wszyscy, ale do walki nie rwie się nikt, dlaczego? To dość oczywiste, zwróć uwagę osiłkowi z pitbulem, żeby sprzątnął kupę po swoim psie, a możesz nie doczołgać się do swojej klatki schodowej. Wrzaśnij na niego z balkonu, a za kilka dni masz wybite szyby, a może i zęby.
No to może coś zrobić z klnącymi dzieciakami? 
Też nie bardzo, bo puszczą wiązankę godną kilku szewców, a odpadających uszu nie pozbierasz i po trzech dniach, a i kopnąć potrafią. Wyśmiać... Potarmosić.
Pijaków lepiej nie tykać, bo wiadomo, jak to pijaki są nieobliczalni i potrafią się organizować. Tylko zwróć mu uwagę, a będziesz żałować przez całe tygodnie, bo „góralu czy ci nie żal” będą wykonywać „a bełkotliwa capella” tylko pod twoimi oknami, ale za to od rana do wieczora, a czasem i w nocy. Policja nic nie pomoże, może spisze, może ni, kto ich tam wie.
Nic nie można zrobić. Szkoda!
Tyle, że duch do walki się rwie! Ręce świerzbią! Dusza śpiewa.... Co robić? Co robić?
Jest na to sposób! GE-NIAL-NY i bezpieczny! Tak. Naprawdę!
Tak jak w Warszawie trzeba znaleźć jesdenasto – dwunastolatkę, która coś namaluje kredą na chodniku i zapałać słusznym gniewem, albo świętym oburzeniem, tu trudno się zdecydować.
W żadnym wypadku nie należy oczywiście zwracać jej uwagi. Nie, niby mała, ale pysknąć może. Po co to komu?!
Należy wystosować pismo do jej rodziców. Do rękoczynów nie dojdzie bo ludzie kulturalni. Można bezkarnie ich obrażać, że dziady, papieru dziecku kupić nie mogą, dodać, że my, MY jesteśmy praworządni i do tego zamożni. ZA-MO-ŻNI – papier kupić możemy! O!
Czekać na rezultaty śmiejąc się w kułak i wyobrażając sobie wiadra, mopy, a nawet szczoteczki do zębów.
- I między fugami też! - dodawać złośliwie, licząc, że deszcz nie zmyje i nie załatwi sprawy za sprawców. Wszak kara MUSI BYĆ!
A tu taka wredna solidarność...
Ludzie! Co wy robicie?! Tak nie można. Zepsuliście całą zabawę....


sobota, 8 października 2016

J
Jak rodzi się zło?
Czytajcie tutaj:

Szaleństwo ma różne formy rozwoju. Zło może długo kiełkować w umyśle, by nagle wzrosnąć i toksyną zatruć życie, wylewając się z zakamarków i okrutnie raniąc innych. Zło czai się wszędzie, a niepewność, brak hamulców i pragnienie wyrządzenia krzywdy drugiemu człowiekowi, wynikające z choroby umysłowej, może podwójnie nakręcać mroczną spiralę zła.

Iwona Banach odkrywa mroczne strony umysłu. Kto przywdziewa maski zła? Co pod nimi skrywa? Nie warto osądzać po pozorach. Taka refleksja nasunęła mi się po lekturze tej powieści. Wyjątkowo niepokojącej powieści, którą  bez wahania umieszczam wśród ulubionych i godnych uwagi thrillerów.

Wywiad w magazynie życie i pasje:

Oksymoron tytułu - „Szczęśliwy pech” Iwona Banach jest wszystkim, co tylko może nam poprawić humor i tym, co przygotowała dla czytelników autorka. Połączyła w całość powieść obyczajową z komedią, a nawet pewnym grynszpanem kryminału, wplątując w to wątki skrytej miłości, a raczej rodzącego się uczucia między dwojgiem głównych bohaterów. Akcja dzieje się niemal jak w kalejdoskopie. Fabuła jest spięta w jedną całość. Bohaterowie z krwi i kości, z którymi bardzo łatwo się zżyć, przywiązać, no i jak w przypadku Regi – budzący skrajne emocje, od śmiechu przez łzy, a nawet irytację. Iwona Banach nie pozwala czytelnikowi na nudę. Język powieści czytelny, przejrzysty. Autorka sprawnie posługuje się piórem. Zapraszam 
:)
Blog o dobrej literaturze, poezji, o miłości do słowa pisanego
NIETYPOWERECENZJE.BLOX.PL

wtorek, 27 września 2016

PATRONAT KOMINKA

Zastanawiam się, czy Iwona Banach dostała już Złote Klucze do miasta Bolesławiec. Ta wszechstronnie utalentowana autorka i tłumaczka powinna być prezentowana na miejskich pocztówkach, o ile ktoś jeszcze je wysyła. Takie ze znaczkiem.
A tak bardziej poważnie miałem już przyjemność poznać wcześniejsze dokonania autorki, jednak to, co pokazała i zaprezentowała w Maskach zła, to przeszło moje najśmielsze oczekiwania. To poruszyło Ziemię przesuwając znacząco jej punkt ciężkości.
Thriller ma to do siebie, że jest czymś pomiędzy powieścią sensacyjną, a horrorem. Odrobinę strasznie, ale z umiarem, z mocno rozbudowaną warstwą psychologiczną, która tu nie ma sobie równych. Dawno nie odczuwałem tak wyjątkowej przyjemności w lekturze. Dawno tyle emocji nie przelało się przez moją duszę sprawiając nieopisane wręcz wrażenie mentalnego uniesienia.
Ta niekonwencjonalna forma przekazu, ta wyjątkowa ze wszech miar forma narracji, ta świadomość kilku bytów mentalnych w jedynym ciele, to nie zdarza się często, to zdarza się od wielkiego dzwonu, to wreszcie sprawia, że jest to powieść dobra, doskonała, czy wręcz wybitna. I nie są to słowa na wyrost, bo nie potrzeba ich wiele, aby ciemne, mroczne macki zaczęły nas obłapiać powodując dziwne, bliżej nieokreślone uczucie osaczenia.
Są różne stany emocji, intensywności myśli, pragnień i doznań. Tutaj ten stan trudnym jest tak do końca do zdefiniowana, określenia i pokazania. Tutaj również odwieczna trauma ciążąca nad miasteczkiem zaczyna jeszcze bardziej przygniatać i dusić, gdy giną trzy starsze kobiety, a na światło dzienne wychodzi jedno złowieszcze słowo – I N S T Y T U T.


CAŁA RECENZJA:

środa, 21 września 2016

Dziękuję za piękną recenzję, bo odbiór mnie w "nowej formie" nie był oczywisty. No cóż, tego akurat nie mogłam tu nie wkleić:

"Bolesławiec może być dumny nie tylko z pięknej ceramiki, ale z faktu, że ma wśród mieszkańców zdolną pisarkę i tłumaczkę, mistrzynię zarówno powieściowych komedii, jak i literatury z dreszczykiem. Iwona Banach znakomicie włada piórem, nie boi się próbować sił w różnych gatunkach. Ciągle szuka nowych wyzwań – thriller wyszedł jej mistrzowski! Apetyt rośnie w miarę czytania, zatem nie pozostaje nic, tylko zapytać, kiedy i jaka będzie następna powieść?"

poniedziałek, 19 września 2016

Jeszcze jedna recenzja!


JAKIE GRZECHY UKRYWAMY POD MASKAMI ZŁA?

Książki Iwony Banach są od dawna znane naszej redakcji i bardzo lubiane – zarówno przez nas, jak i przez naszych Czytelników. Pisarka do tej pory serwowała nam pozycje lekkie i przyjemne w odbiorze, przy których salwy śmiechu były gwarantowane, jak chociażby „Klątwa utopców„, „Czarci krąg” czy „Szczęśliwy pech„.  Z ogromną przyjemnością mogę Wam dzisiaj przedstawić kolejną książkę pani Iwony – tym razem jest to mroczny, trzymający w napięciu do ostatniej chwili thriller „Maski zła”. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym, ile zła kryje się w człowieku, do czego jest zdolna istota ludzka gdy w grę wchodzą olbrzymie pieniądze, urojenia i chore, a zarazem niebezpieczne ambicje to w tej książce znajdziecie odpowiedź – bez lukrowania, bez owijania w bawełnę i bez znieczulenia.
Akcja thrilleru została osadzona w Zawiszynie – małym, spokojnym miasteczku, w którym wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. Miasteczko ma swoją hierarchię oraz miejscową elitę, którą nie wszyscy kochają, ale oficjalnie wyrażają o niej same pochlebne opinie. Sielankę przerywa odnalezienie ciał trzech kobiet, które zapewne zginęły z ręki tego samego mordercy. Wszyscy są wzburzeni: seryjny morderca w tak spokojnej okolicy, napadający starsze kobiety?! Policja pracuje w pocie czoła żeby złapać sprawcę, jednak szybko wychodzi na jaw, że sprawa nie zostanie zakończona tak szybko, jakby sobie tego życzył komendant miejscowego posterunku – okazuje się ona znacznie bardziej skomplikowana i powiązana z nieistniejącym już instytutem – dawnym domem opieki dla chorych umysłowo i niepełnosprawnych dzieci. Na jaw zaczynają wychodzić mroczne sekrety mieszkańców Zawiszyna, a przeszłość domaga się by dawne grzechy zostały pomszczone…
– Ja chcę tylko znaleźć mordercę.
– Po tylu latach? – Ksiądz popatrzył na Małeckiego z dezaprobatą i dopiero wtedy zorientował się, co właściwie powiedział. Odwrócił się gwałtownie do okna i głośno westchnął. – Proszę już iść – dodał po chwili. – Ja panu nie pomogę.
To, co powiedział, uświadomiło policjantowi, że w miasteczku jest więcej tajemnic, niż mogłoby się wydawać. I niestety więcej morderstw.
Paulina, młoda dziennikarka wierzy, że ten temat stanie się jej trampoliną do sławy, postanawia więc nawiązać współpracę z jednym z policjantów i na własną rękę znaleźć mordercę. Młodzi „detektywi” będą deptać po piętach przybyłemu z Wrocławia komisarzowi Małeckiemu, który nikomu nie odpuszcza, za nic ma miejscową elitę i gdy raz złapie ślad nie spocznie zanim nie doprowadzi do tryumfu sprawiedliwości… Głęboko skrywane tajemnice powoli wychodzą na jaw, co komplikuje śledztwo. Nagle okazuje się, że żaden mieszkaniec Zawiszyna nie ma nieskazitelnie białego sumienia, a nocne koszmary uwalniają w ludziach demony, często łaknące krwi.  Wizyta tajemniczej Francuzki powoli rozwiązuje języki miejscowych plotkarek. Do jakiej zbrodni doszło przed laty w instytucie? Jaki będzie finał tej historii? Kto okaże się mordercą? Jaki związek istnieje pomiędzy owianym złą sławą instytutem a morderstwem trzech staruszek? I kim jest tajemnicza Joanna, o której szepcze się po kątach…?
Każde miasto ma swoje tajemnice, które chroni przez lata za wszelką cenę. Ich kaliber bywa różny. Mogą to być romanse burmistrza, lewe interesy sędziego czy paskudna wpadka któregoś z notabli, kto wie, może lekarza, może policjanta, może jakiegoś duchownego.
Ukrywanie trwa i trwa, ale w końcu kiedyś sprawa wychodzi na jaw i wszystko dookoła zaczyna cuchnąć zgnilizną. Może dlatego niektórzy ludzie strzegą swoich tajemnic, czasami za cenę życia innych ludzi. 
Nie chcę Wam za dużo zdradzać, zabierając tym samym cała frajdę z delektowania się tym znakomitym thrillerem. Gwarantuję Wam jedno – nie będziecie żałować ani jednej minuty przy nim spędzonej.
Książka jest mocna, przejmująca, trafiająca w punkt. Nikt nie będzie w stanie obojętnie przejść nad jej treścią. Zostawia gorzki posmak, zmienia światopogląd. Uświadamia nam, że mordercą może być zarówno najbliższa nam osoba, jak i człowiek, którego spotkaliśmy przypadkowo na ulicy lub w metrze. Uczy, że nie należy osądzać po pozorach i należy podchodzić do ludzi z pewną dozą niepewności, ponieważ nigdy nie wiemy z kim mamy do czynienia. Ludzie noszą maski każdego dnia, wiele różnych masek, dlatego powinniśmy bacznie się im przyglądać i nie wierzyć bezgranicznie.
„Maski zła” to jeden z najlepszych thrillerów, jaki w swoim życiu czytałam. Jest nieoczywisty, zaskakujący, nieprzewidywalny, okraszony mistrzowskimi scenami szaleństwa, zakończony w niekonwencjonalny sposób. Nie mogłam oderwać się od książki, dopóki całej nie przeczytałam. Dzięki „Maskom zła” mogłam sobie wyobrazić, co dzieje się w głowie osoby chorej umysłowo. Śledziłam jak rozwija się szaleństwo, przez jakie fazy przechodzi, jaką krzywdę wyrządza człowiekowi. Dopiero na ostatnich kartkach zrozumiałam,jak kluczowe dla przebiegu całej fabuły są sceny o czarownicy, Alinie, Jasiu, Kasi, Annie i chłopcu z kilkoma twarzami – pokazują jak funkcjonuje człowiek owładnięty chorobą umysłową.
„Maski zła” to mrok, zło, krew, niepewność, czarne sumienia ludzi bez żadnych skrupułów i hamulców moralnych. To świat, który wciąga w spiralę zła, ukazuje jego mechanizmy. Na pewno po lekturze tej książki nie odnajdziecie spokoju ducha. Być może spędzicie niejedną bezsenną noc, rozmyślając o tej historii i analizując, czy coś podobnego mogło wydarzyć się w Waszej okolicy. Być może zwątpicie w gatunek ludzki. A może docenicie, że świat, w którym żyjecie, jest kolorowy i pełen prozaicznych, „normalnych” problemów…
Czytelniku, czy odważysz się sięgnąć po najmroczniejszy thriller ostatnich miesięcy? Przy nim „Dziewczyna z pociągu” wydaje się tylko niewinną opowiastką…

Dla osób, którym spodobała się recenzja mamy dobrą wiadomość: książka ta została objęta patronatem medialnym przez Kulturantki, a już niedługo na naszym FB pojawi się konkurs, w którym będzie można wygrać kilka egzemplarzy „Masek zła”. Już teraz gorąco zachęcam do wzięcia udziału w konkursie. 
Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu


Recenzja, pierwsza recenzja mojej nowej powieści.

Zdjęcie użytkownika Książka zamiast kwiatka.
Pierwsza recenzja mojej nowej powieści na portalu Książka zamiast kwiatka.


Książka zamiast kwiatka

2 godz.
IWONA BANACH: "MASKI ZŁA" ***
KSIĄŻKA PRZEKAZANA PRZEZ WYD. SZARA GODZINA
POD PATRONATEM MEDIALNYM KZK
Przeczytałam "Maski zła" i jestem w szoku. To Iwona Banach, którą cenię najbardziej. Znalazłam w tej książce echa "Chwasta", ale gdzieś pomiędzy nimi pobłyskuje również specyficzne, ironiczne poczucie humoru autorki. Oto małe miasteczko, jakich w Polsce wiele. Kiedy zostają zamordowane trzy stare kobiety, w Zawiszynie zaczyna wrzeć. Wreszcie coś się dzieje. Coś, co niepokoi jednych, a innych napawa nadzieją na wyrwanie się z tej małomiasteczkowej zbiorowości. Jakie tajemnice próbują wykreślić z pamięci mieszkańcy? Czy zbrodnie mają coś wspólnego z zagadkowym instytutem, o którym nikt nie chce mówić? Ta książka to, do bólu polski, thriller psychologiczny. I, choć okraszony gdzieniegdzie szczyptą humoru, absolutnie nie ujmuje mu to grozy. Maski nosi każdy z nas - czasami chronią, czasami zakrywają blizny, a często ludzką podłość. Iwona Banach pokazuje jednak coś więcej. Pokazuje, jak rodzi się ZŁO, jak się rozlewa, jak infekuje otoczenie tych, którzy je w sobie noszą. Polska patologia to temat-rzeka, zwykle paskudny, często obrzydliwy. To jest thriller sam w sobie. Nigdy nie pomyślałabym, że można go wykorzystać, by napisać książkę tak świeżą i oryginalną. Tymczasem „Maski zła” czyta się płynnie, a już niesamowicie dopracowane psychologicznie postacie tkwiące w Katarzynie to majstersztyk. W trakcie lektury całkowicie zatarły mi się granice pomiędzy fikcją a rzeczywistością. Uwierzyłam autorce. Uwierzyłam do tego stopnia, że przestało mnie interesować, kto jest mordercą. Chciałam już tylko, by umęczone osobowości Katarzyny odnalazły wreszcie spokój. „Maski zła” to książka o nas wszystkich. Bo nasze pozwolenie na ZŁO to też ZŁO. Polecam serdecznie i życzę wielu przemyśleń po lekturze.
(M.J.Kursa)

sobota, 10 września 2016

I ROZWIĄZANIE KONKURSU

ROZWIĄZANIE KONKURSU
i NIGDY więcej!
Nie lubię nie móc nagrodzić więcej niż jednej osoby, ale...
Postanowiłam, że książkę Chwast wygrywa Izabela81 a Pocałunek Fauna Aniela M
Proszę o kontakt na priv, https://www.facebook.com/iwona.banach.16 wyślę w przyszłym tygodniu.
Wszystkich innych przepraszam i obiecuję, nigdy więcej.


piątek, 9 września 2016

Dzień możliwe, że najważniejszy.

Takie dni nie zdarzają się często. 

Najpierw jest pisanie i ostatnia kropka. To ważny dzień. 

Potem oczekiwanie na decyzję wydawcy.  To bywa mocno stresujące i nie zawsze dobrze się kończy. 

Czasem jednak następuje podpisanie umowy. Też ważny dzień. 

Jeszcze potem korekty i siwe włosy, ale też jest fajnie.



Najcudniej jest natomiast kiedy kurier wtaszcza do mieszkania wielką pakę, a tam cud ostateczny. KSIĄŻKA! Cała, piękna, nowa, pachnąca....
Na taki dzień czeka się najbardziej!

środa, 7 września 2016

Trzynastego, czyli dzień PREMIERY!


Dla mnie będzie to dzień szczególny bo tego dnia ma miejsce premiera mojej nowej powieści.
Jak się czuję?
GENIALNIE PRZERAŻONA!
To trochę inna powieść niż wszystkie moje dotychczasowe. Ciekawa jestem jak zostanie odebrana. 
Wszystko może się zdarzyć.


środa, 31 sierpnia 2016

Dawne miłe wspomnienia z makabrą w tle.

(zdjęcie znalezione w sieci)




Tak było kiedyś, dziś na szczęście nie mam nawet balkonu :)
*
Jestem „grillowo” upośledzona, bo grillować nie mogę, okrutny los sprawił, że mieszkam w mieszkaniu na drugim piętrze dużego bloku i niestety nie mam działki ani ogródka.
To wszystko utrudnia grillowanie, ale go przecież nie uniemożliwia. Jestem twórcza, kreatywna, pomysłowa i mam przecież znajomych, którzy grillują całkiem sporo. Uwielbiam, kocham grillowane jedzenie w każdej postaci, rybne, mięsne, jakiekolwiek, choć kiedy próbowałam ugrillować deser to trochę nie wyszło bo babeczki cynamonowe pachniały boczkiem, były trochę zbyt przypieczone i pikantne ( niechcący posmarowałam je oliwą z chili).
Jednego roku tęsknota za grillowanym jedzeniem tak jednak strasznie mnie dopadła, że postanowiłam nie czekać na zaproszenie, tym bardziej, że miałam mały grill na kółkach, który kupiłam w pobliskim markecie w chwili szaleństwa. To był piękny, czerwony girl z automatyczną pokrywą i jeszcze jakimiś bajerami pod spodem. Był jak królewna pośród innych gilów, stał na balkonie i prosił by wreszcie go nakarmić. Nie wytrzymałam. Wiem, wiem to straszne. Nie wolno tak robić, ale postanowiłam się nie poddawać. Poszłam do sąsiadów zapytać, czy bardzo będzie im przeszkadzało jeżeli w drodze wyjątku... Ten jeden raz, tylko przez chwilę,
- Ależ skąd, proszę się nie martwić, żeby tylko straż miejska się nie czepiała.
I tak w całym bloku. Nikomu nic nie przeszkadzało, za to każdy martwił się o straż miejską.
Straż rzadko tu przyjeżdża więc usadowiwszy się na balkonie zaczęłam grillowanie. Było bosko. Niestety najpierw zamiast podpałki w płynie wlałam do węgla płyn do naczyń. Zaczęło się dymić. Koszmar, dym jakby specjalnie postanowił zasnuć sąsiednie balkony, a potem całą ulicę. Paliło się nieźle choć dymiło, że aż strach. Mięsko jednak pachniało cudnie, choć gdzieniegdzie podjeżdżało płynem do naczyń, ale miętowym, więc można było wytrzymać. Wtedy zobaczyłam samochód straży. Przejechali nie zwracając uwagi na moje poczynania po czym zawrócili i zatrzymali się dokładnie na wprost mojego balkonu. O nie! Nie zapłacę kary! Postanowiłam i jednym ruchem wciągnęłam grill do salonu. Panele! Moje nowe panele, jęknęłam w duchu widząc jak kilka węgielków wylądowało na podłodze, a jeden zaczyna podpalać dywan, szarpnęłam grillem i wtaszczyłam go do łazienki, tylko tam miałam kafelki. W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
Zamknęłam łazienkę i poszłam otworzyć. Oczywiście to byli strażnicy miejscy...
Pytali czy nie wiem, kto gdzieś tu właśnie robi grilla na balkonie.
- Przecież to nielegalne! - odparłam z wyższością nie patrząc na to jak wyglądam i czym pachnę, - ja bym kogoś takiego własnymi rękoma udusiła… - dodałam pewna wygranej.
- A szkoda – odpowiedział strażnik – bo babka miała takiego bajeranckiego grilla! Chciałem się dowiedzieć, gdzie kupiła.
Nie mogłam mu powiedzieć. Pożegnałam uspokojona strażników i pobiegłam na balkon patrzeć czy odjeżdżają. Przez jakąś chwilę nie mogłam jeszcze wynieść grilla na balkon, wreszcie postanowiłam dokończyć to co zaczęłam.
Otworzyłam drzwi do łazienki i stanęłam u wrót piekieł. Dym kłębił się i cuchnął, płomienie buchały, pod sufitem kotłowała się czarna chmura.
Musiałam wezwać strażaków. Nie byli w stanie zrozumieć jakim cudem zasłona prysznicowa mogła zapalić się od grilla, co grill robił w łazience co leży na tym grillu, z wyglądu przypominało kiełbaski, ale strażacy mieli inne, bardziej łazienkowe skojarzenia, zwłaszcza, że nie pachniało to dobrze, było czarne, poskręcane i bardzo sugestywne...
Od tamtej chwili nie grilluję w mieszkaniu. To skomplikowane i ludzie nie lubią jak z wentylacji zalatuje im piekielnymi wymiarami i otchłanią.

Jeżdżę na grilla do znajomych, niestety znając moje możliwości sadzają mnie z dala od ognia i nie pozwalają sobie nawet pomagać.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Spokój w tabletkach bywa kosztowny.

Ktoś kiedyś powiedział, że denerwować się to mścić się na swoim własnym organizmie za głupotę innych. Wzięłam to sobie do serca. Kocham mój organizm, więc postanowiłam trochę mu ulżyć, bo ostatnio nieźle dałam mu w kość za wrzaski zza okna, za wyciek danych pesel, za brak weny twórczej i za kolejki w Tesco. Zachęcona reklamą przedstawiającą pewną kasjerkę, która nie powinna się denerwować na klienta, tylko kupić pewien „specyfik”, bo uspokaja i ułatwia zaśniecie, pobiegłam do apteki, choć wizja tejże kasjerki śpiącej na stanowisku pracy trochę mnie martwiła.
Już w pół godziny potem świat wydał mi się o wiele bardziej do przyjęcia.
- Co robisz mamo?! - wrzasnęła córka przyłapując mnie, na tym jak brytfannę z kurczakiem usiłuję włożyć do pralki zamiast do piekarnika ( u mnie jedno stoi obok drugiego, więc to żaden problem).
Córka wydarła mi brytfannę i powąchała mięso.
- Czym ty to posmarowałaś?
- To ta nowa marynata – stwierdziłam wskazując butelkę stojąca na stole.
- To jest płyn do płukania tkanin – oświadczyła córka – nie będzie obiadu?
- Spoko, będzie. Zrobię żeberka - powiedziałam i zabrałam się do szykowania dania. W chwilę potem spałam na krześle w kuchni. Coś gwizdało.
- Mamo! Mamo! Co ty wyprawiasz?
Obudziłam się i stwierdziłam ze spokojem
- Tapetę się wymieni, sufit podmaluje...
- Nie mamy tapety! Sufitu też możemy za chwile nie mieć. Spaliłaś szybkowar.
- O! Spaliłam żeberka?
- Nie, tylko szybkowar, żeberka zapomniałaś włożyć. Idź odpocząć mamo.
Poszłam odpocząć do komputera. Przejrzałam FB i jakieś inne strony po czym spojrzawszy na jedną z nich zalałam się łzami!
- O Boże ! Jak oni mogą?! Co ci zwyrodnialcy robią ze zwierzętami?! – zawołałam tonąc we łzach. Tym razem do akcji wkroczyła moja własna matka.
- To są brokuły! - warknęła i wyszła zniesmaczona.
Do wieczora przeczytałam książkę kucharską święcie przekonana, że to kryminał, postanowiłam kupić majtki złuszczające odciski i wybrać się na wycieczkę do Katmandu. Obiadu nie zrobiłam, kolacji chyba też nie.
Następnego dnia rano córka wpadła do mnie z przerażeniem w oczach.
- Mamo, internetu nie ma!
- A, to nic takiego – odpowiedziałam. Córka spojrzała na mnie z jeszcze większym przerażeniem.
- Babciu! - zawołała – ten cholerny specyfik dalej działa! Umrzemy z głodu!
- Nikt nie umrze z głodu. Internetu nie ma, bo w nocy była burza i wyłączyłam router z sieci – stwierdziłam i poszłam likwidować skutki uboczne działania specyfiku, między innymi kurczaka o zapachu konwalii i szybkowar w kolorze smolistej czerni. I jedno i drugie do wyrzucenia. Sufit przetrwał, ale nie jestem pewna tej wycieczki do Katmandu. Czy ja czegoś nie zamawiałam przez internet? 

No cóż spokój w tabletkach bywa kosztowny.

sobota, 27 sierpnia 2016

Jestem starym wrednym tobołem!

(Rysunek znaleziony w sieci)


To okropne jest być starym wrednym tobołem. Tak, tak. Okropne. Taki tobół, czyli dajmy na to ja na przykład chce w nocy spać. Głupie nie? Wręcz nie-do-po-my-śle-nia! W nocy? Spać?
Tobół nie docenia aktywności. Przeszkadza mu na przykład tupot i wrzask. Pisk i wycie. I to wiecie co? Zaledwie o pierwszej w nocy!
Tobół powinien się leczyć, prawda?
Co gorsza taki tobół, jak trochę bywał w świecie to nabrał w tej dziczy europejskiej paskudnych nawyków. Złe to nawyki, oj złe! Wydaje się na przykład takiemu tobołowi, że imprezy robi się w knajpach czy klubach, a nie w blokach mieszkalnych stanowiących środowisko naturalne wszelkich niczego nie rozumiejących tobołów. I tu należy z całą stanowczością położyć kres takim szkodliwym mitom! Nie moi drodzy! To nie jest prawda! W bloku, w mieszkaniu należy imprezować, jak najdłużej i jak najgłośniej!
Dzieci (te małe też – od początku należy wdrażać potomstwo do uczestnictwa zabawach dorosłych) powinny wrzeszczeć, tupać, rzucać czym popadnie po ścianach, piszczeć co najmniej do północy, co najmniej, podkreślam, jeżeli dadzą radę dłużej to super! To nauczy je wytrwałości i woli walki.
Innym paskudnym pomysłem toboła jest przekonanie, że jeżeli płaci za mieszkanie ( własne oczywiście) i jest członkiem tej czy innej spółdzielni mieszkaniowej ( ha,ha, ha!), a ta posiada jakiś regulamin ( nie podniecaj się biedny tobole), to tobół ma się do kogo zwrócić po pomoc, w razie tego regulaminu notorycznego nieprzestrzegania. I tu tobół też popełnia błąd!
Otóż nie! Regulaminy nie są wcale po to by ich przestrzegać. W żadnym razie. Tobół ma płacić i się zamknąć i nie chcieć niczego w zamian.
Bycie tobołem jest uciążliwe najbardziej latem, kiedy za dnia upał i okna nie da się otworzyć bo słońce pali żywym ogniem, a nocą tańce hulanki i wrzaski.... Choć zamykanie okien też nie pomaga, bo wszystko drży, podryguje i rezonuje. Stopery też nie pomogą.
I co w takim przypadku robi tobół? Każdy ma inne pomysły, ja zaczynam planować zbrodnię, no dobra literacką, ale jednak, choć mój umęczony mózg odmawia współpracy.
A wy co o tym sądzicie?


środa, 24 sierpnia 2016

KONKURS JEDNAK PRZEDŁUŻONY!

KONKURS

Zdecydowałam się jednak przedłużyć czas trwania konkursu do piątku  9 września. Nie tylko dlatego, że mało osób wzięło udział, ale też, że nie wiem jak to wybrać, żeby było sprawiedliwie.
Bo wybieranie spośród dwóch osób, (jedna z trzech jest anonimem i nie mogłabym się z nią skontaktować) jest odrobinę podejrzane. Nie chciałabym być podejrzewana o nieuczciwość.
Poczekam więc jeszcze tydzień.
Przepraszam was bardzo.





Nagrodą będą dwie książki, „Pocałunek Fauna” i „Chwast”, który zostały wykupione z bibliotecznej niewoli i które pragną znaleźć nowych właścicieli. Zdrowe, całe, bez plam ( nawet tych opadowych, ale wyraźnie widać, że biblioteczne ) będą czekały aż do 1 września. ( Mogę dodać dedykację wg woli)
Aby wziąć udział należy na blogu ( TO WAŻNE – prowadzę eksperyment) napisać odpowiedź na pytanie, (jakkolwiek głupio to brzmi) Komedia kryminalna, romans/obyczajówka, thriller/kryminał, co najbardziej cię kusi w literaturze polskiej i dlaczego.
No to zaczynamy?
To mój pierwszy blogowy konkurs, więc może być trochę kłopotów, ale nie musicie mi ich wybaczać, ja muszę się tego po prostu nauczyć!


niedziela, 21 sierpnia 2016

Konkurs czy nie konkurs, koszmarne pytanie...

Nie wiem oczywiście, czy ktoś chciałby takie książki jak Chwast czy Pocałunek Fauna, w dobrym stanie, ale wykupione z biblioteki za zawrotną sumę 1 PLN więc ciut zużyte, przyznam, że bardzo mały ciut i zastanawiam się, czy ktoś je w ogóle czytał, ale cóż, może teraz ktoś zechce?
Biedne tak łapki wyciągają, tak zerkają smutnym wzrokiem, ale JA ich już czytać nie będę. (Co to to nie!)
Obie pozycje już niedostępne na rynku, więc stąd moje pytanie. Chcecie? Dać je komuś, czy raczej zostawić je sobie na wieczną okrutna pamiątkę, bo nie ma nic bardziej okrutnego niż WŁASNA nieczytana książka. Inne jakoś łatwiej przeżyć.
Przechodzę obok wielu takich nieczytanych, zapomnianych, osamotnionych i nic, mijam dzieła Lenina ( szczera prawda) i nic, a tu ból istnienia mnie ogarnia... Prawda jakie to smutne? ;)
Tak więc mogłabym zrobić jakiś konkursik, albo co?
Może ktoś mi coś podpowie?
Bo ja w sumie to też tak sobie myślę, po co robić konkurs, jak nikt nie ma na coś takiego ochoty?

A może poczekać do całkiem nowej książki i wtedy się w konkursy zabawiać? To już przecież niedługo...

piątek, 19 sierpnia 2016

MASKI ZŁA już niedługo w księgarniach.

Musze i chcę się pochwalić. Już 13 września premiera mojej nowej powieści. Wydawnictwo SZARA GODZINA wydaje „Maski zła”
I tu będzie pytanie do was. Jak ją przyjmiecie? Nie jest to bowiem komedia kryminalna.
Nie jest to wesoła opowiastka o śmiesznych trupach. To jest thriller.
Czy ktoś taki jak ja może napisać thriller?
No cóż, mam w dorobku powieści psychologiczne, więc dlaczego nie coś jeszcze mocniejszego?
Mroczniejszego?
Powstaje jednak pytanie. Co czytelnik jest w stanie wybaczyć autorowi?

Zamordowanie ulubionej postaci, tak, ale zmianę gatunku? To będzie trudne, prawda? Niemniej jednak zachęcam do poznania mojej mrocznej strony i siedzących we mnie demonów.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Ceramiczne, ale czy zawsze piękne?

Jestem w zasadzie człowiekiem współczującym      ( tak, tak, pozory mylą), wrażliwym na ból istnienia, czyli zwykłą ludzką zazdrość, w stylu, „o Boże Anka znów wydaje książkę, a ja w lesie” i wrednym ponad miarę, co niestety w sobie kocham. Muszę, nie mam wyjścia, bez miłości żyć się nie da, a tu kandydatów brak, więc postanowiłam się poświecić.

Kocham słowa, zdania, teksty, znaki interpunkcyjne mnie wkurzają i nie potrafię się z nimi dogadać, ale ogólnie wydaje mi się, że kiedy przeczytam tekst to wiem ile jest wart.

Gorzej jest ze sztuką, bo ceramika, nawet jeżeli jest sztuką użytkową, to jednak powinna być sztuką. Niestety moja wiedza w tym względzie jest marna. Bo czy to coś jest jeszcze sztuką czy już kiczem?

Tak więc wszystkim zazdroszczącym mi bolesławieckiej ceramiki postanowiłam pokazać to. Nie będziecie już mi niczego zazdrościć! Sami zdecydujcie, ale moim zdaniem „bolesławiecko ceramiczny” kucyk pony przebija wszystko!





środa, 17 sierpnia 2016

Z książką do łóżka? To może być niebezpieczne!

Dużo czytam, nawet bardzo, a że jestem osobą skrajnie zajętą, czytać mogę jedynie wieczorami. Zaraz ktoś zarzuci mi mazgajstwo, bo on nawet wieczorami nie może, a chce i to jak i przez to w ogóle nie czyta, ale nie o to chodzi. Ja wcale się nie skarżę. Wszystko byłoby okej, gdyby nie moje sny.
Nie wiem jak wy, ale ja śnię literacko. To znaczy tak jakby.... Czyli co w książce to we śnie, a że specjalnie normalna nie jestem to te moje sny są bardzo, wręcz skrajnie interesujące ( jeżeli są na sali psychiatrzy, proszę tego nie czytać, nie chcę się dowiedzieć przez internet, że zwariowałam).
Ależ ona ma dobrze, pomyśli ktoś i już widzi mnie w łóżku z Greyem, niestety dla niektórych, dla mnie na szczęście ( widzicie jak dbam o zdrowie psychiczne) – nie czytam erotyków, romansów, ani żadnych pośrednich „łzawców”
Czytam za to kryminały, horrory, fantasy, fantastykę...
I jak to się kończy? Miesiąc temu we śnie goniły mnie dwie wściekłe zakonnice z książki Alka Rogozińskiego „Jak cię zabić kochanie” i krzyczały żebym oddała im marynaty. Sen jak sen, prawda? Nie był najgorszy. Innym razem gonił mnie demon z książki, którą sama piszę, więc muszę mu wybaczyć, w końcu to mój własny demon, miał prawo.
Gigantyczne pluszaki z opowiadania Lecha Zaciury „Pluszaki Na Venonie” prawie przyprawiły mnie o zawał, bo Kubuś Puchatek z zakrwawionym ryjkiem i krwawym ochłapem w łapce nie jest specjalnie mainstreamowy.
Belzebub z „Nieboszczyka wędrownego” Małgorzaty Kursy przez pół nocy groził, że odgryzie mi głowę, a potem usiadł na mnie i powiedział, że moje oczy wyglądają smacznie . Gigantyczna Lukrecja z Panem kotem jako szalikiem z „Przepisu na zbrodnię Iwony Mejzy” przyszli do mnie do domu i żądali wydania wąskotorówki, bo chcą ją zakopać w charakterze arki. Widzicie, a to przecież same lekkie rzeczy. Naprawdę nie chcecie wiedzieć, co mi się śniło po Mastertonie! ( King tylko rano i to w dawce homeopatycznej)
Terry Pratchett był super, dopóki nie nauczyłam się wszystkich jego książek na pamięć.

No i teraz wyjaśnienie. Dlaczego w ogóle o tym piszę? Chodzi o dwa tygrysy. Wczoraj w nocy śniło mi się, że wyrzucam przez lufcik z drugiego piętra dwa tygrysy, pręgowane. Bengalskie. Wyrzucam i stwierdzam, że to koty więc spadną na cztery łapy ( wiem, że to bestialstwo i sama siebie o coś takiego nie podejrzewałam) stąd pytanie czy nie wiecie z jakiej to mogło być książki?

wtorek, 16 sierpnia 2016

Czytelnictwo jest chorobą!

Czytelnictwo jest chorobą i nie dajcie sobie wmówić czegoś innego. To coś jak narkomania i alkoholizm razem wzięte. Niszczy przyjaźnie, rujnuje budżety domowe i relacje międzyludzkie. To choroba niebezpieczna, kosztowna i wyniszczająca. Iluż to dobrych mężów skazanych zostało na kolacje z resztek z powodu nagłego ataku choroby? Iluż nie dostało swojego codziennego piwa z powodu stanu zwanego „zaczytaniem” a podobnego do całkowitego otępienia powodującego dziwne grymasy na twarzy i okrzyki w stylu, „ o Boże! Niemożliwe! I co ja teraz zrobię? Gdzie ja zdobędę drugi tom?
Chory na czytelnictwo unika spotkań towarzyskich, męczą go piwne grille, plotki go nudzą, chyba, że dotyczą pisarzy, najczęściej chowa się za książką, unika rozmów w pociągach i tramwajach. Od współmałżonka wymaga czytania, bo inaczej nie pójdzie z nim do łóżka. Stosuje terroryzm gastronomiczny, im lepsza książka tym bardziej przypalone jajka na miękko, ale brak książki to brak nie tylko jajka na miękko, ale i śniadania, obiadu i kolacji połączone z „fochem” w stylu, o Boże, chyba się powieszę, nie mam co czytać!
Chorych wyróżnia zamglony wzrok i oczy wpatrzone w dal jak u wszelkiej maści narkomanów oraz dziwna czkawka połączona ze ślinotokiem na widok witryny Matrasa jak u alkoholików na widok butelki.
Do tego dochodzi zadłużenie na sześciu kartach kredytowych skrzętnie ukrywane przed rodziną.
Dlaczego to mówię? Żeby was uświadomić, ja jestem chora. To nie jest jakieś tam widzimisię, to choroba! Nie wymysł, nie zachłanność, nie moda, nie styl życia. Choroba i już!
No a dziś zaczął się kiermasz biblioteczny. Fakt, nie powinnam była tamtędy przechodzić. Przeceniłam swoje możliwości, myślałam, że trochę popatrzę, ale jak tu patrzeć na książki w cenie 1 czy 2 złote? Ręce zaczynają drzeć, serce wali jak oszalałe, oddech staje się płytki... I co robić?
Tak więc kupiłam to....
Tak, dwie moje własne też. Dlaczego? To proste, już nie ma ich na rynku, a lubię mieć w zapasie na jakąś aukcję, na prezent, czasami nawet takie z biblioteki ktoś zechce.








poniedziałek, 25 lipca 2016

Sprzedajemy się.

Tak w sumie zastanawiam sie jak to jest. człowiek książki pisze, czytelnik czyta. czasami tych czytelników jest kilku, czasami kilkunastu, ostatnio zobaczyłam, że moja książką Czarci Krąg jest czwartą w kategorii sensacja ksizką pod względem sprzedaży. Czy to dużo? Nie wiem, dla mnie dużo.


 Audiobook Klątwy utopców" który pojawił się dokładnie tydzień temu bo 18 lipca też jakoś sobie radzi.

niedziela, 17 lipca 2016

Iwona Mejza Przepis na zbrodnię.

Gdybym miała zatytułować ten wpis to powinien nosić tytuł „Trzy panie w domku nie licząc kota”, a może „Pan Kot był chory z ...wściekłości”? Oba te tytuły trochę pasują i trochę nie pasują. Pierwszy to oczywista aluzja i wcale nie taka przypadkowa,(!) bo ten domek to miejsce niezwykłe, i niezwykle opisane. Przede wszytym żywe, mocno istniejące i trochę nieogarnięte czasami, są i trzy panie ( sąsiadek nie ma co liczyć) pośród których jednak prym wiedzie ciotka Alicja. Co do kota, to wściekły nie jest, ale często bywa niezadowolony, zresztą jest jeszcze coś...
Każdy kto pisze książki, wie, że jest coś co istnieje naprawdę, zdarza się każdemu i to wiele razy, ale rzadko się o tym mówi, żeby nie wyjść na wariata. To coś to przenikanie się prozy. Tej książkowej z prozą życia ( tak zwaną, bo w życiu trzech pań nudno nie jest).
Główna bohaterka Marlenka vel Lenka jest pisarką i jest to niebezpieczne bo ma wyobraźnię. Pisze właśnie powieść kryminalną, jakimś cudem jej powieść zaczyna nieco przesiąkać, przez cienką membranę rzeczywistości, a może to po prostu tylko podświadomość?
A może wcale nie podświadomość, a jakiś morderczy instynkt?
W każdym razie zaczyna się robić niebezpiecznie. Trup jest i to niejeden...
Jest Serwerownia (ha, ha), pyszne ciasteczka, policjant, który sądzi, że powinien się odchudzać, ale wchłania ciasta jak jakiś jamochłon...
W ogóle ta książka ma wiele niespotykanych aspektów, kryminał w kryminale, zbrodnię, która wcale nie chce być taka jak powinna, fantastyczną domową atmosferę, w której można zatonąć.
Bardzo fajny, inteligentny, ale nie „przekombinowany” humor, zabawne sytuacje i to coś co sprawia, że wiem, nie tylko czujemy, ale też wiemy, że to wszystko mogło się zdarzyć tuż obok, w domku sąsiadki, na sąsiedniej ulicy i z lękiem spoglądamy na własny ogródek, bo to coś, co tam wystaje z krzaków może być ręką...
Ubawiłam się setnie.
To nie jest zwykła komedia. To nie jest zwykły kryminał, to zabawny kryminał romantyczny, choć nie romansowy, przeplatany świetnymi powiedzonkami i zabawnymi scenkami, które mają sens i nie są wplatane na silę.
Takie książki lekko się czyta, ale pisze się ciężko, doceńcie to! Ja bardzo polecam i zazdrością ( tak, tak!) czekam na więcej.



niedziela, 26 czerwca 2016

Andrzej Meller - Czołem nie ma hien

Wiele jest teraz reportaży z podróży, bo wielu ludzi podróżuje, wielu też pisze. W zalewie tego typu publikacji, choć kocham je miłością namiętną staram się znaleźć te choć odrobinę inne, nowatorskie, ciekawsze, bo czytanie wciąż tego samego, o tym samym jest nużące. I w tej publikacji znalazłam coś co odróżnia ją od wszystkich innych. Owszem para młodych ludzi, jak wiele par wybiera się w podróż, opisuje swoje życie, doświadczenia i kraj w którym przebywają, ale... No właśnie. To co w tej książce jest wręcz genialne, to podejście do Wietnamu. Nie jest to piękna folklorystyczna widokówka, ani książka kucharska, nie jest to też historia, ani opis zabytków. To zupełnie inna opowieść, tak jakby zagraniczny turysta, zamiast zwiedzać warszawską starówkę zwiedzał warszawską Pragę i to nocą i z tej perspektywy ( o ile by przeżył to ekstremalne doświadczenie) zamierzał pokazywać innym Polskę. Ta książka jest o wiele ciekawsza od innych bo opisuje Wietnam prawdziwy. Brudny, zły, zaćpany, codzienny, głodny, pełen prostytutek i złodziei, miejsce, gdzie można stracić zęby i życie, ale też gdzie można zyskać przyjaciół. Nieco może psychopatycznych, ciągle pijanych, naćpanych, wciąż zakochanych w związku sowieckim i mocno dziwacznych, ale przyjaźnie nastawionych do świata, a czasami i wszechświata. To nie jest laurka ani książka dla grzecznych dzieci, a, zapewniam, te niegrzeczne też wcale się nie znudzą.
Świetnie napisana, inteligentna, miejscami zabawna, miejscami okrutna. Polecam, bo dobry reportaż, to nie mdła laurka, a opowieść, która chwyta za gardło i za serce, a taka właśnie jest ta książka.

piątek, 20 maja 2016

Hanna Samson - Patyk





Patyk nie jest powieścią, którą łatwo da się zaklasyfikować do jakiegoś konkretnego gatunku, ale z pewnością, mimo pozorów nie jest to kryminał, choć jest to opowieść o zbrodni. O wielu zbrodniach dokonanych na wszystkim w nas i dookoła nas, na naszej samoocenie, autocenzurze, na wyobrażeniach, oczekiwania i kłamstwach jakimi się nas karmi i jakimi karmimy się sami, albo właściwie same. Bo książka jest napisana przez kobietę, o kobiecie i wynika z jej wewnętrznych przemyśleń, z poszukiwania odpowiedzi na pewne pytanie, które pojawiają się w dość krytycznym momencie. I nie do końca wiemy co naprawdę się stało i czy się stało. Może to wszystko to tylko wyobraźnia? Zbieg okoliczności, wewnętrzne chcenie bohaterki?
Całe jej odejście od wszystkiego i wszystkich do krainy, z której przecież chciała uciec i uciekła. Jej relacje ze sobą samą odzwierciedlają się w odtworzonych relacjach z dzieciństwa, w stosunku do matki, do ojca, do mężczyzn, których kochała i nienawidziła, do koleżanek, tych znienawidzonych przyjaciółek z którymi zerwała.

Cały ten chaos układa się w jej głowie w coś w rodzaju porządkowania miejsc, zdarzeń i uczuć. Mimo, że prześladowana wizjami kary, która ją spotka, wciąż odtwarza na nowo swoje życie i usiłuje je jakoś naprawić. Posklejać. Chce pozbyć się swojego wewnętrznego, wszechogarniającego wstydu. I w pewnym sensie jej się to udaje. Aż do zakończenia, otwartego więc być może i tragicznego. Być może nie. To każda musi poczuć sama.

wtorek, 17 maja 2016

Dzisiaj rozpoczął się plebiscyt Granice.pl "najlepsza książka na lato" - zachwycona jestem, że wreszcie jest "moja" kategoria, bo dotychczas moje książki występowały jako powieści obyczajowe, a tyle im do obyczajówek, co szczotce do jeża, może coś, ale raczej niewiele.
Tak więc tym, którzy chcą, mogą, mają zamiar i w ogóle, oświadczam, możecie głosować, choć przymusu nie ma

CZARCI KRĄG
w kategorii
KOMEDIA KRYMINALNA o tu 

klik, klik

Nie muszę dodawać, że liczę na głosy? 

Jednak powiem, liczę na głosy, bo to świetna promocja, więc zachęcam, zapraszam, namawiam, ale tylko tych, którzy mają na to ochotę !

wtorek, 10 maja 2016

PREMIERA!!!

"Czarci krąg" właśnie pojawił się na półkach księgarskich, a więc i ja dostałam swoje egzemplarze autorskie. Tylko się chwalić!